Idioto, kto ci dał prawo jazdy?!


Wsiadłyśmy rano do taksówki, zapytałam taksówkarza, czy ulice odśnieżone, czy zima jak zwykle zaskoczyła drogowców. Moje dziecko zdziwione:
– Mamusiu, ale jak zima może zaskoczyć, przecież jest grudzień.
Taaa, okazuje się, że jednak może.

Przez noc spadło tak na oko dziesięć centymetrów ciężkiego, mokrego śniegu. Nie będę tu pisać o połamanych drzewach, bo to jakby siła wyższa, aczkolwiek można patrzeć, gdzie się parkuje. Rzecz w czym innym. Z domu do poradni jechałyśmy pół godziny! Dla porównania — podróż powrotna zajęła tyle, ile powinna – około siedmiu minut.

No więc pytam się: kto wam dał prawo jazdy, wy debile za kółkiem? Kto wam pozwolił korzystać z praw dostępnych jedynie pojazdom uprzywilejowanym?! Kto do ciężkiej cholery powiedział, że możecie sobie wjechać na skrzyżowanie, nawet jeśli za nim nie ma miejsca na kontynuowanie ruchu, chociaż kodeks drogowy stanowi inaczej?! Wyraźnie jest napisane, że jeśli za skrzyżowaniem, przejazdem kolejowym czy torami tramwajowymi nie ma miejsca na dalszą jazdę, to się po prostu nie jedzie, nawet jeśli jest zielone światło! I jeśli ktoś ma prawo jazdy, to ma psi obowiązek ten przepis znać. Nie wiem, gdzie się podziała nasza miejska drogówka, ale była naprawdę niejedna okazja do zasilenia budżetu mandatem.

Kierowcy amatorzy jeżdżą, jak chcą, byle do przodu, wyjeżdżając na skrzyżowanie „bo mam zielone światło, to jadę” i nie zjeżdżając z niego, powodowali, że na poprzecznej ulicy zrobił się całkiem niezły korek, w którym miałam wątpliwą przyjemność stać. Po zawodowych kierowcach spodziewałam się więcej rozumu i kultury jazdy. O ja naiwna! W ten sam sposób zablokował skrzyżowanie autobus, a zaraz po nim tir. No do czarnej ospy, kto takim ludziom daje prawo jazdy?

Oddzielny temat to opony niezmienione z letnich na zimowe „bo jeszcze czas”, a kolejny głupi argument: „powoli się jakoś przejedzie”. Nóż się w kieszeni otwiera normalnie. Na błocie pośniegowym samochody tańczyły nie gorzej niż łyżwiarze figurowi. A przecież nie jechały szybko, bo się nie dawało.

Tuż przed nami jechał samochód osobowy, rejestracja nie nasza, inne miasto, ale nie sądzę, żeby to człowieka w jakikolwiek sposób usprawiedliwiało. Nie jechał szybko, naprawdę wszystko, co się wydarzyło, wyglądało naturalnie, jak zaplanowane. A co takiego się stało? Ano nic, przy podjeżdżaniu pod górkę lekko go zarzuciło, może dodał za dużo gazu, nie wiem. Z tyłu wyglądało to tak, jakby świadomie skręcił w prawo, w leśną drogę. Tylko że tam żadnej drogi nie było, a samochód zatrzymał się na drzewie, nawet niezbyt grubym, ale maskę wgniotło. Nic to. Kierowca cały i zdrowy wyskoczył i natychmiast złapał za tylne drzwi. Zaciekawiło mnie to, więc się odwróciłam. I wiecie co? On kuźwa wiózł dziecko!! Malucha kompletnego, w gondoli!!! Za coś takiego, to nie tylko prawo jazdy, ale i prawa rodzicielskie powinni odbierać. Bezwzględnie i natychmiast. Może by się te głupie ludzie nauczyły rozumu.

Pytam się: kto ci idioto dał prawo jazdy, skoro nie wiesz, że jak nie masz samochodu dostosowanego do warunków, to po prostu nie jedziesz?? A co myślisz, że mnie to się nie spieszyło?? Spieszyło, jak cholera, byłam umówiona na konkretną godzinę. I wiesz co? Zadzwoniłam i powiedziałam, że się spóźnię, bo stoję w korku. Życie jest ważniejsze niż głupi kwadrans spóźnienia.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Przez takich idiotow, ginie mnostwo niewinnych ludzi na drogach..wkurza mnie jesli rodzice, mowia :” Zdrowie dziecka jest dla nas najwazniejsze”, a potem wsiadaja w czasie zimy do samochodu na letnich oponach.. Szlag mnie trafia jak slysze takie historie..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Mamo, dlaczego mi to zrobiłaś?!


Myślę, że za kilka, góra kilkanaście lat, to pytanie będzie pobrzmiewało we wszystkich domach na całym świecie. Powód? Wirtualny ekshibicjonizm, uprawiany na wszystkich kontynentach z takim samym upodobaniem.

Jeśli komuś zdarzy się wejść na mój profil na Facebooku, to znajdzie tam… jedno wielkie nic. Nie udostępniam w sieci informacji o sobie, swojej rodzinie, nie wrzucam codziennie, ani nawet raz w tygodniu, nowej fotki mojego dziecka. Dlaczego? Bo nie wiem, do czego to doprowadzi. Moje dziecko to nie królik doświadczalny, a ja nie mam prawa robić eksperymentów na żywym organizmie.

Moi rodzice nie znali internetu, nawet im się nie śnił. W czasach mojego dzieciństwa zdjęcia trzymało się w szufladzie i pokazywało najbliższej rodzinie. Nikomu nie przychodziło do głowy, że można rzucić je sępom na pożarcie. A to właśnie dzieje się dziś, dzień po dniu godzina po godzinie, wystarczy krótki spacer po facebookowych profilach.

Czy to coś złego? No właśnie nie wiem. Nikt nie wie, co z tego wyniknie. Mało kto zastanawia się nad tym, że jeśli coś raz wrzuci do sieci, to to już tam zostanie, nawet jeśli to usuniemy. Nie wiemy, kto i kiedy zrobił kopię i jak to wykorzysta. I przede wszystkim, kiedy to wykorzysta. Wyobrażacie sobie sytuację, w której wasze dziecko przychodzi do was ze słowami: „Mamo, dlaczego mi to zrobiłaś? Jak mogłaś wrzucić to moje głupie zdjęcie ze żłobka do sieci? Wiesz, że przez to nie dostałem awansu?”

Brednie? No ja bym nie była taka pewna. Różnego rodzaju specjalistów od grzebania w mózgu mamy na pęczki, nie wiem, skąd ich się tyle nabrało. Rekruterzy w firmach stosują coraz bardziej sprytne sztuczki tylko po to, by dowiedzieć się o nas tego, czego my sami o sobie nie wiemy. CV to w zasadzie nic, nikt nikogo nie zatrudni na podstawie CV. I teraz wyobraźmy sobie, że taki specjalista od prześwietlania ludzi wygrzebuje starą fotkę, na której nasza pociecha stoi zapłakana, bo kolega zabrał zabawkę. Znaczy co? Już w dzieciństwie nasze dziecko było bierne, wycofane, nie radziło sobie ze stresem, nie umiało walczyć o swoje, łatwo wpadało w histerię? A drżenie małego palca u lewej ręki to znak, że wiele z tych cech przeniosło się w dorosłe życie? Ha, brzmi głupio? Oczywiście, że tak, ale nie mamy żadnej pewności, że za X lat nie tak właśnie będzie wykorzystywany internetowy śmietnik. Nie wiemy, kto i kiedy wygrzebie coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego.

Czy to znaczy, że namawiam was do publikowania tylko ładnych zdjęć? Cenzurowania historii z życia wziętych? W pewien sposób tak. Po prostu wrzucając do sieci zdjęcie swojego dziecka, zastanówcie się, czy bylibyście zadowoleni, gdyby to samo zrobili wasi rodzice z podobnym zdjęciem, ale przedstawiającym was? Dziecko w pampersie, golas na niedźwiedziej skórze, przedszkolak na nocniku, zapłakany uczeń, brudna uczennica, dziecięcy dramat z dorosłym „jakie to śmieszne” – czy naprawdę chcielibyście być bohaterami tych historii? No więc wyjaśnijcie mi, czemu robicie to waszym dzieciom?!

Aha, jeszcze coś dla tych, którzy myślą, że jak wrzucają z opcją tylko dla znajomych, to są bezpieczni. Nooo, jak macie tych znajomych pięciu na krzyż i wszystkich znacie z reala, to oki. Jeśli to wirtualne znajomości, to ja bym była ostrożna. Nie wszyscy wiedzą, ale jest prosty myk, jak pokazać komuś z zewnątrz zdjęcie udostępnione tylko znajomym. Nie powiem wam, bo nie widzę powodu, by ten sposób reklamować. No więc ktoś z waszych wirtualnych znajomych pokazuje kompromitujące zdjęcie komuś obcemu, ot tak, bo śmieszne. Ten ktoś ściąga sobie fotkę na dysk albo choćby robi zrzut ekranu i… Resztę sobie sami dopowiedzcie, albo poczytajcie, co napisała na ten temat Basia

Internet tak naprawdę dopiero raczkuje, jest stosunkowo młodym wynalazkiem, dlatego warto zachować ostrożność, nawet daleko posuniętą.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Pierwsze swoje zdjęcia moje dziecko umieszczało samo w wieku lat nastu. Kilka kazałam usunąć bo były moim zdaniem niewłaściwe. Sama teraz po kilku latach czyściła fb, ale od pierwszego dnia przy komputerze ma powtarzane, że raz wrzucone do sieci nawet na pół sekundy może tam zostać na stałe.

    Niech sama popełnia swoje błędy. Ja nie będę w tym pomagać, moją rolą jest chronić.
    Także wizerunek mojego dziecka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Bałwanek ze skarpetki w kilka minut!


No to się zaczęło. Gdzie nie spojrzeć bombki, lampki, sztuczny śnieg i na około ten sam zestaw kolęd. Do tego codzienne marudzenie o to kiedy wreszcie spadnie śnieg, kiedy mogą iść na sanki, i to wieczne: Mama ja chcę ulepić bałwana, o, choć, patrz pada śnieg. Tak pada, trzy płatki na krzyż, heh. A może tak bałwanek ze skarpetki?

Na ten pomysł wpadłam dosłownie w trakcie wieszania prania, bo to jeden z tych momentów kiedy nikt mnie nie rozprasza. Otóż pojawiła się kolejna skarpetka bez pary. W zwyczaju ich nie wyrzucam, ale odkładam na bok. W końcu się przydały. Bałwanek ze skarpetki okazał się numer jeden przez kilka dni, w końcu powstała cała kolekcja.

Do wykonania jednego bałwanka  ze skarpetki będą potrzebne

  • 1 biała skarpetka (np. rozmiar 35-38, lub 39-42)
  • 2-3 kolorowe guziki
  • ryż biały (z 1kg zrobiłam 3 bałwanki)
  • wstążka, lub stara kolorowa skarpeta
  • szpilki z łebkiem (2x czarne, 1 x pomarańczowy)
  • biała nitka, lub gumki recepturki
  • klej, nożyczki

img_2385

Krok pierwszy

Skarpetkę przecinam w miejscu wskazanym na zdjęciu (pomiędzy piętą a palcami). Można także teraz odciąć ściągacz, choć przy pracy z młodszymi dziećmi jest pomocny w założeniu skarpetki na szklankę.

img_2389

Krok drugi

Przeciętą skarpetkę (część z piętą) odwracam na lewą stronę i z jednej strony związuję nitką lub wykorzystuję gumkę recepturkę.

img_2390

Krok trzeci

Ponownie wywijam skarpetkę i napełniam ją ryżem (w moim przypadku było to około półtorej szklanki). Jeśli nie ucięliście ściągacza, można skarpetkę włożyć do środka szklanki, a ściągacz założyć na jej zewnętrzne ścianki.

img_2396

Krok czwarty

Po wypełnieniu skarpetki związuję ją z drugiej strony za pomocą nitki, lub gumki recepturki. Następnie kolejną gumką recepturką dzielę bałwana na dwie nierówne części.

img_2398

img_2400

Krok piąty

Bałwanek ze skarpetki jest już prawie gotowy, brakuje tylko parę szczegółów. Powracam do tej części skarpetki z palcami odciętej na początku. Stanie się ona czapeczką, wystarczy lekko zawinąć i włożyć na mniejszą część bałwanka. Teraz wbijam szpilki z czarnymi łebkami (oczy) i pomarańczowym łebkiem (nos). Szalik można zrobić z innej skarpetki, lub wykorzystać wstążkę. Wiąże go pomiędzy częściami, zasłaniając gumkę recepturkę.

img_2403

Krok szósty

Następnie za pomocą kleju w pistolecie mocuję guziczki na większej części.

img_2409

 

I to wszystko, jedynie czego wymaga jeszcze bałwanek ze skarpetki to innych bałwanów do towarzystwa.  Pobawcie się różnymi skarpetkami, materiałami, guzikami.

Życzę udanej zabawy!

Zapraszam Was także do zakładki Boże Narodzenie, gdzie znajdziecie wiele ciekawych pomysłów!

img_2431

Zdjęcia: A. Jelinek

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Idę jutro ryżu dokupić i tez “lepimy”

    1. To jest niesprawiedliwe! Ja też chcę tak :)

  2. Moj mały robił bałwanki ze skarpetki w tamtym roku w przedszkolu :D super zabawa

  3. A tak na południu Polski :)

    1. Bajka ❤
      Tylko gorzej z odśnieżaniem i posypywaniem dróg ?

  4. I Lublin zasypany przez co oczywiście paraliz wszystkiego ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Filmowa propozycja na długi jesienny wieczór


Co byś zrobił, gdybyś uległ wypadkowi, przez który zostałbyś przywiązany do wózka inwalidzkiego i skazany na łaskę innych?
Co byś zrobił, gdybyś nagle się zakochał, ale wiedział, że nigdy nie dotkniesz ukochanej osoby?
A co byś zrobił, gdybyś wiedział, że człowiek którego kochasz, chce odejść… z tego świata?

„Zanim się pojawiłeś” to tegoroczna, filmowa propozycja, idealna na długie jesienno-zimowe wieczory. Lekka, przyjemna, poruszająca, słodko-gorzka opowieść o dwojgu totalnie odmiennych ludziach, których losy splatają się zupełnie przez przypadek i wywracają ich życie do góry nogami.

Pokrótce o co w tym chodzi..?

Will, to młody mężczyzna, czerpiący z życia garściami. Wywodzi się z bogatej rodziny, uwielbia podróże, sport i dobrą zabawę. Sprawia wrażenie człowieka, który nie wie co to nuda. Wszystko się jednak zmienia gdy ulega wypadkowi i zostaje sparaliżowany, od szyi w dół. Z radosnego, pełnego marzeń i planów faceta, zmienia się w cynika, pozbawionego wszelkich chęci do życia.

Lou – niezwykle urocza, ekscentryczna, pozytywnie zakręcona i ciągle uśmiechnięta 26-latka, której wbrew pozorom, brakuje pasji i sposobów na spędzanie wolnego czasu. Gdy zostaje zwolniona ze swojej dotychczasowej pracy w kawiarni, próbuje sił w roli opiekunki niepełnosprawnego mężczyzny – głównego bohatera, Will`a.

W ten właśnie sposób krzyżują się losy tych dwojga ludzi. Początek ich znajomości nie jest łatwy bo sfrustrowany i zamknięty w sobie Will, nie daje się polubić, ale z czasem zaczyna ulegać urokowi Lou. Zresztą kto by nie uległ tak barwnej i zabawnej dziewczynie, która nie przestaje zadziwiać – swym wyglądem i nieschodzącym z ust uśmiechem?!

Ona zdaje się być lekarstwem na całe zło i wielkim promykiem słońca, on zaś kierunkowskazem ukazującym – jak wiele można robić w życiu. Oboje stanowią dla siebie wzajemną inspirację i wiele się od siebie uczą. Razem zaczynają przeżywać cudowne chwile, nie zważając na to, że płynnie przechodzą ze stosunku pracodawca-pracownik, przez sympatię, przyjaźń, aż w końcu po miłość.

Zdawać by się mogło, że to klasyczna romantyczna opowieść z happy endem, bo oboje znaleźli w końcu cel w życiu i wielkie uczucie, jednak to nie klasyka…Will bowiem ma pełną świadomość tego, że nigdy nie będzie mógł dotknąć swej ukochanej, wziąć za rękę, przytulić, że nie da jej tego co mógłby dać, gdyby był zdrowy. Wie też, że ona już zawsze będzie musiała się nim opiekować. Czy tego właśnie dla niej chce?

Obydwoje więc staną przed bardzo trudną decyzją…
On: Odejść, zostawić swą ukochaną i dać jej „normalnie” żyć?
Ona: Pozwolić mu odejść, by nie musiał już więcej cierpieć?

Nie zdradzę wam finiszu, ale polecam film, na jeden z tych długich, szarych i zimnych wieczorów. Ciepła herbata, pudełko czekoladek i kilka chusteczek, na wypadek gdyby przyszło wam uronić kilka łez wzruszenia, albo ze śmiechu, bo mówię wam – główna bohaterka jest przezabawna ;-)

P.s. Film oparty jest na powieści Jojo Moyes, więc jeśli ktoś woli papierową wersję tej historii, to można poczytać, zamiast oglądać ;-)
Ja się przymierzam do lektury już jakiś czas, najpierw jednak muszę skończyć inną pozycję, którą aktualnie pochłaniam ;)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Czytałam. Książka piękna.

    1. Jaki autor chetnie przeczytamm.

    2. W roli mamy – wrolimamy.pl dziękuję :)

  2. Smutne :( beczalam jak bobr :(

  3. Wylam i na samą myśl mam łzy w oczach

    1. A ja płakałam i zacieszałam się, na przemian ;)

    2. Płakałam na końcówce ;) a główna bohaterka fakt potrafiła rozśmieszyć

  4. Oj tam film. Polecam książkę! W filmie połowy nie ma..

  5. Najpierw polecam przeczytać książkę a dopiero później obejrzeć film :)

    1. Taki miałam plan, ale ponieważ czytam co innego i mam długą listę innych pozycji, które czekają w kolejce, wymiękłam i film zobaczyłam przed lekturą ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku