Emocje 31 sierpnia 2017

Jedyne, co mnie teraz pociesza, to dieta. Może przy okazji schudnę

Zdrowie to człowiek docenia, jak traci, mówię Wam. I nie po to Wam to mówię, żebyście mi klaskali, tylko żebyście docenili wcześniej. Jak nie, to się obudzicie z ręką w nocniku, jak ja. Bo ja to się za brzuch łapię już kilka razy dziennie.

Gdybym miała mieć do kogokolwiek pretensje o swój obecny stan zdrowia, to w pierwszej kolejności naplułabym w twarz lekarzowi, który mnie badał, gdy miałam 15 lat. Już wtedy skarżyłam się na męczące bóle w prawej połowie brzucha. Pojawiały się rzadko i w sumie dawało się je znieść, no ale jednak pojawiały się, a przecież nie powinny. Lekarz walnął mnie zdrowo w brzuch i stwierdził, że jak nie boli, to nic mi nie jest. Bardzo zabawne. Zabolało, bo mnie walnął. Powiedział mi jeszcze, że jestem zdrowa i sobie wymyślam.

Wiele lat musiało minąć, żebym zrozumiała, że to były pierwsze objawy problemów z woreczkiem żółciowym. Za wiele. Może gdybym wiedziała wcześniej, dałoby się to jakoś po ludzku wyleczyć i nie musiałabym dać sobie tego woreczka wyciąć. Mądry Polak po szkodzie.

Brak woreczka potraktowałam obojętnie, nie ma, to nie ma, nie ja pierwsza i nie ostatnia. Ponoć na świecie przeprowadza się rocznie sto tysięcy takich zabiegów. Na początku nawet pilnowałam diety, potem przestałam. Nie jem mięsa, więc i tak najtłustsze potrawy na mój talerz nie trafiają. Po roku rolę woreczka miały przejąć rozszerzone drogi żółciowe. Może i przejęły, ale ja zaczęłam zauważać inne problemy. Bóle brzucha pojawiały się znikąd i trudno je było do czegokolwiek przypisać. Jakieś takie niewyraźne i niejednoznaczne. Pogadałam z wujkiem Google, bo niby czemu nie, ale od niego ciężko się czegoś dowiedzieć. W zasadzie ten facet stawia zawsze tę samą diagnozę: rak. Nie wiadomo czego, ale na pewno rak. Dobrze, że babcia mnie uczyła, żeby facetom nie wierzyć, bo by mnie ten doktorek Gugl wykończył nerwowo. Przekopałam też internet, żeby znaleźć wszystkie przyczyny uczucia pełności i ciężkości, bo czułam się wiecznie, jakby mi ktoś rozgotowanych ziemniaków do brzucha napchał (a przecież ich nie jem!), ale nie znalazłam jednoznacznego rozwiązania swoich problemów.

Poszłam krok dalej. Dałam sobie zrobić gastroskopię (nigdy więcej za nic w świecie!!!), dowiedziałam się, że mam nadżerki na żołądku. Dla niewtajemniczonych – nadżerki to pierwsze stadium wrzodów. Przestałam pić kawę i jeść ostrą chińszczyznę. Przez jakiś czas jakby było lżej, ale tylko przez jakiś czas.

W tak zwanym międzyczasie zrobiłam sobie rutynowe badania, które wykazały, że amylaza (hormon trzustki) mi rośnie. No szlag by to trafił i małe szlaczki na dodatek! Najpierw woreczek, potem żołądek, a teraz to?? Wujek Google jak to wujek Google, uznał, że mam raka, albo jestem alkoholiczką. Z dwojga złego alkoholizm łatwiej wyleczyć, mimo to wybór jak między dżumą a cholerą. Nie piję takich ilości alkoholu, żeby mi miały przewód pokarmowy wykończyć, zaczęłam szukać dalej. No i tu kółeczko się zamyka, trzustka potrafi zwariować po usunięciu woreczka. No mówię Wam, wszystkiemu winien ten pierwszy lekarz, że też nie zapamiętałam jego nazwiska, psia go mać. Jak nic poszłabym go opluć!

Na wizytę do specjalisty pójdę w październiku, tego roku. Na NFZ. Powinnam się cieszyć, że nie za dwa lata. Ale wszelkie badania zrobię sobie prywatnie sama. Trzeba ten proces zdrowienia przyspieszyć, bo od tego chorowania, to się coraz bardziej chora czuję. A ja naprawdę nie mam czasu chorować. Także, jeśli jesteście zdrowi, to doceniajcie ten stan, a jak coś boli czy strzyka to szukajcie przyczyn, aż znajdziecie. Jak nie zaczniecie szukać teraz, to potem znajdziecie za dużo. Tak jak ja. Jedyne co mnie teraz pociesza to dieta. Może przy okazji schudnę?

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Julka Dydak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Julka Dydak
Użytkownik

Niestety nie tylko ty jedna cierpisz za nieprzemyślaną decyzję konowała. Pewnie tak go nauczyli na studiach, jak coś boli to należy wyciąć ? Bez woreczka jest ciężko,ja na razie mam. Ale tak jak piszesz słyszałam że prace woreczka po jakimś czasie przejmują drogi żółciowe. I normuje się wszystko, ale dietamusi być Współczuję serdecznie że trafiłaś na takiego lekarza.

Emocje 31 sierpnia 2017

Wspomnienia, które można dotknąć

Wakacje to piękny i bez wątpienia bardzo wyczekiwany czas błogiego lenistwa i korzystania z uroków lata. Za planowanie urlopów, bliższych lub dalszych wycieczek, zabieramy się zazwyczaj kilka miesięcy wcześniej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu nie tylko jak najpełniej wykorzystamy ten czas ale i zbierzemy niezwykłe wspomnienia.

W ekwipunku każdego urlopowicza główną pozycję na liście rzeczy koniecznych zajmuje aparat. Nieważne czy profesjonalny, czy w telefonie, ten gadżet  pozwala uchwycić momenty, które chcemy zachować w pamięci. Co prawda piękno tego, co nas otacza chłoniemy wszystkimi zmysłami, ale to fotografie pozwalają wyrwać takie momenty ze szponów zapomnienia. Z czasem pamięć zaciera szczegóły i bywa, że to właśnie rzut okiem na zdjęcie, pozwala przywołać z jej głębin wszystko to, co tak bardzo cieszyło nas w wakacyjnym czasie.

Jednak gdy wracamy do domu z głową pełną wrażeń, popełniamy grzech zaniedbania i najczęściej nasze zdjęcia zostawiamy tam, gdzie zostały zrobione – w pamięci telefonu i aparatu lub przesyłamy je na dysk twardy komputera i zgrywamy na płyty. Po czym o nich zapominamy, aż do kolejnych porządków, czy to na półce z płytami czy katalogach w komputerze.

Szkoda, by w ten sposób piękne wspomnienia towarzyszyły nam jedynie od czasu do czasu. Ja osobiście wolałabym mieć je na półce i sięgać do nich za każdym razem, gdy przyjdzie mi ochota znów nacieszyć oczy błękitem nieba, wspomnieniem ciepłych promieni słonecznych i cudownego czasu, który spędziłam z rodziną.To fantastyczna terapia, szczególnie skuteczna na zbyt krótkie i szare jesienno-zimowe dni. Poza tym, to cudowny prezent dla rodziców na święta

Przy okazji powiem wam, co ja zrobiłam z moim fotografami. Oczywiście nie będę kłamać, to działanie należy do chlubnych wyjątków, gdyż do tej pory gromadzone przeze mnie zdjęcia były przechowywane w cyfrowym zapisie na karcie pamięci aparatu. Sama sobie obiecałam więcej tego błędu nie popełniać i was zachęcam do tego samego.

Już kiedyś pisałyśmy na blogu o możliwości sprezentowania sobie lub bliskim niezwykłej fotoksiążki Printu. I tym razem postanowiłam skorzystać z możliwości wykonania egzemplarzy fotoksiążki z wakacji i chętnie podzielę się z wami ułamkiem moich wspomnień.

Gdy wydobyłam zdjęcia z czeluści komputera (po roku), wybrałam kilkadziesiąt najpiękniejszych fotografii z wycieczki do Krakowa. To miasto ujęło nas absolutnie wszystkim! Pogodę mieliśmy tak cudowną, że aż żal tego nie wspominać, więc fotografie mojej rodziny wyszły po prostu bajecznie. Tak, wiem, zapewne nie jestem obiektywna, ale gdy patrzę na te zdjęcia właśnie takie mam odczucia ;)

Kiedy przyszło do wykreowania własnych fotoksiążek, uzbroiłam się nie tylko w ogromną ilość zdjęć do selekcji, ale także w kilka godzin wolnych od obowiązków. Nie oszukujmy się, jeżeli z tysiąca zdjęć z tygodniowego wyjazdu chcecie umieścić kilkadziesiąt w fotoksiążce, musicie wybrać te najlepsze, a to wymaga czasu. Udało mi się to w jedno popołudnie. Zresztą, były to godziny wykorzystane w doskonałym nastroju, bo przeglądanie takiej ilości zapisanych wspomnień jest po prostu niezwykłe. Byłam wtedy w ciąży z trzecim dzieckiem i aż mi się buzia uśmiechała, kiedy trzymając małego na kolanach, znów przeglądam fotografie z brzuszkiem.

Gdy już wybrałam wszystkie potrzebne zdjęcia, wystarczyło abym przeciągnęła je w programie kreatora na odpowiednie pola w wybranym szablonie. Tam możliwości jest od groma, wybieracie kształt, rozmiar swojej fotoksiążki i motyw przewodni. Sami decydujecie o wyglądzie każdej poszczególnej strony i robicie to, na co macie ochotę. Daję słowo, że jeśli tylko podejdziecie do tego z otwartą głową, wyjdzie wam prawdziwe cudo, które z dumą będziecie prezentować rodzinie i znajomym. Ja, gdy tylko otrzymałam fotoksiążki, pierwsze co zrobiłam, to usiadłam z dziećmi pokazując im raz jeszcze to, co miało miejsce w poprzednie wakacje. Nawet pojawiła się nieśmiała łezka wzruszenia, gdy po raz kolejny oglądałam piękną ciążową sesję, wykonaną w końcówce sierpnia. Niezwykły klimat, wyjątkowe miejsce i takie same wspomnienia.

Myślę, że za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, gdy będę sięgała do fotoksiążek z zapisanymi przeze mnie wspomnieniami, nadal będę czuć taki sam zachwyt i nostalgię za tym co było tak piękne i tak szybko przeminęło. Jeśli więc sami macie zdjęcia godne wyciągnięcia z czeluści dysku twardego komputera, posłuchajcie dobrej rady cioci Mani i zróbcie własne fotoksiążki. Jedno wam mogę powiedzieć –  na pewno nie pożałujecie. A satysfakcja i duma ze swojego dzieła będzie wam towarzyszyć za każdym razem, gdy po nie sięgniecie.

To na pewno nie ostatnia moja fotoksiążka, a kolejne sprawię jako prezent dla rodziców, przecież życie niesie ze sobą wiele chwil wartych takiego uwiecznienia. Nie sądzicie?

Fot. Ż. Kańczucka

12
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kinga Sołtys
Gość

Super! Ja już tyle razy się za to zabieram i wciąż brakuje czasu… :(

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

też tak kiedyś miałam, ale się zmobilizowałam. Uwielbiam oglądać nasze zdjęcia :)

Patrycja Gaj
Gość

Bardzo lubie fotoksiążki :-), co roku, pod koniec robię takie „zestawienie roczne” ;-) naszej rodzinki i naszych różnych wydarzeń. Na Boże Narodzenie dostają w prezencie teściowie i moja mama, jeden egzemplarz dla nas. Staram się zrobic podobnie tzn. ten sam rozmiar, podobna okładka, żeby albumy tworzyły całość i tak od 2013 r. powstaje kolejny album :-) Samo wykoananie zabiera dużo czasu, ale dla mnie to przyjemne i releksujace zajęcie.

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Jak pięknie :)

Aneta Wnuk
Gość

Ja do tej pory trzymałam na komputerze A teraz raz na kilka miesięcy będę wszystkie wywoływać ewentualnie drukować

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

ja też kiedyś trzymałam, aż wtedy dysk szlag trafił … nie wspomnę o mojej wściekłości i rozpaczy w tym dniu ;)

Aneta Wnuk
Gość

Mialam wlasnie to samo. ?

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

ehhhhh, szkoda gadać.

Aneta Kiljan
Gość

U mnie na półce stoi już 5 fotoksiążek z wakacji i jedna podsumowująca trzy lata przedszkola mojego syna. Bardzo lubię tego typu formę przechowywania wspomnień. Z setek zdjęć starannie wybieram te najciekawsze, najważniejsze, najpiękniejsze i powstaje fotoksiążka, którą z przyjemnością się ogląda :) W każdej książce wykorzystana jest taka sama czcionka więc stanowią one jakby odrębne części jednej całości, którą mam nadzieję w kolejnych latach uzupełniać o kolejne wspomnienia.

Sylwia Wnuk
Gość

Moje do tej pory na pendrive i komputerze są ostatnio przeglądane by zrobić z nich albumy bo trochę szkoda jak wszystko przepadnie.

Julka Dydak
Użytkownik

Niestety nie tylko ty jedna cierpisz za nieprzemyślaną decyzję konowała. Pewnie tak go nauczyli na studiach, jak coś boli to należy wyciąć ? Bez woreczka jest ciężko,ja na razie mam. Ale tak jak piszesz słyszałam że prace woreczka po jakimś czasie przejmują drogi żółciowe. I normuje się wszystko, ale dietamusi być Współczuję serdecznie że trafiłaś na takiego lekarza.

Ewa Kowalczyk
Gość

Mam foto książkę ślubną piękna rzecz.

Emocje 30 sierpnia 2017

Kupię dzieciom psa albo kota, będą miały świetną zabaw (k)ę!

“Chcesz kotka?” – pyta pewna kobieta mojego syna. “Mam kilka malutkich, niedawno się urodziły. Pokażę Ci zdjęcia.” Reakcji mojego dziecka chyba nie muszę opisywać? Oczywiste jest, że był na tak. Ale dlaczego mnie – matki – nikt nie zapytał WCZEŚNIEJ o zdanie??

Niestety tego typu sytuacje zdarzają mi się stosunkowo często. Nie wiem czy akurat  mam do tego szczęście, czy może spotyka to wszystkich, nieposiadających jakichkolwiek zwierząt rodziców? W każdym razie bawi mnie to i irytuje jednocześnie.

Dlaczego? Ano np. dlatego, że co najmniej śmieszne i perfidne jest dla mnie, pytanie mnie “Dlaczego nie macie psa (lub kota)?” od osób niemających dzieci. Z całym szacunkiem, ale czy ja Was pytam, dlaczego Wy nie  macie dzieci?? No nie! Bo to nie moja sprawa.

Poza tym słabe są dla mnie argumenty, które próbujecie mi za każdym razem wciskać. Jak np. ten, że dzieci lepiej się rozwijają kiedy dorastają w otoczeniu zwierząt. Cóż, nie twierdzę, że tak nie jest, ale równie dobrze można powiedzieć, że dzieci lepiej rozwijają się gdy mają rodzeństwo i poświęcających im czas rodziców.

Albo ten wskazujący nasz dom jako wystarczający powód do zakupu zwierzaka. “Macie dom i nie kupiliście sobie jeszcze psa?!”. No patrzcie, jakie my dziwolągi jesteśmy. Może powinniśmy się zbadać u psychologa? Bo to przecież nie jest normalne… w Waszym mniemaniu oczywiście.

Jednak najpopularniejszym argumentem jest ten, że moje dzieci – jak to dzieci – lubią zwierzątka i bardzo cieszyłyby się z nowego domownika. No więc jak one chcą, to ja, kochająca mamusia, powinnam spełnić ich zachciankę.

Czy aby napewno? No nie wydaje mi się. Zresztą niewątpliwie dziwne jest to, że tego typu wnioski wysuwają osoby mające jakiegoś pupila, czyli ludzie, którzy raczej zdążyli się już przekonać z czym to się wiąże.

A pracy przy zwierzaku jest przecież niemało. Codzienne sprzątanie odchodów (z klatki, kuwety lub podwórka), odkurzanie sierści, wyprowadzanie na spacer (kilka razy dziennie), karmienie, które łączy się z dodatkowymi zakupami i nierzadko gotowaniem. Dbanie o zdrowie, a więc regularne odwiedzanie weterynarza, szczepienie, podawanie leków jeśli zachodzi taka potrzeba. No i oczywiście nauka dobrych manier (tresura) oraz wspólna zabawa, bo jej, szczególnie psy, również potrzebują. Poza tym, jest jeszcze kwestia opieki nad zwierzęciem pod naszą nieobecność, np. podczas wakacji  – bo zostawić go samopas przecież nie można.

A jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze pozostałe codzienne obowiązki, takie jak praca zawodowa, prowadzenie domu, czy wychowywanie dzieci to robi się już naprawdę ciasno w ciągu jednej doby.

I każdy powinien mieć tego świadomość. Bo wziąć zwierzaka pod swój dach to nie problem. Problemem natomiast staje się czasami codzienna opieka nad nim.

Osobiście znam ludzi, którzy sprawili sobie psa – bo mają dom, bo wszyscy dookoła posiadają psy, bo był taki słodki jako szczeniak,… – a teraz o niego nie dbają, nie poświęcają czasu i w zasadzie to woleliby gdyby uciekł i już nie wrócił. Wtedy mieliby spokój.

Więc jeśli następnym razem moje dziecko będzie się zachwycać Twoim pupilem, zamiast go zachęcać, by namówił rodziców do zakupu, powiedz mu, że zwierzę to nie zabawka, którą rzuca się w kąt, kiedy się znudzi. A mnie, zamiast oceniać i krytykować,spróbuj zrozumieć – być może mam już na tyle dużo obowiązków, że więcej nie potrzebuję.

 

13
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Natalia Proszek Oczkowska
Gość

Ja mam dwa koty .. dlatego że je uwielbiam .. a córkę ucze do zwierząt szacunku .. jeszcze mała jest to tak nie rozumie .. ale krzywda kotom moim się nie dzieje ..

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Przypuszczam, że decyzja o posiadaniu kotów była przemyślana – i o to właśnie chodzi!

Natalia Proszek Oczkowska
Gość

Kot był zanim byłam w ciąży i tak są już do dziś .. ja miałam koty jak byłam dzieckiem tak i teraz córcia ma

Julka Dydak
Gość

Dzieci uwielbiają koty i psy, ale decyzja o przygarnięciu zwierzątka do domu powinna być przemyślana. Bo kot czy pies tonie zabawka i rośnie…!

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Otóż to! Każdy powinien mieć takie podejście, to nie byłoby tyle zaniedbanych i porzuconych zwierząt!

Edyta Skrzydło
Gość

My mamy pieska

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Jakiego? ?

Edyta Skrzydło
Gość

Żebrador ?

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

O jeja, jaki śliczniutki!!! ?

Julka Dydak
Użytkownik

Taa! Dobry artykuł. I dziwne myślenie tych którzy posiadają psa. Ten który go nie posiada to zły człowiek… ??? Nie dziwię się Twojej reakcji, bo pies to faktycznie nie zabawka, gdyby inni byli tego świadomi to nie byłoby schronisk dla zwierząt.

Marta Langner
Gość
Marta Langner

Ja niestety jestem niechlubnym przykładem…pare lat temu tez kupiłam córeczce zwierzaka,świnkę morska,która nie miał się kto zająć-koniec końców,gdy wyjeżdżaliśmy na wakacje wzięła ja moja mama i świnka od tego czasu jest tylko przez nas ,,odwiedzana”.Dzieki temu wiem,ze żadne poważniejsze zwierzątko jak pies czy kot nie wchodzi w rachubę,właśnie z powodów które wypisałeś w artykule.Tez codziennie słyszę ,,mamo,zobacz jaki słodziak,chce takiego”ale mam świadomość,jak by się to skończyło.

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close