Ciąża 2 września 2011

Być czy nie być – oto jest pytanie?

Takie pytanie stawia sobie każdy przyszły Tatuś. Przed niemniejszym problemem staje również każda przyszła Mamusia. Chcę być sama podczas tej wielkiej chwili, jaką jest poród,  czy z nim – „winowajcą” i przyszłym Tatą w jednej osobie?

Zawsze twierdziliśmy z mężem, że ten moment będziemy przeżywali wspólnie, przecież oboje chcemy powitać na świecie naszego potomka. Jednak, gdy zobaczyłam na teście dwie kreski, w naszych głowach zaczęły pojawiać się wątpliwości:

– może lepiej żeby nie widział mnie w takim momencie…

– a jak będę krzyczała to co on sobie o mnie pomyśli…

– na pewno będę wyglądać brzydko, więc po co ma mnie taką oglądać…

– „tam” wszystko będzie wyglądać inaczej niż zwykle… będzie takie nieciekawe… i mało erotyczne ;) o ile można to tak nazwać…

– czy będę potrzebny…

– może będę tylko przeszkadzał…

– czy zniosę ból ukochanej…

– czy chcą w ogóle to widzieć…

Podobne myśli piętrzyły się w naszych głowach i nie bardzo wiedzieliśmy oboje co zrobić.

Żadne z Nas nie potrafiło przyznać się do tego, że mamy jakieś wątpliwości. Zgodnie twierdziliśmy podczas rozmów ze znajomymi czy rodziną: oboje będziemy obecni w tak ważnym dla Nas momencie życia.

Kiedy pojawiły sie komplikacje i ciąża okazała się zagrożona, przestaliśmy o tym myśleć, bo nasze głowy zaprzątnięte były ciągłymi wizytami u lekarza, badaniami i lekami, których brałam całą masę…  Wróciliśmy do tematu, kiedy po kilku tygodniach sytuacja nieco się ustabilizowała a my wykorzystując to, że mogłam chodzić, zdecydowaliśmy się zapisać na zajęcia do Szkoły Rodzenia. Jedne z pierwszych zajęć dotyczyły roli partnera w czasie porodu. Położna, która prowadziła zajęcia pokazała nam jak ważne jest, by ktoś towarzyszył Mamie w tej trudnej i niesamowitej chwili, jaką jest poród. Przecież Mama tak naprawdę jest wtedy sama. Położna przychodzi, co jakiś czas sprawdzić tętno czy rozwarcie, lekarz prawie wcale a zza ścian, dobiegają krzyki innych rodzących. Istny koszmar zaczął kreować się w mojej głowie, pomyślałam, że gdyby coś się zaczęło dziać niepokojącego albo potrzebowałabym iść do toalety lub chciałoby mi się pić, to nie byłoby przy mnie nikogo, kto mógłby mi pomóc i na kogo mogłabym liczyć.

Wróciliśmy po zajęciach do domu, zjedliśmy kolację i mąż zaczął rozmowę. Przyznał się, że miał wątpliwości i nie bardzo wiedział czy chce być obecny przy porodzie i czy poradzi sobie z tym wszystkim. Bał się do tego przyznać przed sobą i przede mną. Powiedział, że po zajęciach zdał sobie sprawę z tego, że nie może mnie tak zostawić. Jego obecność jest konieczna i dlatego na pewno będzie ze mną. Kamień spadł mi z serca, bo czułam to samo, bardzo chciałam by był przy mnie, wspierał no i obowiązkowo przeciął pępowinę.

Do dnia porodu nie poruszaliśmy tego tematu. Dla każdego z nas sprawa była jasna, będziemy razem i już… Kiedy nadszedł moment wyjazdu do szpitala, nie wahaliśmy się, byliśmy pewnymi, że niedługo wspólnie przywitamy naszego synka J

Sam poród był ciężki. Na sali porodowej spędziliśmy blisko 16 godzin, oboje byliśmy niewyspani.  Do szpitala pojechaliśmy o 3 w nocy, ale mimo to mąż dzielnie trwał przy mnie do samego końca. Podawał wodę, zaprowadzał do toalety i pod prysznic, masował plecy i pomagał, gdy skakałam na piłce. Przyznaję się, krzyczałam na niego z byle powodu, zmęczona ciągłymi skurczami i przedłużającym się porodem… a on trzymał mnie za rękę i głaskał po głowie. Kiedy koleżanki pisały dziesiątki sms-ów, odpisywał im w moim imieniu, informując co się dzieje, bo ja nie miałam już na to siły. Dodawał mi otuchy, jak tylko potrafił, a kiedy pojawił się na świecie nasz synek dzielnie przeciął pępowinę. Zobaczyłam łzy spływające po jego policzkach.
Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy na moim brzuchu leżała mała, ciepła i mokra istotka a mój twardy i dzielny mężczyzna płakał na jej widok jak dziecko. Patrzyliśmy sobie w oczy i wiedzieliśmy już ,że od tego momentu jesteśmy rodziną

Teraz, kiedy o tym pomyślę wiem, że nie mogło być inaczej, bo sama chyba nie dałabym sobie rady w tych trudnych chwilach. Oboje wiemy, że to była nasza najlepsza decyzja, dzięki temu jeszcze bardziej zbliżyliśmy się do siebie. Kiedy zdecydujemy się znów powiększyć naszą rodzinę na pewno będziemy razem.

13
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
7 Comment authors
Maria CiahotnaAnia StanczakAleksandra GreszczeszynPaulina KorpusMłoda mama Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magda
Gość
Magda

Również uważam, że mąż/partner jest potrzebny kobiecie rodzącej. Ja mimo tego, że miałam cesarskie cięcie wiedziałam, że ON czeka na nas za drzwiami. Wiedziałam, że jak urodzi się synek, to nie będzie tam sam. Wiedziałam, że będzie pod czujnym okiem Tatusia. Ta świadomość uspokaja, dodaje otuchy. Pamiętam jak wywieźli mnie z sali operacyjnej, to cały czas był przy mnie, jedną ręką prowadził wózek z synkiem a drugą trzymał moją dłoń :D Ta więź wywołała w nas uczucie wspólnoty, czułości, radości przez dotyk, przez spojrzenie :) JESTEŚMY RODZINĄ!

(nie)Magda(lena)
Gość
(nie)Magda(lena)

ja zawsze chciałam rodzinne rodzić, Tatuś nie. Nie chciałam go zmuszać i nie zmuszałam. Jedynie położna wytłumaczyła mu jak to wszystko naprawdę wygląda, że są 2 fazy porodu, że przy końcowej może wyjść. przemyślał to i postanowił być ze mną, bo wiedział jak ważna rola na niego spoczywa- liczenie skurczów, przypominanie o oddychaniu (tak, tak kobieta może czasem o tym zapomnieć :)), podawanie picia, trzymanie za rękę, wspieranie podczas spacerów, czy pomaganie skakać na piłce, itd. no i robienie zdjęć :D. miał być tylko na początku- został do końca. nie żałuje i będzie za każdym razem :D Ja czułam się… Czytaj więcej »

Marta_iwona
Gość
Marta_iwona

Akcja porodowa rozpoczęła się w nocy 18 marca 2011 dokładnie o 2:55 w nocy obudziłam się do toalety, poszłam i wróciłam ale za chwile znowu mi się zachciało siusiu, juz do toalety nie doszłam bo zaczęło mi się lać po nogach. Dostałam jakiś drgawek z nerwów, obudziłam męża i spokojnie wyruszyliśmy do szpitala. Torba była juz od dawna spakowana wiec tylko ubrać się i wyjść. W szpitalu na izbie mnie zbadali a wody cały czas mi się sączyły. Pielęgniarka przygotowała mnie do zbliżającej się akcji porodowej i zaprosiła na sale porodów. Początkowo wybrałam salę ogólną, ale przeleżałam tam tylko do… Czytaj więcej »

Bombel
Gość
Bombel

Mój mężuś towarzyszył mi przy porodzie i jestem mu za to bardzo wdzięczna!! Jego obecność bardzo mi pomogła!! Gdyby nie On,chyba nie dałabym rady.
I mimo iż poród mieliśmy ciężki,nie zraził się :-) ! Wręcz przeciwnie -chce być ze mną następnym razem! :-)

alka
Gość
alka

Mój mężuś był przy porodzie córci i synusia. Cieszę się bardzo, że mogliśmy być razem w tych chwilach. Pomagał jak tylko można było…od podania wody, poprzez zwykłe trzymanie za rękę, głaskanie po głowie aż do pomagania mi przy różnych pozycjach jakie położna proponowała no i na koniec- przecięcie pępowiny.
Choć ‚obsługę’ miałam świetną, to jednak raźniej mi było mając go przy swoim boku.

Sisunia
Gość
Sisunia

Ja byłam sama i bardzo żałuję ale to przez zagrożoną ciąże…oby przy kolejnym bobasku mąż mógł być ze mną :)

Młoda mama
Gość
Młoda mama

Mój mąż był ze mną ”prawie” cały czas, wyszedł tylko w chwili jak maluszek zaczął wychodzić, ponieważ cały zbladł i wrócił spowrotem jak jeszcze pępowina nei była odcięta .Przyznał mi sie pózniej że poprostu się przestraszył, ale nie zraził czy coś , nie mam mu tego za złe”parłam tylko 15 minut” więc na długo nie wyszedł .ale przez całutki dzień był przy mnie

Paulinko pięknie to napisałaś :)

Paulina Korpus
Gość

My chcieliśmy rodzić razem, ale niestety obie sale do porodów rodzinnych były zajęte w dodatku byliśmy drudzy w kolejce, a ja urodziłam zanim jakakolwiek sala się zwolniła. Ale powiedziałabym coś do rozumu pewnej koleżance mojego męża (osobiście jej nie znam, ale mąż ją spotkał kiedy ja byłam w ciąży) i powiedziała mu, że nie on nie wie co to znaczy poród i nie chce przy tym być, do tego tak „ładnie” to porównała – nie będę tu pisała jak. Wrrr aż się gotuję na wspomnienie tego. A mąż podczas porodu z niewiedzy dzwonił co chwilę na porodówkę pytając się o… Czytaj więcej »

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Wyglądałam niezbyt atrakcyjnie, krzyczałam, o erotyce miałam zamiar zapomnieć na wieki…Ale dzięki mojemu mężowi dałam radę! Wiem, że to jego obecność dodała mi sił! Ten moment to był nasz wspólny cud… Oczekujemy na drugi…:)

Ania Stanczak
Gość

ja niechciałam rodzić razem ale krzysiek nie widział innej opcji i na szkole rodzenia strasznie do tego zachęcali… teraz sobie nie wyobrażam jakby było jakbym miała tam być sama dramat… jestem mu wdzięczna za to że był obok trzymał za rękę pomagał i dawał wode;)

Maria Ciahotna
Gość

Świetnie napisane :) Mój mąż był ze mną podczas narodzin córeczki (prawie trzy lata temu) oraz tak samo przed pół rokiem, kiedy wspólnie urodziliśmy synka. Po odwiezieniu mnie do szpitala i pierwszyc badaniach został wysłany jeszcze do domu, bo mogło to chwilę potrwać. Do szpitala mamy jakieś 20 minut spokojnej jazdy, więc był na telefonie cały czas. Gdy go wezwałam, od razu przyjechał. Za pierwszym razem miałam znieczulenie, poród był trudny, zbierało mi się na wymioty, byłam w pewnym momencie bardzo zmęczona, ale z perspektywy czasu i tak było bardzo fajnie. Mąż podawał wodę, po przekłuciu wód płodowych robił porządki,… Czytaj więcej »

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close