EURO 2012 – A może rodzinnie?


Jest godzina 16:30 (w Polsce 17:30), synek biega po mieszkaniu pokrzykując z jakimś samochodzikiem w dłoni. Zaparzam kawę z ekspresu, nakładam ciasto na talerzyki. Na stoliku czekają już przekąski: paluszki, ciastka i chipsy. Tuż obok napoje kolorowe, woda i soczek dla Adiego – czyli co kto lubi ;)

Rozsiadamy się na podłodze, na poduszkach, kocach, oparci o sofę, żeby było jak najwygodniej. Włączamy TV. Jakiś Pan w garniturze coś opowiada, ale niewiele słyszę , bo synek przybiegł właśnie i krzycząc mi do ucha włożył rękę w ciasto, które miałam na talerzyku. Szybko wycieram mu rączkę i wracamy do oglądania.

Pewnie pomyślicie, że jestem wyrodną Mamą, bo pozwalam dziecku oglądać telewizję. Otóż nie zgodzę się z Wami. Jest wyjątkowy dzień bo właśnie dzisiaj rozpoczyna się EURO 2012 i wspólnie będziemy oglądać mecz otwarcia: Polska – Grecja kibicując Naszym piłkarzom. Chcę, żeby synek przeżywał wspólnie z nami te chwile, choć pewnie niewiele jeszcze z tego zrozumie, ale będzie wiedział, że dzieje się coś fajnego, co mimo odległości, można czuć w środku, w samym sercu. To piłkarski duch, który pewnie w wielu z Nas budzi się w tym okresie, nawet jeśli normalnie nie jesteśmy fanami piłki nożnej.

To zapewne jedyna taka okazja w naszym życiu, kiedy w Polsce organizowane są Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. Mimo, że nie każdy może być obecny na stadionie, to jednak wspólnie przed telewizorami możemy odczuwać to niesamowite poruszenie. Oczekiwanie na to jak zagrają Nasi piłkarze, jak sobie poradzą z przeciwnikiem i przede wszystkim jaki będzie wynik meczu. Nawet Ci najbardziej sceptyczni po cichu liczą, że wygramy, że uda się wyjść z grupy a nawet zdobyć upragniony tytuł Mistrzów Europy.
Piłka nożna to fantastyczny sport. Co do tego pewnie nie macie wątpliwości. Uprawiać go mogą zarówno chłopcy jak i dziewczynki, a trwające Euro 2012 jest wspaniałą okazją do tego, by wolne popołudnie spędzić całą rodziną na łące, w ogródku czy na wolnym boisku kopiąc piłkę.

No bo kto powiedział, że tylko synowie z ojcami mają grać w piłkę? Mamusie i dziewczynki też przecież mogą się przyłączyć.  My codziennie gramy z synkiem w piłkę, w domu, na zewnątrz. Staramy się rozwijać w nim chęć do ruchu, uprawiania sportów, do wspólnego spędzania aktywnie czasu, do dbania o swoje zdrowie. Przecież wiemy doskonale, że sport to zdrowie. Przy odrobinie wysiłku, krew zaczyna szybciej krążyć i dostarcza do wszystkich komórek tlen. Mózg jest dobrze dotleniony i lepiej funkcjonuje. Wpływa to świetnie na cały nasz organizm.

Spróbujmy zatem wszyscy wykorzystać ten czas na wprowadzenie zdrowych nawyków do naszego życia, a jeśli już takie mamy, to tym lepiej. Bawmy się świetnie ,kibicując piłkarzom a potem sami ruszajmy na boiska i bawmy się, bo to przecież wspaniała zabawa.

Czy Wy także wspólnie kibicujecie? Czy kiedy przychodzi ten czas to przez 90 minut czujecie się Polakami przez duże P? Dla mnie tu w Irlandii cudownym przeżyciem jest, kiedy wyglądam przez okno w trakcie meczu i słyszę wkoło głosy polskich kibiców dobiegające z sąsiednich mieszkań, mimo odległości od kraju wszyscy tworzymy jedną wielką wspólnotę…

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Kibicujemy! Krzyczymy do telewizora i choć mój Kuba nie do końca rozumie o co chodzi krzyczy razem z nami “Polska! Biało czerwoni!!!” a gdy leci mecz naśladuje mnie (bo mąż raczej tak mocno nie okazuje emocji) wołając “dalej, dalej, biegnij, strzelaj!” :D Nigdy nie byłam pasjonatką piłki nożnej. Ale nie kibicować w trakcie Euro, w dodatku rozgrywanego tutaj – w Polsce po prostu mi nie wypada.

    1. to tak jak ze mną, normalnie niespecjalnie kibicuję ale teraz to co innego :) nasz Adi jeszcze nie krzyczy z nami, bo ma 14 miesięcy, ale za to biega i pokrzykuje coś po swojemu :D

  2. Ja przedstawiam Małego Kibica który jeszcze szaleje w brzuszku<3 Kopie jak szalony:D

    1. Brzusio genialny:) może Maleństwo piłkarzem zostanie;D

    2. Przesłodki!:)

  3. U nas EURO zdecydowanie rodzinnie! Mąż z piwkiem i chipsami, ja z Szymkiem przy piersi i rozkrzyczana Julka:)

  4. Ja kibicuję sama, no może córcia mi trochę towarzyszy bo jak widzi piłkę to mówi : “gol”. Mąż jest zdecydowanie antypiłkarski i antymeczowy:-) I jeszcze mam jednego towarzysza w brzuszku, który sądząc po kopniakach wyrośnie na zdolnego piłkarza:-)

  5. Ja zawsze uwielbiałam piłkę nożną i sama nawet grałam :p a teraz nie wyobrażam sobie żeby nie obejrzeć i nie kibicować naszym:) troszkę jednak musiałam zmienić styl kibicowania- bo ja zawsze komentowałam różne zachowania piłkarzy,trenerów itp.teraz muszę patrzeć na mojego malutkiego- na meczu Polska- Rosja jak mój mąż krzyknął w euforii po golu dla Polski to nie mogłam Nikosia uspokoić tak się mój mały kibic wystraszył;p

  6. A tak kibicuje Martunia

    1. Jakbym widziała swoją Córę:)

  7. byłam na spływie, i wszyscy zgodnie stwierdzilismy ze “splywamy” szybciej aby zdazyc na mecz :)

  8. Mój synek Piotrus jest prawdziwym kibicem.Dzielnie mi i tatusiowi towarzyszy w oglądaniu meczy naszej reprezentacji.Oczywiście oglądamy wspólnie z jego ukochanymi przyjaciółmi Kubusiem Puchatkiem i Prosiaczkiem ;)Jak widać z takim towarzystwem nie można się nudzić :)a taki wspólny doping na pewno pomoże wygrac mecz naszej reprezentacji :)Napoje mamy, tatusia wygonilismy do sklepu jeszcze po chipsy i popcorn, myslę że przed rozpoczęciem meczu zdąży wrocić :)A w lodówce czeka pyszny biszkopt z waniliową masą, truskawkami i galaretką ;)

    1. Profesjonalnie przygotowani kibice!:)

  9. No to szybciutko na autostradę i pędzimy do Wrocławia kibicować! Kto chętny i się ze mną zabiera? :)

    1. Aniu prosimy o przesłanie danych do wysyłki zwycięskiej koszulki!
      Adres redakcji – redakcja@wrolimamy.pl

  10. Z Corka i Mezem kibicuje,
    Bo Polska tego potrzebuje.
    Corka ma szalik, Maz czapke,
    A ja bialo- czerwona lapke.
    Przed telewizorem siedzimy,
    Akcje na biezaco sledzimy.
    Kiedy pilke maja Nasi,
    Nam to najbardziej pasi.
    Jednak, gdy przeciwnicy biegna po gola,
    Martwimy sie,ze zla bedzie Nasza dola.
    Wszyscy sie pocimy,
    Bo przegrac sie boimy.
    Jednak Tyton z klasa broni
    I sie boi, ze Szczesny go wygoni.
    Kiedy Lewandowski bramke strzela,
    Cala Rodzina sie rozaniela.
    Krzyczymy na calego,
    Jula kibicuje od Malego.
    Mecz ja troche nudzi,
    Wiec sie Szogun w niej budzi.
    Biega po calym domu
    I kopie pilke byle komu.
    Mimo,ze czasami akcji nie widzimy,
    Dojrzec wszystko sie trudzimy.
    Ze Chlopaki dadza rade marzymy,
    Naprawde bardzo w to wierzymy.
    Jednak nawet jak pucharu nie wygramy,
    Szybko sie z tego pozbieramy.
    Nasi Pilkarze emocje Nam daja,
    A Polacy za kazdym razem im ufaja.
    Kiedys sie uda…
    Twierdzi Franciszek Smuda;)

  11. My kibicowalismy w domu:) Nasza Mała niedawno skończyła roczek:) Chodzi spać ok 20:30 ale jak był mecz Polska-Rosja cos nie mogła zasnąć. Cały czas się budziła! Śmialiśmy się, że nie chce pewnie przegapić tego meczu;p;p;p

  12. My również kibicowaliśmy całą rodzinką:)

  13. Gratulacje Aniu! Marta się ucieszy! :) Pozdrawiamy!

  14. My także kibicujemy. Córeczka dostała bodziaki z napisem “Kibicuję razem z tatą” – jest to ulubione ubranko mojego męża w którym, gdyby można byłoby córeczka była ubrana codziennie :) Niesamowite musi być to co Pani czuje w Irlandii- to zjednoczenie Polaków podczas meczu, że mimo, że jest Pani tak daleko są pokrewne dusze blisko. Co do sporu- my gramy w piłkę nożna z dziećmi, grają – uwaga- same dziewczynki i kobiety :D jedynym rodzynkiem jest mój mąż. Bardzo lubię te mecze, zrobiliśmy sobie małe boisko, a mąż postarał się o bramki na których powiewają flagi Polski przykuwając uwagę kierowców.

  15. i u mnie było rodzinne kibicowanie! teraz czekamy na wielki final

  16. Jak to powiedział mój mąż pierwszy mecz Polski oglądało 4 na 5 polaków :) Nasza rodzina tworzyła tą 5 osobę ;) Fajnie się patrzy jak naród się jednoczy, ale czy naprawdę potrzebujemy do tego “Wielkich wydarzeń” ?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Wywiad z Ewą Żeromską


Na początku jest wielka miłość, zafascynowanie i ich dwoje. On i ona i to im wystarcza. Po pewnym czasie prawie każda para zaczyna myśleć o potomstwie. Myśli przechodzą w realizację i na świecie pojawia się upragniony mały skarb, a wraz z nim nowe wyzwania i … problemy w związku.  O tym, co jest „punktem zapalnym” z związku po narodzinach dziecka, o kryzysie, kłótni  i odmiennym postrzeganiu świata, rozmawiałam z moim gościem – Ewą Żeromską.

Po narodzinach dziecka pojawiają się problemy, czym są spowodowane? Czy chodzi o odmienne postrzeganie świata przez mężczyzn i kobiety?

Ewa Żeromska: Najczęściej są spowodowane brakiem czasu, zmęczeniem i niedospaniem, głownie mamy, ale też taty, brakiem pełnej świadomości, że życie po narodzinach dziecka zmienia się. Już nie jesteśmy we dwoje, wolni i swobodni, tylko we troje, a ta trzecia osoba wymaga wiele uwagi i poświęcenia. Nadto zwykle kobieta jest „uwiązana w domu”, zawiesza pracę i karierę, ma poczucie odstawienia na boczny tor, a niektóre kobiety kiepsko to znoszą i mają pretensję do partnera, że w jej życiu zmieniło się wszystko, a w jego niewiele.

 

W jaki sposób najlepiej zapobiegać narastającym konfliktom, gdy „punktem zapalnym” jest sprawowanie opieki nad dzieckiem, podział obowiązków?

E. Ż: Trzeba na coś umówić się jeszcze zanim dziecko pojawi się na świecie. Warto też dobrze przyjrzeć się sobie i partnerowi. Nie każdy z nas nadaje się do opieki nad maluchem. Zwykle to rola kobiet, ale zdarzają się mężczyźni, którzy świetnie sobie radzą. Poza tym ktoś musi zarabiać na dom, więc pretensja do partnera, że nie ma go w domu, jest nieracjonalna. No chyba, że wyraźnie „ucieka” i wymyśla preteksty, żeby wrócić jak najpóźniej i już niczego nie musieć. Dziecko jest wspólne, a nie tylko kobiety, nawet wtedy, gdy jest malutkie. Tata powinien robić to, co może i nie marudzić. Czasem ojcowie czują się odsunięci na dalszy plan, ale to jest w pewnym stopniu normalne i warto użyć rozumu a nie tylko emocji. Im kobieta będzie mniej obciążona, tym więcej energii znajdzie dla partnera.

Często pary nie uzgadniają nic przed narodzeniem dziecka, zakładając, że jakoś to będzie i dadzą radę w nowej roli. Niestety czasami rodzi się konflikt interesów, który prowadzi do rozstania. Statystyki są niepokojące, coraz więcej młodych małżeństw rozwodzi się. Czy młode pokolenie nie umie czy nie chce ze sobą rozmawiać o piętrzących się problemach?

E. Ż: To prawda, że łatwiej jest uciec od problemu, niż zrobić wysiłek (zawsze obopólny) i rozwiązać problem. Łatwo wchodzimy w związki, łatwo z nich wychodzimy. Zdecydowanie mamy kłopoty z komunikacją, tak jakbyśmy nie umieli ze sobą rozmawiać. Bywamy elokwentni na konferencjach, zebraniach, a w domu chcielibyśmy, żeby pewne sprawy załatwiały się same, a tak się nie da.

Może jesteśmy słabi psychicznie i zamiast stawiać im czoło wolimy ucieczkę? Pozornie łatwą drogę do spokojniej głowy?

E. Ż: Myślę, że wielu parom przyświeca myśl  ….”Jeśli może być łatwo, to po, co zawracać sobie głowę problemami…” Oczywiście bywają problemy tak istotne i nabrzmiałe, że nie da się już niczego poskładać, ale najczęściej zabijają nas drobiazgi i brak wzajemnej troski o codzienność. To jest trudne, ale daje satysfakcję. Może jesteśmy po prostu leniwi…..?

Jeśli dochodzi do konfliktu. Kłócić się? Walczyć o swoje? Czy lepiej zacisnąć zęby, tak dla świętego spokoju?

E. Ż: Na pewno rozmawiać, czasem nawet emocjonalnie, ale to nie znaczy, że bezrozumnie. Nie dusić w sobie problemów, nie liczyć na cud i domysł partnera. Uważać na słowa i nie zostawiać niedomówień. Żadna sporna kwestia nie rozwiąże się sama. Emocje schowane, wcześniej czy później wypłyną i to ze zdwojoną siłą, a więc znacznie lepiej rozwiązywać problemy na bieżąco i nie czekać aż „z igły zrobią się widły”, bo to może być trudne do ogarnięcia.

A co z dziećmi? Jak nie wciągnąć ich w pułapkę naszych niedomówień, jak ochronić je przed naszymi konfliktami?

E. Ż: Dziecko jest w domu i obserwuje nas uważnie. Nie można o nim zapomnieć. Sprawy dorosłych są sprawami dorosłych i dziecka nie można w nie wciągać, ani tym bardziej posługiwać się dzieckiem, jako „argumentem” w kłótni… Niestety, w emocjach często o tym zapominamy. W efekcie krzywdzimy dziecko. Powodujemy, że traci ono poczucie bezpieczeństwa, nie rozumie co się dzieje, boi się po prostu. Cóż z tego, że deklarujemy wielką miłość do dziecka, skoro skaczemy sobie do oczu, obrażamy się, a ciosy, które wymierzamy sobie, rykoszetem trafiają w dziecko. Taki brak wyobraźni i emocjonalny egoizm zawsze się mści.

Jeśli nie uda się zapobiec kłótni w jaki sposób nią pokierować by każda ze stron wyciągnęła  z niej jakąś lekcję dla siebie?

E. Ż: Trudno w paru zdaniach na to odpowiedzieć… Odsyłam do książki. Tam są przykładowe sytuacje, dialogi, historyjki i komentarze do nich. Można się spierać głupio, a można mądrze, bo raczej nie da uniknąć się nieporozumień.

Można pokusić się o stwierdzenie, że nasz naród należy do „kłótliwych”, skąd pomysł na poradnik?

E. Ż: Pomysł wziął się z obserwacji życia. Po prostu. Kłótnia, to trochę wstydliwa sprawa, bo chcielibyśmy uchodzić za takich, co to się nie kłócą, umieją się porozumieć w każdej kwestii. Znam takie pary, które twierdzą, że się nie kłócą, nie mają do siebie o nic pretensji, a tymczasem sama byłam świadkiem ich starć. Znaczy to, że nie zawsze tak samo rozumiemy pojęcie kłótni. To normalne, że czasem ponoszą nas nerwy, ale nie musimy się pozabijać, ani nie musimy robić przedstawienia dla sąsiadów. Ot, taka sobie różnica poglądów, nastrojów i emocji.

Nie sądzę, żebyśmy byli bardziej kłótliwi niż inne nacje, chociaż patrząc na nasze życie publiczne, można by tak sądzić… Proszę nie sugerować się kłótniami polityków. To często gra, inaczej niż w normalnym domowym życiu. Tu raczej nie ma przedstawienia, emocje są prawdziwe.

E. Ż: Jednym słowem warto zapamiętać, że kłótnia jest sztuką i ma swoje zasady. Kłócić się warto, ale tylko w umiejętny sposób. Jeszcze lepiej po prostu otwarcie ze sobą rozmawiać o narastających problemach.

Tym refleksyjnym akcentem pragnę zakończyć wywiad. A Pani dziękuję za rozmowę.

Na temat kryzysu  w rodzinie

z Ewą Żeromską rozmawiała Sylwia Chojnowska

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ciekawa wypowiedź, warto przeanalizować.

  2. Posiadam w/w książkę:) Tylko czasu brak na przeczytanie. Pani Żeromska jest bardzo sympatyczną i życiowo mądrą osobą.

  3. wydaje mi się że ta kobieta bardzo mądrze podchodzi do tego tematu- zawsze podobały mi się jej wypowiedzi i chyba sięgnę po tą książkę bo wydaje mi się że warto

  4. Super wypowiedź! A książka warta uwagi!:)

  5. Tak, to bardzo cenne rady i polecałabym tego typu poradniki parom jeszcze na długo przed założeniem rodziny.

  6. Na szczęście u nas kłótnie są baaardzo rzadkie, a po narodzinach dziecka, mąż bardzo mi pomagał w opiece w nad nim :)

  7. Chętnie przeczytam książkę pani Żeromskiej i skorzystam z rad w niej zawartych

  8. Prawda jest taka, że samo przeczytanie rad nic nie daje. Jeśli nie ma chęci do ich zastosowania, a praktyka zawsze bywa najtrudniejsza.

  9. Pingback: Jak się nie kłócić, czyli gdzie popełniasz błąd - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Czy to jest normalne?


Często czytamy i słyszymy, że kiedy pojawia się dziecko w rodzinie, to ojcowie czują się „zazdrośni” o nowego członka rodziny. Przyznam, że nie przyszło mi do głowy, że to ja jako matka będę „zazdrosna” o swoje dziecko, że pojawi się u mnie zazdrość.

Po pięknych sześciu miesiącach spędzonych razem z maluszkiem, musiałam powrócić do pracy. Mimo, że bardzo chciałam zostać z dzieckiem na wychowawczym nie było na to szans. W tamtej chwili zazdrościłam rodzicom, którzy mogą sobie na to pozwolić, niestety z różnych przyczyn (głównie finansowych) powrót do pracy był nieunikniony.

Pierwsze dni w pracy były trudne, myślami byłam cały czas przy maluszku i tacie, który pod moją nieobecność zajmował się dzieckiem. Mimo, iż pracowałam tylko 7 godzin dziennie to wraz z dojazdem nie było mnie w domu  przez 10 godzin. Obawiałam się – jak to teraz będzie, przecież wcześniej, kiedy byłam z Marcinkiem, to za każdym razem gdy mnie nie widział płakał, szukał mnie wzrokiem, a co będzie teraz? Jak sobie dadzą radę? Czy oboje będą mieli na tyle siły?

Teraz to tata, spędza więcej czasu z naszym synem. Pamiętam, że gdzieś tam głęboko poczułam się zazdrosna, smutna, bo tak bardzo brakowało mi kontaktu z dzieckiem. Czułam jak wiele mnie omija, jak wiele spraw mi umyka. Czasem dopiero po dwóch, trzech dniach odkrywałam, że Marcin się czegoś nauczył, a mąż kwitował, że przecież już wczoraj to robił. Czy czułam się zazdrosna, czy to zazdrość?

Trudno to tak jednoznacznie nazwać, bo czy nie powinnam się cieszyć, że mój mąż, ojciec naszego syna ma tak świetny kontakt z dzieckiem, że wręcz domaga się opieki nad nim. Może jestem zbyt sentymentalna, ale kiedy patrzę na mojego męża i Marcinka kiedy razem się śmieją, bawią, niejeden raz w oku zakręci mi się łezka.

Ponadto zauważyliśmy ciekawe zachowanie naszego synka. Kiedy coś się stanie, nagły hałas, upadek itp. to mama jest najlepszym lekarstwem. Natomiast kiedy ja i mój mąż jesteśmy w tym samym pokoju, to Marcin szuka kontaktu z tatusiem, a na mamę zerka, upewniając się, że jest w pobliżu.

A Wy Drodzy Czytelnicy, czy czujecie się zazdrośni o Wasze maleństwa?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Dla Julki mama to taka codzienność – zawsze jest i nie czyni jej to jakoś specjalnie wyjątkowej, za to tata – przez tydzień jest w pracy, a potem ma tydzień wolnego i ten czas jest świętem, wtedy istnieje tylko tata! Tata najlepiej robi mleko, nosi na barana, bawi się i ścieli łóżko, a nawet rozczesuje włosy po kąpieli! Zdarza się nawet, że bywa dla mnie niemiła, stwierdza, że ja nie mogę się z nią bawić, tylko tata. Cóż, cieszę się, że mają taki dobry kontakt, ale nie ukrywam, że czasem jest mi trochę przykro. Myślę, że to normalne, a dzieci maja takie okresy, kiedy to jedno z rodziców jest wg. nich lepsze. Kiedy dorosną, docenią oboje…

  2. U nas póki co nasza 3-miesięczna córeczka jest zakochana w mamusi i jej cycusiu :P (karmię piersią). Mojego męża zwykle nie ma około 10 godzin więc malutka spędza czas głównie ze mną. Kiedy jesteśmy w gronie rodzinnym tzn. babć, dziadków, ciotek, wujków to Zuzia bez problemu jest u każdego na rączkach ale jak znajdzie mnie w końcu swoim wzrokiem to już nie odrywa i zwykle sygnalizuje, że chce z powrotem do mamusi. Jesteśmy bardzo przywiązane do siebie a ja też niebawem wracam do pracy i już się martwię ile mnie ominie kiedy będzie pod opieką babci. Czy będę zazdrosna… nie wiem czy to będzie zazdrość czy też taki żal, że coś mnie ominęło, że to nie ja -jej najukochańsza mamusia była świadkiem pierwszych jej jakiś postępów. Mam jednak nadzieję, że zawsze ja i mąż będziemy dla niej najważniejsi i najukochańsi tak jak ona dla nas. Ale to wszystko przed nami…

  3. jesteśmy ludzmi i ludzkich emocji sie nie wyzbedziemy a zazdrosc jest jedna z nich. nie robmy z tego tragedii, taka Nasza natura

  4. U nas wszystko przed nami jeszcze. Maleństwo pojawi się za niedługo i sami się przekonamy jak to będzie. Jedno jest pewne – jest różnica w podejściu taty i mamy do wychowania.

  5. U mnie nie można mówić o zazdrości, ja raczej się cieszę kiedy córcia łapie kontakt ze swoim tatą. w końcu tak mało go widzi więc wcale się nie dziwię kiedy mąż wraca wieczorem z pracy a Wiktoria od razu ląduje w jego ramionach.

  6. ja niestety byłam i nadal jestem zazdrosna o synka ale w kontaktach z innymi tzn dziadki, ciocie niektóre itp, ale też nie wszystkie i w sumie nie wiem dlaczego tylko w sprawie niektórych… natomiast co do męża to zupełnie nie było i nie ma u mnie zazdrości, wręcz przeciwnie bardzo się cieszę, ze synek tak bardzo za nim tęskni i wita w drzwiach z usmiechem, mają swoje wspóólne rytuały, strasznie to słodkie no i ja mam wtedy czas dla siebie ;)

    1. Na początku też czułam zazdrość o wybrańców hehe. Teraz denerwuje mnie, jak ktoś nie wie, że ona coś potrafi od dawna i z ekscytacją mnie o tym informuje (oczywiście nie chodzi o jakieś ciotki, tylko o osoby, które POWINNY to wiedzieć). Za to nieodstępującym mnie na krok uczuciem jest to, że mnie coś może ominąć, i to nie jakiś przełom rozwojowy, a minuty w których jestem nieobecna przy dziecku.

    2. O, z tym czasem dla siebie to masz rację:) Ja też mam go tylko wtedy, kiedy Julka akurat spędza czas z tatą.

  7. Ja się cieszę, że synio potrafi spędzić jakiś czas z tatą- najbardziej ujmujące jest kiedy tatuś śpiewa malutkiemu kołysanki:) i na razie w sumie tyle- jest raczej do mnie przywiązany bo ma dopiero 2 miesiące i raczej to u mamusi czuje się bezpieczny i to ja mam jedzonko;)
    ale nie wiem jak to będzie kiedy mój Przytulasek zacznie bardziej szukać towarzystwa taty niż mojego- mam nadzieję że oboje do tego będziemy mieć zdrowe podejście:)

  8. Moja ‘zazdrość” wzięła się od niemożności spędzania z dzieckiem tyle czasu ile bym chciała. Niestety do pracy musiałam powrócić, bądź co bądź jest lepiej płatna. Jednakże tak jak i was cieszy mnie fakt jaki moi panowie mają ze sobą kontakt. Cudnie jest na nich patrzeć gdy coś zbroją :)

  9. Przyznam, że u nas trochę tak było ale wystarczyło usiąść, porozmawiać i wiedzieć, że oprócz dziecka są też inni, którzy potzrebują naszej uwagi i nie należy o nich zapomniać:)

  10. Godna pochwały jest taka postawa taty, który został w domu z dzieckiem, a odrobina zazdrości chyba każdemu z nas towarzyszyła chociaż przez chwilę:)

  11. Na szczęście to ja jestem z moimi dziećmi w domu, a mój mąż pracuje. Ale gdy nie ma mnie w domu dłużej, gdy pomagam teściowej w jej sklepie i przychodzę dopiero wieczorem, dzieci czekają na mnie z niecierpliwością! Nie chcą położyć się spać dopóki mama nie przyjdzie, a gdy już przyjdę nie mogę się od nich “ogonić”! Myślę że trochę rozłąki z dzieckiem to nic złego. :) Tylko trudniej mają właśnie mamy, które muszą wrócić do pracy po macierzyńskim.

  12. Powiem tak… córcia jest przywiązana bardziej do mnie. Mąż potrafi zając się L. aż do momentu placzu i to ja jestem tą osobą która potrafi ją uspokoić.Pomimo to czuję zazdrość kiedy mąż i L. się wygłupiają a ona głośno się śmieje bo mnie obdarza tylko uśmiechem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Dziecko choruje na ciele, a mama na duszy


Zapraszamy do przeczytania wpisu gościnnego autorstwa Aleksandry Greszczeszyn, czytelniczki bloga W Roli Mamy.

Odkąd pamiętam zostanie mamą i założenie własnej, szczęśliwej rodziny zawsze było moim największym marzeniem. I chociaż moja droga ku jego spełnieniu nie była usłana różami, a już na pewno sporo na niej było braku ludzkiego zrozumienia i życzliwości ( „Bo taka młoda i pcha się w pieluchy, zamiast iść na studia i robić karierę”.), ja miałam jasno sprecyzowane priorytety i dziś, jako 25-latka, jestem mamą dwójki cudownych dzieciaczków! Julka ma 4 latka i jest żywym srebrem, którego wszędzie pełno, ma hipnotyzujące oczka po tacie i gadulstwo po mamie, natomiast Szymonek urodził się 24.04.2012 i też ma oczka po tacie, a po mamie zadarty nosek, poza tym to bardzo zachłanny, mały ssak! Dzieci wniosły w moje życie miliony kolorów i chociaż nie mam zamiaru „lukrować” macierzyństwa, to jednak czuję wyraźnie, że to moja najważniejsza i najpiękniejsza rola. A ludzie? Niech sobie myślą i mówią, co chcą! Każda kobieta ma prawo dokonywać w życiu takich wyborów,  które dyktuje jej serce. (Ale to już temat na inny wpis!).

        Julka nigdy nie miała poważnych problemów ze zdrowiem. Oprócz jednej poważnej infekcji w wieku kilku miesięcy, później przechodziła jedynie zapalenie gardła, ucha albo grypę. Dlatego, kiedy okazało się, że muszę iść z dwutygodniowym Szymkiem do szpitala, byłam załamana i kompletnie nie wiedziałam, na co powinnam się przygotować. Synek miał naciek ropny w okolicy paszki. Lekarz rodzinny nie potrafił nam pomóc, więc zostaliśmy odesłani do szpitala. Po dokładnym przebadaniu Szymka okazało się, że musimy zostać na oddziale Patologii Noworodka. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że spędzimy tam aż 12 dni i że będzie to dla mnie tak trudne doświadczenie… Nie, wcale nie dlatego, że było to coś bardzo poważnego, tylko dlatego, że… zachorowałam razem z synkiem: on na ciele, a ja na duszy…

        Pierwszy szok przeżyłam zaraz na izbie przyjęć, kiedy to przyjmująca nas pani doktor oznajmiła, że nie mogę zostać z dzieckiem w szpitalu. Jak to?! Przecież on ma dopiero dwa tygodnie, a w dodatku karmię go piersią! Nie zostawię mojego małego syneczka samego! Już mieliśmy jechać do innego szpitala, kiedy jednak okazało się, że z uwagi na małą liczbę noworodków, mamy mogą spać przy maluszkach. Uff!

        Od razu po przyjęciu zostaliśmy poproszeni do gabinetu zabiegowego. Tam musiałam rozebrać synka. Został ponownie zbadany i dokładnie obejrzany przez panie pielęgniarki i panią doktor. Już wtedy płakał, a ja z każdą chwilą stawałam się coraz bardziej rozbita. Zostałam odprowadzona na naszą salę, ale nie mogłam tam usiedzieć słysząc płacz Szymonka. Kiedy zobaczyłam jak ma zakładany wenflon w swoją malutką rączkę, łzy popłynęły mi ciurkiem po twarzy… I takich momentów było wiele w ciągu tych 12 dni. Szymek płakał, a ja z nim. Wiedziałam, że to wszystko z konieczności, dla jego dobra, ale mimo to tak strasznie było mi przykro, że musi przez to przechodzić. Przecież dla takiego maleństwa każda igła to musi być okropny ból, a jednocześnie dezorientacja: Dlaczego mnie kują? Dlaczego mnie boli? Dlaczego mama na to pozwala? Starałam się wynagrodzić to synkowi będąc z nim 24 godziny na dobę w szpitalu, ale jednocześnie bardzo tęskniłam za starszą córeczką i mężem. Na oddziale był zakaz odwiedzin, więc widzieliśmy się raptem 2 godziny w ciągu tych kilkunastu dni.

        Mieszanka emocji, jakiej wtedy doświadczyłam zawierała zarówno tęsknotę, bezsilność, złość jak również smutek i ból Szymka. Współodczuwałam z nim. I tak chyba czują wszystkie mamy, których dzieci chorują… Dziecko choruje na ciele, a my – mamy – na duszy.

        Całe szczęście, że pokonaliśmy chorobę, która okazała się być paskudnym gronkowcem. Dzień, w którym wyszliśmy ze szpitala był prawie jak nowy początek naszego życia we czwórkę. Julka na nowo musiała przyzwyczaić się do braciszka, a ja do bycia pełnoetatową mamą dwójki maluszków. Teraz zdecydowanie bardziej cieszymy się sobą, chociaż pewien ślad w mojej głowie pozostał: trzęsę się widząc najmniejszą zmianę na ciałku Szymka czy na dźwięk jego kichnięcia.

        To nie koniec naszych szpitalnych doświadczeń, bo w niedalekiej przyszłości czeka nas operacja chirurgiczna, ponieważ synek urodził się z wadą wrodzoną. Nie jest to jednak nic poważnego i – jak powtarza mój mąż – trzeba się cieszyć, że to tylko niewielki defekt, który da się całkowicie wyleczyć, a nie np. wada serduszka. No właśnie… Nie brakuje w moim otoczeniu dzieciaczków naprawdę poważnie chorych. Wśród Waszych znajomych, przyjaciół czy w rodzinie też na pewno są takie maluszki. A może same jesteście ich mamami. Tak trudno dostrzec sens w cierpieniu tych najmłodszych i najbardziej bezbronnych, a jednocześnie te dzieci mają tak wielką wolę walki, taką radość życia i ogromną siłę! Podobnie ich rodzice: walczą razem ze swoimi dziećmi i nie poddają się nigdy. Doświadczywszy jakiejś namiastki tego, co muszą przeżywać rodzice poważnie chorych maluszków, jeszcze bardziej ich podziwiam! Oby jak najwięcej dzieciaczków i ich rodziców odnosiło zwycięstwo nad chorobą  i mogło się cieszyć beztroskim dzieciństwem i swoją miłością!

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Olu ja też cierpialm z synkim jak wylasdowal w szpitalu szczegolnie wtedy gdy igły wbijano w głowę, też jestem wrażliwa ale musimy być silne bo wiele nas czeka.
    Justyna

  2. Ja z synkiem również byłam w szpitalu jak miał 10 dni, na szczęście nie było problemu z zostaniem z synkiem. Jak do wwieźli na salę z kroplówką podłączoną do główki rozpłakałam się, po 8 dniech wyszliśmy. Potem nasza pani doktor coś zawsze wymyślała, więc chodziliśmy do różnych lekarzy tak 2,3 razy w miesiącu, mały płakał jak tylko się wchodziło do jakiegoś innego pomieszczenia. Zmieniliśmy lekarza i okazało się, że te wszystkie wizyty były zbędne, bo pani doktor nie znała się na niczym więc wysyłała nas do specjalistów. Teraz synek ma 13 miesięcy, od miesiąca ma gips biodrowy, mąż spadł z nim ze schodów i synek ma złamane udo. Dla mnie to jest straszne nie mogę się z tym pogodzić,ale również nie mogę winić męża, gdyż był to nieszczęsliwy wypadek. Ciężko mi nawet patrzyć na niego jak się męczy. Od początku to mąż z nim by: pogotowie i szpital, ja gdzieś z boku,bo nie mogłam się patrzyć na jego cierpienie. Po nastawieniu nóżki, gdy się wybudzał płakałam i śmiałam się, nie potrafiłam opanować swoich emocji. Po powrocie do domu zajmuję się wyłącznie synkiem, straciłam zapał do życia ,chyba taka mała depresja. Nie zostałam z nim w szpitalu po nastawianiu nóżki mąż przy nim był, bo ja się rozklejałam mimo wszelkich starań, a on razem ze mną. W szpitalu wszystkie kobiety mnie rugały, że to matka powinna być przy dziecku. to nie jest takie proste, chcesz zostać, ale twoja psychika na to nie pozwala i lepiej dla dziecka i dla Ciebie jak to mąż zostanie. Teraz za tydz. kontrola, codziennie się modlę żeby było wszystko dobrze i nie myślę o niczym inny. Cała czs widzę jak kilka dni przed wypadkiem zaczął chodzić i widzę przed oczyma jak teraz by już biegał, a on leży, a ja płaczę.Kocham Go z całych sił i jak bym tylko mogła to bym wzieła na siebie Jego cierpienie.
    Pozdrawiam wszystkie mamy w podobnych sytuacjach i życzę wytrwałości. :)

  3. Eh…, w ciągu niecałych 3 pierwszych miesięcy życia mojego Synka była z Nim w szpitalu miesiąc, z około dwutygodniową przerwą. Też cierpiałam i płakałam, niewiele spałam. Miał wenflon w wielu miejscach, w tym w główce. Oj, serce się kraja, gdy słyszysz jak Twe dziecię płacze, a Ty musisz czekać za drzwiami… Oby nigdy więcej!!

  4. Patrzenie bezsilnie na cierpienie swojego dziecka to straszne uczucie-coś o tym wiem. Życzę Wam dużo zdrowia i siły!!

  5. Widzę Dziewczyny, że my, mamy, doskonale się rozumiemy! Kasialomza – życzę zdrówka synkowi, a Ciebie doskonale rozumiem! Nie wiń się, masz prawo tak się czuć. Synek na pewno czuje się bezpiecznie przy tacie.Mam nadzieję, że nas też już więcej to nie czeka, chociaż pobyt w szpitalu mamy pewny, ale to dopiero ok. 2 r. ż. synka.

  6. Mój Mateusz miał dwa miesiące jak trafiliśmy do szpitala, wiem co czuje autorka tekstu doskonale :( Tylko nasz pobyt trwał ponad 3 tygodnie… Przez cały ten czas Mateusz miał różne kroplówki, leki, zabiegi… Nic przyjemnego, a najgorsze co nas spotkało to badanie RTG :( nie wytrzymałam zostałam wyproszona z sali, mąż pozostał… Mam kuzynkę od urodzenia chorą na wodogłowie i rozczep kręgosłupa. Od zawsze nie chodzi, dziś ma 18 lat i jest szczęśliwa… Lekarze mówili że nie pożyje długo… Miała etap kiedy pytała wszystkich w koło dlaczego nie chodzi ? Operacji miała tyle że mało kto może jej dorównać :( co chwile gdzieś wyjeżdża do sanatorium, na zabiegi czy kolejne operacje ;( Ciężko jest być matką dziecka nie pełno sprawnego, moja Ciocia sama zaczyna mieć poważne kłopoty zdrowotne :(

  7. Jak okropnie prawdziwy jest ten tekst… Gdy dzieciaki cierpią, chorują, męczą się, to nie pozostaje nam nic innego jak się zebrać w sobie i starać się być z nimi. Nas spotkały na szczęście tylko katary, grypy i raz biegunka – ale ta była taka, że córeczka nawet chodzić nie chciała i tylko się przytulała…
    Ale doskonale rozumiem, co mamy przeżywają w takich chwilach, moja siostrzenica zmarła po 4 dniach od urodzenia, a gdy siostrze urodził się chłopczyk, to w wieku 6 miesięcy musiał przejść operację głowy, wycinanie kawałka czaszki. Wszyscy byliśmy po wcześniejszych przejściach przewrażliwieni, ale trzymaliśmy się. Teraz Kubuś ma 4,5 latka, i jest świetnym dzieciakiem. Na głowie zostanie mu na zawsze blizna, a jego rodzice na pewno nigdy nie zapomną tych dni.
    A sensu w cierpieniu trudno szukać, choć wiem, że po przeżyciu czegoś takiego zmienia się nastawienie do życia, więcej cenimy sobie wspólnych “zdrowych” chwil – i oby ich było w życiu nas wszystkich jak najwięcej :)

    1. Tak jak piszesz Mario – nagle drobiazgi, codzienność stają się tak ważne w obliczu tego, czego się doświadczyło w związku z chorobą.

  8. Jak już pisałam człowiek chce wtedy chorobę dziecka przeżyć za nie. Ale jednocześnie dostajemy wtedy siłę do walki, żeby tylko wszystko szybko i dobrze się skończyło.

  9. Dokładnie! Gdybym mogła wtedy wzięłabym te wszystkie igły i lekarstwa na siebie, ale niestety mogłam tylko tulić Szymonka i czekać aż wyzdrowieje. Całe szczęście, że to nie było nic poważnego, bo po prostu nie wyobrażam sobie, co musza przeżywać rodzice naprawdę ciężko chorych dzieci patrząc na ich cierpienie.

    1. To prawda, największy ból to patrzeć na cierpiące maleństwa! I chciałoby się chociaż odrobinę im ulżyć…

      1. Ale niestety nie zawsze można…. Trzeba być tym bardziej silną, by maluch nie czuł bezsilności i smutku mamy…

  10. no to się wyryczałam :( życzę dużo zdrówka :)

  11. Bardzo dziękujemy Agnieszko i głęboko wierzymy, że się spełni i że na tym już koniec naszych doświadczeń z choróbskami:)

  12. No i znowu się popłakałam… ja doświadczyłam tylko po porodzie dłuższy pobyt w szpitalu z córeczką z powodu żółtaczki- niby nic takiego ale ja to strasznie przeżyłam. Kiedy zabierali ją na naświetlanie pomimo tego, że wiedziałam, że to dla jej dobra i nic złego jej się nie dzieje to serduszko mnie bolało. Przywozili mi ją natychmiast na karmienie kiedy się przebudzała a że był to straszny śpioch to tyle się za nią natęskniłam, że szkoda słów. A ja ryczałam jak głupia przez czas jej nieobecności, wyglądając co chwilę czy wiozą moje dziecko czy kogoś innego :( Dla mnie to już było strasznym doświadczeniem więc rozumiem Was i wasze przeżycia. Nie pozostaje nam nic innego jak życzyć naszym dzieciom a także i nam dużo zdrówka!!!

    1. Myślę, że nawet kilka dni w szpitalu z dzieckiem to duże przeżycie! Ja przeżywałam nawet pobyt po porodzie, kiedy zabierali Szymka na badania, a te 12 dni to już była totalna rozsypka. Kiedy wróciliśmy do domu, sporo czasu zajęło mi pozbieranie się. Do dziś śni mi się oddział. Oby – tak jak piszesz – jak najrzadziej spotykało to maluchy i ich rodziców.

  13. Olu, mam nadzieję, że operacja,która Was czeka przebiegnie szybko i sprawnie. No i ze to będzie koniec Waszych szpitalnych “przygód”. Wiem co mówisz w związku z tą bezsilnością. Sama leżałam z córeczką w szpitalu gdy miała niecały miesiąc. Tyle, że u niej podejrzewano potworniaka – odmianę nowotworu. Nie muszę chyba pisać ile łez wylałam nad moim maleństwem. Na szczęście kolejne badania wykluczyły chorobę i okazało się, że to wszystko wina moich hormonów poporodowych w ciele córeczki…
    A teraz znów leżałam w szpitalu – tym razem z dwójką dzieci, bo miały rota. I tak jak piszesz – zakładanie wenflonu czy potem podłączanie kroplówek (przy których płakała z kolei starsza córka, bo synek zniósł dzielnie) sprawiały, że czułam się totalnie bezsilna. Straszne uczucie, gdy córka prosi o to, by odłączyć te rurki, a ja muszę ją trzymać przy ich zakładaniu… Ech…

    1. Aniu, jeszcze trochę przyjdzie nam na nią poczekać, ale mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży.
      Wyobrażam sobie, co musiałaś przeżywać… Całe szczęście, że okazało się, iż to nic groźnego!

  14. Moja przyjaciółka “choruje” razem ze swoim synkiem. Bardzo się martwi za każdym razem kiedy pojawia się gorączka. Obecnie cały czas spędza w domu, bo mały mimo ciepłej pogody walczy z zapaleniem płuc.

  15. Moja 16 miesięczna córka ma stwierdzona astmę wczesnodziecięcą pobyty w szpitalu to dla nas norma od 7 miesiąca córki. Najgorszy dla mnie był pierwszy pobyt byłyśmy w szpitalu 12 dni też stałam pod drzwiami i płakałam razem z nią gdy słyszałam jak płakała i nie mogłam nić zrobić. Czułam się z tym źle pierwsze kilka dni płakałam wieczorami bo miałam rozdarte serce bo jedna córka w szpitalu a starsza w domu wieczorami płakała za mną. Od tamtej pory w szpitalu byłyśmy jeszcze 4 razy. Rodzica który jest pierwszy raz można poznać po tym, że stoi pod zabiegowym i płacze ja później za każdym razem byłam gdy córce wbijali wenflon. Nauczyłam się jednego nie można pokazywać wtedy dziecku naszego strachu wtedy my jako matki musimy uspokajać i tulić gdy pielęgniarki kłują i robią badania. Na płacz przychodzi czas gdy dziecko nie widzi. Nas czekają pewnie jeszcze wizyty w szpitalu w okresie zimowym bo katar kończy się u nas zapaleniem płuc. Teraz cieszę się tym, że jest w miarę dobrze i nabieram sił na sezon jesienno-zimowy najgorszy. Życze ci by ta wasza wizyta w szpitalu na operacji była ostatnią i więcej nie będzie potrzeby byście musieli być w szpitalu.

    1. Masz racje Agnieszko. Musimy być silne dla naszych dzieci. dziękuję za pozytywne myśli i Tobie życzę tego samego!

  16. Ach, serce pęka:( Cały komputera zalałam łzami:( Zdrowia dla wszystkich! To najważniejsze!

  17. To jest chyba najtrudniejsza sytuacja kiedy jesteśmy zupełnie bezsilni i bezradni wobec cierpienia naszych dzieci i dzieci wogóle – przecież to niewinne istoty!

  18. Przykro, jak się to czyta, ja miałam podobny przypadek. Wylądowałam w szpitalu z moją pierwszą córeczką Mają, miała wtedy miesiąc. Cały czas płakała i nie chciała pić, jak się okazało miała kolki, ale w szpitalu byłyśmy kilka dni. Przeżyłam szok gdy zobaczyłam moją kruszynkę z welflonem w główce, jak mnie bolało serce! Na myśl o tych przeżyciach, choć było to 5 lat temu, łzy cisną mi się do oczu. Przeżyłam to tak bardzo, że straciłam pokarm i musiałam zacząć karmić małą przez butelkę. Nie życzę żadnemu rodzicowi podobnych przeżyć i trzymam mocno kciuki za operację małego. Życzę duuużo zdrowia wszystkim dzieciaczkom!!! Pozdrawiam! :)

    1. Basiu, ja też miałam problemy z laktacją w szpitalu, ale na szczęście udało się ją utrzymać. Szymek przez cały pobyt prawie non stop “wisiał” na piersi. Myślę, ze wiązało się to z jego zwiększoną potrzebą bliskości w tym trudnym czasie.

  19. Moja córka urodziła się z wrodzoną wadą stóp- stopy końsko szprotawe. W pierwszym tygodniu życia miała założone gipsy od pośladków do paluszków. Gipsy były zmieniane co tydzień przez trzy miesiące. Po serii gipsów Mała miała operację. Pobyt w szpitalu wspominam bardzo źle. Nie wpuszczono mnie razem z Małą na pobranie krwi i wpicie wenflonu do główki na przyjeciu do szpitala. Stałam pod drzwiami i płakałam razem z nią. Czułam się bezradnie. Przed operacją nie mogłam karmic córki przez 6 h. Efekt tego był taki ze ona sie wsciekała i nie można było jej uspokoić a ja miałam piersi pełne pokarmu.obojętność, czasem wręcz ignoranca pielęgniarek była przerazajaca

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku