Jestem sobie przedszkolaczek…


Pół roku temu pisałam na blogu o moich doświadczeniach związanych z nianią. A teraz minął ponad miesiąc, odkąd mój niespełna trzylatek został przedszkolakiem! Myślę, że został przez nas – rodziców – dobrze przygotowany do tego nowego etapu swojego życia. Pół roku wcześniej chodził dwa razy w tygodniu na zajęcia z rówieśnikami do domu kultury, został całkowicie odpieluchowany i usamodzielniony w samoobsłudze. Opowiadaliśmy mu też dużo o przedszkolu, wspominaliśmy własne przygody z przedszkolnego okresu, wymienialiśmy wszystkie niezaprzeczalne zalety tego miejsca: koledzy, zabawki, śpiewanie… Aleks nie mógł się już doczekać, kiedy wreszcie tam pójdzie!

Dostanie się do przedszkola w środku roku szkolnego jest rzeczą niesłychanie trudną (i nawet nie myślę tu o placówkach publicznych) – wszędzie jest komplet i po prostu nie ma miejsc. My mieliśmy szczęście, bo niedaleko właśnie powstał nowy punkt przedszkolny.
Gdy poszliśmy zwiedzić przedszkole – Aleks nie chciał wracać do domu, tak bardzo mu się spodobało. Ale mam niesamowite dziecko! – myślałam. Pierwsze dni mijały podobnie – szybki buziak na pożegnanie rano i niewielkie rozczarowanie w oczach, że już po niego przyszedł tatuś. Duma nas rozpierała, gdy z ust pani słyszeliśmy, że nasz synek dobrze sobie radzi i że jest grzeczny!

Sam główny zainteresowany o przedszkolu mówił niewiele, zazwyczaj rzucał lakoniczne „było fajnie”. Rozkręcał się podczas popołudniowych zabaw w domu, kiedy to w najlepsze bawił się w przedszkole. Dzięki tej codziennej zabawie szybko poznaliśmy imiona jego kolegów i koleżanek, dowiadywaliśmy się jak Aleks w przedszkolu spędzał czas, jakie panie przedszkolanki stosują metody pracy, jak się zwracają do dzieci i w jaki sposób karzą i nagradzają. Tak oto pięknie zaczęła się przygoda Aleksa w “Domowym Przedszkolu”.

Ale sielanka trwała krótko – wkroczyliśmy w tzw. etap obniżonej odporności wczesno przedszkolnej – zaczęło się od kataru, potem kaszel, zapalnie spojówek, zapalenie ucha itp. Gdy wreszcie najgorsze mieliśmy za sobą, nastąpił kryzys innego typu – kryzys przedszkolny!
Aleks budził się rano z hasłem, że nie chce iść do przedszkola! Przez 3 dni w szatni rozgrywały się dantejskie sceny. Dziecko z całych sił uczepione mojego ciała i krzyczące „nie chcę, nie zostawiaj mnie!”. Trzymałam się dzielnie, ale zamykając za sobą drzwi, łzy ciekły mi po policzkach. Musiało minąć trochę czasu, zanim mój synek znów poczuł się w nowym miejscu bezpiecznie. Przedszkolny bunt synka powoli ewoluował – poranne awantury zostały zastąpione cichym pochlipywaniem, aż wreszcie Aleks znów zaczął wchodzić do przedszkola z uśmiechem na twarzy. Uff!

W tym trudnym (w naszym przypadku na szczęście krótkim) kryzysowym okresie dowiedziałam się o czymś – co trochę mi pomogło – ta przerażająca rozpacz dziecka, ten jego głośny szloch, niekoniecznie oznaczają traumę przeżyć, a są jedynie dowodem na to, że przedszkolak nie potrafi jeszcze panować nad swoimi uczuciami. Aleks zresztą na pytanie cioć i innych napotykanych osób – czy podoba Ci się w przedszkolu? mówił – „Tak! Tylko płaczę.” „A dlaczego płaczesz?” , Aleks – „Bo chcę do mamy”… No kurcze, w końcu łączy nas coś szczególnego! Ja też za nim bardzo tęsknię. I choć oboje wolelibyśmy żeby było jak dawniej, etap gdy jesteśmy razem w domku skończył się bezpowrotnie…

Na dzień dzisiejszy kryzys przedszkolny jest zażegnany (żebym tylko nie zapeszyła).
A czy Wasze dzieci chodzą do przedszkola? Jakie były początki? Czy odprowadzanie na zajęcia wiązało się z dużym stresem Waszym i Waszych maluszków?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. U nas nie było żadnego kryzysu na szczęście. Zuzia od samego początku lubiła przedszkole, to ja chyba bardziej to przeżywałam. Byłam nawet pewna że problem pojawi się gdy jej wychowawczyni po półtora roku poszła na zwolnienie lekarskie bo spodziewa się dziecka, ale ona to przyjęła super mówiła że ta nowa pani też jest fajna. Czasami tylko marudzi jak jej przyjaciółka jest chora że nie chce iść, albo rano jak jej się nie chce wstać.

  2. My mamy za każdym razem kryzys, gdy Kuba wraca do przedszkola i myślę, że jest związany z faktem, że od początku roku chodził bardzo rzadko, a także dlatego, że co dzień rano zaprowadza się dzieci ze wszystkich grup do jednej sali. Kuba nie lubi zmian, innej sali, dzieci z niej ani Pań, uwielbia za to swoją grupę i swoje ciocie. Mamy w swoich przeżyciach przedszkolnych kilka pierwszych dni i czekają nas następne, ponieważ po 2 tyg. jak zaczął chodzić załapał “coś” przez co kaszlał i smarkał do stycznia bez przerwy (lekarze nie chcieli mu robić badań tylko ładowali antybiotyki raz za razem jak było gorzej), w końcu udało się zrobić mu wymaz z noska i gardła i okazało się, że Kuba załapał pneumokoka, który powodował ropne, bolesne i długie zapalenia zatok. Przez ten cały zaczynał “chodzenie” od nowa. Gdy w lutym okazało się, że miałam racje iż w jego nosie siedzi bakteria, musiałam go zaszczepić na pneumokoki i odczekać znów jakiś czas by mógł wrócić do dzieci. W końcu, gdy poszedł po 4 dniach zwów wrócił z katarem, jednak przeziębienie okazało się lekkie i już miał iść po świtach wielkanocnych bawić się, gdy go obsypało – okazało się, że ospa, która akurat rozpleniła się w przedszkolu. Teraz jest zdrowy, (za to ja mam ospę!), ale do przedszkola nie poszedł, bo musi nabrać trochę odporności, zwłaszcza, że u niego z nią kiepsko, tak więc kolejny pierwszy dzień czeka nas po weekendzie majowym.
    Pewnie zapytacie mnie dlaczego w takim razie go posyłam – skoro po 1. jest ciągle chory po przedszkolu, po 2. tak strasznie przezywa “pierwsze dni”.
    Po 1. siedząc w domku na pewno nie nabierze odporności, po za tym nie on jeden tak choruje i nie ostatni
    po. 2 gdy już się “rozkręci” przedszkole jest dla niego przyjemnością, ma tam kolegów z którymi zdążył się zżyć, ukochaną ciocię po za którą świata nie widzi. Poza tym dostać się w ogóle do przedszkola było trudno i nie wyobrażam sobie przeżywać tego wszystkiego znowu.
    Kuba przez te krótkie okresy, w których chodzi nauczył się o wiele więcej niż w domu (co jest wręcz zadziwiające!) zwłaszcza, jesli chodzi o mowę – gdy szedł mówił w sumie nie wiele, w porównaniu do teraz. Bawi się ładnie z dziećmi, dogaduje się z nimi. Nauczył się w końcu kolorów i kształtów. Jest innym małym człowiekiem.

    A jeżeli chodzi o start to mamy w domu trochę książek o tematyce przedszkolnej np. “Zuzia idzie do przedszkola”, “Jak zachować się w przedszkolu”, “Co każdy przedszkolak…”. Polecam Wam je serdecznie. My przed każdym kryzysowym, pierwszym dniem chętnie wracamy do tych książek. Kuba wtedy sobie przypomina jak to było ostatnim razem i od razu ma lepszy humor na myśl o rozstaniu ze mną.

    1. Na blogu zamieściłam dwie recenzje książeczek dla przyszłego przedszkolaka, które kupiłam Kubie. http://www.wswieciezabawek.blogspot.com/p/ksiazeczki-dla-przyszego-przedszkolaka.html

  3. DZIEWCZYNY A JA MAM PROBLEM… MOŻE ,KTÓRAŚ MI PORADZI CO ZROBIĆ…. PARĘ DNI TEMU OKAZAŁO SIĘ ,ŻE DOSTALIŚMY SIĘ DO PUBLICZNEGO PRZEDSZKOLA… BYŁAM CAŁA W SKOWRONKACH I NADAL Z TEGO TYTUŁU JESTEM…NATOMIAST JEDNA RZECZ NIE SPĘDZA MI SNU Z POWIEK… CHODZI O ZAŁATWIANIE SIĘ DO NOCNIKA ! MÓJ MICHAŁ MA 2,5 ROKU I NIE CHCE SIĘ DO NIEGO ZAŁATWIAĆ !!! :/ SIKU OWSZEM ZROBI ,ALE DOPIERO JAK GO POSADZĘ…. SAM NIE ZAWOŁA A JAK TRZEBA ZROBIĆ “TO DRUGIE” TO NAWET POTRAFI SIĘ WSTRZYMYWAĆ 5 DNI BYLE BY NIE ZROBIĆ DO NOCNIKA… :/ ON CHCE NA STOJĄCO, KAŻDY MA WYJŚĆ Z POKOJU I KONIEC KROPKA… :/ NIE WIEM JUŻ JAK GO ZACHĘCIĆ… WRZESIEŃ PRZYJDZIE LADA MOMENT A JA NIE WIEM CO ZROBIĆ BY MAŁY W KOŃCU SAM SIĘ ZAŁATWIAŁ I NIE DO PIELUCHY :(

    1. Spokojnie, macie jeszcze sporo czasu, pewnie nie jest gotowy.
      Może pokaż mu swoje majtki (wiem, że to głupie, ale ja tak robiłam), pokaż, że dorośli ludzie noszą takie prawdziwe majty, nie siusiają w nie. Rozmowa wiele może zdziałać. Ja tak tłumaczyłam Kubie, pokazywałam, puszczałam bez pieluchy… sprzątałam i sprzątałam, aż pewnego dnia (gdy używaliśmy jeszcze pieluchomajtek – polecam!) sam zawołał, że chce takie majtki jak mama i tata i zakładałam mu. Raz na trochę, potem na co raz dłużej.
      Za zawołanie i zdążenie dostawał nagrodę (wiem, że niektóre mamy mnie potępią, ale była to jedna kosteczka mamby za każde siusiu i kupkę). Nauczył się b. szybko o mambie potem już dawno zapomniał (albo się przejadł ;) ).
      Poleciłabym Ci także zabranie małego do sklepu by sam wybrał sobie “dorosłe” majtki.
      Co do sikania na stojąco – no cóż… mój akurat nie miał z tym problemu, ale może w takim razie pokażesz mu jak siusiać do wc? tak by było bezpiecznie i czysto. Mój zdziwił się, gdy kiedyś podczas spaceru zawołał siku a ja powiedziałam, że ma siusiać na stojąco pod krzaczek. No, ale wcześniej już robił na nocnik.
      Dzieci dużo uczą się od rodziców. Kuba jak był mniejszy łaził za mną nawet do wc, widział jak siedzę i siusiam. Nie raz sadzałam też misie na nocniczek i jak nie patrzył wlewałam wodę i mówiłam, ze miś nasikał i chwaliłam misia, cieszyłam się itd. itp.
      Po za tym mój młody bardzo lubi muzykę, więc sprawdził się u nas nocnik z pozytywką. Jakie było jego zdziwienie, gdy pewnego razu udało mu się wysiusiać i pod pupą mi zagrało!
      Tymi sposobami nauczył się szybko i w swoje 2 urodziny paradował już majtkach.
      Przede wszystkim nic na siłę. U nas w przedszkolu chodzą dzieci w pieluszkach jeszcze, więc spokojnie, nie jesteś sama.

    2. Do września dużo czasu! I będzie coraz cieplej, więc warto wykorzystać lato i radykalnie pożegnać się z pieluchą (czyli w dzień jej w ogóle nie zakładać). Niech Michałek śmiga w samych majtach. I tak jak pisała Ania – niech sobie sam wybierze jakieś fajne. A Ty uzbrój się w cierpliwość i mopa albo szmatę ;)

      U nas był problem z kupką i motywowaliśmy Małego balonami. Jak się udało to jeden balon, na którym rysowałam (albo mąż) mordkę jakiegoś zwierzątka.

      A może zamiast nocnika nakładka na ubikację?

      I jeszcze mogę polecić bajkę ;) http://www.youtube.com/watch?v=ix0IlU5ryuM

      1. Ale fajny ten filmik! My teraz jesteśmy na etapie porzucania nocniczka na zawsze, ale odbywa się to bez większego problemu, bardziej muszę walczyć o to, by młody pamiętał o myciu rączek bo leci do ubikacji, zrobi co trzeba, cieszy się i zwiewa byleby nie dotknąć mydła… :P
        Jeszcze co do nauki załatwiania sie na nocniczek polecam wszelkiego rodzaju książeczki o tej tematyce. Jest nawet taka seria książeczek “Julka poznaje świat” i jest z tej serii książeczka “Kłopotliwa sprawa z Wc”. Po mimo, że to książeczka o dziewczynce to polecam. (Mój Kubuś też ma książeczki z tej serii). http://ksiazkidladziecka.pl/index.php?p251,klopotliwa-sprawa-z-wc-julka-poznaje-swiat

  4. U nas poszło gładko, bo starszy syn chodził wcześniej do żłobka, więc był w jakiś sposób przyzwyczajony do rozłąki z rodzicami na te parę godzin (choć z perspektywy czasu oceniam, że te 8 godzin poza domem to zbyt długo jak na dwulatka). Moim stresem było odpieluchowanie – zaczęliśmy w czerwcu, pozwalając na bieganie bez pieluchy (byłam w domu ze “świeżo urodzonym” braciszkiem) i do końca sierpnia byłam zrezygnowana – myślałam, że nigdy się to nie uda. Jednak myliłam się – syn jakby się “zmobilizował” w przedszkolu – być może przez obserwację, że inne, nieco starsze dzieci też chodzą do toalety. Oczywiście na początku parokrotnie odbierałam zasiusianą pościel, ale to także zdarzało się starszym dzieciom. Teraz mój syn jest rezolutnym małym 3,5 latkiem, który chętnie biegnie do przedszkola, choć czasem – gdy ma gorszy dzień – zaczyna marudzić, że chce zostać w domu z młodszym bratem i opiekunką, ale to marudzenie jest “bez przekonania”. Chyba podoba mu się codzienny poranny rytuał z tatą, który zawozi go do przedszkola (ja odbieram). Pani chwali, że jest otwarty, chętny do wykonywania zadań, lubi przewodzić i jest odważny. Bardzo mnie to cieszy i jestem dumna z mojego przedszkolaka. Na dodatek nie choruje – ma naprawdę dobrą odporność – więc stresy związane z długotrwałymi przerwami w chodzeniu do przedszkola są mi obce… Mam szczęście, więc na wszelki wypadek odpukuję. :-) Pozdrawiam mamy przedszkolaków.

  5. A moja Julka chociaż ma 4 latka do przedszkola nie chodzi. Uroki wsi – do najbliższego przedszkola ponad 6 km, a zapisują tylko dzieci, których oboje rodzice pracują…

    1. Masakra… współczuję, bo mimo wszystko przedszkole to fajna sprawa!

      1. Dokładnie. Ona miała czas, kiedy bardzo ciągnęło ją do dzieci i płakała widząc przedszkole i przedszkolaków… A teraz… Przeszło… I płacze, kiedy mówię, że wkrótce pójdzie do zerówki.

  6. Pingback: Mam(a) przedszkolaka - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  7. Pingback: Pierwszy dzień w przedszkolu - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Premiera książki „Bitwa o gród Sędziwoja”


Smoki i zamki? Nie tym razem! Lasy, grody i łuki domowej roboty. Z największą przyjemnością polecamy Wam książkę „Bitwa o gród Sędziwoja”, która została wydana pod naszym patronatem – Bloga W Roli Mamy! Jest nam bardzo przyjemnie móc choć w drobnej mierze przyczynić się do tego przedsięwzięcia! A zatem już dziś możecie biec do księgarni i chwycić swój egzemplarz.

Czy jest jeszcze miejsce dla prawdziwych „rycerzy” w naszym świecie? Wierzę, że znajdzie się choć skrawek wolnej przestrzeni w naszych sercach i całkiem sporo miejsca na kartach powieści dla dzieci i młodzieży „Bitwa o gród Sędziwoja” – a tę nadzieję zaszczepił we mnie autor Tomasz Kruczekza co serdecznie mu dziękuję!

Książka jest jak miód na serce spragnione czegoś odmiennego od zielonych kosmitów, szarych robotów i plastikowych superbohaterów świata konsumpcji.

Napisana z sercem i dla serca Czytelnika – lecz nie tylko. Autor nie zapomniał o potrzebach młodego umysłu, ale o tym trochę później…

Musze przyznać Wam, że gdy w grę wchodzą tematy historyczne lub „fantastyka” jestem sceptycznym i wymagającym odbiorcą. Po prostu nie są to moje „koniki” więc książka musi być naprawdę wciągająca  i lekka w lekturze, żeby zachęcić i rozkochać w sobie takiego uparciucha jak ja :)

Chapeau bas! Udało się w 100%, nie mogąc się samej sobie nadziwić książkę „wciągnęłam” prawie na przysłowiowe śniadanie! Czyta się bardzo dobrze. Jednak nie kosztem jakości czy wiarygodności. Ta opowieść w pełni oddaje klimat dawnych dziejów. Można powiedzieć, że jest małym i podręcznym wehikułem czasu.

„Na poważnie” lecz dla rozrywki.

Nudy? Nic podobnego, nawet, a raczej przede wszystkim dla dzieci! Aby cała historia była atrakcyjna dla młodych Czytelników, bohaterami tej opowieści są ich rówieśnicy. Towarzyszymy im w ich życiu, na dobre i na złe, we wspaniałej przygodzie. Losy dzieci z różnych “obozów” niespodziewanie spłatają się  ze sobą. Wyruszają we wspólną i nieznaną “drogę” – pełną przygód i dobrej życiowej nauki, a w ich rękach leżą losy zjazdu gnieźnieńskiego…

Autor zaprasza nas do świata z końca X wieku. Archaizmy i „niecodzienne” dla współczesnego śmiertelnika słowa, w pełni oddają nastrój tamtej epoki – nie przeszkadzając jednak w zrozumieniu treści, są swego rodzaju dopełnieniem całości. Jeżeli nie znacie jakiegoś słowa z pomocą przyjdzie zamieszczony na końcu słowniczek.

„Bitwa o gród Sędziwoja” to bardzo wartościowa i unikatowa perełka. Na swoich kartach prezentuje w bardzo przystępny sposób, poniekąd zaniedbane dziś wartości: miłości do ojczyzny, własnej historii, cnoty i męstwa. Być może ta lektura zaszczepi w Waszych dzieciach lub Was samych pasję do dawnych dziejów, naszych dawnych dziejów. Kiedy rycerze mieli damy swego serca, wielcy wojowie nie zawsze mieli błyszczące zbroje – ale były sprawy najwyższej wagi – nawet dla najmłodszych z rodu!

Serdecznie zapraszamy Was do lektury w imieniu autora Tomasza Kruczka, Wydawnictwa Replika oraz całej naszej Redakcji!

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Wydaje się naprawdę ciekawa – może się skuszę… :)

  2. Jeśli tylko skończę czytać wszystkie książki, które zaczęłam pewnie się skuszę, choć to też nie moje klimaty, ale kto wie, może się przekonam :)

  3. Joanna Fizia

    Moje klimaty także to nie są :P ale po takich pochwałach i zachętach – przełamię się i sprawdzę, a nóż widelec polubię..?! :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Modna moda?


W sklepach odzieżowych już coraz rzadziej spotkać można ubranka dla dzieci z króliczkami, misiami i innymi niezidentyfikowanymi zwierzątkami. Choć to rzecz gustu – mnie się one nigdy nie podobały. Zastąpiły je wersje mini „dorosłych” ubrań. Stara wersja ubranek według mnie robiła z dzieci małe pajacyki, a ja staram się żyć w myśli „nie czyń drugiemu, co Tobie nie miłe”. Mam w głowie obrazy z dzieciństwa, gdzie mama ubierała mnie w „śliczne” sukieneczki i inne „modowe perełki”- na samą myśl mam dreszcze, bo byłam typem dziecka na drzewie, a nie z kwiatuszkiem w rączce. Mimo, że choć jest coraz lepiej, to niestety wcale dobrze nie jest. 

Mianowicie, wchodzę do sklepu, szukam ubranek dla córki, z daleka woła mnie „różowy dział”. Widzę śliczną bluzeczkę. Jest w wersji różowej, różowej pastelowej, fioletowej i śliwkowej. Odwieszam. Obok wiszą piękne sukieneczki. Dla odmiany są w kolorystyce ciemnego różu i beżu. Dlaczego producenci na siłę chcą wcisnąć moją córkę w różowe/fioletowe/białe/beżowe ubranka? Gdzie są pomarańcze/błękity/granaty/czerwienie/zielenie/itd?Jak to gdzie? Na dziale dla chłopców! Więc idę kilka kroków dalej, wkładam do koszyka chłopięcą granatową kurtkę bez falbanek, kokardek, wstążeczek i bez RÓŻU!

Ja nie chcę ubierać córki w róż, bo jest dziewczynką i tak mi każą wystawy sklepowe. Ja chcę mieć kolorowe dziecko. 80% szafy mojej Kruszyny to wszelkie odcienie różu i fioletu. Większość ubranek dostała, a ja muszę wybierać się na „polowanie” i wytężać na nim wzrok w poszukiwaniu nie-różu.

Może ktoś zapyta co za różnica w co dziecko jest ubrane, byle czyste było. Owszem, kiedy ubieram dziecko, ma być czyste, ale dlaczego zawsze ma mieć „dziewczęce barwy wojenne”? Cóż to za stereotyp? Dlaczego od dziecka wpajane są „cechy” płci. Dlaczego jak szukam pościeli dla dziewczynki to widzę tylko księżniczki i serduszka? Chłopcy mają żyrafy, samoloty, ciuchcie… Dlaczego Kaczor Donald, Myszka Miki czy Tygrysek jest w dziale dla chłopców, a dziewczynki mają Świnkę Peppe, Myszkę Mini, Kaczkę Daisy i Prosiaczka (oczywiście ich postacie znajdują się na różowym materiale)? Dlaczego większość lalek ma różowe sukienki? Dlaczego nie mają spodenek? Wózki dla lalek też głównie są różowe…

Ja chcę mięć wybór! Sama chcę decydować czy chcę mieć różową księżniczkę czy kolorową i czy w ogóle księżniczkę. Żyjemy w państwie demokratycznym, z „równouprawnieniem”, nie mylmy go z równymi możliwościami fizycznymi! Co jest częstym zarzutem – „jak chcecie równouprawnienia to idźcie do kopalni pracować ramię w ramie z górnikami”, tu chodzi o równe traktowanie – widać jego brak już na poziomie traktowania dzieci – chłopców i dzieci – dziewczynek. Moje dziecko jak będzie miało ochotę, będzie miało koparkę i łóżko w kształcie samochodu. Jeśli będzie chciała wozić misia w ciężarówce a nie w wózku – żaden problem.

Czy Wy też jesteście przeciwne podziałem na płci w dziale z zabawkami i ubrankami? Lub uważacie, że to jest naturalne? I co na to mamy chłopców?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. A mi nie podoba się “udoroślanie” dzieci na siłę i ubieranie w dżinsowe rurki, sandałki na obcasie czy bluzki z dziwacznymi napisami… Nie podoba mi się bardzo…Dziecko powinno być dzieckiem, a nie mini kopią dorosłego ubraną w najnowsze trendy…
    Z drugiej strony jeśli chodzi o wzory i kolorystykę tutaj się zgadzam z Tobą Magdaleno – powinien być większy wybór i mniej wyraźny podział, chociaż powiem Ci, że jak się chce można znaleźć ubranka dla dziewczynki i pomarańczowe, i szare i granatowe… Myślę, że nie jest z tym teraz aż tak źle! wszystko zależy od marki i sklepu.

    1. Kwestią gustu jest fason ubranek, każdy znajdzie coś dla siebie (a raczej dla dziecka). Natomiast z kolorystyką przecież można by poszaleć, choć łatwo nie jest.
      (nie)Magda(lena)

    2. mi się podobają mali-dorośli. O ile nie są wystylizowani do przesady. I chętniej ubieram moją dwulatkę w jeansy niż w różowe dresy, w których nigdy z nią na miasto nie wyjdę…

      1. Dżinsy – ok, ale czasami spotykam takie wystylizowane dzieci, że wyglądają jak nastolatki… I to mnie razi, bo mam wrażenie, że niekiedy mamy próbują sobie coś dodać takim “strojeniem” dzieciaków. Markowe buty, skórzane kurteczki, t-shirty z dziwnymi, czasem nieprzyzwoitymi napisami itd. Często takie ciuszki są totalnie niewygodne dla maluchów, a wybierają je mamy myśląc tylko o tym, czy ich dziecko ładnie wygląda.
        A ja nie mam problemu z różowymi dresami!:) Choć Julka ma i niebieskie, i zielone i czarne. Doceniam dresy, bo widzę, że Julce w nich zwyczajnie wygodnie, natomiast dżinsy są sztywne i zwykle niedopasowane do jej szczuplutkiej figury.

  2. Może takie działy są po to by łatwiej było znaleźć jakąś rzecz – auto czy lalkę, ale zgodzę się, że nie wszystko musi być w takiej samej kolorystyce – różowe lalki, zabawki, różowe klocki… czy z kolei niebieskie. Właściwie idąc do sklepu nie mamy żadnego wyboru.
    Ja mam inny problem – choć dla chłopców wybór kolorów jest zdecydowanie lepszy – ubrań jest bardzo mało! Dla dziewczynki wybór jest – choć nie powiem, nie chciałabym by moja córka chodziła tylko w różu.
    Faktem jest, że “ubraniowe” zakupy to istne łowy… Gdy wchodzę do sklepu z butkami zawsze mam problem. Dla Kuby nigdy nie ma rozmiaru takich bucików, jakie nam się podobają. Powód?
    Za mało modeli, rozmiar wyprzedany! Mogę wybierać czasem w 4, 5 wzorach, albo i mniej, gdzie dla dziewczyn obuwia jest całe mnóstwo! Denerwuje mnie to nie raz… czasem się śmieje i mówię mężowi, że gdyby Kuba był dziewczynką byłoby znacznie prościej.
    Odnośnie “dziewczęcych barw wojennych” – jest to potraktowane dosłownie – np. różowe moro ;)

    Różowe tu, niebieskie tam… Autka dla chłopców, lalki dla dziewczynek. A mój syn miał w swojej szafie nie raz dziewczęce ubranka, jeździ po wsi z wózkiem na zakupy i myszką Miki i Mini jako lalki. Karmi je, ubiera. W domu ma kasę i “sklepik” choć to zajęcie dla dziewczynki. Gdy jesteśmy w sali zabaw zawsze chętnie bawi się w “gotowanie” przy dziecięcej maszynce. Nie uważam go przez to za mniej męskiego.
    To jest stereotypowe myślenie, którego nie da się uniknąć bo otacza nas dosłownie wszędzie.

    1. Co do bucików to się zgadzam. Zawsze dla dziewczynek x półek załadowanych od góry do dołu a dział chłopięcy raptem kilka modeli….

      Ubranka to samo. dział dziewczęcy pęka w szwach a u chłopców kilka bluz, bluzeczek czy spodni jakieś koszule i koniec.

    2. Przyznam szczerze, że nie przyglądałam się bucikom :)
      Ale jeśli chodzi o ubranka, to zawsze coś dla chłopca wpadnie mi w oko :) więc chyba tak już jest, że mamy dzieci danej płci widzą lepszą ofertę dla dzieci płci przeciwnej :)
      chyba najlepiej byłoby jakby wypowiedziała się mama pary, jako reprezentantka obu stron :)

      1. Gdy miałam tylko córeczkę, wydawało mi się, że dla niej właśnie większość rzeczy jest różowa i że wybór jest tylko dla chłopców. Gdy urodził mi się synek to… stwierdziłam, że wybór jest podobny dla obu płci. Wszystko zależy od tego gdzie i czego akurat szukamy! Przy czym chyba łatwiej znajdę dla córeczki elegancki płaszczyk zakładany np. do kościoła niż elegancką kurtkę dla synka…

      2. Tak jak piszesz: dużo zależy od sklepu, firmy. Na szczęście dzisiaj wybór jest naprawdę ogromny i myślę, że w sumie dla chcącego nie ma nic trudnego – każdy znajdzie coś, co mu się spodoba.

  3. w 100% nie zgadzam sie z tym artykulem przeciez hit wiosna lato to styl marynarski wszedzie pelno granatow i czerwieni dla dziewczynek co do kupowania chlopiecych ubranek dla dziewczynki dla mnie porazka jak widze jak idzie dziewczynka w brazowych sztruksach i czarnej bluzie to zal mi takiego dziecka niech dziewczynka bedzie dziewczynka nie musi byc ubrana od stup do glow na rozowo ale nie pozbawiajmy jej spudniczek kokardek czy falbanek jak dorosnie sama zdecyduje czy woli jeansy i podkoszulek czy spudniczke i dziewczeca bluzeczke ale poki malutka niech sobie bedzie dziewczynka dlaczego nie mozemy zastapic chlopiecych spodni dziewczecymi leginsami podkoszulka bluzeczka czy tuniczka jezeli sie chce mozna pieknie ubrac dziewczynke troszke wyobrazni i troszke czasu zey poszukac po sklepach czy internecie ja szukajac kurtek wiosennych spotkalam wiele granatowych zielonych czerwonych i uwaga dziewczecych!!!! my kobiety tez ubieramy sie w kobiece ubrania wiec nie robmy z dziewczynki chlopca a z chlopca dziewczynki co nie oznacza ze raz od czasu dziewczynka nie moze pobawic sie samochodami (Amelka uwielbia autka) czy chlopczyk lalkami nie popadajmy w paranoje

    1. W ciągu (niedługiego) życia mojej córki dopiero teraz zmieniła się tendencja kolorystyczna, przez cały okres jej życia (i długo długo przed) dominowały róże. A naprawdę fajne ubranka pewnych znanych marek dla większości społeczeństwa nie są dostępne ze względu na cenę, a głównie one wypuściły na rynek marynarski styl- to po pierwsze, po drugie- nie każdy ma czas na buszowanie po sieci czy bieganiu po sklepach w poszukiwaniu ubrań dla dzieci, często bywa tak, że wchodzi się do sklepu i kupuje to co jest.

      A ogólnie, między wierszami artykuł dotyczy stereotypów i szufladkowania.
      Ps. Dawniej róż był kolorem chłopięcym.

      1. Moja córka ma sporo ubran chopiecych o ile chłopiece mogą być koszulki, koszule w kratkę, jeansy czy bluzy. Dla nnie to po prostu unisex. Spodniczki dla dziecka które nie chodzi sa niepraktyczne,więc unikam.
        Polecam buszowanie po lumpeksach. Nożna wygrzebac perełki i nikt nie powie ze jest z działu dla chłopców ;)

  4. Ja niestety mam ogromny problem z zakupami ubrań dla Mateuszka:( jest bardzo ubogi wybór, gdzie nie wejdę przeważnie wychodzę z pustymi rękoma. Jak coś już wpadnie w oko okazuje się że nie ma rozmiaru. Przeważnie w sklepach jest taki podział chłopcy- niebieski, dziewczynki-róż. Jak bym miała córkę, nie chciałam bym “różowego cukierka”. Zgadzam się z Sylwią dla dziewczynek ogromny wybór butów, a dla chłopców jakieś “ochłapy”. Ja Mateuszowi kupiłam bym wszystko nie przeszkadza mi wózek dla lalek u chłopca, czy sprzęt typu młotek, klucz itp.u dziewczynki. Niestety tylko mnie, bo mój mąż nie jest taki tolerancyjny niestety :( Przecież dziecko zawsze ma mamę i tatę, więc czemu tylko dziewczynki mogą być mami lalek, a chłopcy tatusiem już nie ? Eh…

  5. nie trzeba biegac po sklepach zeby ubrac fajnie i modnie dziecko nie trzeba tez wydawac fortuny marynarski styl jest w 5.10.15 przykladowo mozna zrobic zakupy przez internet bylo duzo promocji smyk to samo sklepy internetowe a co do znanych marek niektóre maja super promocje wystarczy odrobina checi no chyba ze komus nie zalezy bo jak widze jak idzie mamusia odpicowana (ma czas pobiegac po sklepach i kupic sobie cos fajnego ) prowadzi ze soba dziecko ubrane w “byle czym” to juz chyb nie wina braku czasu czy pieniedzy ale oczywiscie sa rozne sytuacje dlatego nie szufladkuje wszystkich niestety taki obrazk spotyka sie coraz czesciej

  6. jeszcze jednego nie rozumie w takim razie czego oczekujecie rozowych ubranek dla chlopca a niebieskich dla dziewczynek mysle ze o takie teraz tez nie trudno widzialam wiele rozowych podkoszulek chlopiecych i wiele niebieskich dla dziewczynki nie rozumie o co caly szum moze chlopcy powinni zaczac chodzic w sukienkach byloby takie “równouprawnienie” u dzieci bez przesady !!!

  7. a czy wasi mężczyźni ogladaja seriale i ubieraja się w bluzeczki z falbankami podejrzewam ze nie !!! tak juz sie utarlo sa rzeczy dla kobiet i dla mezczyzn sa tez dla dziewczynek i chlopcow!!!

  8. Agata, mam wrażenie, że nie zrozumiałaś intencji artykułu.
    Nie chodzi o ubieranie dziewczynek w chłopięce ubranka i odwrotnie, chodzi o zaszufladkowanie nawet dzieci, te wszystkie stereotypy na temat “cukierkowych dziewczynek” i “rozbójników chłopców”, powodują, że już od dziecka są one “karmione” podziałami, że to jest dla chłopców a tamto dla dziewczynek, co przedkłada się na dorosłe życie.

  9. Wiec może wytłumacz mi jak mozna nie dzielić chłopców i dziewczynek?? co zrobić by podziały zniknęły? bo nie od dzis chlopcy bawią się lalkami a dziewczynki samochodami przy zabawkach nie widze tego stereotypu oczywiscie kupujac prezenty dla dziewczynki lalka dla chlopca samochod ale dorosly mezczyzna tez wolalby dostac lakier samochodowy niz ten do paznokci tak juz jest mamy podział na płeć męską i żeńska gdyby one nie rozmily sie niczym ( nie mowie tu o budowie anatomicznej) jaki mialoby to sens??

    1. Chodzi o to, że dziewczynka nie musi mieć różowej sukienki, by być dziewczynką, kobieta może chodzić w spodniach by być kobiecą, mężczyzna może prowadzić dom i dalej jest mężczyzną- to jest to “łamanie” stereotypów. ja jako rodzic chciałabym mieć wybór w co ubieram dziecko, jakie kolory mają dominowac w jego szafie.

  10. moze ja rzeczywiscie nie rozumie intencji tego artykulu narzekacie ze dla diewczynek roz dla chlopcow niebieski chcielibyscie by nagle w sklepach pojawil sie multum ciuszkow chlopiecych rozowych a dla dziewczynek niebieskie? moim zdaniem tak juz jest na swiecie cos pasuje dziewczynce cos chlopczykowi wedlug mnie to naturalne tak juz jest i koniec wiec po co narzekac gdyby te podzialy nie istnialy faceci w szpilkach wygladali by dosc zabawnie a podejrzewam ze od dziecka wpajane mieli to dla dziewczynek !!!

    1. Paleta barw nie ogranicza się tylko do niebieskiego i różowego, wiec producenci mogli by z tego korzystać :)

  11. ja mysle ze korzystaja moja coreczka ma bardzo kolorowa szafe ma ubranka zolte zielone szare czerwone granatowe biale czarne a i rozu duzo bo sama uwielbiam roz poprostu nie ma co isc na latwizne jesli wymagamy od innych wymagajmy sami od siebie :)

  12. ja ubieram synka w jasne kolory…. strasznie lubię go w bieli… i gdybym miała córeczkę też bym ją ubierała w takich jasnych kolorach.. w białym, w ogóle w jasnych ubrankach dziecko wygląda jak aniołek ;) my od małego mamy praktycznie same białe bodziaki bez żadnych dodatków.
    z resztą nie wiem w jakich sklepach kupuje autorka teksu, ale ja mimo ,że nie zaopatruję się w ubranka dziewczęcych to chodząc po sklepach zwracam uwagę na wszystkie malutkie “cudeńka
    i mimo ,że rzeczywiście jest dużo akcentów różowego koloru w działach dziewczęcych to naprawdę jest i również dużo innych ubranek we wszystkich kolorach tęczy do wyboru do koloru :)
    mój ulubiony sklep to H&M — NIESTETY NIE MOGĘ CZĘSTO TAM CHODZIĆ bo jak mam tylko przy sobie gotówkę to jestem w stanie wszystko wydać na jakieś cudowne odzienie dla mojego maluszka ;)

  13. Pamiętam, że jeszcze gdy byłam w ciąży, mój mąż powiedział “moja córka nie będzie chodziła ubrana na różowo”. Na co ja odparłam “a moja będzie” ;). Zresztą i tak dzieci raczej ubieta matka. Sęk w tym, że chyba 90% ubranek, które dostaliśmy były właśnie w tym kolorze – róż!!! Lubię różowe akcenty, ale bez przesady. Rażą mnie dziewczynki w różowej czapeczce, różowej chustce na szyi, różowej kurteczce, różowej spódniczce, rajstopkach i bucikach – też różowych. Wg mnie to dopiero jest robienie z dziecka clowna!
    Jak już coś Karolci kupuję, staram się, by nie było to różowe. W jej szafie dominują więc niebieskie jeansy, różnokolorowe dresy do chodzenia po domu i na dwór, białe, zielone i fioletowe bluzki, a do tego przeważnie brązowe spódniczki. Rajstopki w kolorach różnych – ale raczej białe z kolorowymi aplikacjami. Chcę, by wyglądała normalnie. I nie chciałabym, by oglądając za 20 lat swoje zdjęcia skomentowało – jak ty mnie, mamo, ubierałaś? A jeśli taki komentarz się pojawi, to może będzie dotyczył panującej mody na pewne kroje ubrań, a nie kolorystyki.
    Synka ubieram też w różne kolory, przy czym tu jest łatwiej. Dla chłopaka kupi się ubranka w praktycznie każdym kolorze poza różem. I też chciałabym, by zawsze wyglądał na normalnego dzieciaka – bez cudowania, bez przesadzania. Ze słodkimi uszkami skończyłam jak miał chyba 4 miesiące. Teraz ma prawie rok i jest moim małym mężczyzną – jak mężczyzna ubieranym.

  14. ale po co takie artykuly, ubieraj dziewczyno dziecko jak chcesz i tyle

    1. Dunia a ty wiesz co to jest i po co – blog????

      Autorka tekstu przelała na wirtualną kartkę papieru swoje myśli, odczucia,….a ty (prawdopodobnie nie rozumiejąc) wzięłaś podarłaś ją i wyrzuciłaś do kosza na śmieci..!!

      Zażenowałaś mnie.. ;/

  15. Czytając Twój text (nie)Magda(leno) trochę się uśmiałam a to dlatego, że ja też często się tak złoszczę i buntuję na dziecięce ubranka :P z tą małą różnicą, że ja mam chłopca i irytuje mnie nie róż, a niebieski (i jego odcienie) :P ;)

    Siebie samą uważam za barwną postać toteż uwielbiam kolory! :) RÓŻNE! I WYRAZISTE! :) I moje dziecko też lubię oglądać w kolorach :)

    Moim ulubionym kolorem jest czerwony i uważam że jest to kolor uniwersalny, zarówno dla dziewczynek jak i dla chłopców. Niestety jednak chyba większości czerwień kojarzy się z płcią piękną..nie raz nie dwa spotkałam się z dziwnymi (!!) uśmieszkami i spojrzeniami kiedy mój syn miał na sobie czerwony t-shirt czy spodenki! A raz nawet (w przychodni) słyszałam jak jakieś dwie babeczki rozmawiały ze sobą “…to chyba dziewczynka bo ma czerwoną czapkę..” !!! Wrrrr

    A co do kroju ubranek, uważam że dzieci są już na tyle, same w sobie “dziecinne” że nie trzeba ich dodatkowo “udziecinniać” ubrankami z misiami czy lalkami.
    Sama preferuję (w przypadku mojego syna) raczej chłopięcy styl niż niemowlęcy ;)
    Oczywiście wszystko z głową i umiarem!! Nie staram się na siłę zrobić z mojego syna mężczyzny! Tak samo nie zrobiłabym z córki (gdybym ją miała :P ) “starej maleńkiej” – jak to mówię. Na obcasy (bo o nich jedna z Pań tutaj pisała) – przyjdzie czas! ;)

  16. ja nie jestem za podziałem na płeć jeśli chodzi o ubrania i zabawki, niestety producenci taki podział preferują. całe szczęście prawie wszystkie ubrania moje dzieci mają przywożone z Anglii gdzie za niewielkie pieniądze mozna poszalec co nie jest nam dane w Polsce, wybór ogromny w kolorystyce wzorach .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Kultura wobec dzieci


Moje dziecko nie jest bardzo uciążliwe, no ale jest dzieckiem, czasem coś się nie spodoba i “zamiauczy”, rzadko bo rzadko, ale zdarza się. Wczoraj na przykład weszłyśmy do sklepu gdzie były jakieś przedpotopowe wózki sklepowe, bez siedzenia dla dziecka. Pierwszy raz się z takimi spotkałam szczerze mówiąc. Dziecko mówi, że chce na wózek, ja tłumaczę że nie można, bo “zobacz nie ma siedzenia”, dziecko nawet rozumie bo rzeczywiście nie ma dziur na nogi, na to odzywa się kasjerka: „U NAS SIĘ DZIECI DO WÓZKÓW NIE WKŁADA!!!”

No jak bym bez dziecka była, to by się kobieta ze szpar w podłodze nie wygrzebała, ale nie chciałam dziecku pokazywać, że wgniatanie w szpary od podłogi jest najlepszym sposobem na radzenie sobie w takich sytuacjach. Poprzestałam na pogardliwym: „Niech się pani nie boi nie wkładam”, wzruszyłam ramionami i poszłam. Pewnie dlatego musiałyśmy potem stać w kolejce do kasy i nikt mnie nie zapytał czy płacę kartą czy gotówką, bo jak gotówką to mogę przejść do innej kasy, a inne osoby z kolejki pytano. Akurat płaciłam kartą, ale nie w tym rzecz. Faktem jest, że nikt nie zapytał. Dziecko było zmęczone więc przymiauczało, że chce do domku, ja poprzestałam na rzuconej w przestrzeń uwadze, że wraz z peerelem skończyło się obligatoryjne przepuszczanie matek z dziećmi, a sklep trafił na listę sklepów nie do odwiedzania. Na bank już tam nie wrócimy.

Tak, tak pamiętam peerel, mówiłam Wam kiedyś. W oczach mam sceny, gdy matka wchodziła z dzieckiem do sklepu brała na ręce i podchodziła bez kolejki, a wtedy naprawdę były kolejki! I nikt nie miauknął, chociaż w praktyce oznaczało to, że dla kogoś stojącego w kolejce czegoś zabraknie. Bo matka z dzieckiem to matka z dzieckiem. Było minęło.

Niedawno w markecie sieciowym dowiedziałam się, że kasa uprzywilejowana jest do pięciu artykułów i to dotyczy też kobiet w ciąży i z dziećmi, jak się ma więcej to się stoi do normalnej kasy i w ogóle to pani za ladą troje dzieci urodziła więc wie lepiej, w kolejkach stała i nie umarła, a teraz to się matkom w głowie przewraca, a jak mi się coś nie podoba to mogę sobie z kierownikiem porozmawiać. Powiedziałam, że owszem mogę niech go poprosi. Kierownika nie poprosiła. Widocznie zdawała sobie sprawę z tego, że to ona oberwie, bo sklepy sieciowe o pracowników nie dbają. Może i bym próbowała ją zrozumieć, chociaż tłumaczenie, że przerzucać na stojąco nie będzie, bo ciężkie-  jakoś mnie nie przekonało, w końcu to kasa, ale cała afera była na temat: sześć artykułów nie pięć. Nawet pożałowałam, że tego kierownika nie wezwała.

W innym sklepie sprzedawczyni łaziła sobie z chusteczką po sklepie, a na pytanie “czy to alergia?” – odpowiedziała, że raczej wirus. Na moją prośbę, żeby się do nas nie zbliżała (generalnie była kasjerką z sąsiedniej kasy, więc nie musiała wędrować po sklepie) odpowiedziała, że wirusów i tak nie uniknę. Nosz kurza twarz!!! Jak można być chorym i podchodzić do małego dziecka??? Duśka już nie noworodek, ale chora trzylatka to też nie rozrywka w domu.

Bandę gimnazjalistów na chodniku rozgoniłam dla zasady. Żeby ich ominąć musiałabym z dzieckiem na ulicę zejść, a po moim trupie! A jacy zdziwieni byli!!! Przecież to naturalne, że trzeba gdzieś stać i kląć, chodnik dobry jak każde inne miejsce, a że się cały zajmuje, no trudno, dużo ich było. Widzieli, że idziemy, owszem, ale się nie ruszyli, bo po co. Przepraszać i prosić o drogę nie zamierzałam, uważam to za ich zakichany obowiązek ruszyć nóżkami jak ktoś idzie.

Kolejna przeszkoda chodnikowa to pies bez smyczy. Nie musi być duży, nie musi być groźny, może być mniejszy od kota, jest psem i to wystarcza – Duśka się boi. Nie wiem dlaczego, nie walczę z tym, widocznie taki etap. Pies podchodzi, dziecko krzyczy i próbuje uciekać, szarpie się, ja trzymam mocno za rękę, bo obok ulica. Tłumaczenia ludzi skierowane do mnie, że nie ma czego się bać, podnoszą mi ciśnienie. Z zaciśniętymi zębami odpowiadam: „proszę to dziecku wytłumaczyć, ale tak, żeby uwierzyło”. Na hasło: „pies nie gryzie” odpowiadam: „do pierwszego razu”. Ciągle powstrzymuję się przed zrobieniem awantury, nie chcę uczyć dziecka takich zachowań, jednak coraz częściej zastanawiam się czy słusznie.

Stoimy na przejściu dla pieszych, czekamy na cud czyli pustą ulicę, nie zatrzyma się nikt bo po co. No dobra, czasem się zdarza, ale rzadko. Do tego się przyzwyczaiłam, nie oczekuję tego, nawet nie zawsze korzystam jak ktoś się zatrzyma, bo często się niestety zdarza, że z lewej strony ktoś się zatrzyma, a z prawej dmuchnie nam przed nosem (przecież zdąży). Ale do szału najwyższego gatunku doprowadza mnie sytuacja, gdy skrzyżowanie jest nieprzejezdne przez światła albo samochody jadące poprzeczną, więc teoretycznie możemy przejść ale nie, bo jakiś baran na pasach stanął i żeby przejść trzeba lawirować między samochodami.

Rodzice uczyli mnie, że nie jestem sama jedna na świecie i trzeba się z ludźmi liczyć. No to się liczę. Ale coraz częściej mam wrażenie, że ludzie nie liczą się ze mną. Dlatego ja Duśkę uczę, że szacunek ma działać w dwie strony, my liczymy się z ludźmi ale i ludzie z nami. Dlatego rozganiam gimnazjalistów, bo ich zasmarkanym obowiązkiem jest ustąpić, ale każę dziecku się odsunąć na bok jak idzie matka z wózkiem albo starsza osoba o lasce czy kulach. Bo wtedy to nam jest łatwiej się odsunąć niż tej drugiej osobie. Mała jest, ale tłumaczę jej takie rzeczy już teraz z nadzieją, że wejdzie w geny i nie będzie się kiedyś zastanawiała dlaczego ma się zachować tak, a nie inaczej. Liczę na to, że to będzie oczywiste.

To wszystko o czym napisałam nazywa się kultura osobista, a raczej jej braki, możecie mnie oświecić kiedy kultura wyszła z mody?

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. “To wszystko o czym napisałam nazywa się kultura osobista, a raczej jej braki, możecie mnie oświecić kiedy kultura wyszła z mody?” – też się nad tym zastanawiam! I czasami mam nieskromne wrażenie, że jeszcze tylko ja “używam” kultury osobistej.

    Mój Misiek jest młodszy od Duśki o całe 2 lata więc rozumie zdecydowanie mniej, jednak mimo to już teraz pewnymi dobrymi zachowaniami staram się go zarazić, ale przy tym strasznie wkurza mnie to, że my rodzice uczymy swoje dzieci, np. żeby ustąpiło miejsca starszej osobie a później to dziecko obserwuje, że nikt inny, poza nim tego nie robi ! I teraz bądź tu mądry pisz wiersze!!

    I wkurza mnie jeszcze to, że w dzisiejszych czasach tak bardzo ignoruje się matki z dziećmi!! Kiedy wjadę do marketu swoim – “dzieciowym” wózkiem ochroniarze i kasjerki patrzą na mnie jak na złodziejkę kiedy wkładam zakupy do wózkowego koszyka! A przepraszam – gdzie mam je włożyć, na głowę czy może w zęby?!?!
    W kolejce grzecznie stoję mimo że mam rapte kilka sztuk produktów, wokół ludzie obładowani – udają że mnie nie widzą. Dziecko się niecierpliwi – udają że nie słyszą.

    A ostatnio w sklepie CCC uśmiechnięta pani łaskawie mnie poinformowała, że z wózkami nie wolno i że jak chcę to mam go postawić przy drzwiach ;/ tak mnie wkurzyła p****a jedna że wyszłam stamtąd aż się za mną kurzyło! I jak bym mogła to bym jej drzwiami trzasnęła, ale niestety nie było :P

  2. Zgadzam się i z tekstem i komentarzem. Czasem wydaje mi się, ze “wymagam” od innych czegoś nad ich siły! Co do młodzieży – już gdzieś opisałam sytuację z autobusu, gdzie gromada młodzieży (bo dzieci to podobno niepolitycznie) stała przy naklejce z matką i wózkiem. Ani myślała przejść na tył (PUSTEGO) autobusu. Przecież wielką krzywdę wyrządziłam prosząc o przesunięcie się, bo chcę wsiąść z wózkiem.
    A w sklepach… rónwnież czuję sie jak złodziejka- ochroniarz prawie włazi mi na plecy, kasjerka mało nie wypada z za lady, prześwietlając mój wózek niczym rentgen (ale pan z małą torbą podróżną, którą przeznaczył na zakupy może do woli przechadzać się po sklepie!).
    A mijanie się w drzwiach?! Przecież pewien Ktoś musi wejść/wyjść przede mną (mimo, ze ja już stoję w tych drzwiach), gdzie tu mowa o przytrzymaniu drzwi! Dużo by tu przytaczać…

    1. Ojjj ja kiedyś prawie dostałam takimi drzwiami wejściowymi do CH! W zasadzie nawet nie ja, a wózek w którym siedział Jasiek!! A to dlatego że osoba która wchodziła przede mną tak się spieszyła na zakupy, że nie mogła chwilę zaczekać! Tak mi drzwi trzasnęły przed nosem, że aż podskoczyłam. Później się z nimi siłowałam bo one cholernie ciężkie – jedną ręką próbowałam otworzyć i przytrzymać sobie drzwi, a drugą próbowałam wepchać 15kg wózek z 10kg dzieckiem w środku! Na szczęście pewien starszy pan, który siedział nieopodal na ławce okazał trochę empatii i mi pomógł!

      1. Przyznaję, że paradoksalnie mężczyźni mają więcej empatii niż kobiety.

      2. Święta prawda! W zeszłym roku byliśmy pociągiem nad morzem. Jula zasnęła w drodze do domu, więc położyliśmy ją na dwóch miejscach. Wsiadła sobie starsza pani z na oko 20-letnią towarzyszką i zdobywszy miejsce dla siebie poprzez zdjęcie torby z siedzenia obok mojego też śpiącego męża (co jeszcze można zrozumieć, choć kultura wymaga raczej zasugerować zdjęcie tej torby właścicielowi) zaczęła walczyć o miejsce dla dziewczyny nakazując mężowi zwolnienie jednego miejsca, na którym spała Julka “bo chyba pan za dwa nie płacił!”. Oczywiście ruszyłam do akcji, ale i tak skończyło się na tym, że przycupnęłam w Julki nogach, bo faktycznie za dwa miejsca przecież nie płaciłam… Liczyłam jedynie na zrozumienie, że dziecko 3-letnie zmożone morzem i w ogóle zasnęło jak kamień i nie dam rady zwinąć go w kłębek na jednym fotelu tudzież własnych kolanach… Tymczasem dwie damy wysiadły kilka stacji dalej… A ja następnym razem jak Boga kocham wykupię jedno miejsce więcej!

    2. Młodzież uczy się od dorosłych… Taka jest prawda… Dlatego takie zachowanie świadczy o ich rodzicach i innych dorosłych z otoczenia, którzy – jak wynika z tekstu i komentarzy niniejszych – też takim “pięknym” przykładem świecą…

  3. Eh… A już myślałam że ja i Mateusz to tacy “sklepowi złodzieje” :( nie wiem co ludzi tak dziwi matka robiąca zakupy z dzieckiem, które siedzi w wózku :( Czasem mam wrażenie że mojego Syna oskarżają o kradzież gapiąc się na wózek od kółek aż po rączkę. O przejściu na pasach przy ruchliwej drodze bez sygnalizacji świetlnej już nie wspomnę :/ czasem to i 15 minut czekam aż jezdnia będzie pusta (co nie zwykle rzadko się zdarza) albo ktoś łaskawie się zatrzyma, nie wiem dokąd ludzkości tak pędzi, że nie mają czasu na parę sekund się zatrzymać. A sklepy to wielka porażka jestem cała chora gdy z Matim chcę jechać coś kupić :( markety jeszcze ok. choć przy kasach nie jest wesoło :( zawsze mało kupuje bo i zabrać się za bardzo nie mam jak. Ale ludzie przede mną kosze wypełnione po same brzegi, patrzą oczywiście w inną stronę. A mój Żuczek jak to chłopiec nie cierpi bezczynnie stać, wiec zaczyna głośno i wyraźnie wyrażać swoją opinię. Na co ludzie patrzą bardzo nie wyrozumiale wręcz agresywnie, oczywiście są kasy dla ciężarnych i matek z dziećmi ale nikogo to nie obchodzi :( żadna kasjerka nie zwróciła uwagi na ten fakt, a ludzie to chyba analfabeci skoro czytać nie potrafią. Małe sklepy czy butiki nie są przygotowane na klientki z wózkami są za ciasne i niestety muszę kończyć szybkim wyjściem. Bardzo mi przykro że na mnie jako matkę z małym dzieckiem jeżdżącym jeszcze w wózku, czeka tyle nie miłych niespodzianek i tyle nie wyrozumiałości ludzkiej i przykrości. Przecież każdy z nas był kiedyś maluszkiem :( Pozdrawiam

  4. Bliski mi temat :) nie zdołam opisać wszystkich sytuacji jakie mi się przydarzyły – choć chciałabym :P co do gimnazjalistów – są prawie jak plaga egipska – wystając na nieswoich klatkach schodowych tudzież piwnicach i paląc papierochy, pijąc alkohol, zachowując się głośno i często coś psując – bardzo łatwo wywołują negatywne emocje w mieszkańcach. Jednak nie wiem czy tak jakoś mają ci “nasi” młodzi, ale jak np. wychodzę z dzieckiem na rękach czy w wózku – zawsze otwierają mi drzwi i to samo jak wracam. Na chodniku się rozchodzą i przestają przeklinać czy pokrzykiwać jak jesteśmy blisko, ganiąc siebie nawzajem tekstem w stylu: “cicho bądź, bo dziecko śpi” :) w sklepach raczej nie ma większych problemów – bo do tych w których spotkało nas coś nieprzyjemnego już nie chodzimy (paradoksalnie – najgorszy sklep to ten z akcesoriami dla dzieci…:/ ). Ostatnio najbardziej denerwują mnie babcie z dziećmi, które wszystko wiedzą lepiej! W piaskownicy wyzywają dzieci, którymi się opiekują a potem ględzą z jakąś sąsiadką o “du.ie Maryni” a dziecko biega samopas (po czym dostaje na tyłek, bo ucieka! )…Zmywamy się z takich miejsc bardzo szybko…i boję się trochę ostatnio czy moje dziecko będzie równie aspołeczne jak mama…Postaram się jednak nauczyć go kultury i empatii :)

  5. Pod wszystkim co napisałyście mogę podpisać się rękoma i nogami :P więc nie będę powielać. Jakiś czas temu musiałam podjechać z synkiem do centrum miasta. W związku z czym by było mi wygodniej poczekałam na autobus niskopodłogowy, niestety chyba tylko z nazwy. Kierowca nie obniżył poziomu wiec ciężko było mi wnieść 15 kg wózek i 10 kg bobasa. W drzwiach grono młodzieży, ale nikt się nie kwapi. Ku mojemu zaskoczeniu z autobusu wyszedł starszy Pan i mi pomógł. Byłam zszokowana, że taki staruszek chce dźwigać wózek a dorodni młodzieńcy stoją i udają że nie widzą. Nie wiem jak u Was, ale u mnie w mieści autobusy są tak zbudowane że z wózkiem wejdę tylko środkowymi drzwiami (zawsze zapchanymi) by później nim swobodnie manewrować w autobusie i ustać w wyznaczonym dla wózków miejscu. Jeśli wejdę bocznymi nie przejadę w wąskim korytarzyku pomiędzy siedzeniami a co z tym idzie każdy kto wejdzie za mną niestety nie przejdzie dalej :/ i powstaje korek.

    A wkurzają mnie jeszcze markety które mają obrotowe przejścia a nie magnetyczne bramki. Musze wtedy sama przechodzić a dziecko w wózku przeprowadzać pod przejazdem dla wózków zakupowych, które zawsze ma jeszcze takie plastikowe klapki. Przeprowadzam na raz wózek uważając by synek nie oberwał klapką a ja nie zacięła w tej obrotowej bramce.

  6. Ja muszę przyznać, że rzadko spotykam nieuprzejmych ludzi i wtedy potrafię być bardzo niemiła. Ale generalnie wolę zwracać się do ludzi z uśmiechem i prośbą o przepuszczenie , przytrzymanie drzwi, przeniesienie wózka itp.niż z pogardą w oczach z tonem roszczeniowym. Często ludzie po prostu “nie pomyślą” i nie robią nam – matkom z wózkiem, z dzieckiem, w ciąży – specjalnie na złość.
    Do szału natomiast doprowadzają mnie samochody zaparkowane na chodnikach w ten sposób, że trzeba wózkiem zjechać na jezdnie, chociaż wiem, że to też wynika z roztargnienia bądź nieznajomości tematu – wielu tatusiów kierowców zaczęło na to zwracać uwagę dopiero gdy zza kółka przenieśli się na wózek ;)

  7. Ja jakoś na szczęście nie mam takich przykrych doświadczeń. Ludzie są raczej mili, raczej ustępują mi z drogi jak idę z dziećmi, uśmiechają się do maluchów i raczej jest przyjaźnie. Ale to moze być też kwestia tego, że mieszkam w raczej małym mieście i może tu jest inna mentalność?

    Tylko gimnazjaliści wszędzie tacy sami i krew się we mnie zbiera gdy idę z dzieciakami na spacer, by pooddychać świeżym powietrzem i dobrze się bawić, a idzie jakaś banda i tylko słyszę h*** i k***. Na szczęście dzieciaki jeszcze tego nie podłapały… do czasu…

  8. Proszę nazwę sklepu by omijać z daleka :)

  9. Ze sklepem problemów nie ma. Ba nawet czasem mnie przepuszczają w kolejce,ale z prostego powodu- moje dziecko jest w chuście ;) z tego samego powodu nie mam problemu z autobusem- może raz zdarzyło mi się stać. Ale fakt. Ludzie są nieogarnieci. Młodzież siedzi i nie myśli o ustąpieniu miejsca starszym czy kobietom w ciąży. Miejsca ustępują starsze osoby. Czasem mi wstyd za.nich. A kobiety są bezczelne. “ja w ciąży stalam”… To róbmy to samo,żeby nic się nie zmieniło…

    1. Tylko każda ciąża jest inna. Każda kobieta inaczej ją znosi. Fakt ciąża to nie choroba a dar, ale jakoś trzeba funkcjonować, chodzić do pracy, robić zakupy itp. więc czasem odrobina empatii otoczenia się przydaje.

  10. Oj, kto tego nie zna! kasy pierwszeństwa dla ciężarnych??? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Ani w pierwszej ani w obecnej ciąży tego w każdym razie nie doświadczyłam! A o przepuszczeniu w kolejce ot, tak, z dobrej woli, można jedynie pomarzyć – jakby tego mięsa faktycznie miało zaraz zabraknąć niczym w PRL-u! Co więcej, kilka razy spotkałam się z sytuacją odwrotną – to przede mnie i mój brzuch się bez krępacji wpychano albo proszącym tonem wymagano na mnie przepuszczenie: “bo ja tylko po papieroski!”… No maskara!
    Z kolei moja córka najczęściej jest za głośna w sklepie, a nie raz nawet ekspedientki sobie komentują, co to ona do wózka znosi i czy w domu też tak dużo mówi… Na początku też nie komentowałam, ale zaczęłam, bo ileż można tego słuchać? Teraz na takie kometarze radzę sklepowej wywiesić na drzwiach kartkę: “Zakaz wprowadzania psów i dzieci”…

  11. Pingback: Jesteś tylko matką! - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku