Rozwój 24 lipca 2020

Bunt dwulatka – nieważne czy on istnieje, ważne by uświadomić sobie, w czym rzecz

Bunt dwulatka związany jest z wieloma emocjami, nie tylko u maluchów, ale też wśród dorosłych, o czym przekonałam się sama, gdy moje dziecko przeistoczyło się ze słodkiego bobasa w małego nerwuska. Zaczęłam więc szukać informacji na ten temat, żeby wiedzieć, jak podejść do sytuacji. Mimo, iż nie jest to moje pierwsze dziecko, ale tak się składa, że ciut starsza córka, takiego etapu nie przechodziła (a przynajmniej nie dała mi w kość). Natomiast najstarszy syn robił to samo, co najmłodszy, tyle że było to już ponad siedem lat temu, więc szczerze mówiąc nie pamiętam już, co wtedy mądrego czytałam o tym.

W każdym razie wokół buntu dwulatka krążą różne opinie, rzec by można, że dorośli podzielili się na dwa obozy: zwolennicy tego określenia, którzy często łączą się w bólu i wymieniają doświadczeniami oraz poradami, a także przeciwnicy twierdzący, że coś takiego jak „bunt dwulatka nie istnieje!”.  

Kto ma rację nie mnie oceniać, nie jestem bowiem żadnym psychologiem, ani specjalistą do spraw rozwoju dzieci, ale nie w tym rzecz. Bardziej od tego gdzie tkwi prawda i czy rzeczywiście jest to rodzaj buntu, interesuje mnie kwestia tego, co w tym okresie dzieje się w głowach maluchów i dlaczego zachowują się tak, że próbujemy to jakoś nazwać i zdiagnozować.

Zacząć więc należy od stwierdzenia faktu, że pierwsze miesiące i lata życia dziecka, to okres intensywnego rozwoju. W przedziale (mniej więcej) od osiemnastego do trzydziestego miesiąca życia (tj. od półtorej roku do dwóch i pół lat) dzieci wykazują silną, naturalną potrzebę uniezależnienia się i wyrażania własnego, często odmiennego od rodziców, zdania. W tym wieku są na tyle duże, że próbują podejmować różne wyzwania, jak choćby samodzielne ubieranie się, mycie, jedzenie, itp.

Z pozoru proste czynności dla takich maluchów bywają jednak kłopotliwe i wywołują u nich frustrację. Co, jak się na spokojnie zastanowić, nikogo nie powinno dziwić, ponieważ my, dorośli, również wściekamy się, gdy coś nam nie wychodzi. Krzyczymy, rzucamy na lewo i prawo niewybrednym słownictwem… To samo robią dzieci, tyle że w nieco inny sposób – tupią nogami, płaczą, rzucają zabawkami, kładą się na podłodze, gryzą, itd. Jak to zwykle bywa, osobom patrzącym z boku, takie zachowanie wydaje się niewłaściwe i nieadekwatne do zaistniałej sytuacji, problemu – bo przecież łatwo nam oceniać, prawda?

Zmierzam jednak do wniosku, że powinniśmy nieco inaczej spojrzeć na tzw. bunt dwulatka. Powinniśmy pozwalać dzieciom na samodzielność, na podejmowanie decyzji (w granicach rozsądku oczywiście) i wyrażanie własnych emocji oraz zdania. To w końcu też są ludzie, tacy jak my, tyle że mniejsi i mniej doświadczeni. Tym bardziej, że w przyszłości z pewnością będziemy od nich wymagać tego, by byli niezależni i asertywni.

Poza tym zwróćmy też uwagę na to, że przedstawianie naszych własnych dzieci, jako: rozwrzeszczanych, niegrzecznych, upartych, czy złośliwych, wcale nam nie pomaga, wręcz przeciwnie, sami się nakręcamy i dodatkowo złościmy.

I choć z własnego doświadczenia wiem, że bywa naprawdę ciężko, że dzieci potrafią zrobić ogromną awanturę i dać niemałe przedstawienie np. w sklepie, gdzie obecność obcych ludzi dodatkowo nas zawstydza i wzmaga jeszcze większą złość, musimy nad sobą pracować i nie dać się ponosić emocjom. Powinniśmy spojrzeć na ten problem, jak na przełomowy moment w życiu naszych pociech, kiedy budują własną autonomię, uczą się samodzielności, doświadczają i ponoszą konsekwencje swoich czynów. W tym trzeba je wspierać, a nie ganić i karać.

Myślę (patrząc też na samą siebie), że jak już to sobie uświadomimy, będzie nam łatwiej zrozumieć te wybuchy płaczu, złości i wielokrotne powtarzanie nam prosto w twarz – „Nie!”  A to, że nie jest nam łatwo w takich sytuacjach, cóż… takie jest właśnie rodzicielstwo, z tym wiąże się wychowywanie potomstwa. Nikt przecież nigdy nie mówił, że bycie mamą/tatą jest łatwe, prawda? 😉

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Mrówki – prosta gra karciana na spostrzegawczość i refleks

Są takie wydawnictwa, których książki i gry mogłabym brać niemalże w ciemno. Jednym z nich jest Nasza Księgarnia. Zawsze chętnie sięgam po ich pozycje i nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek się zawiodła. Tym razem w moje ręce wpadła gra Mrówki. Od dłuższego czasu mnie intrygowała i widniała na liście „do kupienia”. No i w końcu wpadła w moje ręce.

Mrówki to niezwykle prosta gra karciana, z łatwymi do przyswojenia zasadami. Instrukcja jest krótka i nieskomplikowana, rzecz by można, że zawiera raptem dwie reguły. Dzięki temu nie trzeba marnować zbyt wiele czasu na czytanie, analizowanie i zastanawianie się – o co tak właściwie chodzi, od czego zacząć itp.

W związku z powyższym do (pierwszej) rozgrywki można przystąpić niemalże od razu, co jest dosyć istotne, gdy zasiada się do gry razem z dziećmi, które nie wykazują się dużą cierpliwością i bawić się chcą tu i teraz, nie za chwilę 😉.

 Elementy gry Mrówki

Ale zacznijmy od początku i sprawdźmy co mamy w pudełku?

Elementy gry to tylko dwa rodzaje kart:

– 39 kart mrowiska o wartościach od 1 do 39,

– 35 kart mrówek oznaczonych cyframi i liczbami od 1 do 35, a także podzielonych na siedem różnych kolorów: 5 szarych, 5 czerwonych, 5 żółtych, 5 błękitnych, 5 pomarańczowych, 5 zielonych i 5 fioletowych.

 Cel gry Mrówki

Celem gry jest zdobywanie kart mrówek. Do zwycięstwa prowadzi zgromadzenie siedmiu kart w różnych kolorach (po jednej z każdej barwy) lub pięć w jednej tonacji.

 Przebieg gry Mrówki

Na początek tradycyjnie należy potasować wszystkie karty znajdujące się w pudełku. 

Karty mrowiska rozkładamy na stole jedna obok drugiej, w kilku rzędach, tak aby ich wartości były widoczne dla wszystkich. Z kart mrówek tworzymy zakryty stos (kładziemy je rewersem do góry) i przekazujemy najstarszemu graczowi – to on będzie odkrywał karty.

Gdy wszystko jest przygotowane, wybrany gracz odsłania pierwszą mrówkę ze stosu kart. Musi to zrobić tak, by każdy mógł w tym samym momencie zobaczyć, jaka pojawiła się mrówka – zwracamy uwagę na jej numer. Teraz należy jak najszybciej odszukać wartość karty w mrowisku i wskazać ją lub złapać. Osoba, która zrobi to pierwsza, zdobywa mrówkę i kładzie ją obok siebie, w taki sposób, aby była widoczna dla pozostałych uczestników.

Następnie najstarszy gracz odkrywa kolejną kartę ze stosu. Tym razem oprócz wartości musimy również zwrócić uwagę na kolor odkrytej karty – jeśli wcześniej zostały już zdobyte mrówki w danym kolorze, wówczas trzeba dodać ich ilość do tej karty, która została właśnie odsłonięta.

Na przykład: Gracz odkrył niebieską mrówkę z numerem pięć. Wśród zdobytych wcześniej mrówek są już trzy niebieskie. W takiej sytuacji musimy dodać trzy do numeru pięć i szukać w mrowisku mrówki oznaczonej liczbą osiem (bo 3 + 5 = 8).

Gramy tak długo, aż któryś z graczy zdobędzie siedem mrówek w różnych kolorach (po jednej z każdej barwy) lub pięć w jednym.

 Wrażenia

Rozgrywka jest fajna, bo szybka, nie trwa dłużej niż piętnaście – dwadzieścia minut. Nie potrzeba do niej specjalnych zdolności i umiejętności, dzięki czemu nie stawia przed graczami żadnych ograniczeń. Liczy się spostrzegawczość i refleks, co z kolei przekłada się na niemałe emocje i sporo śmiechu 😊. 

Mrówki to gra przeznaczona dla dzieci od siódmego roku życia, ale mniejsze również sobie z nią poradzą – moja czterolatka od początku grała tak, jakby była to dla niej bułka z masłem 😉 I sprawiało jej to mnóstwo frajdy, ciągle wołała „Jeszcze raz!”.

Atutem tej „karcianki” jest to, że łączy pokolenia – mogą grać w nią zarówno dzieci, jak i dziadkowie – oraz to, że zawiera element edukacyjny. Co prawda tylko dla najmłodszych, bo chodzi tutaj głównie o naukę i utrwalanie szybkiego liczenia, ale jednak. Poza tym przy tak małych graczach, jak Pola (4 l.), no i Staś (2 l.), który oczywiście nam towarzyszył, można wykorzystać karty do nauki rozpoznawania i utrwalania cyfr, a także kolorów.

Przy okazji nadmienię, że Mrówki zdobyły już kilka nagród, między innymi za Najlepszą Grę Rodzinną i Najlepszą Grę Matematyczną. 

Warto jeszcze wspomnieć o: estetyce gry, prostocie i jakości jej wykonania, choć to pewnie nikogo nie dziwi w wydaniu Naszej Księgarni. Ponadto dużym plusem Mrówek jest niewielki rozmiar opakowania – nie dość, że nie zajmuje dużo miejsca w pokoju dziecięcym, to jeszcze idealnie nadaje się do plecaka, na wszelkie wycieczki i podróże 😊.

Reasumując Mrówki przypadły nam do gustu. Myślę, że pojadą z nami na niejedną wyprawę😉.

 

Serdecznie dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazanie recenzenckiego egzemplarza gry.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Potworne porządki – gra dla najmłodszych

”Potworne porządki” to gra skierowana do dzieci w wieku 3+ i tak właśnie o niej pomyślałam po zapoznaniu się z zasadami. Wierzyłam, że to gra typowo dla maluchów do czasu, kiedy w nią zagrałam razem z trójką dzieci — sześcio i dziesięcioletnimi, z którymi bawiliśmy się całkiem fajnie. 

Graficznie gra prezentuje się świetnie, propozycja jej zilustrowania przez Macieja Szymanowicza zdecydowanie pokazuje, że dziecięca wyobraźnia to coś, co nie mija wraz z wiekiem. Niewątpliwym atutem jest wielkość pudełka, docenią je wszyscy rodzice, którzy wiedzą czym są uginające się półki od gier i książek. Uwielbiam kompaktowe opakowania również dlatego, że na każdy wyjazd zabieramy ze sobą kilka gier, więc tu wielki ukłon do Wydawnictwa Nasza Księgarnia. 

W pudełku znajdziemy cztery plansze z pokojami, kartoniki z elementami wyposażenia,  sylwetki potworków, woreczek oraz prostą i czytelną instrukcję. 

potworne porządki

Sama gra ma prostą, znaną nam formułę — wyszukiwanie odpowiednich kształtów z woreczka. Wydawało się to dość prostym zadaniem, by znaleźć cztery pasujące przedmioty, ale przeszkadzają w tym nieznośne potworki, które świetnie podszywają się wyposażenie pokojów. Wygrywa ten gracz, który jako pierwszy odszuka konkretne przedmioty (w trudniejszym wariancie muszą mieć one kolor pasujący do naszego pokoju). Zasady przewidują dwie opcje, ale nasze dzieci szybko wprowadziły dodatkowe reguły, co sprawiło, że gra stała się dla nich nieco bardziej atrakcyjna. 

Jeśli zależy Wam na szybkich rozgrywkach to pozycja ta spełni to oczekiwanie, jedna partia nie potrwa dłużej niż 15 minut. Jest to szybka, niezbyt wymagająca gra, która może być tą jedną z pierwszych, ucząca nieco cierpliwości zabiegane dzieci, rozwijająca dodatkowo małą motorykę. Tematem gry jest uporządkowanie pokoju tak, by nie było w nim żadnych niepotrzebnych rzeczy (potworków). Myślę, że przeniesienie jej w nieco bardziej realny świat może pomóc w nauce sprzątania własnych pokojów. 

potworne porządki

”Potworne porządki” w 2018 roku zdobyła serca nie tylko dzieci, ale i dorosłych, czego dowodem jest zdobyta Nagroda Rodziców (USA). To zdaje się być świetną rekomendacją i potwierdzeniem, że gra spełnia zarówno wymagania jakościowe, jak i atrakcyjność wizualną i funkcjonalną. Nasz egzemplarz na pewno poczeka na półce na kolejnego małego gracza.

Autor: Gamewright
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wiek: 3-103 lat
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: 15 min

 

Serdecznie dziękuję wydawnictwu  Nasza Księgarnia za przekazanie recenzenckiego egzemplarza gry.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close