Ciąża 23 września 2011

Brzuszek w miejskiej dżungli – pociąg

Rozpoczynając serię „Brzuszek w miejskiej dżungli”, chciałam się z Wami podzielić moim doświadczeniem  w zakresie kursowania pociągami. Ale zacznijmy wszystko od początku.

Dwa lata temu, przeprowadziliśmy się z mężem do miejscowości, można rzec „o rzut beretem” od stolicy, ale tylko koleją. Otóż podróż samochodem zajmowała minimum godzinę, a pociągiem pośpiesznym można dojechać w pół godzinki – przy dobrych warunkach atmosferycznych, dobrym stanie wagonów, szyn i trakcji kolejowych. Bo nigdy nie wiadomo. Tak zaczęła się moja tułaczka przeładowanymi wagonami, przez pięć dni w tygodniu do Warszawy i  z powrotem.

W październiku ubiegłego roku, po wielu miesiącach pertraktacji, ku radości naszych serc, na teście ciążowym znalazły się dwie kreseczki. Początki ciąży przechodziłam bardzo dobrze, bez rewelacji żołądkowych, czułam się świetnie i pełna energii, do pewnego momentu. Podróżując codziennie koleją nie nalegałam na zwolnienie mi miejsca – bo i tak brzuszka jeszcze nie widać.

Pewnego zimowego ranka, czekałam, jak pozostałe 100 osób (lub więcej), na opóźniony o godzinkę pociąg. Wiatr i mróz znajdowały każdy zakamarek nie zakrytego ciała, a jedynie ludzi przybywało i przybywało, przynajmiej w kupie raźniej i cieplej. Kiedy pociąg wtoczył się na peron, nie byłam wcale zdziwiona, widząc i tak już przeładowane wagony no, ale do pracy trzeba dojechać. Więc się pakujemy, walczymy o każdą wolną przestrzeń. W tym ścisku, szybko zrobiło się gorąco… za gorąco, za duszno i za głośno. Czułam, że coraz mi słabiej, że jednak nie uda mi się wystać. Ale co tu robić? Nie ma szans żeby przejść do przodu i poszukać jakiś miejsc, toaleta też wypchana ludźmi. Jedna duszyczka widząc, że źle się czuję zapytała „czy wszytko w porządku?” a ja na to, „że mi słabo i że jestem w ciąży”. Nagle, ku mojemu zdziwieniu, popłoch w korytarzu wagonu, ludzie wołają żeby się przesunąć, przepuścić tę panią, że jest w ciąży,  sam konduktor torował mi przejście i jakimś cudem przetłoczylismy się do przedziału służbowego, gdzie mogłam nabrać kolorków.

Od tamtej chwili wiedziałam, że nie ma się co forsować, trzeba wrzucić na luz. Następnego dnia kiedy pociąg podjeżdżał na peron wzrokiem wyszukiwałam przedziału „dla kobiet w ciąży i matek z dziećmi do lat czterech” . Często moje poszukiwania spełzały na niczym bo;

  • kartki zostały zerwane przez pasażerów

  • przedział był zajęty przez śpiących panów w ciąży

  • przedział był zamknięty, a konduktora nie było w pobliżu, lub dla jednej osoby nie otworzy.

Wiele razy zaskakiwałam siebie samą, jak potrafiłam odpalić innym, kiedy ów przedział zajmowali i na drobne pytanie  „czy mogą ustąpić miejsca ciężarnej”  trafiałam na ciszę.

Mimo tego podróż pociągiem, była częścią mojego normalnego funkcjonowania i ostatnią podróż z brzuszkiem miałam sponsorowaną przez kolej w pierwszej klasie. Jak do tego doszło?

Jadąc na Święta Wielkanocne do moich rodziców (mieszkają 400km od nas), zdecydowaliśmy się ruszyć pociągiem z rezerwacją miejsc, no bo to już 8 miesiąc i nie chcemy siedzieć w tłoku. Bilety były (drogie), i miejsca też. Po godzinie jazdy, w „klimatyzowanym” przedziale (później okazało się, że w przedziale z nawiewem) zrobiło mi się słabo. Mąż szybko zareagował i wyciągnął mnie na korytarz, gdzie usilnie próbował otworzyć okno, potem następne okno i nic. Nie da rady, to idziemy do kolejnego wagonu. Po drodze napotkaliśmy konduktorkę, której pierwszym pytaniem na mój widok było „czy pani już rodzi?”, a my że słabo się poczułam i szukamy, gdzie można by okno otworzyć. Okazało się, że jechaliśmy pociągiem z nowymi wagonami, w których podczas włączonego nawiewu nie można otworzyć okien, ale był jeden stary, poczciwy wagon, gdzie okno otwiera się do połowy, ale w pierwszej klasie. Początkowo miałam sobie odpocząć, nabrać sił i powrócić do zapchanej drugiej klasy. Po dłuższej chwili pani konduktor mile zapowiedziała, że pozostałą podróż (4 godzinki) możemy spędzić w tym przedziale bez dodatkowej opłaty. I tak razem z mężem mieliśmy do swojej dyspozycji przedział w pierwszej klasie w cenie drugiej. To się nazywa promocja na kolei.

Podróżowanie z brzuszkiem pociągiem ma swoje zalety i wady. Razem z mężem wiele razy dobrze wyszliśmy na tym zarezerwonym przedziale „dla kobiet w ciąży i matek z dzieckiem”.

Drogie Czytelniczki zachęcam Was do walczenia o swoje prawa, do bycia nieugiętymi, bo najważszniejsze jest dobro Wasze i Waszych maleństw.

Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
ivona85
ivona85
9 lat temu

tylko czy to zawsze trzeba walczyć? czy nie może się to normalnie, cywilizowanie należeć i nikt nie powinien mieć z tym problemów?

(nie)Magda(lena)
(nie)Magda(lena)
9 lat temu

ivona85@ przecież ciąża to nie choroba :P – najlepiej na budowę zapychać, cegły nosić- szkoda, że wiele osób tak myśli :/ i niestety przeważnie są to starsze kobiety!

Bombel
Bombel
9 lat temu

Hehe Polska kolej jednak nie jest taka zła :P

Kari
Kari
9 lat temu

ja podróżuje podobnie ;) też mamy domek o „rzut beretem” tylko podmiejskim ;) jako że do 29 tygodnia jeździłam do pracy i dopiero ostatnio przeszłam na zwolnienie, to czasem wcale nie było łatwo. A że brzuszka nie miałam dużego to dopiero w ostatnim tygodniu ktokolwiek pomyślał żeby mnie wpuścić na miejsce oznaczone panią z piłką lekarską z przodu ;) ale w metrze bywało gorzej bo ciaśniej i niejednokrotnie puszczałam 2 pociągi żeby móc wejść

Smykowa
Smykowa
9 lat temu

Najlepszy fragment: „przedział zajęty przez śpiących panów w ciąży” :) Ja nie miałam okazji jechać pociągiem będąc w ciąży… Jednak wcześniej bardzo często i wiele razy myślałam o tym ile jeszcze pozostawia do życzenia Nasza Kolej… A inni ludzie? Zawsze znajdą sobie wytłumaczenie…a, bo to się spieszy do pracy/domu/dzieci(!), a to jest zmęczony/chory, coś go boli…wszystko „gorsze” od ciąży :P Jestem ciekawa czy ludzka mentalność kiedykolwiek się zmieni – wliczając przede wszystkim władze środków lokomocji :)

Katarzyna Jaroszewicz

Nie miałam okazji podróżować pociągiem będąc w ciąży, a dojazdy autobusami zdecydowanie do najprzyjemniejszych nie należały:(

Basia Wawrzyczek
8 lat temu

jeszcze nigdy nie jechałam pociągiem :)

Ciąża 20 września 2011

Czekanie na wywołanie

W oczekiwaniu na ten jeden dzień, tworzyłam w głowie różne scenariusze. Zastanawiałam się kiedy i gdzie zaskoczą mnie pierwsze skurcze i czy rozpoznam, że to już te porodowe? Czy czasem podczas zakupów nie odejdą mi wody? Czy mąż będzie akurat w domu czy w pracy? Czy zdążymy dojechać? I tak mijały kolejne miesiące, kolejne wizyty i kolejne prawdopodobne daty rozwiązania.

Na około 3 tygodnie przed planowanym terminem porodu, mój lekarz podczas wizyty kontrolnej mówi mi – Pani Madziu już możemy się tu nie zobaczyć. Mimo, że moje ciało było kompletnie pozamykane na cztery spusty:-) I tak za dwa tygodnie kolejna wizyta, na którą dotrwałam w 2paku. I słowa lekarza – Pani Madziu, zapraszam za tydzień, ale nie sądzę żeby Pani się u mnie zjawiła. A jednak tydzień później widzimy się ponownie. Tu już stwierdzenie, że jeśli do tygodnia nic się nie wydarzy mam się zgłosić na oddział. Oczywiście po tygodniu zawitałam na izbę przyjęć swojego szpitala ze skierowaniem na oddział. I tam badania potwierdzające pozamykane wszystkie moje zamki. No cóż – zostaje Pani na oddziale przedporodowym – usłyszałam. Jak się później dowiedziałem, ten dzień był najbardziej owocny w porody. Oczekując na badania nasłuchałam się odgłosów dobiegających z wszystkich sal porodowych. Jednakże wcale mi one nie przeszkadzały, nie przestraszyły, było to coś zupełnie naturalnego.

I tak trafiłam na 6`osobową salę. Wybrałam sobie łóżko pod oknem, z widokiem:-) zapoznałam z dziewczynami, które tam zastałam i oczekiwałam na jakieś działania ze strony lekarzy, mające na celu sprowadzenie Majki na świat. A tu … rozczarowanie, pierwszy dzień  minął i nic się nie działo. Godziny trwały wieczność. W głowie jedna myś l– jutro będzie mój lekarz, jest ordynatorem i na pewno zaproponuje kroplóweczkę i po sprawie. Z takim nastawieniem jechałam do szpitala. Dziś przyjęcie – jutro wywołanie i Maja będzie z nami. Rzeczywistość jednak okazała się daleka od moich wyobrażeń.

Wtorek – poranny obchód, badania, jest mój lekarz i… szyjka podobno zgładzona, ale niepodatna, czyli bez rewelacji. Jednak pełna nadziei czekam na „werdykt”. A tu niespodzianka, wszystkim dziewczynom leżącym na przedporodowym serwują lewatywę. Że niby ruchy jelit mają wywołać akcję porodową. No więc było ciekawie. Posiedziałyśmy na kibelkach i… cisza. U żadnej nie przyniosło to efektu. Moja wytrzymałość psychiczna była już mocno nadwyrężona i osłabiona. No cóż czekamy co przyniesie środa. Ma być mój doktorek i nadzieja na kroplówkę wciąż we mnie była bardzo żywa.

Środa –  poranny obchód, badania, jest mój lekarz i … podobno jakiś centymetr się pokazał. Moje nadzieje na kroplówkę wzrastają. Jednak pada decyzja o założeniu mi cewnika Foleya. Wychodząc z gabinetu zabiegowego miałam już łzy w oczach. Po wejściu na salę ryczałam już jak bóbr. Tu przyszło załamanie. Chciałam już mieć przy sobie, już tulić moją Małą Księżniczkę! A tu tylko mi się towarzystwo zmieniało, dziewczyny przychodziły i wychodziły z dzieciaczkami, a ja … ciągle nic. Położne przychodziły się pytać co się dzieje, a ja ryczę. Po rozmowie z mężem trochę się uspokoiłam, bo w końcu jestem tu dla maluszka. Gdzieś na korytarzu złapałam mojego doktorka i szczerze z nim porozmawiałam. On ma takie podejście do pacjentek, że każdej życzę takiego lekarza. Uświadomił, mi co będzie najlepsze dla dziecka, po co to robią. Jak to wszystko wygląda od strony medycznej. Dopiero po tej rozmowie zawzięłam się w duchu i myślałam tylko o mojej Kruszynce, która czuje mój niepokój i smutek, a takich uczuć nie chciałam jej serwować. Cewnik miał mi wypaść sam, co oznaczało by rozwarcie minimum na 4 centymetry. Cóż … w czwartek rano ciągle tam był. Chociaż wieczorem czułam skurcze, co 10 minut, całkiem spore według KTG. Ale noc smacznie przespałam i czekałam na dzień następny.

Czwartek – wizyta, badania, nie ma mojego lekarza :-( i… wyciągają cewnik rozwarcie 3-4 centymetry :-) Moja radość sięga zenitu. Od rana znowu pojawiły się skurcze, z nadzieją czekałam, aż coś się zacznie dziać. Zapada decyzja o podaniu kroplówki, uśmiech i pełnia szczęścia :-), świat zaczął wirować. Dziś nareszcie zobaczę moją córeczkę :-) Zmykam do sali, żeby pochwalić się moim „współlokatorkom”. Po czym przychodzi położna i z pretensjami w głosie – dlaczego Pani jeszcze nie spakowana. Ja wielkie oczy na nią, a ona – no dziś rodzimy ;-)))

14.04.2011 stał się najszczęśliwszym dniem w moim życiu – dniem narodzin mojej córki.

Patrząc z perspektywy czasu na te wszystkie „procedury” jestem szczęśliwa, że właśnie tak się to wszystko potoczyło. Była ze mną na sali dziewczyna, która miała 2 centymetry rozwarcia, od razu podano jej kroplówkę z oxytocyną, cały dzień się męczyła i nic. Urodziła dopiero po tygodniu wywoływania. Lekarze wiedzą co robią, warto im zaufać i pozwolić podejmować decyzje. Nasze plany niestety, w niektórych przypadkach, nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Życie buduje swoje scenariusze, w których jesteśmy tylko aktorami i nie mamy wpływu na odgrywaną rolę.

Drogie czytelniczki, będąc w podobnej sytuacji, idąc do szpitala nie nastawiajcie się na jakieś konkretne rozwiązanie. Na takie, które najbardziej Wam odpowiada. Niektórych spraw nie da się przyśpieszyć, przewidzieć. Nie warto przeżywać rozczarowania, smutku, żalu i zniecierpliwienia. Pamiętajcie, że wszystko to czuje istotka żyjąca pod Waszym sercem. A za cierpliwość otrzymacie najwspanialszą nagrodę – Wasze upragnione, wytęsknione dziecko :-)

Subscribe
Powiadom o
guest
16 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Baby_55
Baby_55
9 lat temu

to czekanie jest baaardzo trudne ale warto :) byłaś bardzo dzielna :)

Magda
Magda
9 lat temu

Jak doszłam do połowy tekstu, to już nie mogłam się doczekać kiedy „urodzisz” ;) świetnie się czyta :) Ja nie dotrwałam do terminu. Wróciliśmy z zakupmi (jak na długie głodowanie) minęły dwie godzinki i trach….odeszły mi wody :) My też długo przed porodem „planowaliśmy”. Ale dziecko zadecydowało inaczej :D Teraz wspominam ten dzień bardzo miło. Wtedy byłam przerażona, bo Krzyś przyszedł na świat dwa tygodnie wcześniej. Urodził się silny i zdrowy :*

Magdalena446
Magdalena446
9 lat temu
Reply to  Magda

Krzyś jest fantastyczny. Taki poród z zaskoczenia – super. Wydaję mi się, że w takiej naturalnej kolejności. Bez udziału „wspomagaczy”. A dwa tygodnie mieszczą się w normie.

Bombel
Bombel
9 lat temu

Czekanie na coś zazwyczaj wybitnie się dłuży! Co potrafi dobić człowieka,szczególnie ciężarną kobietę ;-) Dobrze Madziu że w końcu się doczekałaś ;-)

Magdalena446
Magdalena446
9 lat temu
Reply to  Bombel

Doczekałam się, ale ile było przy tym niepotrzebnych nerwów i stresu.

Marta
Marta
9 lat temu

Ja trafilam do szpitala w 29 tygodniu i zoztalam az do porodu, ale nasz synek pchal sie na swiat i urodzil sie w 36 tygodniu. My walczylismy o kazdy nastepny dzien u mnie w brzuszku, bo to zwiekszalo jego szanse az tu nagle o 2 w nocy pojawily sie skurcze i odeszly wody i pare godzin pozniej byl z nami. Swietny tekst :), widac, ze coreczce bardzo dobrze bylo w Twoim brzuszku i jakos nie chcialo jej sie go opuszczac :). Ja jestem przeszczesliwa, ze nasze male dotrwalo w moim brzuszku chociaz do 36 tyg, a wszystkie te tygodnie, kiedy… Czytaj więcej »

Sylwia
Sylwia
9 lat temu
Reply to  Marta

U mnie było podobnie z tym czekaniem i walką o kolejny dzień w brzuszku od 32 do 36 tc.
Czekanie czy na poród czy na jak najdłuższe przetrzymanie maluszka w brzuszku zawsze się dłuży.

Magdalena446
Magdalena446
9 lat temu
Reply to  Sylwia

Dziewczyny, dobrze że udało się wyczekać do 36 tygodnia. Wasze dzieciaki są silne i zdrowe, a to najważniejsze.

Acekiera
Acekiera
9 lat temu

gratulacje narodzin córeczki! ja się może dowiem za kilka dni jakiej płci jest mój kochany „lokator” :)

Barbara Heppa-Chudy
9 lat temu
Reply to  Acekiera

Daj nam koniecznie znać, jak się dowiesz! A kiedy termin porodu?

Magdalena446
Magdalena446
9 lat temu

Koniecznie czekamy na wiadomość, kogo nosisz pod serduszkiem. I Ogromnie gratuluję@

(nie)Magda(lena)
(nie)Magda(lena)
9 lat temu

Mi się poszczęściło i urodziłam kilka dni przed terminem, ale bardzo się bałam że będę siedziała na walizkach i czekała na jakiś znak od Małej :D

Ewaszwan
Ewaszwan
9 lat temu

Bardzo dobrze Cię rozumiem, mój Maluszek wyszedł na świat 16 dni po terminie (też leżałam w szpitalu). Z powodu braku miejsc na porodówce nie chcieli wywoływać i cały czas to odkładali, aż wreszcie Martusia sama zdecydowała że wychodzi i środki farmakologiczne nie były potrzebne :) Pozdrawiam trzymajcie się zdrowo.

Magdalena446
Magdalena446
9 lat temu
Reply to  Ewaszwan

Dobrze, że wszystko zakończyło się szczęśliwie))

Marienka
Marienka
9 lat temu

Madzia, niesamowite… Ja wprawdzie rodziłam 4 dni po terminie, ale obeszło się bez leżenia w szpitalu czy innych atrakcji :) już prawie dwa lata zbieram się do tego, by opisać jak to było, może nareszcie teraz się zdecyduję a wy się dowiecie, jak się rodzi w Czechach :)

Barbara Heppa-Chudy
9 lat temu
Reply to  Marienka

Marienka, trzymamy Cię za słowo i czekamy z niecierpliwością na relację z porodu zza południowej granicy :) Pozdrawiamy!

Dom 17 września 2011

Moje 24 godziny

Mniej więcej o godz. 7.00 mój błogi sen przerywa budzik. Ale nie taki zwykły, co robi klasyczne – drryn drryn! Budząc przy tym wszystkich zmarłych. Mój jest wyjątkowy! Oryginalny! Jedyny w swoim rodzaju! Mój budzik został wbudowany w postać małego człowieczka, którego nazwałam Jaś .


Kiedy Jaś uzna, że już najwyższa pora wstać, wstajemy. Ale spokojnie, pomalutku! Robimy to z gracją i wdziękiem… no dobra, Jaś robi to z gracją i wdziękiem, ja raczej zwlekam się mozolnie z łóżka  poprawiając rozczochrane włosy i próbując otworzyć zaspane oczy.
Dzień zaczynam standardowo– od mocnej kawy, ciasteczka i ploteczek z  „sieciowymi fumfelami”. W między czasie oczywiście karmię, przewijam i zabawiam mojego małego człowieczka.
Kawka wypita, porcja zbędnych kalorii pochłonięta…. mogę więc zabrać się do pracy.
Praca ma to do siebie, że każdego dnia wygląda mniej więcej tak samo, no chyba że jest się dziennikarzem, politykiem czy jakąś gwiazdą estrady. Oni każdego dnia bywają w innym zakątku świata, także na nudę i rutynę raczej nie narzekają.
Ja żadną gwiazdą nie jestem, więc każdego dnia mogę ewentualnie znaleźć się w innym zakątku mojej wioski.  Nie mniej jednak wrażeń też mam dosyć sporo i całe mnóstwo pracy. A wygląda to mniej więcej tak: pranie; zmywanie; sprzątanie, głównie polegające na usuwaniu kurzu i śmieci z podłóg, które mają niezwykłą zdolność błyskawicznego namnażania się! Przygotowywanie obiadu, zupełnie jak w kulinarnym programie telewizyjnym– myjemy, obieramy, kroimy, układamy produkty w kolorowych miseczkach… i przerywamy bo zazwyczaj w tym momencie moje dziecko domaga się karmienia.

Czasu co raz mniej, „za chwilę” wpadnie do domu przymierająca głodem głowa rodziny!  Zatem odpalam cztery palniki. Ale żeby było trudniej a przede wszystkim śmieszniej, Bobo zaczyna się nudzić i domagać uwagi. Tak więc stoję nad garami, oblana potem, w jednej ręce trzymam 8-kilowe dziecko, w drugiej naprzemiennie łyżkę i nóż. W rytm gaworzenia mojego „klocuszka” mieszam i kroję, mieszam i kroję ….

No dobra to zasiadamy do stołu …. w  gwoli ścisłości, moi mężczyźni zasiadają do stołu  (Bobo przecież zdążył już dawno zgłodnieć ), a więc najpierw jedzą Oni – szlachta, a później ja – plebs.
Jeśli Bobo ma dobry humor utnie sobie popołudniową drzemkę, jeśli nie – bawimy się.
Sprzątamy kuchnię po obiedzie, rozwieszamy pranie, nastawiamy następne.  Pogoda dopisuje, słoneczko pięknie świeci,  tak więc wyskoczymy na spacerek. Wracając wstąpimy do sklepu na małe zakupy. Taa małe! Obładowana jestem niczym wielbłąd! Ręce jak u małpy, wiszą mi do ziemi! A tu jeszcze wózek trzeba pchać! A tu jeszcze Bobo krzyczy, że leżenie mu się znudziło i chce na ręce!

Ledwo doczłapuję pod blok, zziajana niczym koń po westernie! Na koniec wycieczki, mała dobitka– „spacer farmera”!  Muszę się wspiąć ze wszystkimi tobołkami  i moim 8-kilowym dzidziusiem na IV piętro (windy oczywiście nie ma!). Eeechhh…

Na zegarku 19.00, to Nasz czas na kąpiel, ostatnie karmienie i sen.
Minęła 20.00, moja szychta pomału dobiega końca. Jeszcze tylko okiełznać stertę prania czekającą na żelazko i byłoby wszystko.

Sterta prania okazała się hałdą! Jest grubo po 22.00, moi mężczyźni już słodko śpią a ja się jeszcze krzątam. No nic, na dzisiaj starczy. Odbijam swoją kartę pracowniczą i udaję się w stronę łóżka. Po drodze przypominam sobie, że nie zjadłam dzisiaj śniadania; nie odebrałam awizo z poczty; nie zadzwoniłam do babci (a powinnam była); nie kupiłam pieczywa (i jutro też nie zjem śniadania), nie upiekłam szarlotki, choć miałam wielką ochotę; nie wydepilowałam nóg przypominających już mały busz i nie… jeszcze kilku innych rzeczy, bo zapomniałam, bo czasu było mało…
Ale spokojnie jutro też jest dzień! Jutro czekają mnie kolejne 24 godziny!

Subscribe
Powiadom o
guest
17 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
(nie)Magda(lena)
(nie)Magda(lena)
9 lat temu

Jedno z dwóch: albo doba jest zdecydowanie za krótka, albo lista obowiązków za długa- czyli typowy dzień z życia mamy :)

Bombel
Bombel
9 lat temu

Myślę że gdyby doba trwała 2x dłużej i tak czasu na „wszystko” byłoby mało :-) Mama zawsze znajdzie COŚ co akurat trzeba dzisiaj zrobić ;-)

Magda
Magda
9 lat temu

Świetny tekst, jakże prawdziwy :D Tak więc, póki dziecko śpi…idę umyć włosy, posprzątać kuchnię, wstawić naczynia do mycia i zagnieść ciasto….zdąże do 16?? Bo idę na ślub koleżanki :D

Bombel
Bombel
9 lat temu
Reply to  Magda

Chciałam napisać -Dasz radę!! Ale patrzę że już prawie 17 … :-) Więc zapytam -Zdążyłaś Magda?? :-)

Sylwialomzax
Sylwialomzax
9 lat temu
Reply to  Bombel

Nawet jakby Magda nie zdążyła to po ślubue koleżanki mimo zmęczenia po weselu znajdzie siły by coś dokończyć. Takie już jesteśmy :P

Magda
Magda
9 lat temu
Reply to  Sylwialomzax

Zdążyłam :) Ciasto dokończyłam po powrocie i zajadaliśmy jeszcze cieplutkie z malinkami :)

Paulina2209
Paulina2209
9 lat temu

a mówią że kobieta z dzieckiem to zły pracownik. kto potrafi sobie lepiej zorganizować czas jak nie matka?

Magda
Magda
9 lat temu
Reply to  Paulina2209

Podpisuję się i popieram! Jednak mój szef nie potrafi tego docenić…może zmieni zdanie jak wrócę!

Bombel
Bombel
9 lat temu

No właśnie!Zgadzam się z Tobą Paulina! :-) Moim zdaniem każda z Nas powinna mieć możliwość wpisania sobie w CV info że jest mamą! :-)

(nie)Magda(lena)
(nie)Magda(lena)
9 lat temu
Reply to  Bombel

Ja myślę, że z tej „wady” (powszechnie uznawanej przej potencjalnych pracodawców) należy zrobić zaletę! (taka mała rada od doradcy personalnego ;))

agi_p10
agi_p10
9 lat temu

Tekst świetny :) Jakbym czytała o swojej codzienności , tylko mój „budzik” włącza się o 5 rano i nie ma zmiłuj :P
A to wszystko dowodzi temu , ze my Mamusie jesteśmy The Best i mamy ponad ludzkie zapasy sił i cierpliwości :) Żadem mężczyzna by tego nie wytrzymał .
Zgadzam się z Wami pracodawcy powinni doceniać pracownice z dziećmi , ponieważ jesteśmy bardzo zorganizowane i mega pracowite .
Jednak na razie mój zawód główny to : Mama :):):)

Eloonka
Eloonka
9 lat temu

jak bym o sobie czytała :D a już myślałam, że takie zamieszanie to tylko u nas w domu odkąd pojawiła się nasza Kruszynka :D

Marysia
Marysia
9 lat temu

Wszystko się zgadza, znam to z autopsji. Jedno jeszcze tylko mogę dodać, że dla nas to pikuś, bo MY Mamy jesteśmy naprawdę pancerne :)

Natalia Bobek
5 lat temu

Mam 3miesięczną córkę. Kiedy w końcu idzie spać ja.. Idę sprzątać nawet jak jest posprzątane

Edyta Skrzydło
5 lat temu

No właśnie moi dzisiaj poszli z mężem na basen , a ja jak nawiedzona zaczęłam sprzatać ;-)

Adriana Osuchowska
5 lat temu

To ja chyba jestem jakimś leniuchem – oni wychodzą a ja sięgam po
Książkę i herbatę albo maluje paznokcie, oni wracają to rozdzielam obowiązki i sprzątamy wszyscy ;-) w końcu wspólnie tu mieszkamy!

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close