6 prostych sposobów by stać się gwiazdą wczasów


Jesteśmy świeżo po urlopie w pięcioosobowym składzie. Najmłodsze moje dziecię właśnie skończyło 6 miesięcy, najstarsze ma 7 lat. Jadąc daleko od domu, właściwie daleko poza granice naszego kraju, myślałam, że „ukryjemy” się na nieznanym lądzie, wśród zupełnie obcych ludzi. Tymczasem od pierwszych dni wśród pozostałych gości hotelu wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie. Właściwie cały czas byliśmy pod obserwacją i na językach. 

Nie żebym lubiła być w centrum uwagi, ale w sumie to było śmieszne. Patrzeć na te wszystkie spojrzenia, mniej lub bardziej oficjalne – zza ciemnych okularów, dla niepoznaki. Widzieć jak ludzie kręcą głową bo wchodzisz z niemowlakiem do basenu czy morza, jak ostro komentują Twój sposób zabawy, czy rozmowy z własnym dzieckiem… – bezcenne.

A czym można sobie zasłużyć na taką uwagę?

Po pierwsze – jedź na wczasy jako rodzina wielodzietna

Troje słodkich małolatów to w zasadzie podstawa do tego, by wzbudzić zainteresowanie innych wczasowiczów. Dzieci mogą być Twoje, ale nie muszą – śmiało możesz pożyczyć od sąsiada. Nikt i tak nie będzie sprawdzał ich dowodów i aktów urodzenia. Liczy się sztuka. Im więcej dzieci pod Twoją opieką, tym lepiej (dla gapiów oczywiście, bo dla Ciebie niekoniecznie).

Po drugie – wystawiaj dzieci na słońce

Za moich czasów w szkole uczyli, że słońce daje życie. Dziś obsesyjnie wpaja się ludziom, że słońce to samo zło, które wywołuje raka i zabija, dlatego koniecznie trzeba go unikać. Najlepiej całkowicie jest przejść na nocny tryb życia. Jeśli tego nie praktykujesz, a na dodatek na działanie promieni słonecznych narażasz (swoje) dzieci, wiedz że będziesz na językach. Nieważne, czy są akurat wysmarowane kremem z filtrem, zakryte ubraniem, czapką i okularami przeciwsłonecznymi. To nie ma znaczenia. Dla innych liczy się sam fakt, że dzieci nie są schowane w piwnicy i koniecznie muszą to obgadać.

Po trzecie – pozwól dzieciom bawić się w wodzie

Chlorowana, ozonowana, słona, czy słodka, zimna, czy ciepła… – zazwyczaj dla dzieci nie ma większego znaczenia w jakiej wodzie będą się pluskać. Ma być mokro i wesoło. Im więcej chlapania, skakania, grania i wygłupiania, tym lepiej. Innego jednak zdania bywają bierni obserwatorzy. Oni chętnie znajdują powody, przez które (Twoje) dzieci nie powinny wchodzić do wody. A niemowlę w szczególności. Ono przecież jest za małe na kąpiele, na pewno się przeziębi i w ogóle…

Po czwarte – prezentuj się

Czasami nie trzeba robić nic szczególnego, by przyciągać spojrzenia innych. Można siedzieć bezczynnie na tyłku, wystarczy jedynie dobrze się prezentować, zarówno w ubraniu jak i bez niego – w bikini na przykład. Nie mówię, że trzeba być od razu jakąś top modelką, czy znaną sportsmenką, ale jeśli nie rozrosłaś się po ciąży do rozmiaru szafy trzydrzwiowej, nie wyhodowałaś bujnego owłosienia tu i ówdzie, masz zadbane włosy, dłonie i stopy, bądź pewna, że kogoś będziesz tym drażnić. Ewentualnie wpadniesz komuś w oko ;-) Tak czy siak, będą się gapić i komentować – bądź na to gotowa ;-)

Po piąte – zrób małą awanturę

Taaak, ludzie uwielbiają jak coś się dzieje. Kiedy Twoje dzieci łobuzują i wybiórczo słuchają co do nich mówisz, a w Tobie powoli rośnie ciśnienie, tłum gapiów z niecierpliwością czeka na to, co się wydarzy dalej. Gdy Ty zaczynasz pomału tracić pokłady cierpliwości, oni otwierają popcorn i rozsiadają się wygodnie, by móc popatrzeć. I posłuchać co masz do powiedzenia tym małym niegrzecznym gnojkom. A później niewątpliwie koniecznie to przedyskutują i poddają swej ocenie.

Po szóste – napij się piwa

Piwo to w pewnym sensie temat tabu dla rodzica. Jak jakiś gówniarz musi się z nim czaić i pić po kątach, żeby nikt nie widział. A jak ulegnie pokusie i postanowi ugasić pragnienie na oczach obcych ludzi to wiadomo – jest kompletnie pijany, nieodpowiedzialny i niewątpliwie trzeba to omówić… przy bezalkoholowym ;-)

Jak widać w sześciu bardzo prostych krokach można szybko stać się gwiazdą wczasów z niemałym tłumem (anty)fanów :-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Maria Ciahotna

    Genialnie napisane :)
    I jak by nie było – dokładnie takie miałam odczucia. Jak jeździliśmy z trójką dzieci, to jeszcze był jako taki spokój, ale od zeszłego roku wczasujemy się z czwórką pociech i gdzie się nie pojawimy, to sensacja (myślę o Chorwacji, bo w Polsce to jednak nie aż taki rarytas…) W zeszłym roku nasz gospodarz w Chorwacji przy każdym spotkaniu powtarzał, jak nas podziwia, że z czwórką dzieci jedziemy na wczasy… A co, w domu mamy siedzieć i się nudzić?
    W tym roku było trochę spokojniej, ponieważ zaszyliśmy się w maleńkiej wiosce, ale i tak królowaliśmy jeśli chodzi o ilość dzieci :)

  2. Ooo może to jest sposób – zaszyć się… ;-) :P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Krzysiu, gdzie jesteś? – czy warto iść do kina?


Dawno, oj dawno nie przeżyłam tak cudownych emocji w kinie, oglądając film familijny. Bez wątpienia „Krzysiu, gdzie jesteś?” to filmowa propozycja dla całej rodziny – ja (mama) co chwila ocierałam łzy wzruszenia, Aleks (dziewięciolatek) śmiał się do rozpuku, a Igor (tata) po prostu świetnie się bawił.

„Krzysiu, gdzie jesteś?” to najnowsza produkcja Disneya inspirowana książką „Kubuś Puchatek”. Akcja filmu zaczyna się w Stuwiekowym Lesie rozstaniem Krzysia z jego pluszowymi przyjaciółmi. Chłopiec żegna swoje dzieciństwo, by wkrótce zacząć naukę w szkole z internatem.

Następnie śledzimy kolejne ważne, dalekie od dotychczasowej beztroskiej zabawy, wydarzenia z życia dorastającego Krzysia. W końcu widzimy go jako dorosłego mężczyznę (w tej roli Ewan McGregor, z głosem Tomasza Kota), męża i ojca dziewczynki o imieniu Madeline. Dorosły Krzysztof Robin boryka się z problemami w firmie, ciężko pracuje i próbuje sprostać wymaganiom apodyktycznego szefa. W jego dorosłym życiu nie tylko nie ma miejsca dla przyjaciół z dzieciństwa, ale brakuje też czasu dla rodziny, na odpoczynek i cieszenie się życiem. Planuje przyszłość córeczki — chce zawczasu wdrożyć ją w rygor bycia uczennicą jednej z najlepszych szkół z internatem, organizuje jej wakacyjny czas na naukę i czytanie lektur, a na dobranoc czyta Madeline trudny podręcznik.

Tymczasem dziewczynka znajduje pudełko z pamiątkami taty – zachwyca się rysunkami przedstawiającymi Kubusia Puchatka, Prosiaczka, Kłapouchego, Maleństwo wraz z jego Mamą oraz Tygryska, Królika i Sowę. Gdy Kubuś zupełnie przypadkowo trafia do Londynu, również przez przypadek zostaje odnaleziony przez Krzysia. Tak się składa, że Miś o Bardzo Małym Rozumku zjawia się, wbrew pozorom, w najlepszym momencie. Od tej chwili zaczyna się niecodzienna, nieplanowana i zupełnie niechciana przygoda Krzysia — wyrusza w podróż do miejsca, gdzie przeżył najlepsze chwile swojego dzieciństwa.

Historia przedstawiona w filmie jest w zasadzie banalna, ale wcale nie oczekiwałam czegoś bardziej skomplikowanego. Za to podana jest w tak urzekającej formie, że od pierwszego kadru przenosi nas w bajkowy magiczny świat z książek Alana Aleksandra Milne’a. Animowane postaci, jak prawdziwe maskotki (zmechacone i wytarte), zrobiły na mnie wielkie wrażenie — wyglądają jakby „żywcem” zdjęte ze stron książki. Zauroczył mnie też deszczowy Londyn, zamglony Stuwiekowy Las i malownicze wrzosowiska.

Lepiej się nie dało — komentarze Kłapouchego, który jak zwykle widzi świat w czarnych barwach, rozśmieszają. A Miś o Bardzo Małym Rozumku wygłasza swoje szczere filozoficzne mądrości i tym samym pokazuje nam proste, dziecięce spojrzenie na otaczającą rzeczywistość.

Koniecznie wykorzystajcie ostatnie dni wakacji i wybierzcie się z dziećmi (raczej w wieku szkolnym) do kina — w tę nostalgiczną, przeplataną humorem, podróż z niejednym morałem.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

5 powodów, dla których warto spać ze zwierzakiem w łóżku


Wielu osobom towarzyszą zwierzęta. Najczęściej są to psy i koty, których miłośnicy dostrzegają wiele pozytywów z ich obecności w domu, obok człowieka. Często przy tej okazji pojawia się dyskusja, czy wpuszczać zwierzaka do łóżka.

Zdania są podzielone –  wiele osób podnosi argumenty, że to jest niehigieniczne, ponieważ zwierzęta bywają brudne, na ich sierści bytują drobnoustroje, a czasem i pasożyty. Dla wielu  nie do wyobrażenia jest spać w pościeli pełnej sierści ukochanego zwierzaka. Ale są też tacy, którzy uważają, że obecność czworonoga w łóżku nie jest czymś złym. To, czy warto spać ze zwierzakiem jest decyzją indywidualną, ale istnieją  mocne argumenty ‘za’ podzieleniem się kawałkiem pościeli z psem czy z kotem.

5 powodów dla których warto spać ze zwierzakami

    1.Pozytywne emocje

Zazwyczaj naszych pupili obdarzony głębokim i szczerym uczuciem, zapewniamy im troskę, ciepło, miłość, a one się odwzajemniają  towarzystwem i bezwarunkowym oddaniem. Z tego powodu wiele osób zaprasza psa czy kota do łóżka. Szczególnie doceniają to osoby samotne i w podeszłym wieku, które po prostu czują się bardziej komfortowo z bliskością zwierzaka, będącym czasem jedynym miłym towarzystwem.

  1. Lek na bezsenność

Zwierzęta mogą pomóc zwalczyć bezsenność, ponieważ łagodzą emocje, pozwalają zrelaksować się, odganiają złe myśli. Osoby, które pozwalają zwierzakom spać obok siebie zasypiają szybciej również ze względu na zwiększone poczucie bezpieczeństwa.

  1. Łagodzenie lęków

Zwierzaki pomagają przy lękach i depresji. Osoby cierpiące z powodu różnych lęków, depresji czy innych zaburzeń psychicznych częściej niż inni, koncentrują myśli na swoich problemach. Najczęściej wieczorami, gdy jest więcej czasu na rozmyślania, poddają się złemu nastrojowi. Zwierzęta mają kojący wpływ na ludzką psychikę, zwłaszcza gdy przytulają się i zasypiają obok właścicieli. Myśli zajęte zwierzakiem w danej chwili nie odpływają tak często w szkodliwym kierunku.

  1. Ciepło i przyjemność

Futrzaki dają ciepło, nie tylko emocjonalne, ale także fizyczne. Dodatkowym atutem jest to, że w chłodne dni można dotknąć stopami ciepłej sierści zwierzaka.

  1. Korzyść dla zwierzaka

Miłośnicy zwierząt uważają, że aby uszczęśliwić swoich pupili, warto pozwolić im spać w łóżku. Tym bardziej, że zalety odczuwają zarówno właściciel, jak i ulubieniec.

Co prawda zwierzęcy behawioryści (osoby zajmujące się zachowaniem zwierząt) twierdzą, że takie rozwiązanie nie zawsze jest pożądane, ponieważ ten sposób może ulec zaburzenie hierarchii w stadzie, ale tę kwestię pozostawiam do rozstrzygnięcia każdemu właścicielowi z osobna.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Rany, ludzie! Po co Wy chodzicie z dziećmi do cyrku?!


– Mamusiu, cyrk przyjeżdża do nas. Pójdziemy, prawda?
– Niby po co? Mało razy byłaś w cyrku?
– No weź, tradycja, co roku chodzimy.
– I jeszcze ci mało?
– Zawsze jest coś nowego. Idziemy.

No i zadecydowała. Faktycznie, co roku w wakacje przyjeżdża do nas cyrk. W czasie roku szkolnego też jakiś wpada. W ogóle, z tego co mi kilka lat temu naplotkował jeden pan od wielbłądów i innych zapleczowych spraw w cyrku, warte uwagi w Polsce są trzy cyrki: Zalewski, Korona i Arena. Za nimi jest jeszcze Arlekin. A o całej reszcie nie ma co mówić. Takie tam „objazdowe trupy cyrkowe”. Ponoć jeżdżą po wsiach, gdzie większe cyrki nie goszczą. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale faktycznie – do nas przyjeżdżają tylko trzy. Z czego Arena chyba najczęściej.

Pierwszy raz zobaczyłam cyrk Arena dwa albo trzy lata temu i flaki mi na lewą stronę wywróciło. Szczerze? Myślałam, że on się już kończy. Rok temu miło mnie zaskoczył. Wyszłam z widowiska oczarowana. W tym roku? W tym roku było tak:

Usiedliśmy sobie w pierwszej ławce w sektorze. Niby nisko, ale przed nami była akurat przerwa w lożowych krzesełkach, więc teoretycznie miejsce super. W praktyce okazało się, że lożowe krzesełka stoją na swoim miejscu tylko do rozpoczęcia przedstawienia, potem zaczynają wędrować. Przed nami nagle stworzyły się trzy dodatkowe rzędy. I mam silne wrażenie, że osoby, które tam zaległy, nie miały biletów na lożę. No ale nie mój cyrk, nie moje małpy. Nie ja na tym straciłam. Chcą tam siedzieć, ich sprawa. Tylko kurde – jak się siedzi w loży, to się siedzi, nie wstaje co chwila!

Myślicie, że miejsca wyżej są lepsze i sama sobie jestem winna? Powiem Wam, że przez chwilę też tak myślałam. Dokładnie do momentu, kiedy z tych wyższych miejsc zszedł pewien pan i poprosił tych państwa z dzieckiem w pierwszym rzędzie loży, żeby łaskawie schowali balon, bo im zasłania. Faktycznie mógł zasłaniać, bo to był duży balon wypełniony helem. A że większość widowiska to były popisy akrobatów na linie lub obręczy, ten balon naprawdę mógł być wkurzający.

Gdybyście uznali, że najlepiej widać z loży i warto się wykosztować, uczciwie uprzedzam: klaun, który miał najwięcej wejść, wyciągał sobie z loży widzów i brał na scenę. Kto nie lubi wystąpień publicznych, niech się nie pcha :P

Ale kij tam z lożą i balonami. Takich pielgrzymek dzieci i rodziców, jak w tym roku, to nie widziałam nigdzie. No serio, tego to jeszcze w żadnym cyrku nie grali :P Obstawiam, że połowa szła z maluchami do łazienki, ale kurde – już po kwadransie?! Łazili przede mną tam i z powrotem. Tych łazienkowych od biedy jestem w stanie zrozumieć – dziecko woła, nie ma zmiłuj. Ale tych, co w trakcie przedstawienia szli po popcorn, za nic zrozumieć nie mogę. A średnio co druga osoba, która przede mną przeszła, wracała z popcornem, albo watą cukrową. Taniej by im było iść do parku, przynajmniej za bilety by nie płacili. Serio, po to się przychodzi do cyrku, żeby w ogóle nie patrzeć na arenę?! Kilka osób to w ogóle szlajało się z tymi dziećmi tam i z powrotem. Dzieci na oko dziesięcioletnie biegały po popcorn same.

 

No dobra, jesteście ciekawi, czy było na co patrzeć?

Cyrk opanowali artyści z Ukrainy i Mołdawii. I czapki z głów, bo sporo tych podniebnych akrobacji zrobili bez linki asekuracyjnej. Są dobrzy, chociaż do tych z zeszłego roku sporo im brakuje. O ile w zeszłym roku to też była Arena, ale chyba tak. Głowy nie dam.

Zwierzęta – temat najbardziej kontrowersyjny w cyrkach. W Arenie jest spoko. Najlepiej wytresowane były psy i koty, było na co popatrzeć. Kucyka, osła, lamy i wielbłądy po prostu nam pokazano. Każde wykonało po jednym prostym poleceniu i tyle. Ale były super. Moje serce skradł wielbłąd Simir. Korciło mnie iść go wygłaskać, ale ja jestem sierściowa alergiczka i mogłoby się to dla mnie kiepsko skończyć. W przerwie dzieci na nim jeździły, więc ogólnie jest przyjazny.

Hit sezonu, czyli Transformers, za przeproszeniem dupy nie urywa. Chociaż amerykańską myśl techniczną ogólnie doceniam. Jednak ukraińska akrobatka, która nie tylko pierwszą, ale i drugą młodość ma za sobą, bije go na głowę. O tej przemijającej młodości świadczy tylko stan jej szyi, jakby tak założyła inny kostium, to w świetle reflektorów mogłaby się upierać, że ma dwadzieścia lat. Makijaż oszuka wszystkich. Figura i gibkość… noooo, figurę taką to nawet kiedyś miałam, jakieś dwadzieścia lat i dwadzieścia kilo temu, ale tak porozciągana nigdy nie byłam.

Czego mi zabrakło? Porządnego żonglera i magika. Tak jednego, jak i drugiego, w żadnym cyrku nie widziałam już dawno, a Duśka mnie ciągle namawia i od paru lat chodzę regularnie. Żadnych wyciąganych z kapelusza królików nie zobaczycie, gołębi wylatujących nie wiadomo skąd też nie. I nikt Was nie przetnie na pół. Trochę żal.

Czy poleciłabym ten cyrk z czystym sumieniem? Hmmm, za bilet rodzinny daliśmy 120 złotych, wyszło 40 na głowę. Jakbyśmy mieli jeszcze jedno dziecko, też by weszło i byłoby 30 na głowę. Więc drogo raczej nie jest. Ale też przedstawienie nie jest najwyższych lotów. Można iść, można nie iść. Dzieciom się spodoba na pewno. Tak naprawdę wielką i genialną robotę odwala klaun. Ma naprawdę dobrze przygotowane numery, potrafi namówić publiczność do współpracy, i chociaż nie wygląda (ani on młody, ani szczupły), ma niesamowitą kondycję. I wydepilowane nogi, ale to tak na marginesie ;-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku