Przedszkolak w pociągu


Pociąg – w transporcie kolejowym skład sprzęgniętych ze sobą wagonów lub innych pojazdów kolejowych (w odpowiedniej konfiguracji mogą to być wagon, człony zestawu trakcyjnego, zespół trakcyjny, wagon silnikowy albo sama lokomotywa) połączonych z co najmniej jedną czynną lokomotywą albo mających samodzielny napęd, osygnalizowany zgodnie z przepisami, odpowiednio wyposażony (obsługa, materiały eksploatacyjne), przygotowany do drogi albo będący w drodze. Podstawowym przeznaczeniem pociągu jest zaspokajanie potrzeb przewozowych polegających na przemieszczaniu osób i towarów. (źródło: Wikipedia)

Tyle Ciocia Wiki, a jak wygląda w praktyce podróż pociągiem? No cóż, kupujemy bilet, wsiadamy, jedziemy, wysiadamy na stacji docelowej. W drodze umilamy sobie czas czytaniem, słuchaniem muzyki, wyglądaniem przez okno, czasem rozmową z towarzyszami podróży. Pracoholicy pracują na laptopach bądź w jakikolwiek inny sposób.

Ale gdy zabieramy w podróż dziecko w wieku przedszkolnym wszystko zaczyna wyglądać zupełnie inaczej.

Jaki jest przedszkolak? Z natury rzeczy ciekawy świata i ludzi. Choćby z tego powodu warto długą podróż zaplanować na dzień. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że zabieramy w podróż wyspane dziecko, po drugie – w dzień można wyglądać przez okno! I jeśli komuś się wydaje, że to marginalna sprawa to od razu rozwieję wątpliwości – moja pięciolatka jadąc w dzień była praktycznie samowystarczalna, jedynie informowała nas, że za oknem są krowy, konie, traktor i chyba sarenka przebiegła. Ta sama pięciolatka jadąc późnym wieczorem gdy za oknem nie było nic widać, zamieniła się w najbardziej znudzone, rozczarowane podróżą i rozmarudzone dziecko jakie tylko można sobie wyobrazić. I niewiele dało towarzystwo ulubionej lalki i kotka, co nie znaczy, że nie warto zabierać zabawek. Warto, a nawet należy. Jednak nie ma się co łudzić, lalka nie wystarczy na pięć godzin, zabawiaczy trzeba mieć więcej. Na szczęście były pod ręką.

Pakujemy plecak czy walizki, pamiętajmy, że są też plecaki dla dzieci. Pozwólmy dziecku zabrać w podróż ulubione gadżety i nie dziwmy się, że nawkłada do środka podartych chusteczek czy innych, naszym zdaniem, dziwacznych przedmiotów. W końcu jeśli te „skarby” mają sprawić, że podróż minie bezboleśnie to cel uświęca środki. Albowiem nie ma nic gorszego niż marudzące w pociągu dziecko. Przeszkadza nie tylko nam, ale i współtowarzyszom podróży.

Żyjemy w epoce gadżetów elektronicznych, czemuż więc nie skorzystać z tego dobrodziejstwa? Najwygodniejszy jest tablet, ale netbook też nie jest złym rozwiązaniem. Oczywiście pod warunkiem, że mają w sobie przynajmniej jeden ulubiony film. Nie radzę liczyć na mobilny internet, jego cechą charakterystyczną jest pojawianie się i znikanie – sprawdziłam. Zdecydowanie lepiej jest przed podróżą wgrać dziecku ulubione filmy. No i pamiętajmy o słuchawkach! Nie wszyscy chcą słuchać jak książę ratuje księżniczkę, a i stukot pociągu może być przeszkodą w swobodnym oglądaniu.

Są jadki i są niejadki. Jeśli mamy jadka nie mamy problemu, zje co podsuniemy nawet i w pociągu. Z niejadkiem jest gorzej. Moje dziecko musiało przeżyć pięć godzin na bułkach i parówkach. Akurat było za gorąco by brać w podróż serki czy jogurty. Gdyby było zimno pewnie bym wzięła. Pewnie i naleśnika z serem bym wzięła, gdybym miała pewność, że po kilku godzinach upału będzie się nadawał do jedzenia. Czasem taki drobiazg jak ulubiona łyżeczka czy kubek rozwiązują wiele problemów.

Choćby dziecko miało nie wiem ile ulubionych soków, napojów, herbatek dobrze jest do pociągu zabrać wodę. Dlaczego? Bo pociąg się trzęsie, a przy tej okazji łatwo o mały wypadek. Woda wyschnie, nie zostawi plamy, nie będzie sklejała małych paluszków. Soczek tego komfortu nie daje.

Jeśli jednak dziecko upiera się przy soczku to nie dyskutujmy, pamiętajmy o zapakowaniu do bagażu podręcznego mokrych chusteczek. Kto powiedział, że są tylko dla niemowlaków?

Kredki i kolorowanki to nie jest najlepszy pomysł, na pewno ulubiona różowa kredka wpadnie gdzieś pod siedzenie skąd ciężko będzie ją wyjąć. Natomiast ulubiona książka, to obowiązkowy element wyprawki małego podróżnika.

Jeśli nasza pociecha wpadnie na pomysł zwiedzania pociągu to nie ma lekko, trzeba iść na rekonesans ;)

Przymusowy spacerek z dzieckiem czeka nas też do toalety. Jakie one są w pociągach każdy wie, nie oszukujmy się. I chociaż koleje robią co mogą, żeby poprawić swój wizerunek w naszych oczach to nakładka na sedes jest moim zdaniem obowiązkowym gadżetem w podróży pociągiem. Oczywiście zapakowana tak, aby łatwo było ją wyjąć, co nam po nakładce wrzuconej na dno walizki?

I na koniec…. Przyznaję nie pomyślałam, więc Was przestrzegę.

Wyjeżdżaliśmy z Warszawy w deszczowy poranek, do Gdyni dotarliśmy w słoneczne, wręcz upalne południe. I nie przyszło mi do głowy, żeby mieć pod ręką ubrania na zmianę na taką okazję. No blondynka normalnie, dobrze że buty były dostępne, bo gdybyśmy w kaloszach wysiedli to jak nic by nas z peronu do psychiatryka zgarnęli :P To i tak nie było najgorzej, mogło być odwrotnie! Zapasowe ubrania na wypadek zmiany pogody po prostu muszą być pod ręką!

Jesteście gotowi? To w drogę! I obyście nigdy nie usłyszeli, że Wasz pociąg przyjedzie opóźniony o 20 minut, opóźnienie może ulec zmianie, za zmiany podróżnych i oczekujący przepraszamy…

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Hanna Szczygieł

    Mirella aj lof ju :)))

  2. Magdalena Marczuk Romanowska

    Wstyd się przyznać, ale moje dzieci jeszcze pociągiem nie jechały:(

    1. Ależ mają ubogie dzieciństwo…. :P

  3. Barbara Heppa-Chudy

    Myślałam, że tylko Aleks tak ma, że na hasło: spakuj plecak, zabiera sam dziwaczne -jego zdaniem niezbędne – rzeczy ;)

    1. Ha ha ha, podarte chusteczki to autentyk ::D bo to są sukienki dla kredek :D

  4. Pingback: Wsiąść do pociągu byle jakiego… | W Roli Mamy

  5. Pingback: To nie własne podwórko... - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Domowe SPA – maseczka z pomidora…


Pomidory to jedne z tych warzyw, które kupujemy (chyba) najczęściej, razem z włoszczyzną. W mojej kuchni są niemal stałymi bywalcami, uwielbiam je na kanapkach i w różnego rodzaju sałatkach, sosach, zapiekankach oraz na pizzy.

Miłośnicy warzywnych soków, z pomocą sokowirówki, mogą sobie również przyrządzić  świeży pomidorowy napój.

Owoce pomidora, swe cudowne i dobroczynne dla całego organizmu działanie, zawdzięczają zawartym w nim: kwasom organicznym (cytrynowy i jabłkowy), cukrom, witaminom A, B, C, E i K, karotenoidom oraz składnikom mineralnym ( wapń, żelazo, potas, miedź, cynk, magnez) oraz kwasowi foliowemu.

Z medycznego punktu widzenia, warzywa te zapobiegają nadciśnieniu, rozwojowi miażdżycy oraz chorób serca, powstawaniu nowotworów, wzmacniają układ odpornościowy i  regulują krzepliwość krwi.

Z kolei w kosmetyce, pomidory chyba wszystkim  znane są z tego, że chronią skórę przed wpływem wolnych rodników, a więc przed jej starzeniem. A to dzięki obecności likopenu, który jest bardzo silnym antyoksydantem!

Poza tym, świetnie wygładzają cerę, rozświetlają, dotleniają, oczyszczają i zwężają pory. Wspomagają procesy regeneracji, a także wzmacniają ściany naczyń krwionośnych.

Ze względu na swe właściwości, pomidory mile widziane są w kosmetykach do pielęgnacji cery wrażliwej,  tłustej, trądzikowej i dojrzałej.

Gorąco zachęcam Was do codziennego spożywania pomidorów, w różnych postaciach, dostarczając ich cenne składniki odżywcze zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz.
A  w tym celu, podam Wam kilka przepisów na domową pielęgnację.

Pamiętajcie jednak, że warzywa te, zaaplikowane bezpośrednio na skórę mogą uczulać! Dlatego najlepiej jest wykonać sobie wcześniej test alergiczny, na niewielkim fragmencie skóry.

Maseczka do cery zmęczonej i zwiotczałej

1-2 pomidory (w zależności od wielkości twarzy)
kilka kropli soku z cytryny

Pomidory pokrój, następnie rozdrobnij na papkę, dodaj krople cytryny, wymieszaj. Na czystą twarz zaaplikuj krem nawilżający, następnie przykryj ją cienką warstwą waty, ewentualnie gazy i na to nałóż papkę pomidorową. Pozostaw na około 15 minut, ściągnij wklep jeszcze odrobinę kremu.

Maseczka odświeżająco-odżywcza

1-2   pomidory
2 łyżki płatków owsianych
1-2 łyżki jogurtu naturalnego (jeśli nie masz, możesz zastąpić go kefirem lub oliwą z oliwek)

Pomidora obierz ze skórki i zmiksuj. Dodaj do niego płatki owsiane oraz jogurt, wymieszaj wszystko. Nałóż papkę na skórę, zostaw na około 15 minut, zmyj.

Maseczka antybakteryjna

1 pomidor
1 łyżka jogurtu
1 łyżka gliceryny

Pomidora pokrój i zblenduj. Dodaj do niego jogurt i glicerynę, wymieszaj. Nałóż na twarz, zostaw na 15-20 minut, zmyć.

Maseczka oczyszczająca

1-2  pomidory
1 łyżka glinki zielonej

Pokrój pomidora i zmiksuj. Do miseczki wsyp glinkę zieloną, następnie dodaj pomidora, wymieszaj. Nałóż na twarz, zostaw na 15-20 minut, zmyj.

Pasta pomidorowa

1-2 pomidory
kilka kropki oliwy z oliwek

Zmiksuj pomidora, dodaj do niego oliwę. Powstałą pastę nałóż na twarz, zostaw na 15 minut, zmyj.

Jako ważną ciekawostkę, dodam iż codzienne spożywanie pomidorów, najlepiej połączonych właśnie z oliwą z oliwek, wspomaga ochronę przed szkodliwym działaniem promieniowania UV!

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Świetny wpis. Właśnie czegoś takiego ostatnio szukałam. :)

    1. Cieszę się, do usług ;-)

  2. Jakie proste! :D

  3. Nie wiem dlaczego, ale nie potrafię się przekonać – w sensie nawet przełknąć, spróbować – soku pomidorowego. Poza tym pomidory lubię pod każą postacią. Chętnie też wypróbuję jako maseczkę.

  4. Pingback: Zadbana przyszła mama - jak dbać o siebie w ciąży - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

TV or not TV


Wiem, wiem o telewizji i dzieciach już dużo napisano. Nawet u nas Basia pisała jakie to niedobre i bleee. Zgadzam się z tym, ale u mnie praktyka wygląda nieco inaczej.

Owszem Maja jako pierwsze dziecko nie oglądała telewizji przez pierwsze 1,5 roku swojego życia. Potem się zaczęło mieszkanie u dziadków i zaczęła się też telewizja. Ale nie o tym chcę pisać.

Obecnie, jak wiecie, jestem mamą dwójki dzieci – trzylatki i roczniaka. Mąż przez dłuższe okresy czasu pozostaje poza domem, więc wszystkie obowiązki spoczywają na mnie. I jak tu się z wszystkim ogarnąć bez możliwości sklonowania?

Przynajmniej jeden mój klon przydałby mi się podczas usypiania syna w dzień oraz podczas wieczornych obrządków. Póki Mateusz był mały (bo teraz to już duży chłopak:)), czyli tak do ok. 8 miesiąca było w miarę luźno. Ale z czasem sprawy zaczęły się komplikować.

Maja w dzień nie sypia, natomiast Młody tak i co wtedy? Niestety moje dzieci nie mają zakodowanego samozasypiania i jakoś muszę to rozegrać. Radzę sobie w prosty sposób – córce włączam TV i idę usypiać Mateusza. Wiem, można by go uśpić na spacerze, jednak wózek jest dla niego już niewygodny, więc wolę żeby miał możliwość rozprostowania kości w łóżku.

Często oglądanie przedłuża się, bo jak już Młody zaśnie to szybko trzeba oblecieć co trzeba, a w pojedynkę robota idzie po prostu sprawniej. Ale żebyście mnie nie zlinczowały – nie ma w tym samowolki – jak tylko się obrobię, robimy cyk, gasimy TV i zmykamy do zabawy lub na podwórko.

Podobnie ma się sprawa wieczornego usypiania, kiedyś dzieciaki zasypiały razem, teraz chodzą spać o innych porach, tu znów przydałby się klon. I tak jak idę usypiać  Mateusza – Maja dostaje mleko (bo tak lubi) i baję. Jak już Mati śpi, ja robię przelot ogarniający dom, chwilę siedzę z Mają i zawsze po tej samej bajce gasimy TV.

To tylko dwie sytuacje, które są stałym punktem naszego dnia. Nie mam zamiaru zapierać się, że są one jedynymi epizodami, gdy nasz TV jest włączony. Jasne, że są chwile kiedy “ratuję” się bajką, bo muszę coś zrobić lub po prostu Maja jest totalnie nie w humorze, a ja chcę mieć chwilę spokoju.

Myślę, że nie robię tym krzywdy dzieciom. Kontroluję ile jest tego oglądania i najważniejsze – co jest na ekranie. Uważam też, że mądre bajki rozwijają dziecko, są w stanie czegoś nauczyć. Widzę to po Majce i nie mam zamiaru odcinać jej od oglądania telewizji. Ktoś powie, że włączam TV dla własnej wygody, owszem nie zaprzeczę. Ale chętnie zlecę tej osobie ogarnięcie dwójki w pojedynkę i myślę, że po takim teście zmieni zdanie:)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. (nie)Magda(lena)

    Jeżeli nie jest to kilkugodzinne wgapianie się w ekran to nie mam nic przeciwko. Ba, nawet jestem za (bajkami). Jeśli tylko wybierzemy takie, które wniosą coś fajnego to czemu nie ;) Sama pozwalam córce oglądać wybrane bajki w ciągu dnia i widzę, że sporo się z nich nauczyła/uczy.

    1. Magdalena Marczuk Romanowska

      Oczywiście wszystko pod kontrolą. Począwszy od czasu przesiadywania przed TV, po kontrolę tego co ogląda dziecko. Mądre bajki są OK:)

  2. Nasza Zuza ma 2,5 roku i czasem tez miałam ochotę w ten sposób sobie ułatwić życie ale niestety albo stety nasza córka nie chce oglądać żadnych bajek. Preferuje za to ich czytanie z czego jestem bardzo dumna ale tak jak Wy uważam że oglądanie bajek również prowadzi do rozwoju dziecka (oczywiście tych mądrych i edukacyjnych) :) Jedyną bajką jaką dała się zarazić jest niedźwiedź w dużym niebieskim domu, którego czasem ma ochotę obejrzeć na dobranoc. Bardzo pokochała w tej bajce Lune i kiedy księżyc świeci na naszym niebie nazywa go Luną i sobie z nim rozmawia :) Być może etap oglądania bajek jeszcze w naszym przypadku nadejdzie ale oczywiście będzie to ze zdrowym rozsądkiem :) Ale wiem jak to w życiu bywa i chce się coś szybko zrobić a dzieci tego niestety nie ułatwiają. Wszystko ma swoje granice jeśli ich nie przekraczamy to nie ma co sobie zarzucać :) A my póki co pozostajemy przy czytaniu ulubionych bajek. bez ułatwiania sobie życia w ten sposób… :)

  3. Pozwalamy na wszystko w ramach rozsądku.

  4. Wszystko zależy od rodziców, mój syn ma 4,5 roku, nie widzę potrzeby i nie wyobrażam sobie żeby grał na komputerze/tablecie/smartphonie, bo jest masa innych fajnych, rozwijających zabaw czy rzeczy do robienia… Nigdy nie grał i takiej potrzeby nie ma… a jeśli chodzi o TV to jeżeli już jest włączony to przeważnie oglądamy animal planet, discovery itp czy programy o naturze z serii BBC, które uwielbiamy :) wszystko jest dobre w granicach zdrowego rozsądku :)

  5. a co do artykułu… wszystko zależy od dziecka, akurat mam to szczęście, że moje dziecko samo się sobą zajmie i mogę zrobić wszystko odkąd się urodził, leżał grzecznie w łóżeczku, sam się bawił i zostało to mu do dzisiaj :) także jak czasem trzeba wspomóc się telewizją no to wyjścia nie ma…

  6. nie widzę nic złego w tym, pod warunkiem, że nie zabiera to całego czasu dziecka. dzisiejsze aplikacje, gry są tak świetne i potrafią świetnie rozwijać wyobraźnię dziecka, a przy tym uczyć przez zabawę czy to liter, liczb, czy to języka. i wcale nie trzeba rezygnować przy tym z czytania ksiązek, rysowania czy innych popularnych kreatywnych zabaw. ja jestem zdania,że czym skorupka za młodu nasiąknie… ;) chodzi mi o to, ze w dzisiejszych czasach, dziecku jest po prostu łatwiej chociażby na informatyce już w 1 klasie podstawówki kiedy to nie siedzi jak przysłowiowy kołek bo nie wie co do czego i co z czym się je.a i kolejna rzecz – ile to razy smartfon ratował nas, że tak to ujmę, w kolejce u lekarza, kiedy po 2 godzinach dzieć znudzony już potwornie..jestem za – ale oczywiście wszystko w granicach rozsądku.

  7. Pingback: Nie wychowuj cyberprzestępcy! - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Rowerowa wolność


Gdy zima dobiegała końca, czułam się jakaś taka bez energii. Miałam tego dosyć, nie chciałam czuć się jak „flaki z olejem” Postanowiłam to zmienić i się rozruszać. Nie to żebym była totalnie „zardzewiała”, ale kondycja już nie ta, co kiedyś a i po ciąży kilka kilogramów zostało i kolokwialnie mówiąc „pupa mi ciążyła”. Postanowiłam ruszyć się z kanapy i poprawić formę. Kiedyś biegałam i namiętnie grałam w tenisa stołowego, ale było to lata świetlne temu.

Początkowo były to wieczorne ćwiczenia w zaciszu domowym, ale czegoś mi w nich brakowało, czułam niedosyt.  Później za namową Żakliny zaczęłambiegać. Były to niedalekie dystanse po 3-4 km tuż przy okolicznych ścieżkach rowerowych, co drugi czy trzeci dzień.

Nadeszła wiosna, na trasie zaczęłam spotykać coraz częściej cyklistów i po trochu zazdrościłam im tej jazdy. Coraz mocniej kiełkował w mojej głowie pomysł zakupu jednośladu. Na rowerze nie jeździłam może 100 lat, no dobra przesadzam, ale z 15 by się uzbierało. Biłam się z myślami czy zakup roweru to będzie dobry pomysł czy nie będzie na jeden sezon, ale w końcu poszłam za ciosem i podjęłam decyzję: kupuję własne dwa kółka!

Jak typowa kobieta najpierw przeczytałam liczne blogi i fora rowerowe by oswoić temat i nie zostać nabita w butelkę przez sprzedawców. Zwiedziłam kilka sklepów porównując sprzęt i ceny zanim dokonałam wyboru tego jedynego.

Zakup roweru okazał się strzałem w dziesiątkę! Do dziś pamiętam uczucie miękkich nóg po pierwszych kilometrach. Pokochałam tę formę ruchu, na nowo przypomniałam sobie czasy dzieciństwa i to przyjemne uczucie, gdy ciepły wiatr rozwiewa włosy. To jedna z rzeczy którą robię tylko dla siebie. Dla własnego lepszego samopoczucia, frajdy i odpoczynku. Teraz w każdej wolnej chwili, (jeśli pogoda na to pozwala) wsiadam na mojego dwukołowca i najczęściej wybywam za miasto. Uwielbiam jeździć polnym i leśnymi dogami, z dala od miejskiego zgiełku, mam wtedy poczucie wolności. Odpoczywam od hałasu i ładuję akumulatory, odcinam się od problemów jestem tylko ja, rower i natura.  Po takim wysiłku czuję się… wypoczęta psychicznie, trochę zmęczona fizycznie. Lubię wtedy odpocząć siedząc na trawie przy strumieniu słuchając żabiego rechotania. Póki co nie szaleję, pokonuję przeważnie trasy 8 – 16 km, ale nie powiem, mam już chrapkę na dłuższe.

Na swojej ulubionej trasie nie raz spotykam innych rowerzystów. Przedział wiekowy jest duży, można by rzec do roku do stu jeden lat. Maluchy w fotelikach czy przyczepkach, starsze dzieci na swoich rowerkach. Obowiązkowo każde w kasku rowerowym.  Kubie jeszcze ciężko byłoby dotrzymać tempo, wiec podróżuje w foteliku zamontowanym na rowerze męża. Takie rodzinne wycieczki organizujemy przeważnie w weekendy. Liczę, że zarażę Kubę bakcylem bicyklowym i za jakiś czas samodzielnie już będzie dawał radę jechać z nami na swoim dwukołowcu.  Póki co, mały rowerzysta śmiga na rowerku biegowym i czterokołowym przy naszej pieszej asyście.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Zawsze lubiłam jeździć na rowerze ale już nie pamiętam, kiedy to ostatni raz robiłam. :)
    Jak byłam młodsza to rower był nieodłączną częścią mojego życia, wszędzie jeździłam, do szkoły, do kościoła, do koleżanek, do sklepi a teraz nawet roweru nie posiadam..
    W ogólne z aktywnością u mnie słabo ostatnimi czasy. :)

    1. Ja też nie pamiętałam co to jazda na rowerze, dlatego stęskniona z przyjemnością kupiłam rower i ruszyłam na podbój miejscowych i okolicznych tras rowerowych.

  2. Sama dla siebie niestety nie jeżdżę ale uwielbiam nasze wspólne wyprawy rowerowe. Córka odkąd skończyła roczek jeździ z nami na wycieczki rowerowe jak tylko czas i pogoda pozwoli. Teraz ma juz 2,5 roku i świetnie porusza się na rowerku biegowym. Mój mąż za to jest wielkim miłośnikiem rowerów i już nam zapoowiada, że może za rok może dwa wybierzemy się w taką naprawdę długą wakacyjną wyprawę rowerową, a więc nie możemy się doczekać :) A tak swoją drogą to cieszy mnie fakt, że teraz jest tak dużo miłośników rowerowych od najmłodszych po naprawdę starsze osoby i że moje dziecko póki co też kocha ten sposób wypoczynku :)

    1. Rodzinne wycieczki rowerowe to jest to :D Aktywny wypoczynek połączony ze świętną zabawą.
      Wyprawa rowerowa- brzmi super :) Dobrze zaplanowana trasa, zaopatrzenie i można śmiało ruszać przed siebie

  3. Żaklina Kańczucka

    Mnie namówiła po kilku latach sąsiadka, wszystko fajnie, ale po 8 kilometrach myślałam że mi tyłek do siodełka przyrósł ;) ale jeśli będzie chciała kontynuowac rowerowe wypady, jestem za :)

    1. Tyłek musi się przyzwyczaić :D, też to przerabiałam na początku jazdy. Teraz wszystko ok, jakbyś nadal czuła dyskomfort (mimo regularnej jazdy) to zakup nakładkę żelową na siodełko.

  4. Ja wsiadłam na rower kilka dni temu, po 8-letniej przerwie. Młoda zamontowana na rowerze taty pojechała z nami. Zrobiliśmy grubo ponad 20 km, poczułam wspaniały skok endorfin! Mąż też, i Dzieciorce też się spodobało ;)

  5. Pingback: Kiedy moje plany biorą w łeb, czyli o tym co mnie ogranicza - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku