Boże Narodzenie 25 grudnia 2011

„Cicha noc, święta noc [..]”

Pierwsza Gwiazdka na niebie, zapach Świąt unoszących się nad białym obrusem, migoczące światełka choinki, prezenty i gwar zewsząd płynących życzeń … a gdzieś w tym galimatiasie sprawca całej tej „świątecznej afery” – małe Dzieciątko!  To jego narodziny  postawiły na głowie porządek i ład dawnego świata…

Narodziny Boga – celebrowane przez tysiąclecia, przez dużych i małych, wierzących w Jego przyjście i  nie, tych obchodzących jedynie „świeckie” Święta  i tych którzy adorują szopkę z święta Rodziną – wydarzenie tak wzniosłe i zwyczajnie ludzkie zarazem, co rok, o tej samej porze powraca, abyśmy mogli na swój jedyny sposób je przeżywać.

Nikogo nie zdziwi stwierdzenie, że co roku, choć Święta Bożego Narodzenia niezmiennie nikt ni e odwołuje, ten czas znaczy dla nas coś innego… za każdym razem widzimy Boże Narodzenie trochę inaczej: gdy jesteśmy dziećmi – święta ( i całe przygotowania do nich) są jak zaczarowane, pełne magii, gdy dorastamy gubimy trochę ich iluzji w wirze pracy i codzienności. Jednak nadchodzi w naszym życiu taki moment , kiedy magia powraca ze zdwojoną siłą, a słowa starej kolędy nabierają nowego znaczenia…

„ Lulajże Jezuniu moja perełko

Lulaj ulubione me pieścidełko.

Lulajże Jezuniu lulajże lulaj,

A ty go Matuniu w płaczu utulaj.

Zamknijże zmrużone płaczem powieczki,

Utulże zemdlone łkaniem wardżeczki.

Lulajże Jezuniu …”

… gdy zostajemy matkami – wszystko się zmienia, zaczynamy rozumieć co znaczy „ Moja perełka”, wzbogacamy nasze życie o nową miłość, miłość której nie da się poznać z wierszy czy opowiadań, miłość którą można poczuć tylko na własnej skórze… odkąd ja zostałam mamą, przeżywam Święta jeszcze piękniej niż kiedykolwiek wcześniej,  bo choć  gdy „ Bóg się rodzi, moc truchleje[…]”, to przeżyć cud narodzin, znaczyć poczuć i zrozumieć ( choć w małej części ) piękno i powagę tej chwili.

Zostać mamą, to znaczy zaczarować Święta na nowo …  zaczarować świat. Zakupy zamienić na opowiadanie dziecku o bliskości, wigilii i kolędach. Odczarować prezenty z „atrakcyjnych przedmiotów”  i zamienić na spełnienie marzeń, a Święta Bożego Narodzenia  zaczarować  na wyczekiwany czas, spędzany w gronie najbliższych, opływający w ciepło i miłość –  lecz nie  z pomocą  kanapy i telewizora, a za sprawą czarodziejskiej różdżki z cynamonu, piernikowej gwiazdki z nieba, szczypty zapachu choinki, krztyny wyczekiwania  na „cud narodzin” w stajence i nieskończonej miłości…

A co zmieniło się w Waszych sercach „ na święta” odkąd zostaliście rodzicami? Czy też wierzycie, że warto włożyć wysiłek w takie czarowanie i wyczarować to co najcenniejsze(?) – wiarę w Święta, w sercach Waszych dzieci i niezastąpione wspomnienia – wspomnienia które pozwolą im obdarzyć tym samym kiedyś Wasze wnuki!

Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Paulina Garbień
9 lat temu

Wzruszyłam się… rozumiem co masz na myśli, bo sama przeżywam te święta pierwszy raz od dawna tak cudonie i niesamowicie, patrząc na mojego małego synka, który zaciekawiony spogląda na choinkę, widzi niesamowitości powstające w kuchni, te zapachy które się zewsząd unoszą i wokoło zamieszanie i gwar :)

Anna Kopeć
9 lat temu

Dotąd, tzn do póki Kuba nie pojawił się na świecie, święta były dla mnie… po prostu dniami. Takimi jak zawsze. Często pracowałam w tym czasie, oczywiście, jakieś emocje zawsze gdzieś budziły się, ale na pewno nie był to tak radosny czas jak teraz. Chce mi się starać, stwarzać atmosferę, święta znów zaczęły mnie cieszyć. Śpiewam kolędy, piosenki, piekę ciasta, ozdabiam dom. Wspólnie z synkiem. Czuję taką samą magię jak wtedy, gdy byłam sama małym dzieckiem. Warto czarować własne pociechy ponieważ co raz mniej ludzi angażuje się w świętowanie. Są zagonieni, zapracowani, mają wiele problemów. Zbyt wiele, by zatrzymać się choć… Czytaj więcej »

Paulina Garbień
9 lat temu
Reply to  Anna Kopeć

Mam nadzieję, że choroby szybko miną

Anna Kopeć
9 lat temu

Męczymy się z czymś właściwie od 7 września. Kuba cały czas od tego czasu kaszle i smarka (z katarem było aż dwa tyg przerwy)… W tej chwili 3 antybiotyk bierze… półtora tyg. temu skończył jeden bo miał anginę ropną a teraz ma zapal. zatok (podobno – ponieważ zatoki właściwie w okolicach 3 lat się kształtują dopiero). W każdym razie coś w nosie mu siedzi, bo brał końskie dawki leków na alergię i na astmę i nic… A teraz doszła grypa żołądkowa, dziwna jakaś. Trudno ją leczyć przy tym antybiotyku :( niestety nie dało się go już uniknąć… W każdym razie… Czytaj więcej »

Patrycja Zych
9 lat temu

Piękny i wzruszający tekst…. U Nas po narodzeniu Filipa wszystko się zmieniło..święta też… są jeszcze piękniejsze i bardziej rodzinne :) co roku będą poznawane i odkrywane na nowo przeze mnie,męża i Naszego synka :)

Kobiecym_okiem
9 lat temu

Od czasu, gdy sama zostałam mamą, zaczęłam zwracać uwagę na to, aby dzieci – nie tylko w Święta – miały częsty kontakt z dziadkami – coś, czego mnie teraz brakuje (gdy byłam dzieckiem, zupełnie nie zwracałam na to uwagi…Na razie moi synkowie są jeszcze mali, ale chciałabym aby dla nich Święta były też czasem snutych opowieści, wspomnień, wspólnych rozmów i spotkań przy jednym stole. Choć akurat tegoroczne święta minęły mi jakoś szybko, zdecydowanie za szybko…

divette
divette
9 lat temu

Prawda. Dla mnie te święta były jakby wyrwane. Takie nie do końca spedzone tak jakbym chciała. Ale już czulam różnice. Mam nadzieję, że w przyszłym roku poczuje całą ta wyjątkowość.

Znad kołyski 21 grudnia 2011

„Omotani… w chusto-manii”

We współczesnym świecie, coraz więcej nowoczesnych mam wraca do sposobów sprawdzonych przez nasze (i nie tylko ) prababki. Modna i wygodna chusta skradła już dawno nasze serca, a razem z nimi i umysły (przekupione całym potokiem argumentów wychwalających chusty).Na naszym blogu mieliśmy przyjemność opublikować już artykuł przybliżający Wam, drodzy Czytelnicy idee i historię chustonoszenia (jeśli jeszcze nie mieliście okazji oddać się lekturze, serdecznie zapraszamy: do lektury), więc tym razem zabierzemy Was w podróż z chustą… A podróżować będziemy po doświadczeniach naszych Mam!

Specjalnie dla Was –  Motały się:

Fizinka, zwolenniczka wolnych rąk i niezależności. Mama żyjąca w zgodzie z sobą, Jasiem i chustą.

„O rozpoczęciu przygody z chustą pomyślałam mniej więcej miesiąc po porodzie. Byłam wtedy w pełni zregenerowana i sprawna fizycznie . Miałam mnóstwo energii i siły do działania. Chciałam robić wszystko, lecz na „wszystko” nie  pozwalał mi syn ;-)  On w przeciwieństwie do mnie miał ochotę tylko na jedzenie, sen  i bycie blisko mamy.

Żeby pogodzić jego potrzebę bliskości i moją chęć działania kupiłam właśnie chustę . Początek oczywiście nie był łatwy, ja – musiałam nauczyć się wiązać prawie 5-cio  metrowy kawał materiału ;-), a Jaś musiał przyzwyczaić się do tego rodzaju noszenia.

Kilka prób, kilka błędów, kilka złości (moich i Jasia) …i chustonoszenie opanowane! Od tej pory mogłam zajmować się domem (sprzątać, prasować, gotować…. etc. ), jednocześnie tuląc do siebie syna, co mu ewidentnie odpowiadało, bo szybko wtedy zasypiał ;-)

Chusta okazała się również  bardzo pomocna w wypadach na szybkie zakupy. Nie musiałam wówczas tarabanić się z wózkiem, zastanawiając się czy w ogóle wejdę do sklepu ( w marketach są „cudowne” bramki obrotowe uniemożliwiające wjazd wózkiem ), czy zmieszczę się pomiędzy regałami  i czy załaduję do kosza Jasiowego mobila tyle towaru ile potrzebuję?

Zaplątana w chustę wszędzie wejdę i wyjdę ;-)  Schody, bramki, wąskie drzwi czy ścieżki pomiędzy regałami… nic nie stanowi przeszkody ! Aaa i ręce mam obie wolne, co podczas zakupów bywa przydatne ;-)

Tak więc wszystkim mamom, które są zdane tylko na siebie i swoje „biedne” ręce, z czystym sumieniem mogę gorąco polecić CHUSTONOSZENIE ! ;-)”

Paulina,  zamotana dla przyjemności i pragmatyzmu. Dociekliwa amatorka tematu.

„Jeszcze będąc w ciąży czytałam trochę o chustowaniu i bardzo spodobała mi się ta idea, maluszek blisko, mogę wszędzie dotrzeć bez wózka i takie to naturalne. Przerażała mnie jednak myśl wiązania się w tą „długą szmatę”, wydawało mi się to „czarną magią”. Postanowiłam, więc znaleźć coś co pozwoli mi połączyć te dwa skrajne odczucia. Poszperałam troszkę po stronach internetowych i znalazłam…

Mój wybór padł na chustę kołyskę. Zakupiłam taką, oczywiście używaną, gdyby jednak użytkowanie okazało się nieciekawe dla którejś ze stron tj. noszonego czyli synka lub noszącego czyli mnie. Moje obawy się potwierdziły i noszenie w tym wynalazku okazało się niewygodne dla mojego synusia. Swoje niezadowolenie z obranej pozycji okazywał donośnym krzykiem przy każdej próbie zapakowania w nasz wynalazek. Pomyślałam, że się nie poddam i znajdę w końcu sposób na mojego małego krzykacza. Zdecydowałam się na chustę tkaną wiązaną i taką zakupiliśmy. Poszukałam filmików instruktażowych i poćwiczyłam motanie na lalce. W końcu odważyłam się i zamotaliśmy się z młodym. O dziwo zasnął jeszcze zanim skończyłam wiązanie. Poszliśmy sobie tak na spacerek, kiedy wróciliśmy wyciągnęłam go, żeby na początek nie siedział tak zbyt długo, w końcu trzeba robić wszystko powoli i małymi kroczkami.

Następnego dnia znów się zawiązaliśmy, było podobnie, młody spał sobie a ja mogłam robić prawie wszystko, a zwłaszcza spacerować bez wózka nie martwiąc się, że znowu zacznie się złościć w środku spaceru, jak to miał wtedy w zwyczaju. Nawet mój mąż jest zachwycony i choć sam nie potrafi się zamotać, to chętnie nosi młodego kiedy ich zawiążę.

Odtąd, codziennie przynajmniej raz pakujemy się w chustę napawając się wspólnymi chwilami i bliskością. Chodzimy na spacery, tulimy się w domu. Zawsze kiedy jest niespokojny, w chuście się wycisza i zasypia. Zauważyłam, że odkąd motamy się w chustę, młody mniej płacze, kolki które się pojawiały, przebiegały delikatniej. Jestem teraz wielką fanką chustonoszenia i polecam wszystkim spróbować, nawet jeśli sama idea nie do końca do nas przemawia, to naprawdę warto.”

Rachela, profesjonalistka, która omotała na dobre swoich ukochanych mężczyzn.

„Pamiętam, jak będąc jeszcze w ciąży, zachwalałam wśród innych znajomych noszenie dzieci  w chuście już od narodzin dziecka. Kiedy Marcin przyszedł na świat, stwierdziłam, że jest za mały, taki kruchy, bałam się, że coś mu zrobię, że źle zawinę chustę – mimo wcześniejszych ćwiczeń na pluszaku. Jednak po dwóch tygodniach zaczęłam się przełamywać i nawiązałam kontakt z osobą, która na co dzień wiąże swe pociechy. Miałam wiele pytań i trosk, ale najważniejszy był dla mnie moment, kiedy po raz pierwszy zawiązałam na sobie swojego syna. Był taki spokojny, i wkrótce potem zasnął. To było cudowne uczucie, być znów tak blisko maleństwa. Od tamtej chwili, kiedy tylko mogę wiążemy się do chusty, często muszę rywalizować z mężem, który także domaga się noszenia małego w chuście. Przyznam, że były momenty, kiedy mały marudził jak się wiązaliśmy, ale dziś uśmiecha się całą twarzą .

Jest to wspaniała alternatywa na nasze polskie chodniki, wejścia bez podjazdów, czy też wejście na klatkę bloku bez windy, itd. “

Żaklina Kańczucka, chuściana terapeutka, której żaden zwierz i  deszcz nie straszny.

„Chusta, chustowanie – te terminy zna już chyba każda Matka Polka. Ja też, najpierw ze zdjęć i artykułów wyszukiwanych w gazetach dla rodziców, instrukcji wiązań pokazywanych w telewizji i pochwał płynących z ust mam zamotanych na punkcie chusty. Pewnie sama z nudów nie sprawiłabym obie takiego cudeńka, gdyby nie moja bezsilność w walce z kolkami mojego synka. Od noszenia odpadały mi ręce, praktycznie nie mogłam się nigdzie ruszyć bez młodego przyklejonego do mojej piersi lub rąk. Wiecie drogie mamy, że w chuście można spokojnie nawet dziecko nakarmić? Ale po kolei.

W moim przypadku chusta okazała się być nie tylko pięknym, kolorowym długaśnym materiałem, który na początku motał się jedynie bez ładu i składu wokół moich kostek, ale prawdziwym wybawieniem, zwracającym mi możliwość eksploatacji rąk, podczas gdy Bartek spał spokojnie zamotany na mojej piersi. Nauka motania jest prosta, choć na pierwszy rzut oka wygląda na „czary-mary”, po kilku wiązaniach testowanych na miśku, odważyłam się zapakować moje zakolkowane dziecię. I eureka, podziałało, chodziłam z młodym po mieszkaniu, a on szybko się uspokajał. Dostawał i moje ciepełko i masaż zbolałego brzuszka jednocześnie. Ja z kolei chwaliłam sobie wolne ręce i odciążony kręgosłup, który w „bezchustowym czasie” chyba najbardziej dostawał w kość.

Teraz młody jest zbyt ciężki na chustowanie, z resztą sam woli ćwiczyć nóżki w chodzeniu, ale przyznam, że gdy pogoda za oknem nie nastraja do długich spacerów, a psa muszę wyprowadzić, łapię za chustę, motam dziecko, parasol w jedną rękę, smycz w drugą i poszli! Nie muszę targać wózka, myśląc, jak tu ogarnąć jeszcze psa i parasol jednocześnie. Wszystko mam pod kontrolą, a Bartek ma dobrą widoczność z zupełnie innej perspektywy. Tylko czasem, gdy nieco intensywnej przyglądają nam się zaciekawieni przechodnie, mam ochotę krzyknąć do nich hasłem jak z reklamy: Chustowanie? Gorąco polecam – Żaklina Kańczucka :)!”

(nie)Magda(lena), miłośniczka czterech kółek i długich wojaży. Mama – Toli, nad wyraz ceniącej sobie przestrzeń w  klasie biznes ( w tym rozkładane fotele).

“Nasza przygoda z chustonoszeniem była dość krótka. Zaczęła się mniej więcej między 3 a 4 miesiącem życia Lusi. Małej nie odpowiadała taka forma noszenia, a właściwie nie pasował jej moment motania. Wiem, że nie można szybko się zrażać, dlatego dzielnie ćwiczyłam i wykorzystywałam chustę do noszenia przy codziennych czynnościach – zmywanie, odkurzanie, pranie. Było mi łatwiej o tyle, że Tola była na rękach i nie płakała przez jakieś 15 min, poza tym fajna sprawa tylko jak ktoś ma długie ręce. Czas noszenia nie przekraczał 20-25 min o ile odwracałam jej uwagę, w innym wypadku była niezła awantura.

Przyszedł też moment, kiedy postanowiłam wyjść z domu. Zamotanie całkiem sprawnie mi poszło, ale niestety czułam się troszkę jak UFO z UFOludkiem na piersi.

Moje miasto liczy nieco ponad 70 tys mieszkańców i chyba w tej kwestii jest daleko, daleko… w lesie. Wszyscy się za nami oglądali, samochody trąbiły – istny szał. Panie w sklepie „dla biedaków” szturchały się nawzajem, coby nie przegapić atrakcji. Chusta + moja nieco mało słowiańska uroda = wielkie zamieszanie.

Poza tym wychodzimy na bardzo długie spacery, często wracamy dopiero na kąpiel, więc nie wyobrażałam sobie tak długiej wycieczki w chuście, bo po pierwsze długi spacer, to wiele niezbędnych rzeczy, które musiałabym nieść, po drugie większość spaceru to drzemki, a według mnie wygodniej jest jednak w wózku.

Ale wybierając między chustą a nosidełkiem, wybieram zdecydowanie chustę :)”

Hanna Szczygieł, modowy sceptyk – całkowicie obłaskawiony przez swoje chusty. Chustująca przy różnych okazjach, jednak bez utraty zdrowego rozsądku.

„ Moja przygoda z chustowaniem rozpoczęła się książkowo, już w ciąży – wiedziałam, że będę chciała zaopatrzyć naszą powiększoną rodzinę w taki właśnie wynalazek. Niestety jak to w życiu bywa, z różnych powodów mieliśmy „malutkie”( i tym razem to „malutkie” nie jest podszyte potężną porcją sarkazmu) opóźnienie. Pierwsze chustowanie rozpoczęliśmy, gdy Klara miała 2 tygodnie, a nasz wybór padł na chustę elastyczną – dobrą alternatywę tradycyjnej chusty, dla początkujących (łatwiejsza w wiązaniu). Chusta wszystkim nam przypadła do gustu, niektóre sposoby wiązania ewidentnie przewyższały inne w naszej hierarchii ulubionych motań. Chusta gości w naszym domu już od ponad roku i nie traci na swojej funkcjonalności. Z upływem czasu nasza kolekcja poszerzyła się i nabyliśmy tradycyjną chustę tkaną – Nie zastąpiona w noszeniu na plecach!

Chusta ma tyle zalet, ile tylko każda z nas zechce w niej znaleźć. Nam chusta pomagała raz częściej raz rzadziej, ale zawsze z dobrym skutkiem. Gdy Klara była noworodkiem – przy karmieniu, tuleniu i masowaniu. A przez cały czas, aż do dziś,  jest niezastąpiona podczas codziennych obowiązków i usypiania naszej córeczki. Uwalnia moje ręce i kręgosłup, pomaga uspokoić i ukołysać, umożliwia często sklepowy survival między regałami.
W naszym domu chusta nie wyparła wózka do lamusa, lecz doskonale zaczęła go wyręczać w sytuacja mniej konwencjonalnych.
Z przyjemnością muszę również powiedzieć, że choć Tatuś nie jest chętny do nauki samo-motania, to coraz częściej prosi aby go okręcić… niestety nie wokół palca :)”

Subscribe
Powiadom o
guest
13 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Anna Kopeć
9 lat temu

A ja jakoś nie myślałam wcale o chuście i żałuję. Wydawało mi się to dziwne, obce, nie wiem jak to nazwać. Teraz, gdyby Kubuś był malutki, chętnie zamieniłabym wózek nie raz na takie cudo. Zwłaszcza, że o wiele łatwiej poruszać się po mieście z dzieckiem dosłownie przy sobie. Czy choćby w codziennych czynnościach jest to świetne rozwiązanie. Jeżeli będę miała drugie dziecko chustę kupuję natychmiastowo.
Ps. nie miałam pojęcia że są w ogóle jakieś rodzaje chust :]

Marysia
Marysia
9 lat temu

Chusty są genialne, nie trzeba ich się bać :) gdy rozmawiałam kiedyś z przyjaciółką o decyzji o ciąży, pierwsze o czym pomyślałam, to że Ona pierwszą rzecz jaką ode mnie dostanie ” na nowa drogę” to będzie właśnie chusta :) ja mam do chusty sentyment, po spełnieniu swojego zadania, teraz też nie leży zakurzona, lecz funkcjonuje jako narzuta na kanapę. Jest po prostu bajecznie piękna, i szkoda mi było chować głęboko do szafy :)

Patrycja Zych
9 lat temu

Temat super..ja nie używałam chusty i bardzo tego żałuję. Myślałam o tym będąc w ciąży ale sam proces motania mnie zniechęcił. Nie znałam nikogo kto mógłby mnie tego nauczyć więc się poddałam na starcie.Nie chciałam próbować sama bo bałam się,że zrobię małemu krzywdę. Pochodzę z małej mieściny gdzie nikt nie wiedział i nie słyszał np o „Klubie Kangura” ,wiem,że tam można posiąść dużą wiedzę w tym temacie. Przy następnym dziecku będę bardziej wytrwała w poszukiwaniu kogoś kto pomoże mi pogłębić tajniki tej sztuki ;)

Marysia
Marysia
9 lat temu
Reply to  Patrycja Zych

Miałam podobną sytuację, ale nawet10 godzin w ciągu dnia dosłownie „wycia” mojego synka, wykończyły mnie psychicznie na tyle, aby samodzielnie nauczyć się motania. Razem z chustą dostałam instrukcję liku motań, no i z pomocą przyszedł mi internet i zdrowy rozsądek. Naprawdę pierwszych motań uczyłam się z miśkiem sporych rozmiarów, a jak przyszło do omotania Bartka, instynktownie czułam, jak to ma być zrobione. Jestem przekonana, że przy kolejnym dziecku bartusiową chustę zdejmę z kanapy i znów zamotam wokół pleców i brzucha :)

divette
divette
9 lat temu
Reply to  Marysia

Ja uczyłam się wiązań z instrukcji, poprawialy mnie e-mamy a dopracować uczyłam się na filmikach z youtube.

divette
divette
9 lat temu

My mamy tkana. Czytałam o nich, kupilam wczesniej, się dygalam się i spróbowałam jak mała skończyła 3 tygodnie.
Żałuję że nie wcześniej ;)
Teraz jestem jak to koleżanka siebie nazwała 'chustowym talibem' ;) wózka nie używam z wyboru,a moje dziecko jest tylko chustowe.

Acekiera
Acekiera
9 lat temu

Fajny artykuł:) Ja tez jestem chusto-mamą ale nie ortodoksyjną – uważam, że wózek tez jest czasami przydatny ;) szczególnie gdy dziecko ma już swoje kilogramy, oraz gdy jest już na tyle mobilne, że siedzenie w chuście nie dostarcza mu wystarczających wrażeń. Jednak chusta zawsze wygrywa z wózkiem w takich miejscach jak góry, piaszczysta plaża, i centrum miasta gdzie albo chodniki sa tka dziurawe, że nie da się przez nie przejechać wózkiem albo są tak obstawione samochodami, że trzeba nieraz jechać ulicą. Polecam chustę wszystkim niezdecydowanym rodzicom – jeśli nie chcecie inwestować w ciemno – kupcie używaną , jak się nie… Czytaj więcej »

Marysia
Marysia
9 lat temu
Reply to  Acekiera

Poza tym używana chusta jest o tyle fajna, że jest „wyrobiona” i przez to bardziej przyjemna w użytkowaniu :)

Magda Kupis
9 lat temu

Wydaje mi się, że chusta jest fajna do pewnego momentu- kiedy dziecko nie jest na tyle ciężkie i wysokie- niscy rodzice mają chyba troszkę gorzej, bo dziecko jednak powinno znajdować się na pewnej wysokości i u nich ten moment przez niski wzrost nieco się skraca (może się mylę); druga sprawa- mój roczniak chyba nie wytrzymałby całej wycieczki w chuście, a znów na nóżkach daleko nie zajdzie (i tu znów mogę się mylić, ale średnio sobie wyobrażam motanie w trakcie spaceru, zwłaszcza teraz), kolejna rzecz to chusta i padający śnieg czy deszcz – w wózku jednak zawsze można dziecko lepiej osłonić,… Czytaj więcej »

Paulina Garbień
9 lat temu
Reply to  Magda Kupis

my używamy wózka z prostej przyczyny, nie mamy tu w Dublinie jeszcze samochodu i jak jedziemy na większe zakupy to łatwiej nam wziąż Adiego do chusty a zakupy władować do wózka, poza tym Adi jeszcze nie chodzi i cały dzień z nim w chuście byłby męczący, ale w wózku zawsze mamy chustę i bardzo często sie motamy :) mimo, ze jestem niska wcale mi to nie przeszkadza :) czesto motamy się w trakcie spacerów i nie stanowi to problemu jeśli pada to trzeba sie gdzieś schować i tyle, a teraz często motamy sie w plecak więc maluch z przodu wcale… Czytaj więcej »

divette
divette
9 lat temu
Reply to  Magda Kupis

A ja mykam po śniegu i deszczu. Nie szarpie się z wózkiem,a parasol chroni nas obie. Co do zimna.szaleje w płaszczu z ciąży który mieści nas obie.

Agnieszka Jelinek
9 lat temu

my w okresie zimowym chustę zamieniliśmy w nosidełko i muszę przyznać, że bardziej jestem pewna, że maluszkowi jest cieplutko niż jakby był w wózku. A kiedy decyduję się na chustę, to pożyczam od męża rozpinaną bluzę i duży polar i już mnie też jest cieplutko ;p Nie wyobrażam sobie chodzić w śniegu i błocie pośniegowym z wózkiem. U nas chusta i nosidełko rulez ;p

Boże Narodzenie 19 grudnia 2011

Gdy świąteczny nastrój puka do drzwi…

Święta Bożego Narodzenia już tuż tuż… Jest to szczególny czas, gdy spotykamy się z rodziną i przyjaciółmi przy wspólnym stole. U wielu z Was choinka pewnie już stoi pięknie ubrana, więc nadszedł czas wręczyć sobie nasz wspólny prezent. Dzięki Wam udało nam się stworzyć jedyną w swoim rodzaju Książkę Kucharską!

Jest to nasze zespołowe i wyjątkowe dzieło – „Pamiętnik” świątecznych tradycji. W książce znajdziecie propozycje potraw i wypieków nadesłane przez Was – naszych czytelników. Dziękujemy! Ze względu na fakt, że wszystkie przepisy zostały przez Was przetestowane – dania na pewno się udadzą. Wiele zgromadzonych pomysłów nadaje się nie tylko na Boże Narodzenie, ale także na inne domowe przyjęcia i uroczystości rodzinne.

Mamy nadzieję, że za naszą wspólną pracę, spotka nas  nagroda w postaci tego niepowtarzalnego „Zapachu Świąt „!

Pobierz naszą świąteczną książkę kucharską (format: PDF, rozmiar: 8MB)

Subscribe
Powiadom o
guest
5 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Paulina Garbień
9 lat temu

Książka wyszła fantastycznie i będzie miła pamiątka :)
Moje pierniczki już powolutku zaczynają lądować w naszych brzuszkach, nawet synek się nimi zajada :) są mięciuchne i jak zwykle pyszniutkie :) A jak u Was, zaczęliście juz przygotowania?

Magda Kupis
9 lat temu

ja zrobiłam pierniczki z „Naszej Książki” i sa pyszne (podkradłem jeden na spróbowanie- reszta schowana :D) a takie już konkretne przygotowania zaczną się pewnie w okolicach czwartku :)

Marysia
Marysia
9 lat temu

Książka jest piękna, a same przepisy ” robią smaka” Może nie wezmę się pierniki, bo trochę na to za późno, ale spróbuję przynajmniej jeden świąteczny przepis :) Szkoda, że nie ma przepisu na kiszony barszcz, bo na moim wyszły podejrzane białe punkty -obawiam się ze pleśń- i przydałoby się to zweryfikować z doświadczeniem innych przyrządzających ;)

Kobiecym_okiem
Kobiecym_okiem
9 lat temu

Dzięki, ja na pewno zrobię z niej ciasteczka kruche – chodzi mi to po głowie od paru dni…

Patrycja Zych
9 lat temu

Książka jest świetna :) 2 przepisy wykorzystałam :)

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close