Jak dobrze mieć sąsiada…? – odcinek szpitalny


Zostałam ponad tydzień temu zesłana przez mojego ginekologa na przymusowy „wypoczynek” w szpitalu. Ani o to nie prosiłam, ani o tym nie marzyłam, ale stało się, ciąża zagrożona przedwczesnym porodem, więc chciałam nie chciałam, spakowałam się i zgłosiłam na oddział ginekologii i patologii ciąży. Nawet przez myśl mi nie przeszło, z kim będę miała przyjemność dzielić salę szpitalną, zresztą byłam pewna, że po weekendzie wrócę do domu. Niestety rozczarowałam się niemile informacją, że spędzę tu najpewniej 3-4 tygodnie.

Zakwaterowano mnie w dwuosobowej sali, gdzie rozgościła się już pacjentka. Okazało się że Ania – dziewczyna w moim wieku, była wyjątkowo sympatyczną i miłą kompanką, z którą czas szybko uciekał. Zgrzeszyłabym narzekając na Jej towarzystwo – nagadałyśmy się za wszystkie czasy, pośmiałyśmy, jakbyśmy się znały od dawna. Anię wypisano do domu po 4 dniach, wymieniłyśmy się numerami telefonów z postanowieniem, że jeśli będziemy „gdzieś w pobliżu” umówimy się na spotkanie przy kawie. Niestety do tej pory Ania była jedyną tak miłą towarzyszką niedoli.

Przeniesiono mnie do innej sali już zajętej przez młodą dziewczynę, która na dniach spodziewała się narodzin dziecka. Nie zawiodła mnie intuicja, która cichaczem podpowiadała, że nie ma szans na powtórkę z dni poprzednich. Nie mam nic przeciwko nieletnim matkom, ale jej zachowanie chwilami było żenujące. Uogólniając – stek bzdur młodzieżowych, czyli dziwny momentami tok myślenia, mogłam wałkować do oporu, bo nieletnia wraz z koleżankami ze szczegółami opisywały swoje problemy, których ja nie chciałam a jednak musiałam słuchać.

Zmęczyło mnie to okrutnie, ale głupio było mi cokolwiek powiedzieć. Bo niby co? Żeby trochę dyskretniej rozmawiały? Albo nie wpadały całą watahą do naszej sali? Bez sensu skoro sala wspólna więc nikt podobnych wizyt zabronić nie może. W tym czasie bardzo dużo spałam, bo inaczej trudno było mi się odciąć od tego towarzystwa, a niestety  wstawać z łóżka nie mogę.

Kolejna sprawa to przejście w łazience, która przeznaczona jest dla dwóch sal. Dziewczyny bez pardonu wpadały do sali przez łazienkę, i nieistotne czy był to środek dnia czy może 22. Bez „dzień dobry”, bez pukania, po prostu wychylały głowę i padało sakramentalne „idziesz (na fajkę – jak się okazało później – ciężarne!!!!)?” Ale ok, dało się przeżyć.

Inną bajką było walenie w ścianę z pięści po trzykroć, co jak się domyśliłam miało oznaczać „jesteś?” Chwilę później ściana odpukiwała z drugiej strony. Takie tam nowoczesne metody komunikacji. Przynajmniej na smsach oszczędziły. Nie licząc wulgarnego języka koleżanek, to chyba wszystko co przez kolejne dni wyprowadzało mnie z równowagi. I szczerze mówiąc odczułam ulgę, że zabrali dziewczynę na wywołanie, bo i schadzki sąsiedzkie się skończyły.

W ostatnich dniach miałam też dwie bardziej ucywilizowane towarzyszki, bo czymże były ich wiecznie brzęczące telefony namiętnie przerywające mój sen, do poprzedniego hałasu i zamieszania? Niczym specjalnym. Włosów z głowy nie rwałam, ale gdy obie Panie zabrano do porodu, a ja zostałam na sali sama, zwyczajnie się ucieszyłam. I dopiero teraz mam czas coś napisać, coś poczytać, o czymś pomyśleć, bez nieustającego brzęczenia z boku.

Może trochę marudzę, bo mam świadomość że szpital to nie hotel i nie powinnam oczekiwać Bóg wie czego, ale elementarne podstawy kultury należy zachować. To przecież niewiele kosztuje, a trzeba wziąć pod uwagę, że nie każda pacjentka ma ochotę czynnie uczestniczyć w wytworzonym tu „życiu towarzyskim”, czasem z braku sił, a czasem z powodu usposobienia i charakteru. Obecnie weekend spędzam „samotnie” i odpoczywam, ładując akumulator, a w perspektywie kolejnych tygodni wcale nie jest mi już obojętne, kogo przywieje mi los do szpitalnego towarzystwa.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. ja nie mogłam porozmawiać ze swoją sąsiadką z sali gdyż nie mówiła po polsku nie miała też zbyt dużej ilości gości więc początkowo się nudziłam ale długo to nie trwało bo za to noce miałam ciekawe – okropnie chrapała! więc kolejne dni minęły mi na odsypianiu nocek :/

    1. Żaklina Kańczucka

      Mi trafiła się do kompletu Pani która mówiła w większości po niemiecku, a u nas spędzała wakacje. Akurat jej towarzystwo wyszło mi na dobre, bo podciągnęłam własne umiejętności w niemieckim :)

  2. miałam przyjemność być również na patologi ciąży – z tym że ja byłam na sali 4 -osobowej ( 2 razy ok 30 tyg ciąży i dzień przed porodem) i nawet dość pozytywnie wspominam – pierwszy raz dużo spałam bo generalnie bardzo źle się czułam- jednak towarzystwo miałam b. fajne – choć ostatniego dnia polożono do nas dziewczynę u ktorej wywoływano poród i biedna okropnie cierpiała – i jeszcze wszystkie borykałyśmy się z poważną komplikacją jednej z dziewczyn – wszyscy chcieli aby było jak najlepiej dla niej i maluszeczka w brzuszku jednak nic na to nie wskazywało – ten 1 pobyt był bardzo emocjnujący :( 2 raz to ja byłam 1 dzień przed cc – ale towarzystwo było bardzo fajne – 1 młodziutka mama ale bardzo spokojna. pozdrawiam cieplutko i życzę dużo dużo spokoju i tylko dobrego towarzystwa )))

  3. Agnieszka Detyna

    Współczuję pobytu w szpitali… Wiem jakie to dołujące potrafi być. W pierwsze ciąży przeleżałam 3 tygodnie na patologii ciąży zanim Milcia pojawiła się na świecie. Na sąsiadki z sali raczej nie narzekałam – najbardziej dokuczało mi ciągłe przenoszenie między salami w zależności od tego ile pacjentek było na oddziale :| Trzymam kciuki za miłe towarzystwo i cierpliwe wytrwanie do bezpiecznego terminu porodu :)

    1. Żaklina Kańczucka

      Fakt, przeprowadzki z sali do sali są lekko wkurzające, a czasem i co dwa dni zmiana ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

2 urodziny WRoliMamy.pl


Mirella:

Dwa lata minęły jak jeden dzień :)) Dwa lata pełne… wszystkiego właściwie. I radości, i trosk, i gwałtownych dyskusji. A wszystko po to, by blog był coraz lepszy, ciekawszy, bardziej wciągający. Dwa lata wzajemnego poznawania się, zaprzyjaźniania, dwa lata stawania się rodziną.

I tak oto ja, kiedyś przeciwniczka wszelakich portali społecznościowych, dziś zaczynam dzień od sprawdzenia co nowego w naszej tajnej grupie na Facebooku ;) Śmiało mogę powiedzieć, że blog zmienił mój sposób patrzenia na Internet, przekonał mnie, że Internet to przede wszystkim ludzie. Faktem jest, że gdy przyjmowałam zaproszenie Basi do współpracy nie do końca wiedziałam co mnie czeka, o blogach i blogosferze nie wiedziałam praktycznie nic. Dziś cieszę się, że wtedy nie powiedziałam „nie”.

W tym czasie moje dziecko podrosło, zaczęło świadomie zerkać w komputer i raz na jakiś czas pyta: „Oceniasz konkurs? Mogę z Tobą?” Potem pakuje mi się na kolana i z miną znawczyni mówi: „ Ta fota to na osiem”. Ale spokojnie, nie zawsze biorę pod uwagę jej opinię, choć przyznaję, często się zdarza, że jest zbieżna z moją. Jedno się nie zmieniło i pewnie nie zmieni, nadal nie upubliczniam swojej twarzy :))

Mirella

 Fizinka:

Czym jest dla mnie blog?

Odskocznią od codzienności, kolejnym obowiązkiem, choć w tym przypadku, w bardziej pozytywnym znaczeniu. Jest moim lekiem na całe zło, skarbnicą wiedzy, miejscem w którym mogę bezkarnie dzielić się swymi doświadczeniami. Blog to również dla mnie niezły nauczyciel, ponieważ nie pozwala siedzieć w miejscu, wciąż „każe” się rozwijać… Jest także moją PASJĄ i kolejnym w kolekcji hobby!

Czym jest dla mnie zespół W Roli Mamy?

Kręgiem  przyjaciół – na dobre i złe. Poduszką – do wylewania łez. Ramieniem – do podpierania. Ręką – do pocieszania. Mądrą głową – do podpowiadania cennych rad. Kołowrotkiem do napędzania i motywatorem do działania.

A także żeńskim wydaniem  Piotra Bałtroczyka – …… ;-)

(nie)Magda(lena):

W chwili, gdy zaczynałyśmy przygodę z blogowaniem moja córka postawiła swoje pierwsze, samodzielne kroki, teraz szykuje się do przedszkola – to chyba najbardziej pokazuje jak czas szybko biegnie.

Zastanawiając się czym jest dla mnie blog, doszłam do wniosku, że to czara do której dowolnie przelewamy wszystkie myśli, doświadczenia, rady, emocje, przekonania, które czasem boimy się wypowiedzieć na głos. To narkotyk, który uzależnia, kawałek „podłogi”, powiernik…

To wspaniałe Kobiety, których jeszcze nie było mi dane poznać osobiście, a jednak mam wrażenie, że znamy się jak łyse konie. Kto by pomyślał, że przy tylu różnych temperamentach można ciągnąc wózek w tę samą stronę!

Zawsze z przymrużeniem oka słuchałam wypowiedzi artystów o energii którą zapożyczają lub wymieniają z publicznością. Niechętnie przyznaję, że byłam niedowiarkiem, bo dziś sama czuję to „coś” co być może jest tą energią, którą czerpię od naszych Czytelników – dzięki Wam blog się zmienia, dojrzewa, a ja razem z nim.

Magda

Hanna:

W Roli Mamy – czym jest dla mnie?

Ogromnym kawałkiem mojego życia, pieszczotą, biletem do bycia aktywną mamą, czasem ciężką harówką i oczywiście trzecim dzieckiem – tak jak widzicie w ciągu tych dwóch lat Blog siłą rzeczy spadł nieco w rankingu :-P lada moment przyjdzie na świat dziecko nr 2, więc trzeba było przesunąć numerację. Mimo, że na początku byłam najbardziej zielona z całego towarzystwa, dziś nie wyobrażam sobie dnia bez naszego Bloga, życia bez tych dziesiątek tysięcy maili, bez zerknięcia choćby na chwilę na naszą tablicę – przeczytania Waszych opinii i komentarzy.

A mój bilans zysków i strat?

– Zyskałam przyjaźń dziewięciu wspaniałych kobiet – mam, żon, córek, koleżanek i … kto by to wszystko zliczył? Dziękuję!
– Straciłam – wiele godzin na czytaniu fantastycznych historii, na pisaniu dla Was, na rozmowach w naszym gronie  o rzeczach intymnych, absurdalnych i wszystkich innych. Dziękuję!
– Straciłam morze łez – szczęścia i smutku – gdy kolejne komentarze wzruszały i powodowały lawinę myśli, gdy jednoczyłyśmy wysiłki, aby choć trochę pomóc bliźniemu w potrzebie, gdy byłyśmy świadkami cudów życia i rodzinnych tragedii.

Żaden ekonomista świata nie pojmie, jak wiele można zyskać – „tracąc” Ja zyskałam całe morze szczęścia, możliwości jakie stoją przede mną, ogrom wiary we własne siły i w innych ludzi!
Dziękuję, że z Wami zawsze mogę i chcę się rozwijać, mogę stawać się lepszym człowiekiem!

Rachela:

To niesamowite jak szybko minęły dwa lata. Jak dziś pamiętam to napięcie, podekscytowanie, które towarzyszyło pierwszym krokom, by zrobić coś więcej. Te dziewięć dziewczyn, które znałam tylko dzięki Internetowi, nie wykluczyło mnie, mimo, że byłam chyba ostatnia osobą odpowiadającą na ich wezwanie. Dałam się ponieść tej fali, choć czasem długo trwała cisza na morzu i wena nie chciała jakoś podpłynąć. Dziś jestem dumna, że mogę wraz z nimi i Wami Drodzy Czytelnicy tworzyć coś, co pociesza, radzi, budzi nadzieję, a może nawet pokazuje coś nowego i odmiennego. To dzięki Wam Wszystkim (Czytelnikom i Redaktorkom) odnalazłam siebie w dzieleniu się z innymi.

Aga

Paulina:

Ostatnie 2 lata to czas wielu zmian z moim życiu.

Początki mojego macierzyństwa, raczkowanie w roli blogerki, wyjazd do Irlandii, potem drugie maleństwo czyli rozterki ciążowe po raz drugi, poród zagranicą, jednym słowem taki mały życiowy huragan.

W każdej chwili czułam wsparcie 9 wspaniałych. Zawsze w każdym momencie mogłam się wyżalić, poradzić albo po prostu pożartować. To cudowne mamy, z których każda ma inne spojrzenie na świat, inaczej myśli o swoim macierzyństwie a mimo to jest coś co nas łączy – kochamy naszego  bloga.

Strony bloga to taki mój notesik – miejsce gdzie mogę opowiedzieć o tym co się wydarzyło interesującego, wyżalić gdy się zdenerwuję albo po prostu opowiedzieć o tym co czuję, co mnie uszczęśliwia, co wkurza a co smuci.

Dziękuję moje kochane Dziewczyny za wsparcie i po prostu bycie kiedy Was potrzebuję a Wam kochani Fani za to, że chcecie czytać moje wpisy.

Żaklina:

Gdy mam określić, ile dla mnie znaczą dwa lata, które upłynęły na współtworzeniu bloga, pojawia się nie lada kłopot! Bo niby jak w kilku zdaniach zawrzeć te wszystkie chwile radości, dumy przepełniającej serce, że to co robimy żyje i ma się coraz lepiej?

Jak opisać niezwykłą relację między Nami – dziesięcioma kobietami – które potrafią stworzyć “wspólne dzieło”, rozrzucone po różnych zakątkach kraju, a nawet Europy? Dla mnie W Roli Mamy, to nie jedynie wirtualne miejsce spotkań fantastycznych dziewczyn, ale poligon doświadczalny dla własnych możliwości. To swoista szkoła, która uczy nie tylko praktycznych ”blogowych” umiejętności, ale również pokory, dzięki której mam nadzieję spełniać się nie tylko „tu i teraz”. Tego zresztą życzę sobie i dziewczynom, żeby to na co pracujemy od dwóch lat, rozwijało się coraz prężniej, ku radości Nas – autorek oraz coraz szerszemu gronu Czytelników.

Mania

Basia:

Byłoby kłamstwem, gdybym napisała: nie wierzyłam, że blog W Roli Mamy wypali! Taką mam naturę, że jak się już za coś zabieram, to oczami wyobraźni widzę spektakularny tego pozytywny efekt. Choć realnie rzecz biorąc, były duże szanse, że się nie uda. Porywanie się na coś, co w dużej mierze polega na współpracy dziesięciu, w dodatku nie znających się wcześniej, kobiet – szalony pomysł.

Dziewczyny! Dziękuję Wam za Waszą kreatywność (teksty, które nieraz mnie rozśmieszały i wzruszały), pracowitość (czasem nieprzespane noce), lojalność (bo zawsze, gdy trzeba jedna za wszystkie, wszystkie za jedną), pomysły (czasem gorsze, czasem genialne)… Dziękuję za wspólne wieczory przed własnymi monitorami, i popołudnia, i poranki…

I dziękuję, że moje marzenie o posiadaniu bloga stało się naszą wspólną bajką!

basia-przy-komputerze

Sylwia:

2 lata temu o prowadzeniu Bloga nie wiedziałam nic, byłam żółtodziobem. Pewnego dnia na jednym z  forów Basia rzuciła pomysł poprowadzenia wspólnego Bloga. Pomyślałam – “Czemu by nie spróbować, co mi szkodzi? Najwyżej jak się nie nadam zrezygnuję”. Powstał pierwszy tekst, przyszła pora na kolejne i tak mijał czas a ja trwałam. W momencie powstawania W Roli Mamy Kuba miał niecałe 6 miesięcy, teraz to cudowny prawie 2,5 latek często przeszkadzający mamie w „pracy”. Dlatego zazwyczaj piszę po nocach.  Po tym kochanym urwisie widzę, jak szybko upływa czas. Jaki kawałek mojego życia stanowi W Roli Mamy.

Minęły 2 lata, lata owocnej pracy, 10 wspaniałych kobiet, które mimo natłoku obowiązków rodzinnych i zawodowych znajdują czas by tworzyć wspólne dzieło. Coś niesamowitego by taka gromadka, nieznających się (w komplecie) w realu kobiet tak cudnie się dogadywała. (Cieszę się, że miałam okazję jakiś czas temu spotkać choć część naszego grona). Każda z nas różni się charakterem,  a mimo to nie ma między nami niesnasek czy złośliwości. Tworzymy zgraną załogę, a W Roli Mamy jest naszym okrętem o który dbamy jak najlepiej umiemy i dumnie patrzymy na jego banderę, płynącą w  morzu Internetu.

W Roli Mamy to nie tylko miejsce na przelanie swoich przemyśleń na „papier” to dzielenie się cząstką siebie, swoimi doświadczeniami czy obserwacjami otaczającego nas świata.  Od kuchni to miejsce rozmów fenomenalnych dziewczyn. Dzielmy razem smutki i radości, zwycięstwa i porażki. Jesteśmy dla siebie jak ciotki dobra rada czy grupa wsparcia.

Dziękuję Wam dziewczyny, że jesteście, za rozmowy, które nie raz ubawiły mnie do łez, innym zmotywowały do działania, za godną podziwu pracę i liczę na kolejne owocne lata współpracy. Dziękuję każdemu Czytelnikowi z osobna za czas poświęcony na czytanie naszych wpisów. Sobie i Wam drogie Redaktorki W Roli Mamy życzę by nie zabrakło nam weny twórczej, zapału do pracy i rozwoju a naszym Czytelnikom wytrwałości w czytaniu.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Bagietki


Uwielbiam zapach świeżego pieczywa, najlepiej jeśli jest jeszcze ciepłe. Smaruję je wtedy masłem, które pod wpływem ciepła rozpuszcza się – zapach unoszący się w domu jest niesamowity i przypomina mi dzieciństwo. Kiedy jako mała dziewczynka jeździłam do Babci, co rano miałam podawane na śniadanie świeżutkie, cieplutkie bułeczki prosto z piekarni, posmarowane masłem i czasem domowymi powidłami.

Lubię wracać do tych wspomnień,  dlatego często piekę sama chleb, bułki czy właśnie bagietki. Te, poza tym że pysznie smakują, są też dość łatwe w przygotowaniu :) Przepis znalazłam jakiś czas temu w internecie i dopasowałam do swoich potrzeb :)

Składniki:

1 szklanka mleka
2 łyżeczki masła
2 łyżeczki cukru
1 szklanka wody o temperaturze pokojowej
2 łyżeczki suszonych drożdży (8g) lub 16 g drożdży świeżych
2 łyżeczki soli
4,5 szklanki mąki pszennej

Sposób przygotowania:

Mleko należy zagotować, następnie dodajemy do niego masło, cukier i mieszamy, żeby się rozpuściły. Dodajemy wodę, przelewamy do miski i odstawiamy na chwilę by trochę przestygło.

Następnie dodajemy drożdże, sól i ciągle mieszając powoli dodajemy mąkę, tak aby ładnie się połączyła z pozostałymi składnikami. Ciasto powinno być miękkie i lepiące, jeśli jednak byłoby zbyt mokre można zwiększyć nieco ilość mąki – ja zwykle daję prawie 5 szklanek i wtedy jest idealne.

Gotowe ciasto przekładamy do dużej miski wysypanej mąką i zostawiamy w ciepłym miejscu pod przykryciem aby podwoiło swoją objętość.

Następnie delikatnie przekładamy na stolnicę lub blat i dzielimy na 5-6 części, z których formujemy delikatnie długie bagietki. Można je piec na gotowej blaszce do bagietek lub na zwykłej dużej blasze, jeśli tak jak ja dysponujecie tą zwyczajną, polecam pomiędzy bagietki włożyć paski folii aluminiowej lub papieru do pieczenia, bo inaczej zapewne się posklejają. Na blaszce zostawiamy je ok. 30-60 min, aby ponownie nieco podrosły.

Piekarnik nagrzewany do 250 stopni, tuż przed włożeniem bagietek wkładamy na dno piekarnika 2-3 kostki lodu lub pryskamy jego wnętrze nieco wodą, aby powstała para wodna – dzięki niej bagietki będą miały chrupiącą skórkę. Po 10 minutach pieczenia zmniejszamy temperaturę do 200 stopni i pieczemy aż do zrumienienia – dodatkowa wskazówka – bagietka jest gotowa jeśli po stuknięciu wyda pusty dźwięk.

U mnie ta druga faza trwa zwykle niecałe 10 minut.

Świetnie smakują zarówno z samym masłem jak i jako baza do kanapek czy dodatek do innych dań np sałatek.

Mam nadzieję, że będą Wam smakowały :)

bagietki1

bagietki2

Zdjęcia: Paulina Garbień

 Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Milena Kamińska

    hmmm aż zapachniało, właśnie rozwiązał się mój problem częstego braku pieczywa . Mieszkam na wsi , sklep mam daleko i szybko go zamykają , zdarza się że pieczywka braknie. Teraz gdy tak się stanie wykorzystam ten przepis :-) A dzisiaj mam w planach gofry, zaraz bierzemy się do pracy

  2. Właśnie wstawiłam do piekarnika ;)

  3. Żaklina Kańczucka

    A do tego świeże masełko i miodek… aż się rozmarzyłam :)

  4. oj tak ten przepis u nas na lodówce wisi i co weekend bagietki robimy pycha palce lizać

  5. moje ulubione robiłam w niedzielę :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Mama XL


Czekając na pociąg dała się pochłonąć kioskowi z prasą. Od samego początku rzuciły się jej tytuły: „Jeszcze zdążysz zrzucić nadwagę przed latem”, „Tylko u nas dieta oczyszczająca”, „Z nami zrzucisz 5kg”, „Szybki sposób na jędrne uda i pośladki”, i tak w kółko. Czuła się zbombardowana ilością możliwości pozbycia się zbędnych kilogramów, a dodatkowo jej mózg zarejestrował piękne szczupłe sylwetki, które są jej niedoścignionym ideałem. Zerkając z nad tych kolorowych pism próbowała nie spóźnić się na pociąg.

W końcowym rozrachunku zakończyło się to biegiem slalomem po nieczynnych ruchomych schodach oraz szybkim biegiem na 100m do ostatnich drzwi wagonu. Skutek – zziajana, zdyszana i  przypominająca kolorem na twarzy, burak. Postanowiła coś z tym zrobić. W głowie obrała plan odchudzania, zestaw ćwiczeń oraz listę rzeczy, na które nie wolno jej patrzeć, bo to może źle się skończyć.

Realia. Po powrocie do domu, zastała męża i dziecko wcinających pyszne ciasto czekoladowe, które wczoraj upiekła. Wmawia sobie, że trzeba go zjeść bo jutro będzie już do wyrzucenia. Tłumaczy, że dietę zacznie od jutra. Następnego dnia stroni od słodkości, na śniadanie zjada domowe musli, a potem długo nic, bo tyle roboty w pracy,  że trudno oderwać się od stołka. Wraca głodna, padnięta, ale pełna sił by powstrzymać się  tuż przed odjazdem pociągu od pączków, słodkich bułek atakujących jej zmysły, więc zadecydowała i wybiera maślankę. O mały włos, znów musiałaby biec. Zaplanowane dzień wcześniej ćwiczenia zamierza wcielić wieczorem w życie. Problem tkwi tylko w odmiennym zdaniu dziecka, które nie ma zamiaru szybko zasnąć. Gdy już prawie sama zasnęła, ocknęła  się by resztkami sił ogarnąć siebie i dom, a ćwiczenia przełożyła na kolejny dzień.

Potem przyszedł weekend, dawno zapowiedziani znajomi, i plan odchudzania przeniesiony na poniedziałek,… następny tydzień,…. od nowego miesiąca…..

Czasem odnosi wrażenie, że w tym zakresie ma nieustanne deja vu. Zapał jest, ale z realizacją i działaniem już znacznie gorzej. Czy naprawdę warto się katować, czy wystarczy pogodzić się i polubić swoje ciało, nawet to niedoskonałe, z dodatkowymi kilogramami?

Piszę to jako mama w rozmiarze XL, która odkąd pamięta walczy z dodatkowymi kilogramami, fałdkami na brzuchu. Może nigdy nie założę mini lub obcisłej bluzki, ale czy to przeszkodzi mi czuć się dobrze? Czy świat się zawali?

Pamiętam, jak do bólu zraniła mnie pewna historia. Wędrując z mężem, dzieckiem i bratową po ostrawskiej galerii, zaczepiła mnie w pewnym momencie pani ze słynnej firmy odchudzającej, zapraszając na darmowe badania zawartości tkanki tłuszczowej, itp. Noż k….. czemu akurat mnie zaczepiła, a nie bratową? Wystarczyło to bym cały dzień  źle się czuła. Mąż wyczuwając sytuację i atmosferę dał mi do zrozumienia, że bardzo mu się podobam. ;)

Wszystkie wątpliwości i zamartwiania się dodatkowymi kilogramami odeszły w  daleką niepamięć.

Czasem właśnie ten dodatkowy bagaż jest efektem choroby, np. nieleczonej niedoczynności tarczycy. Zgadzam się z wieloma opiniami, że nie jest dobrze kiedy te kilogramy niszczą ciało, gdy jest ich za dużo, gdy stanowią główną przyczynę chorób.

Kochane pamiętajcie by lubić siebie i akceptować się takimi jakimi jesteście, bo wtedy piękniejecie także w oczach drugiej połówki. Jeśli źle czujecie się w swoim ciele, warto zacząć od małych kroczków. Moim kroczkiem będzie na początek spożywanie posiłków o regularnych porach. ;) Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku