Ciężarówką przez Irlandię cz.4 – Rozładunek, czyli wyskakuj maluszku :)


Spanie z półtorarocznym maluchem nie należy do łatwych, zwłaszcza jeśli jest to bardzo ruchliwe dziecko, a jest się w ciąży… Przywykłam więc już do tego, że zasłaniam rękami brzuch podczas snu albo śpię odwrócona plecami do synka a on serwuje mi intensywny „masaż” pleców swoimi stopami. Końcówka ciąży nie należała więc do łatwych, bo poza owym „masażem”, odczuwałam też typowe dolegliwości jak skurcze, kłucia i pobolewania, występujące z mniejszą lub większą częstotliwością oraz „wygibasy obcego”, który zamieszkał w moim brzuchu.

Niestety mój mały „obcy” nie planował szybko wyprowadzić się z brzuszka, bo mimo że termin upłynął nic specjalnego się nie działo. Przynajmniej tak mi się wydawało. Poniedziałkowa wizyta w szpitalu pokazała, że się myliłam. Miałam rozwarcie a po masażu szyjki pojawiły się mniej lub bardziej regularne skurcze. Pojawiały się całą noc i następnego dnia. Około godziny 14:00 były już regularnie co 5 min. Były jednak dość słabe, więc nie przejmowałam się zbytnio. Wieczorem wzięłam gorącą kąpiel i położyłam się spać.

Około 23:00 obudził mnie ból pleców. Odwróciłam się więc, żeby przesunąć nieco nogi Adiego. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłam jedynie męża śpiącego obok. Po kilku minutach ból wrócił i był bardzo intensywny. Poszłam do łazienki, bo mój organizm postanowił się „oczyścić”. Po kilku minutach ból znowu się pojawił. Wiedziałam już, że czas się zebrać z łóżka. Ubrałam się i zeszłam do salonu. Usiadłam przed TV, włączyłam jakiś program muzyczny i czekałam. Początkowo skurcze pojawiały się co 7 min, niedługo potem  już co 4 min. Kiedy o 3:00 zaczęły pojawiać się co 3 min. Zadzwoniłam po taksówkę, poszłam powiedzieć mężowi, że już czas i pojechałam do szpitala zostawiając moich mężczyzn (męża z synem) w domu.

Po przyjeździe do szpitala trafiłam do Emergency Room czyli Izby przyjęć. Zaprowadzono mnie na salę. Po chwili przyszła położna, poprosiła o rozebranie się od pasa w dół i przykrycie jednorazowym ręcznikiem, który leżał na łóżku. Sprawdziła rozwarcie – były 3cm. Podłączyła mnie pod aparat do KTG i pomogła założyć spodnie i buty, żebym mogła sobie chodzić jeśli tak będzie mi wygodniej. Skurcze były dość silne. Dochodziły do 160-170 wg wskazań aparatu. Otrzymałam informację, że w ciągu pół godziny zwolni się sala na porodówce i przyjdzie po mnie położna. Tuż po 4 rano pojawiła się położna i zaprowadziła mnie na salę porodową. Następnie pomogła się przebrać. Zbadała mnie – rozwarcie było już na 5 cm, a z maleństwem nadal wszystko dobrze.

Skurcze pojawiały się już co 2 minuty. Były dość mocne, a ból promieniował i odczuwałam go na całych plecach i w dół aż do kolan, ciężko było mi chodzić więc często przysiadałam na brzegu łóżka, żeby było mi lżej. Koło godziny piątej położna zaproponowała mi gorącą kąpiel. Zgodziłam się chętnie. Spędziłam w wannie jakieś pół godziny. Zaczęłam czuć lekkie parcie podczas skurczów, dlatego poprosiłam o sprawdzenie rozwarcia. Było 8 cm więc położna zaproponowała, że przebije mi pęcherz płodowy aby nieco przyspieszyć akcję przez odejście wód. Miała rację, bo już po 10 minutach było pełne rozwarcie.

Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Najpierw 4 skurcze, w czasie których położna kontrolowała kiedy mam przeć a kiedy oddychać spokojniej, pomagając mojemu kroczu dopasować się do rozmiarów maleństwa i już po chwili maleńka Nikola pojawiła się na moim brzuchu. Patrzyła na mnie swoimi maleńkimi czarnymi oczkami, a ja płakałam ze szczęścia. Wpatrywałam się w nią i przypominałam sobie jak 1,5 roku wcześniej tak samo witałam po drugiej stronie brzuszka Adiego. Jednak wtedy był ze mną mąż i było to w Polskim szpitalu. No właśnie – mąż. Poprosiłam o podanie telefonu i szybko zadzwoniłam do niego, żeby powiedzieć, że o 6:08 został ponownie Tatusiem, a Adi otrzymał rolę Starszego Brata :)

Położna zbadała małą i zważyła. To było Nasze 3140g szczęścia :)
Chwilę później urodziłam łożysko. Położna pomogła mi przenieść się na chwilę na fotel a sama zmieniła mi pościel na łóżku. Położyłam się ponownie, po chwili zjawił się lekarz i zszył mnie bo lekko popękałam, choć jak twierdziła położna to tylko ze względów kosmetycznych, bo otarcia były niewielkie.

W międzyczasie córeczka zasnęła i leżała sobie spokojnie na ogrzewanym łóżku. Położna zaproponowała mi abym wykorzystała okazję i wzięła prysznic, żeby się nieco odświeżyć a ona zostanie z małą. W towarzystwie pielęgniarki poszłam do łazienki. Mimo trudów porodu wystarczyło trochę gorącej wody abym poczuła się jak nowonarodzona. Wróciłam na salę porodową gdzie czekało już na mnie śniadanie w postaci tostów z dodatkami i gorącej herbaty oraz świeżo zaścielone łóżko. Taki posiłek dostaje każda rodząca aby wzmocnić się trochę po trudach porodu. Zaczęłam jeść kiedy obudziła się Niki. Podałam jej jedną pierś. Po kilku minutach maleńka wypuściła ją z buzi i usnęła. Byłam zdziwiona, bo nadal pamiętałam swoje problemy przy karmieniu Adiego. Ucieszyłam się, że tym razem jest łatwiej.Kiedy zjadłam śniadanie położna zawiozła mnie z córeczką na salę poporodową. Przekazała położnym oddziałowym wszelkie informacje dotyczące porodu. Zostałam ponownie zbadana, sprawdzono moje ciśnienie i temperaturę. Położna obejrzała też maleńką. Za chwilę zjawiła się taca ze śniadaniem, bo na oddziale akurat je podawali. Zjadłam, bo nadal byłam nieco głodna. Położyłam się z małą do łóżka i usnęłyśmy. Po ponad 2 godzinach obudziłam się. Niki nadal spała, za to ja patrzyłam zdziwiona na nią, zastanawiając się czemu nie obudziła się jeszcze na jedzenie. Po kilku minutach obudziłam ją i nakarmiłam. Znowu spokojnie usnęła a ja poczułam niesamowity spokój. Wiedziałam już, że moje pozytywne nastawienie i świadomość, że poradzę sobie w razie jakichkolwiek problemów z karmieniem zaprocentowało i problemów nie mam.
Niedługo potem przyjechał mąż z Adim, żeby przywitać Nikusię. Adi wpatrywał się w maleńką siostrzyczkę i uśmiechał, a my z mężem obserwowaliśmy ich. To było takie niesamowite. W jednej chwili Nasza rodzina powiększyła się i było Nas już czworo.
Dzięki temu, że obie z Nikusią  czułyśmy się świetnie a karmienie przebiegało bezproblemowo już następnego dnia wróciłyśmy do domu gdzie powitali Nas nasi kochani mężczyźni. Już nie byli tylko moi. Teraz muszę się nimi dzielić z córeczką ;)

Cały poród i pobyt w szpitalu był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Biorąc pod uwagę, że rodziłam w jednym z najstarszych szpitali położniczych w Europie, poziom opieki, wygląd szpitala i jego wyposażenie budziło mój podziw. Wszyscy, którzy się mną opiekowali byli niezwykle mili i uprzejmi. Zachowywali się przy tym bardzo profesjonalnie i chętnie pomagali w razie potrzeby.
Mimo, że poród w Polsce wspominam bardzo miło, to jednak trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, że w wielu aspektach jest nam jeszcze daleko do Europy.

Leżałam na sali czteroosobowej, jednak każde łóżko było od pozostałych oddzielone zasłonką, wiec gdy pojawiała się położna czy lekarz aby zbadać pacjentkę i jej maleństwo mogły liczyć na to, że nikt nie będzie przeszkadzał. Przed każdym badaniem byłam informowana co to będzie za badanie i pytano mnie czy wyrażam zgodę. Nigdy nie zrobiono nic bez mojej wyraźnej zgody począwszy od przyjęcia mnie w Emergency Room, aż do wyjścia ze szpitala. Kiedy byłam badana w trakcie porodu położna czekała aż skończy się skurcz a ja będę gotowa na badanie. Mile zaskoczył mnie fakt, że żadne badanie nie było dla mnie bolesne. Kiedy rodziłam Adiego każde badanie było dla mnie koszmarem, zwijałam się i krzyczałam z bólu. Tym razem nie było ani jednej takiej sytuacji.
Mimo, że szpital w Dublinie przyjmuje 30 porodów na dobę, położna była tylko do mojej dyspozycji przez cały czas trwania porodu, a pod koniec dołączył do niej za moją zgodą student. Cały czas czułam, że to Ja jestem najważniejsza i położna jest dla mnie, a nie Ja dla niej. W Polsce położna biegała miedzy kilkoma salami i zjawiała się od czasu do czasu tylko po to, żeby zbadać tętno dziecka lub sprawdzić rozwarcie.

Podsumowując całość muszę stwierdzić, że opieka nad rodzącą i jej maleństwem w Polsce wymaga jeszcze ogromnych zmian. Mimo, że wiele już się zmieniło, biorąc pod uwagę obowiązujące standardy dotyczące opieki, to jednak ich stosowanie to już zupełnie inna bajka.

Zaglądnij do pozostałych części:

Ciężarówką przez Irlandię cz. 1
Ciężarówką przez Irlandię cz. 2
Ciężarówką przez Irlandię cz. 3

 

źródło zdjęcia: flickr.com

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. aż mi się zachciało rodzić za granicą.Ja mimo,że wspominam swój poród naprawdę całkiem nieźle, to nie była bym w stanie opisać go z takim spokojem.Widać,że zapewniono Ci najwyższy możliwy komfort.Po cichu zazdroszczę i się zgadzam,że w PL daleko nam do Europejskich standardów :(

  2. Rok po ślubie razem z mężem podjęliśmy decyzje o
    powiększeniu naszej rodzinki. Gdy na teście ujrzeliśmy dwie kreski, chcieliśmy za jakiś czas zrobić rodzinie niespodziankę,zaprosić na kolację i podarować rodzicom małe buciki. Niestety nie udało się. Zachorowałam, w nocy dostałam wysokiej gorączki, dreszcze, ból nerek. Nocowaliśmy wtedy u teściów, dlatego teściowa troszcząc się o mnie naszykowała lekarstwa. Z mężem popatrzyliśmy na siebie i uśmiechnęliśmy. A teściowa od razu zapytała:w ciąży jesteś?No i musieliśmy powiedzieć.Nici z planu. Stan mój się pogarszał więc zadzwoniliśmy do mojej mamy. Rozmowa o 1 w nocy wyglądała tak:
    Mama odbiera telefon: co się stało?
    Ja – mam gorączkę, bolą mnie nerki
    Mama – jejku to weź leki
    Ja – nie mogę jestem w ciąży
    Mama – już jadę po ciebie ubieraj się, Mężu wstawaj szybko, Milena jest w ciąży
    I tak zaczęła się moja przygoda w polskim szpitalu.
    Nie mogli zdiagnozować co mi dolega, skąd gorączka.
    Podejrzenie odkleszczowego zapalenia opon mózgowych, gdyż nie mogłam ruszać
    głową, sztywny kark, i jakiś czas temu miałam wyjmowanego kleszcza. Po wielu badaniach okazało się, iż jestem zakażona bakterią e-coli. Dostałam odpowiednie leki i objawy powoli ustępowały. No ale najgorsze dopiero się zaczynało. Po kilku dniach lekarz na obchodzie oznajmia mnie ze jestem szykowana do zabiegu usunięcia ciązy. SZOK. Zaryczana pytam
    dlaczego? A on z uśmieszkiem na twarzy: Bo jest pusta. Cooooo? Jaka pusta?
    Położne wzięły mnie do siebie wytłumaczyły mi, dały coś na uspokojenie(nic nie dało). Pierwszy raz wtedy usłyszałam co to jest pusta ciąża i że w ogóle takie coś jest. Na zabieg oczywiście się nie zgodziłam, mimo iż mnie nie pytali o zdanie tylko oznajmili. Na szczęście spotkałam innego lekarza, który powiedział mi na spokojnie, że na razie zarodka nie ma i może być taka sytuacja, że ciąża będzie pusta, ale mam tyłozgiecie,
    dlatego trzeba trochę jeszcze poczekać. I co, zarodek bawił się w chowanego za
    parę dni pokazał się :-)
    Uczucia niesamowite, nie do opisania. Niestety moja radość szybko została
    ugaszona słowami lekarza, który wcześniej szykował mnie do zabiegu. Na
    obchodzie, gdy inny lekarz oznajmił go że nie wolno podejmować pochopnych
    decyzji, on powiedział ze i tak trzeba usunąć bo przez moja infekcje i brane
    leki urodzi się niepełnosprawne.(powiedział to w obecności innych pacjentek,
    zero dyskrecji) Nie bałam się tego, ale i tak sprawił mi wielka przykrość. Już
    podchodziłam spokojniej do całej sytuacji, pojechałam na badania genetyczne,
    aby móc w razie czego pomóc dziecku jak najszybciej. Ale okazało się ze wszystko jest w porządku.
    Moja przygoda ze szpitalem nie skończyła się, ponieważ dostałam cholestazy.
    Byłam kładziona do szpitala i wypisywana i tak w kółko. Ale już kładłam się z
    innym nastawieniem, nie pozwalałam aby lekarz, który mnie tak skrzywdził badał
    mnie, nie słuchałam go jak mówił coś na obchodzie, brałam na luz. A wszystko
    konsultowałam z moim lekarzem. Pod koniec ciąży postanowiłam, że pójdę na
    pizze, bardzo miałam na to ochotę , a wiedziałam że po porodzie jak będę karmić
    to jej nie zjem. Niestety synek chyba na nią nie miał za bardzo ochoty, bo dostałam w pizzerii bóli (udało mi się trochę zjeść).
    Pojechałam na izbę na ginekologię. Cieszyłam się, bo był
    sympatyczny lekarz, który miał dobre opinie u innych. W zwiazku z cholestazą
    byłam podłączona do aparatury, by monitorować wszystkie parametry, bóle się nasilały,
    i lekarz kazał mi pochodzić. A tu niespodzianka, bóle odeszły. Lekarz
    postanowił iż potrzebne jest cięcie cesarskie, tym bardziej ze syn się miał
    urodzić 4,400kg. Jak zobaczyłam, ze jako drugi lekarz dyżuruje moja pani doktor
    bardzo się ucieszyłam. Niestety anestezjolog kazał czekać, bo musi sporo minąć czasu
    od jedzenia i picia aby znieczulic(a byłam na pizzy ). U nas w szpitalu było tylko
    wtedy znieczulenie ogólne. Trochę się zdrzemnęłam i nad ranem wzięli się za
    mnie:-)

    Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to ze pani anestezjolog była bardzo na mnie zła. Gdy już leżałam na stole, trzęsłam się i nie pamiętam czy z zimna czy ze strachu, pytała się mnie, jakie wole znieczulenie (mimo, ze wtedy robili tylko ogólne). Ja powiedziałam, ze ogólne i chyba to był mój błąd bo zaczęła się na mnie drzeć, że jest to niebezpieczne, że kobiety czytają głupie artykuły w gazetkach i internecie i podejmują takie ryzyko. Patrzyłam na nią i milczałam, nie mogłam wydobyc z siebie zadnego słowa bo wargi mi latały
    jak galareta.Po jakimś czasie wstrzyknęła mi coś w żyłę i powiedziała ze jak policzy do 10 to mam zamknąć oczy. Niestety już przy 3 zaczeły mi się same zamykac i słyszałam tylko
    krzyk, że nie umiem liczyć, że miało być do 10. Jeszcze wspomnę, że przed operacją miałam zakładany cewnik, co jest bardzo nieprzyjemne. I jak na złosć po zalozeniu mocz
    mi wyciekał, więc założyli mi nowy i nadal wyciekał. Wezwano lekarza, bo się zaniepokoili.
    Założono mi nowy i nadal mocz wyciekał, okazało się ze cała seria cewników była
    uszkodzona. Ja się tylko nacierpiałam. Syna urodziłam zdrowego , 4,400kg o
    5:55. Byłam bardzo szczęśliwa ale chciałam jak najszybciej wyjść do domu, bo
    opieka była tragiczna. Bardzo chciałam karmić piersią ale mój syn gardził nią.
    Pielęgniarki i położne wmawiały mi, że to pewnie ja nie chce, bo przecież
    dziecko z natury chce ssać pierś. “Rzucały” jego główką o moją pierś, a ja
    leżałam ledwie żywa, zapłakana. Jedna nawet powiedziała ze da sobie rękę uciąć
    ze to ja nie chce, i gdy próbowała ok. 40 min poddała się i stwierdziła że by
    rękę straciła.Pewnego dnia, Kacper bardzo płakał, ja mimo chęci nie mogłam
    wstać wszystko mnie bolało kręciło mi się w głowie. Az tu nagle wbiega pani
    doktor i krzyczy na mnie co ja jestem za matka, jak dziecko płacze to ma mokro,
    albo jest głodne. Ze łzami w oczach mówię ze nie mogę stać. Na to pani doktor, ze
    jestem śmieszna po cesarce wstaje się już następnego dnia a to już 3 czy 4
    dzień. Kazała mi wstać. A ja głupia w bólach i mękach wstałam i zemdlałam. Całe szczęście że nie wzięłam na ręce dziecka. Okazało się że mam ogromną anemie, dużo krwi straciłam i powinnam mieć leki podawane a nawet może przetaczaną krew. Lekarz na obchodzie mówił coś o lekach już pierwszego dnia, ale ja nic nie dostawałam Po interwencji, po chwili dostałam leki i przyszła pani doktor z przeprosinami. Nic nie dały te przeprosiny, bo zdołowała mnie na maksa. Całe szczęście przyszła jedna położna i dała mi kopa. Zaczęłam dokarmiać sztucznie, ale po kryjomu. Mąż przywoził mi wodę w termosie a ja
    karmiłam schowana za jakąś osobą, firanką. Jednak nie udało się zauważyli i “opierdziel”
    dostałam. Ale w końcu postawiłam się.Powiedziałam im że to moje dziecko i będę robiła co chce.
    Dokarmiałam sztucznie a swoją drogą już na spokojnie dostawiałam do piersi. Zostałam poinformowana, ze jak nie zacznę karmić piersią to nie wypiszą mnie do domu. Nie martwiłam się tym , bo stwierdziłam , ze wyjdę w razie czego na żądanie. I jak już byłam wyluzowana pewnego dnia syn dossał się , ja przytulałam go bujałam a mama śpiewała kołysanki i głaskała po główce, i to podziałało. Karmiłam 1,5 roku. Bardzo się wstydziłam tego że nie dawałam sobie rady, wstydziłam się swoich łez, ale gdy przeszłam się po
    oddziale zobaczyłam ze prawie wszystkie dziewczyny płaczą i chcą uciekać do
    domu. Podbudowało mnie to trochę że nie jestem jakimś dziwolągiem.

    Całe szczęście, ze druga ciąża przebiegała bez żadnych
    komplikacji i bez wizyt w szpitalu.Byłam ciekawa jak będzie tym razem, czy coś
    się zmieniło(po trzech latach). Ale szłam bojowo nastawiona, wiedziałam że będę
    walczyć o swoje. W zwiazku z tym iż miałam przepuklinę pępkową wskazania były
    do ciecia cesarskiego.Wszystko odbyło się planowo, dzień wcześniej położyli mnie
    do szpitala, żeby wykonać badania. Leżałam z 2 dziewczynami młodymi,
    przegadałyśmy całą noc śmiejąc się od ucha do ucha. Zamówiłyśmy jedzenie z
    chińczyka na obiad bo wieczorem nie mogłam już nic jeść. Ja poprosiłam także o lody. Na rano we dwie byłyśmy szykowane do ciecia cesarskiego, dlatego z lekarzem (super gość) odbyło się losowanie, która pierwsza. Niestety przegrałam. Lekarze, którzy robili mi
    cesarkę byli super. A najważniejsze trafiłam na super panią anestezjolog, która
    ze mną rozmawiała, wszystko mi tłumaczyła. Mogłam już tym razem podjąć decyzje jeśli
    chodzi o znieczulenie i gdy wybrałam ogólne nie zostałam skrytykowana tylko
    zostało to zaakceptowane, mimo, iż przychodziła i pytała się czy zdania nie
    zmieniłam. Po wybudzeniu zaczęło się naciskanie na brzuch. W związku z tym iż
    mam niski próg bólu darłam się. Położna była zdenerwowana i kazała mi nie krzyczeć.
    Krzyknęłam na nią że to boli, że wiem, że musi to zrobić, więc niech robi a ja
    sobie pokrzyczę, bo mi to pomaga i udało się. Przewieźli mnie na salę, dostawili Julkę do piersi a ona w przeciwieństwie do brata od razu się dossała.
    Pierwszego dnia nie wstawałam, bo bardzo mnie bolało, więc musiałam się prosić
    o przewinięcie dziecka. Jak mała zrobiła kupkę i poprosiłam o pomoc, to przyszła
    pani po 3 h. Gdy prosiłam o przeciwbólowy bo naprawdę cierpiałam to dostałam
    ale z wielką łaską. Byłam bardzo szczęśliwa, czułam się coraz lepiej zupełnie
    inaczej nic po 1 porodzie,już w nocy usiadłam a rano zaczęłam wstawać, żeby
    nikogo się nie prosić. Szybciutko wyszłyśmy do domu, gdzie w radości spędzamy do
    dnia dzisiejszego razem czas. Wiem, ze jakbym czuła się źle, dziecko nie
    chciałoby jeść z piersi byłoby tak samo jak za pierwszym razem. Nic się nie
    zmieniło. Moja koleżanka, która leżała ze mną na sali strasznie cierpiała i nie
    miała w ogóle pomocy, tylko mogła liczyć na rodzinę, którą często wyganiano bo
    są wyznaczone godziny odwiedzin. Mam nadzieje, ze to się zmieni, bo naprawdę wsparcie bardzo się liczy, motywuje i nie tylko rodziny ale tez personelu. Wiem, że nie wszyscy lekarze i pielęgniarki tacy są i to doceniam, ale jednak najbardziej w sercu zostają te złe wspomnienia, bo robią wielką ranę na całe życie. Dziękuję tym lekarzom pielęgniarkom i położnym, którzy mi pomogli i wspierali w trudnych chwilach. Na szczęście można takich spotkać.

    1. Jestem wstrząśnięta Twoją opowieścią, to straszne i niesprawiedliwe, że w cywilizowanym kraju dzieją się takie rzeczy, że można tak traktować kobietę, w ogóle jakiegokolwiek pacjenta, to jest nie do pomyślenia. Strasznie współczuję a jednocześnie gratuluję wytrwałości i woli walki, jesteś bardzo dzielną kobietą fantastyczną Mamą

    2. Małgorzata Golonka

      Normalnie mnie ciarki przeszły jak czytałam Twoją opowieść. Cieszę się, że ja urodziłam w szpitalu, gdzie zarówno personel medyczny jak i wyposażenie było na wysokim poziome, choć to szpital państwowy. Szkoda tylko, że tyle się wycierpiałaś przez błędne diagnozy lekarzy. A tego lekarza, który chciał Ci usunąć ciążę powinno się pozbawić praw do wykonywania zawodu! Ja miałam cukrzycę ciążową i niedoczynność tarczycy. Urodziłam w 35 tygodniu ciąży, jadąc jedynie na egzaminy na studiach do miasta położonego o 130 km od domu. Synek jednak chciał już nami być i zamiast na egzaminy pojechałam do szpitala. Jak zobaczyłam Synka, łzy same płynęły. I choć w szpitalu byłam 10 dni to pobyt ten wspominam bardzo miło. Mam nadzieję, że nie będziesz już miała takich doświadczeń w swoim życiu, dużo zdrówka dla całej Waszej rodzinki, powodzenia :) :*

  3. oj tak z tym ostatnim zdaniem to zgadzam się w 100%…w Polsce jeszcze trzeba dużo, dużo zmian, aby było jak należy…ja m.in po tym co zobaczyłam na naszej porodówce, w trakcie praktyk, za żadne skarby nie chciałam się tam znaleźć…dlatego jak okazało się, że jestem w ciąży postarałam się spełnić swoje marzenie, potrzebę i spróbować porodu domowego…udało się! córeczka przyszła na świat w domu z wagą 3570g 5 lat temu, a w lipcu ubiegłego roku dołączył do nas synek, również w naszym domu z wagą 3930g :) oba porody szybkie, we wspaniałej atmosferze, bez obrażeń…dla mnie najcudopwniejsze doświadczenia w życiu…….każdej kobiecie życzę takich wspomnień :)

  4. Ja sam zaczynam sie bac jak to bedzie z porodem mojej kobiety,a co dopiero co bedzie po porodzie juz mnie straszy ze nie pujdzie do szpitala drugi raz rodzic ze woli w domu w wannie :D Moja kobieta ma córke a teraz to bedziemy miec synka prawdopodobnie ale szczerze nie mam zadnego doswiadczenia w rodzicielstwie troche sie boje jak to jest miec dziecko od poczatku ,jak nosic ,przebierac ,kapac ale na szczęscie moja kobieta ma doświadczenie powiedziała ze da sobie rade tak jak dawała zawsze

  5. 55 godzin od skurczy do porodu ;), w szpitalu bylam 2 dni, bo chcialam karmic piersia i polozne walczyly o to, a tak moglam wyjsc szybciej bo rodzialam w angli

  6. Od przyjazdu do szpitala do porodu 80 minut z pierwszą córką, wyszłam na drugi dzień, z drugą nagła, nieplanowana cesarka, około tygodnia w szpitalu bo sporo krwi straciłam, okropne przeżycie.

  7. 32 godz zakonczone cc. Lezalam 8 dni bo dziecko mialo infekcje przez dlugi porod. Rodzilam niestety w polsce

  8. od momentu gdy zaczęły odchodzić mi wody do końca porodu 3h25min, a ze szpitala wyszłam po 2 dobie

  9. U nas było cesarskie cięcie wyszliśmy w czwartej dobie: -)))

  10. 1- poród trwał 3 i pół godziny, w szpitalu byłam z córką 3 doby, córa urodziła sie w 35 tygodniu, 2- poród trwał 3 godziny i 20 minut, w szpitalu byłam 3 doby, syn urodził sie w 40 tygodniu, 3- poród trwał 3 godziny, w szpitalu byłam z córką 2 doby, córka urodziła się w 40 tygodniu, 4- poród twał 2 godziny i 15 minut, w szpitalu byłam 2 doby, cynek urodził się w 40 tygodniu.

  11. Poród trwał 19 godzin. Wyszlismy ze szpitala po 2 dobach.

  12. Starszą córkę rodziłam 13 godzin, do domu poszłam pod koniec pierwszej doby życia małej, młodszą rodziłam 6 godzin i wychodziłyśmy do domu w trzeciej dobie.

  13. W dniu porodu okazało sie, ze corka przyjdzie na Swiat przez CC, a po 48h wyszlysmy z corka do domu gdzie czekała najbliższa rodzina. Po niecałych 40godzinach stałej opieki oraz aparatury, otrzymaliśmy do dyspozycji swój pokoj z łazienka. Co posiłek dostawałam kartkę z menu do wyboru, byłam w szoku, na liscie było około 20pozycji na cały dzien, trzeba było wybrac sobie śniadanie+napój, pozniej obiad nawet z dwoch dań i do tego napój oraz deser do wyboru gdzie mozna było wybrac nawet lody, no i kolacja+napój. Dodatkowo Wodę polozna wymieniała co godzine czy dwie, miałam duzy dzbanek, z tym ze tutaj woda jest na tyle oczyszczona, ze pije sie prosto z kranu. Rodziłam w Irlandii Północnej, a poród był jak z bajki ;)

  14. 1 córa poród 4 h w Anglii po 3 godzinach byłam w domu drugi poród w Polsce też około 4 h i 3 doby w szpitalu zdecydowanie lepszy poród w angli i szybkie wyjście

  15. 2,5 godziny i 5 dni w szpitalu :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Dzikus


Niedawno byliśmy na parapetówce u znajomych, którzy nie mają jeszcze dzieci. Synek od małego nie lubi obcych miejsc, zwłaszcza takich gdzie nie ma innych dzieci i początkowo zawsze jest bardzo ostrożny. Tym razem było podobnie choć z powodu gorszego nastroju skończyło się płaczem i chęcią wyjścia. Po kilku minutach udało się go jednak uspokoić i zajął się zabawkami, które przynieśliśmy. Potem pojawili się goście ze swoimi dziećmi i Adi rozkręcił się, choć nadal co chwilę przybiegał do męża, żeby pobawił się z nimi.

Mąż spędził więc wieczór częściowo z dorosłymi a częściowo bawiąc się z dziećmi. Synek był bardzo zadowolony, często się do niego przytulał i obdarzał go buziakami.

Usłyszeliśmy wtedy od jednego z gości, że wychowaliśmy dziecko na dzikusa. Nie skomentowałam tego, bo uznałam to za zbędne, w sytuacji kiedy większość gości była już na lekkim rauszu, choć swoje sobie pomyślałam.

Po powrocie do domu wróciliśmy z mężem do owej kąśliwej uwagi, bo mąż podobnie jak ja pozostawił ją bez komentarza.

Oboje mamy na ten temat takie samo zdanie. Staramy się nasze dzieci uczyć okazywania swoich uczuć, często je przytulamy, spędzamy z nimi dużo czasu na zabawie aby czuły, że są dla nas ważne i w każdej chwili mogą na nas liczyć. Chcemy, żeby wiedziały i czuły, że są kochane. Ze względu na Dzieci wyjechaliśmy do Dublina, bo tu możemy sobie pozwolić na to, żebym sama zajmowała się dziećmi i nie musiała zostawiać ich pod opieką innych, a co za tym idzie wychowywała je po swojemu bez ingerencji babć, dziadków czy opiekunek.

To jest nasz świadomy wybór i uważamy to za najlepsze dla naszych maluchów.
To jakie będą w przyszłości zależy tylko od nas i jeśli popełnimy błędy to będziemy mogli mieć pretensje sami do siebie, dumą również nie będziemy się z nikim dzielić.

Dla nas przytulanie jest czymś oczywistym, spędzanie czasu z dzieckiem – nawet jeśli właśnie przy stole dorośli prowadzą ciekawą dyskusję – również. Tak samo jak wyjście z imprezy kiedy dzieci są już zmęczone po to, żeby spokojnie położyć je spać w domu. Okazuje się jednak, że dla niektórych to dziwne i obce.

Dla mnie decyzja o dziecku to nie tylko przyjemności ale też obowiązki, bierzemy na siebie i plusy i minusy jakie to ze sobą niesie. Przecież to nie jest salon samochodowy, w którym mówię, że biorę klimatyzację, bo będzie mi potrzebna ale już alufelg nie bo za dużo kosztują. To jak z małżeństwem – na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie…
Jak napisał Antoine de Saint-Exupéry „Już zawsze będziesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.”

Czy uważacie, że to dziwne? Czy dziecko, które nie lubi obcych to błąd rodziców? Jestem ciekawa Waszych opinii.

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Zdjęcia dodawane na blogu (np. przy temacie in vitro oraz powyższym) są niezwykle stereotypowe i krzywdzące.

    1. Każdy widzi co chce… nie mogę się zgodzić – Pan widzi kolor skóry w pierwszej kolejności, a ja widzę zadziorne dziecko, które chichra się, zapewne z jakiegoś psikusa.
      A z in vitro przyznam, że nie rozumiem uwagi?

      1. też nie rozumiem :) widać taka karma :P

    2. czy mogę prosić o rozwinięcie tej tezy?

  2. Dla mnie komentarz znajomych jest dziwny… Nie wiem czy to bezdzietni tak spomentowali (jeszcze moglabym zrozumiec) czy inni rodzice (to byloby zastanawiajace) ale przeciez to prawidlowe zachowanie dziecka i jego rodziciow. Nowe miejsce, nowa sytuacja, nowi ludzie- dorosly tez czulby sie niekomfortowo w takiej sytuacji. Poza tym na usposobienie dziecka chyba nie mamy wielkiego wplywu, a juz u tak malego tymbardziej. Mozna budowac jego pewnosc siebie, ale to trwa. My gdy jestesmy u znajomych kilkakrotnie wstajemy od stolu by sprawdzic czy nasze dzieco czuje sie komfortowo, mimo ze nalezy raczej do towarzyskich.

  3. Abstrahując już od “dziczenia” – nie wyobrażam sobie w ogóle zostawienia bez “nadzoru” mojej dwulatki. Nie sądzę żebym była nadopiekuńcza, nigdy nie wiadomo co strzeli malcowi do głowy – tym bardziej ubawił nie ten oskarowy komentarz o dzikusie :) uwielbiam takie “teksty”. A najlepsze jest to, że życie weryfikuje wiele poglądów czy wyobrażeń. Ciekawa jestem jak zmienią się “znajomi” gdy sami zostaną rodzicami ;)

    1. Oni już są rodzicami, a wypowiedział to “wszechwiedzacy” tatuś …

  4. ja też okazuje swoim dzieciom swoją miłość przez uściski, pocałunki słowa na każdym kroku nie wstydzę się tego. Dziecko musi czuć się bezpieczne. Normalne jest to ze człowiek (dorosły czy dziecko)w nowych sytuacjach czuje się niepewnie nieswojo. Jeśli będziemy pomagać dzieciom radzić sobie w takich sytuacjach, dawać im poczucie bezpieczeństwa nabiorą dystansu zaufania do innych i będą bardziej otwarci jest to proces, który u jednych trwa krócej u innych dłużej.To znajomi pokazali kto to jest dzikus.

  5. Joanna Pawlińska

    Nie widzę nic dzikiego w tym, że dziecko chce kontaktu z rodzicami. Zwłaszcza kiedy rodzice starają się mu pokazywać że jak będą potrzebni to są. Zrozumiałabym komentarz gdyby dziecko siedziało całą imprezę na kolanach mamy i wybuchało płaczem jak ktoś tylko na nie spojrzy. Taka sytuacja to faktycznie porażka rodziców.

    Dziecko z wiekiem potrzebuje coraz mniej nadzoru i ciągłego posiadania rodzica w zasięgu wzroku. Paradoksalnie im więcej tego kontaktu dostanie za malucha tym bardziej samodzielne będzie w przyszłości.

    Mi wszyscy mówili, że jak będę nosić na rękach to przyzwyczaję. Do ukończenia 8 miesięcy nosiłam prawie non stop, potem dziecko się samo przemieszczało, więc trochę pozwalałam na samodzielność. Zakładałam, że dystans do pokonania nie może być większy niż 2m. Tego się trzymałam do czasu kiedy moje dziecko sprawnie i pewnie chodziło. I wiecie co? Owszem, przytulić się, wpakować na kolana, podnieść do wyższej półki, to pozostało jeszcze na długie lata. Dziecko nauczyło się przemieszczać samo i na swoim poziomie sobie tuptało. Żadnego domagania się noszenia nie było. Były próby, ja dawałam wybór wózek albo się przytulamy i tuptasz dalej. Po kilku próbach tematu noszenia na rękach nie było.

    Za to dziecko mając mamę w odwodzie cały czas wyrusza na podbój świata. Od samego początku kierowałam się intuicja i metodą prób i błędów. Jeśli obserwowałam, że dziecko jak jest noszone to jest spokojniejsze i zainteresowane otoczeniem to nosiłam. Jak uznałam, że samo sobie poradzi to do tego zachęcałam. Zawsze jednak starałam się, żeby dziecko wiedziało, że mama jest i będzie ratować jak zajdzie potrzeba.

  6. Ja bolesnie zderzyłam się z rzeczywistością kiedy wróciłam do pracy. Okazało się, że normą jest bycie matką która jest zmęczona swoim dzieckim, która tylko czeka okazji żeby gdzieś się wyrwać (bez tego męczącego balastu czyli dziecka)zarówno po 8 czy 9 godzinach w pracy jak i w weekend. Ja zostałam szybko wpisana w przedział matki dziwaczki bo kto to widział mówić, że się tęskni w pracy za dzieckiem, chcieć z nim być w chorobie itd. Odchorowałam słowa koleżanki, że jestem złą matką, nadopiekuńczą która wychowa rozwydrzonego bachora może mogłam wtedy zareagować na wiele sposobów ale to tak bardzo mnie dotknęło, że nie umiałam się obronić, poprostu oddaliłam sie z miejsca gdzie zostałam pouczona wbrew mojej woli. Zostałam tak oceniona bo wybrałam weekend z moim dzieckiem zamiast wyjazdu firmowego dlatego, że mówiłam, że śpimy z dzieckiem, wciąż nosimy go czasem i pozwalamy miec czasem zły humor, że lubię te “nudne” weekendy te kilka godzin na zabawę które zostają kiedy wracam z pracy. Nie chcę uciekać od niego, odpoczywać samotnie bo dla samej siebie łapię czas który tylko mogę żeby spedzić go z dzieckiem, Wg mnie/nas świat niespełna 2 letniego człowieka to My rodzice jak będziemy mogli mieć do niego za kilka czy kilkanaście lat pretensje że nas nie szanuje, nie ma dla nas czasu, nie rozmawia z nami itd skoro to właśnie mu daliśmy, tak pokazaliśmy mu życie rodzinne. My z mężem nie zgadzamy się na to ale… jesteśmy dziwni i wychowujemy dzikusa ;)

    1. ja swój prawie cały czas poświęcam dzieciom, również nie widzę w tym żadnego problemu, nie czuję potrzeby biegania na imprezy i zostawiania dziecka z kimś… nie czuję potrzeby “wyrwania” się z domu, od dzieci… może dla niektórych to dziwne ale ja jestem z tym szczęśliwa i to pozwala mi się czuć spełnioną :) owszem, czasem kiedy maluchy płaczą czy marudzą cały dzień mam dość, ale wtedy gorąca kąpiel pozwala się zrelaksować a uśmiech moich szkrabów rekompensuje cały ciężki dzień i od razu mi lepiej :) Ewo nie przejmuj się opiniami innych, to Twoje życie i Twoje dziecko :) najważniejsze to być szczęśliwym po swojemu :) pozdrawiam ciepło

  7. Kubuś za miesiąc skończy rok czyli w sam raz by się przydały takie kredeczki:) Może tym razem się uda coś u was wygrać:)

  8. Czytając artykuł, poczułam się jak jego bohaterka ,bo świat w nim przedstawiony tak
    podobny był do mojego. Gdy synek skończył roczek zaczął bać się wszystkiego i
    wszystkich, a pobyt w szpitalu jeszcze bardziej zaognił sytuacje. Doszło do
    tego, że malec obawiał się nieznanych mu pomieszczeń i reagował płaczem o iście
    histerycznym charakterze, łącznie z ucieczką. Bardzo się tym martwiłam, lecz
    nie zamknęliśmy się w czterech ścianach i razem wędrowaliśmy przez świat. Synek powoli
    oswajał się z nowymi ludźmi i sytuacjami. Rodzina, jak i znajomi nigdy nie
    powiedzieli wprost, że mam w domu „dzikusa”, lecz ich gesty i niektóre słowa
    mówiły dużo – „Jest nienormalny!” Nie normalnie się zachowuje!” czy „Zachowuj się
    normalnie!”. Co to znaczy normalnie czy nienormalnie? Jakie są normy ogólnie przyjęte?
    Gdy byliśmy w towarzystwie, ja jak i mąż zajmowaliśmy się na przemian maluchem.
    Dziś mój synek ma trzy latka i woli wesoło brykać po mieszkaniu swojego kolegi
    i bawić się z nim autkami, niż siedzieć u mamy na kolanach. Tak sobie zawsze myślę,
    że warto skorzystać z tej niebywałej bliskości i być jak najwięcej z małym
    człowiekiem. W końcu dzieci tak szybko rosną. Będzie przedszkole, szkoła,
    liceum, koledzy i dziewczyny, a ja gdzie wtedy będę?! Będę wpierała mojego
    dużego syna i nadal dbała o to, aby wyrósł na dobrego i wartościowego człowieka.

  9. Nasza starsza córka jest dzikusem… Dlatego, że lubi skakać po łóżku, wisieć na tapczanie głową w dół, okazywać 10mies. braciszkowi miłość poprzez podnoszenie czy dzielenie się ciasteczkiem :) No i lubi nas też przytulać, włazić za nami do łóżka nad ranem, mówić jak bardzo nas kocha, i nie ma mowy by tatuś mógł odejść do pracy bez pożegnalnego buziaka. Staramy się w niej też rozwijać poczucie własnej osobowości, więc jeżeli nie powoduje to sytuacji konfliktowej, to staramy się jej pozwalać wybierać z różnych opcji. I dzięki temu w przedszkolu potrafiła w wieku niespełna 3 lat grzecznie poprosić o herbatkę czy na placu zabaw pożyczyć od obcego dziecka zabawkę.
    Jeżeli bycie “dzikusem” oznacza okazywać czułość, umieć się bawić z innymi dziećmi i jednocześnie odnaleźć się w gronie dorosłych, to postaramy się na dzikusa wychować również syna :)
    A w kwestii odpowiedzialności rodziców za dzieci – dla nas też była to świadoma decyzja, włącznie z płynącymi z tego faktu “obowiązkami” – w cudzysłowiu, ponieważ to miłość i troska o nasze skarby kieruje naszym postępowaniem, więc jakieś cotygodniowe imprezy zamieniliśmy bez wahania na wypady nad staw czy do parku. Choć wiadomo, babcia też lubi pomóc, a od czasu do czasu “wolny wieczór” tylko powiększa naszą radość ze wspólnie spędzonych chwil :D

  10. “Grzeczna jest?” to jedno z pytań, jakie słyszę. Córeczka skończyła 7 miesięcy… Uśmiecham się odpowiadając-zgodnie z prawdą- że jest bardzo pogodna. Ona ma 7 miesięcy..Grzeczna być nie musi, w ogóle dla mnie ten przymiotnik odnoszący się do niemowlęcia to jakaś abstrakcja… ;) I rozumiem, co mogą mieć na myśli pytający, ale…
    Docelowo marzę sobie, żeby była wciąż pogodna, zadowolona z życia. Żeby miała dystans do obcych (ależ matka! Dzikusa chce mieć chyba-patrząc na komentarze osób z przyjęcia) i wiedziała, że ma oparcie w najbliższych.
    Nie zamierzam się wstydzić, że moje dziecko np. nie będzie wyciągać rączek i chętnie iść do obcych. Nie będę komentować “oj, bo wstydzi się…” Nie wstydzi a nie zna. Czy ja widząc grupę ludzi, których nie znam lecę do nich z wyciągniętymi ramionami..? To dlaczego niby dziecko ma tak mieć? Dziecko to też człowiek ;)

  11. “Grzeczna jest?” – takie pytanie słyszę często odnośnie mojego 7-miesięcznego dziecka. Uśmiecham się odpowiadając-zgodnie z prawdą-że jest bardzo pogodna. Dla mnie grzeczna w odniesieniu do niemowlaka jest totalną abstrakcją… Ale rozumiem, o co może chodzić pytającym się, więc się uśmiecham przy odpowiedzi.
    Chciałabym, żeby ta pogoda ducha została, chciałabym, żeby moje dziecko miało poczucie spełnienia, zadowolenia. Żeby miało dystans do obcych (dzikusa chcę :D ) i świadomość oparcia w najbliższych.
    Nie musi uśmiechać się, czy wyciągać rączek do obcych. Nie będę tego komentować “wstydzi się”. Nie zna. Czy ja dorosły człowiek lecę z otwartymi ramionami do ludzi, których nie znam? Nie. To dlaczego oczekiwać, że dziecko tak ma robić? To też człowiek, tylko jeszcze mały.

  12. moja 2 i pol letnia julka jest bardzo odwazna i otwarta na ludzi dziewczynka,a jednak na obcych reaguje bardzo powsciagliwie…zazwyczaj “nowych” poprostu ignoruje,wogole sie do nich nie odzywa i jakby ich nie zauwaza…mysle,ze lepiej tak niz jakby do kazdego obcego leciala…teraz w tych czasach pedofili za kazdym rogiem,wole wlasnie,zeby byla troche nieufna i “dzika”.

  13. to,ze dziecko jest nieufne w stosunku do obcych jest tylko zaleta…teraz w tych czasach,nie kazdy chce dla dzieci dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Zupa pudliszkowa czyli pomidorowa z sercem


Zupa pomidorowa, czyli nic bardziej banalnego nie da się w kuchni ugotować (no może poza wodą na herbatę). Może to i prawda, ale nie kiedy do gotowania zabierze się jedenaścioro małych kucharzy – oczywiście pod czujnym okiem prowadzących zabawę dorosłych. Tak właśnie wyglądały warsztaty, na których moje dziecko gotowało swoją pierwszą w życiu zupę. A to wszystko dzięki firmie Pudliszki, która zaprosiła nas do Little Chef na tę wspaniałą imprezę.

Na dzień dobry każdy mały kucharz dostał czapkę kucharza i fartuszek, oczywiście w kolorze zupy pudliszkowej. Zaraz potem obowiązkowe mycie rąk i do pracy! Czym byłaby zupa pudliszkowa bez prawdziwego domowego makaronu? Każde dziecko dostało kawałek ciasta i musiało je rozwałkować. Ale nie tradycyjnym drewnianym wałkiem (choć i takie mali kucharze mieli możliwość wypróbować), tylko maszynką do wałkowania ciasta, która mnie osobiście przypomina wyżymaczkę do starej dobrej Frani. Pamiętacie jak to wyglądało? Różnica była taka, że wyżymaczkę ustawia się od razu na najcieńszy możliwy rozmiar i używa raz, ciasto przez wałki musiało przejść pięć razy. A ileż przy tym było radości, śmiechu i zamieszania! Przyznaję, pomyślałam że zaplanowano to tak, żeby zajęcia trwały dłużej, ale pani Ania nadzorująca wałkowanie, wytłumaczyła mi, że gdyby od razu nastawić najcieńszy rozmiar ciasto miałoby grudki. No cóż, człowiek całe życie się uczy. Za szóstym razem ciasto wychodziło z maszynki w postaci cienkich nitek. No prawie. Trochę się kleiły i trzeba było rozdzielać ręcznie. Brzmi strasznie? Nie dla małych i ambitnych kucharzy, prawie na wyścigi rozdzielali makaron, który potem trzeba było jeszcze pociąć nożyczkami. Cięliście kiedyś makaron nożyczkami? Ja się przyznaję, że nigdy, ale może się skuszę, radość w oczach dziecka – bezcenna.

Dzieci robiły makaron a mamusie w tym czasie obierały warzywa do zupy. Troszkę na pokaz dla dzieci, bo w garnku już wesoło bulgotał wywar z mięsa i warzyw.Na szczęście mali kucharze nie mają poczucia czasu i nie zauważyli, że marchewka jakimś cudem po 10 minutach była już miękka. Tak naprawdę, jak powiedziała pani Katia, mistrzyni ceremonii, warzywa z mięsem gotowały się trzy godziny. Makaron się gotował a dzieci… kroiły marchewkę:) Ugotowaną i wystudzoną, więc nawet najmłodsi nie mieli z tym problemu, chociaż noże do ostrych nie należały. Tak na marginesie, najmłodsze było moje  3,5 letnie dziecko, ale świetnie odnalazło się wśród starszych kolegów i koleżanek, nawet zawarło nową przyjaźń :)

Nadszedł czas na najważniejszy moment, doprawienie zupy koncentratem pomidorowym, więc wszystkie dzieci otoczyły blat z gotującym się wywarem, każde chciało zamieszać! Zwykłą zupę pomidorową doprawiamy zwykłym koncentratem, zupę pudliszkową oczywiście koncentratem firmy Pudliszki. Małe zamieszanie wywołało niewinne pytanie czy zupa ma być ze śmietaną czy nie, ile dzieci tyle zdań, a wydawałoby się, że są tylko dwie możliwe odpowiedzi. Na szczęście pani Katia zna się na sztuce gotowania i osiągnęła kompromis, który zadowolił wszystkich.

Zupa gotowa, czas na degustację. Powiem Wam prawdę, zupa była na mięsie, więc ja jako zagorzała wegetarianka nie spróbowałam, ale była to pierwsza od niepamiętnych czasów zupa, o której nie mogłam powiedzieć, że brzydko pachnie. Zazwyczaj wszystko co na mięsie gotowane ma denerwujący mnie zapach, tym razem było inaczej, więc w zupie pudliszkowej naprawdę jest coś wyjątkowego. Dowodem na to były szybko opróżniane talerze i krzyki: „ja chcę dokładkę!”

Kiedy dzieci jadły, mamy zostały zaproszone na zapoznanie się z nowymi smakami pudliszkowych koncentratów, tradycyjny zyskał trzy nowe wersje: z natką pietruszki, z bazylią i z czosnkiem. Ten ostatni wypróbowałam w domu gotując chińszczyznę, mój mąż powiedział, że dawno mi nie wyszła taka dobra :)) No cóż, my kobiety mamy swoje sekrety, zwłaszcza gdy Pudliszki troszkę pomogą!

Po obiedzie przyszedł czas na deser – pyszną szarlotkę upieczoną przez panią Anię. Jak nie jestem fanką tego ciasta, tak zjadłam dwa kawałki (a co tam, odchudzać się będę w styczniu).

Na koniec dzieci dostały dyplomy za ugotowanie pysznej zupy pudliszkowej i pięknie zapakowane prezenty, a w środku płyta „Do zjedzenia”, książka „Pichciuchy czyli rodzina w kuchni” i oczywiście koncentraty w czterech smakach. Pudliszki zamieszkają u nas w domu na dłużej :)

Fartuszki też powędrowały do domu małych kucharzy. W tej chwili jest to ulubiony strój mojego dziecka – pierwsze słowa jakie wypowiada po przebudzeniu to: „chcę się napić”, drugie: „gdzie mój fartuszek?”

Popołudnie z Pudliszkami było naprawdę bardzo udane, co chyba widać na zdjęciach?

A Wy jak często gotujecie zupę pudliszkową? Może macie małe triki kuchenne, którymi się z  nami podzielicie?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Super, tylko pozazdrościć!

    1. Nie zazdrość, ugotuj :))

  2. Joanna Pawlińska

    Przyznam się bez bicia, pomidorówka to jedno z niewielu dań, które mi kompletnie nie wychodzi ;) Nie pytajcie mnie jak może nie wyjść.

  3. Ulubiona zupka mojej córci póki co :)

  4. Fajnie byłoby się wybrać na takie wspólne gotowanie!
    Czy Pudliszki nie organizują czasem warsztatów poza Warszawą?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Podarowane z sercem – pakowanie prezentów, świąteczne inspiracje


Święta Bożego Narodzenia prawie zawsze kojarzą się nam z prezentami. Magia wzajemnych podarunków nie kryje się jednak na metce z ceną, a w ciepłym sercu, które chciało obdarować bliską osobę. Nie mniej ważne jest to, jak podamy nasze życzenia i symbol pamięci pod choinkę. Czy skorzystamy z szybkiej prezentowej torby, czy poświęcimy czas na piękne ozdobienie podarunków. Pamiętajcie, że starannie zapakowane paczuszki będą efektownymi dekoracjami pod choinką, a obdarowani będą czuli się wyjątkowi – czyż nie miło wiedzieć, że ktoś przygotował dokładnie prezent i poświęcił dla nas czas?! Zapraszamy Was do zwiedzenia naszych foto-inspiracji. Czyli jak zaczarować nawet najmniejszy pakunek!

Prosto i efektownie

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Szary papier i delikatna ozdoba. To wersja stonowana i regencka w swojej prostocie.

Pachnąca wstążka

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Tu role główną odgrywa wstążka, a raczej jej zmiennik – piękna i pachnąca kokarda z igliwia i szyszek. Dekoracja z pewnością nie obciąży naszych portfeli, a efekt będzie piorunujący!

Pompony

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Niebanalna dekoracja, bajeczna i wyjątkowo prosta w wykonaniu. Poczujcie zimę i ciepło na raz, prosto pod świąteczną choinką  

Dla cierpliwych

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Pomysłowe choinki wykonane z patyczków i muliny lub sznurka.

Zapięty na ostatni guzik

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Prezent idealny, dopracowany i spakowany z pomysłem – czyli wszystko dopięte na ostatni guzik!  

Świeże, jak poranna prasa

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Prezent „na czasie” prosto spod drukarskiej prasy – czyli recykling dla elegantów!  

Koronkowa robota

 

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Wyjątkowe i kobiece – czyli koronki i serwetki. Szczególnie polecamy wykorzystanie ażurowych serwet na talerze i patery.  

Zgrana paczka

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Każdy inny, a jednak taki podobny – zupełnie jak w rodzinie!

Na wynos?

 

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Odrobinę niedbałe, a jednak urzekające.  

Z kołnierzykiem…

 

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

No bo kto powiedział, że koszula powinna być w środku?!  

Któż by się nie uśmiechnął?

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Zaczarowany kolorem i energetyzujący!  

Prezent do schrupania!

 

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Pięknie wygląda, a jeszcze lepiej smakuje!  

W bieli

 

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Piękne, zimowe i dopracowane. Z pewnością wymagają poświęcenia czasu i starannej kompozycji dodatków.  

Cieplutki

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Bardzo „ciepły” prezent! Efekt niesamowity, jednak stopień trudności na poziomie wykwalifikowanego magika dzianiny!    

Wyśpiewany

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Estetyczna i bardzo praktyczna „wstążka” – a życzenia wyśpiewane!

Biały gość

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Biały papier i odpowiedniej wielkości upominki . Kto powiedział, że miejsce bałwana jest za oknem?

Nieśmiertelne skarpetki

 

 Źródło zdjęcia: pinterest.com

Skarpetki dla Taty? A może w duecie z winem, słodyczami lub innym prezentem, który pozwoli się w nie opakować?

Jak poprawnie wiązać krawat?

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Odpowiedź: z wyobraźnią!

Bardzo twarzowe!

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Nawet najmłodsi poradzą sobie z identyfikacją takiego wyjątkowego „karnetu”  

Słodkości w prezencie

 

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Zwykła czekolada, a ile radości!  

Wełniana tęcza

 

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Opakowanie dla cierpliwych, rozwiązanie wszystkich kokardek zajmie trochę czasu :)  

Choinki ze wstążki

 

Źródło zdjęcia: pinterest.com

Wstążka, korale, igła i nitka –  chwila „nieuwagi” i już mamy choinkę na nasz prezent!

A Ty, który pomysł wybierasz?

źródło zdjęcia: flickr.com 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. najbardziej podobaja mi sie te ze zdjeciami:)

  2. Ja planuję hybrydę zdjęć i wełnianych wstążek ;)

  3. Bajeczne! Szkoda, że moje prezenty już zapakowane… tak zwyczajnie, w kolorowy papier z kokardką… Ale za rok pewnie skorzystam :)

  4. malgorzata stryjecka

    piękne dzięki za pomysl :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku