Kilka prostych słów…


Wszystkim mówi dzień dobry. Gdziekolwiek wejdzie – do sklepu, szkoły, przychodni, cukierni… – wszędzie głośno od progu woła „dzień bobli!” Idziemy na spacer, mijamy obcych nam ludzi, oni nie zwracają na nas uwagi, Ona się z nimi wita. 

Pola ma dopiero dwa lata (dwa i pół w zasadzie), jest więc małym, niewiele jeszcze wiedzącym i rozumiejącym dzieckiem, a doskonale już zna, takie magiczne słowa w naszym języku, których nie wolno się bać, czy wstydzić. Wręcz przeciwnie, w pewnych sytuacjach należy ich używać.

Taka myśl przyszła mi ostatnio do głowy (gdy rozbawiła pewnych przechodniów grzecznie im się kłaniając),że niejeden dorosły mógłby się od niej uczyć kultury osobistej. Serio, mimo iż ledwo odrosła od ziemi i trochę jeszcze sepleni, doskonale wie, że jak się gdzieś wchodzi, wypada się przywitać, a jak się wychodzi – pożegnać. Zna również takie magiczne zwroty jak „proszę” oraz „dziękuję” i używa ich nad wyraz często.

Gdy chce gdzieś przejść, a ktoś stoi jej na drodze, normalnie, po ludzku woła „pseplasam!” nie używając do tego łokci, siły, ani zbędnych epitetów (co zdarza się dorosłym). Potrafi być niezwykle życzliwa, troskliwa i wyrozumiała, nawet wobec obcych dla siebie ludzi. Tymczasem dorośli bardzo często stanowią totalne jej przeciwieństwo.

Czasem zastanawiam się z czego to wynika? Brak odpowiedniego wychowania w dzieciństwie, zwykłe lenistwo, czy takie poczucie, że starsi niczego nie muszą, i że kultury osobistej należy wymagać jedynie od młodszych pokoleń, a w szczególności od dzieci?

Brzmi to co najmniej absurdalnie, ale naprawdę odnoszę takie wrażenie. I to nie od wczoraj. Obserwuję to zjawisko już od dobrych kilkunastu lat.

To samo tyczy się mówienia „przepraszam” oraz „dziękuję” – dwa proste słowa, których bezwzględnie wymaga się od dzieci, natomiast dorośli mogą nimi operować wybiórczo, jak im się wspomni i zachce. Trochę zalatuje to hipokryzją, nie sądzicie?

Mówi się, że przykład idzie z góry i ja się z tym zgadzam. Dlatego tym bardziej uważam, że rolą dorosłych jest dawanie dzieciom dobrych wzorców, nawet w tak przyziemnych sytuacjach, jak mówienie komuś “dzień dobry”, czy “do widzenia”. A przy okazji mam drobną uwagę – na taki zwrot grzecznie i miło jest odpowiedzieć, nawet kilkuletniemu dziecku.

Pomyślcie więc czasem o takich prostych słowach, przyziemnych sytuacjach i o tym, czego możecie nauczyć się od (swoich) dzieci – a myślę, że możemy zaczerpnąć od nich wiele. Bo mimo swojego młodego wieku są fantastycznymi, prawdziwymi i szczerymi do bólu nauczycielami  ;-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Tomasz Wójcikowski

    Dobre chyba zacznę czytać twojego bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Masz w domu biedronki? Nie dotykaj ich!


„O biedronka! Mogę wziąć ją na rękę?” – kilka dni temu zawołał Aleks. Od tego czasu przez nasz dom przewinęło się z kilkadziesiąt, jak nie więcej, tych owadów. Wraz z pojawieniem się pięknej złotej polskiej jesieni, zjawiły się biedronki azjatyckie. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak nasze rodzime nieszkodliwe dwu lub siedmiokropki, a są to chrząszcze z Azji, których z każdym rokiem w Polsce jest coraz więcej.

Biedronka azjatycka (zwana też biedronką arlekinem) po raz pierwszy pojawiła się w naszym kraju w 2006 roku. Owad ten został sprowadzony do Europy przez ogrodników, jako naturalny sposób walki ze szkodnikami — mszycami. Jego ilość szybko rosła i w krótkim czasie stał się gatunkiem inwazyjnym, czyli takim, który może się przyczynić do wyginięcia rodzimych populacji. Arlekiny nie mają w Polsce naturalnego wroga.

Dla niektórych piękne, dla innych obrzydliwe – z tak skrajnymi opiniami na ich temat się spotkałam. Chrząszcze te są wielkości naszych biedronek, lecz mogą się różnić kolorystyką – oprócz czerwonych i pomarańczowych możemy spotkać żółte oraz czarne. Mogą nie mieć w ogóle plamek lub mieć od dwóch do dwudziestu trzech kropek.

Jesienią biedronki te poszukują miejsc, w których będą mogły przezimować. Najczęściej można je spotkać w okolicy okien – u mnie jest ich zatrzęsienie na zasłonach, karniszach, framugach, szczególnie tych najbardziej nasłonecznionych od południowej i zachodniej strony domu.

Najważniejsza sprawa — czy biedronki azjatyckie są groźne dla ludzi? Arlekiny mogą nas ukąsić – ugryzione miejsce jest czerwone i swędzące. Wydzielają wtedy żółtą substancję (hemolimfę), którą wystrzykują z tzw. gruczołów obronnych w przypadku zagrożenia lub przy zgnieceniu owada. Ukąszenie jest bolesne, choć nie jest stosunkowo groźne, może jednak wywoływać reakcje alergiczne. Gdy ją zobaczymy, lepiej się jej pozbyć i nie należy ich dotykać. Żółta wydzielina może brudzić meble czy ściany, pozostawiając ślady, których nie da się usunąć.

Ja pozbywam się biedronek z domu odkurzaczem. A i tak mam wrażenie, że to syzyfowa praca, bo wciąż ich pełno.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Różne sposoby na najtrudniejsze zabrudzenia w kuchni


W kuchni nietrudno o wypadek w postaci przypalonego sosu czy silnie zabrudzonej deski do krojenia. Bywa, że sok z buraków czy kurkumy lub osad z tłuszczu nie zawsze poddaje się myciu wodą z detergentem i pozostawia nieestetyczne ślady.

Warto pamiętać, że istnieją liczne sposoby na to, by nawet trudne plamy z sukcesem wywabić. Ja podpowiem kilka z tych, które sama wypróbowałam.

  1. Cytryna jest znakomitym naturalnym wybielaczem. Wystarczy wycisnąć z niej sok do wnętrza np. zabarwionego pudełka i odstawić na kilka godzin, by później umyć je tradycyjnie lub w zmywarce.
  2. Podczas usuwania trudnych plam z desek do krojenia należy przygotować gęstą papkę z soku z jednej cytryny oraz soli, którą przeciera się powierzchnię deski i następnie spłukuje czystą wodą.
  3. Jeśli przytrafi się mocno przypalony garnek, można wrzucić do niego tabletkę do zmywarki. Po odstawieniu na noc najpewniej uda się usunąć ślady przypalonego jedzenia. Gdy nie ma pod ręką tabletek do zmywarki, pasta zrobiona z wody i sody oczyszczonej, pozostawiona na kilka godzin, również powinna pomóc.
  4. Osad z herbaty i kawy w kubkach czy w szklankach nie jest rzadkością. Gdy nie udaje się go domyć płynem do naczyń, warto wyczyścić ślady pastą do zębów. Jeśli nalot jest bardzo intensywny, można wypróbować zmywacz do paznokci.
  5. Zatłuszczoną ścianę można ratować przykładając do plamy papierowy ręcznik, dociskając go przez chwilę. Można plamę oprószyć mąką ziemniaczaną, zetrzeć miękką ściereczką i delikatnie wyczyścić rozwodnionym płynem do mycia naczyń. Detergent może wywabić tłuszcz ze ściany, ale nie można go mocno wcierać, bo plama zejdzie wraz z farbą.
  6. Osadu z armatury pozbędziesz się przy użyciu mieszaniny sody z octem. Można dodać  kilka kropel olejku eterycznego, by zapach octu nie był taki drażniący.
  7. Kuchenka gazowa lub też elektryczna jest najczęstszą ofiarą przygotowywania posiłków. Po zdjęciu kratki z kuchenki trzeba ją moczyć kilka minut w wodzie z płynem do mycia naczyń i miękką szczoteczką delikatnie oczyścić. Po wypłukaniu wytrzeć do sucha i założyć na kuchenkę. Zaschniętych resztek jedzenia na kuchence nie skrobiemy druciakiem, ani żadnym ostrym narzędziem. Namoczenie ich wodą ze środkiem czyszczącym ułatwia zadanie.
  8. Prawdziwą zmorą jest mikrofalówka brudna od zapieczonego jedzenia. Sok z cytryny w miseczce z wodą włożoną do mikrofalówki na 3-4 minuty, nastawioną na najwyższą moc, zmiękczy resztki jedzenia. Po wyłączeniu się urządzenia dobrze zaczekać, aby para wodna jeszcze zadziałała. Gdy przestygnie, należy umyć środek mikrofalówki wodą z mydłem, przetrzeć wilgotną ściereczką oraz wytrzeć do sucha papierowym ręcznikiem.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Tokofobia – choroba prawdziwa czy urojona?


Nie oznacza słowotoku, nie jest też lękiem przed gadatliwymi sąsiadami. Czym więc jest tokofobia, przypadłość coraz częściej diagnozowana u ciężarnych kobiet? 

Tokofobia – co to jest

​Tokofobia to tylko (albo aż) lęk przed porodem. Termin wywodzi się z języka greckiego, gdzie tokos oznacza poród, a phobos – fobię. Zjawisko jest, póki co, dość słabo opisane, w terminologii medycznej tokofobia występuje niecałe dwadzieścia lat. O lęku przed ciążą i porodem zaczęto mówić dopiero w XIX wieku.

Szacuje się, że tokofobia dotyka co dziesiątą ciężarną, u co pięćdziesiątej jest ona bardzo mocno nasilona.

Tokofobia – przyczyny

Rozróżnia się trzy rodzaje tokofobii: pierwotną, wtórną i towarzyszącą depresji. Z każdym rodzajem powiązane są inne przyczyny.

​Tokofobia pierwotna – jej przyczyny są najmniej poznane i najtrudniejsze do ustalenia. Tokofobia pierwotna dotyczy kobiet, które nigdy nie były w ciąży i nigdy nie rodziły. W skrajnych przypadkach lęk przed ciążą i porodem może być tak silny, że kobiety stosują kilka różnych rodzajów antykoncepcji, decydują się na sterylizację, a nawet całkowicie rezygnują z życia erotycznego. Tokofobia nie tłumi instynktu macierzyńskiego, dlatego nierzadko zdarza się, że kobiety, u których lęk przed ciążą i porodem jest bardzo silny, decydują się na adoptowanie dziecka.

Źródłem i przyczyną lęku w tokofobii pierwotnej mogą być mrożące krew w żyłach historie porodów, jakie przydarzyły się w najbliższej rodzinie. Innym przyczynkiem do powstania tokofobii może być internet, gdzie jak grzyby po deszczu mnożą się skrajnie dramatyczne historie porodów. Natomiast tych, które kobiety mogą wspominać jako najpiękniejszy dzień w ich życiu, jest jak na lekarstwo.

W toku badań nad tokofobią ustalono, że większe ryzyko jej wystąpienia obciąża kobiety z niską samooceną, z zaburzeniami psychicznymi, skłonnością do nieuzasadnionych lęków i depresji, z niskim wykształceniem, będących w trudnej sytuacji życiowej, przeżywających trudności w związku i niemających oparcia w rodzinie. Znacznym ryzykiem wystąpienia tokofobii pierwotnej obciążone są także kobiety, które w przeszłości były ofiarami molestowania seksualnego.

Tokofobia wtórna – dotyczy kobiet, które rodzą po raz kolejny i związana jest z traumatycznymi przeżyciami z poprzedniego porodu. O tokofobii wtórnej mówi się także w przypadku kobiet, które poroniły lub urodziły martwe dziecko.

Tokofobia towarzysząca depresji ciążowej – jest nie tyle przypadłością samą w sobie, co jednym z objawów depresji, która ma to do siebie, że często towarzyszą jej lęki o różnym podłożu. Takie kobiety na ogół mają wątpliwości, czy podołają trudom porodu, nie wierzą w swoje możliwości, w końcu obawiają się śmierci dziecka lub własnej.

 

Tokofobia – objawy

Każda kobieta odczuwa mniejszy lub większy strach przed porodem, szczególnie jeśli rodzi po raz pierwszy. Co nie znaczy, że każdy taki lęk określa się mianem tokofobii. O dolegliwości tej mówi się wówczas, gdy występują następujące objawy:

– koszmary senne,

– pisanie w myślach negatywnych scenariuszy porodu i tego, co po nim nastąpi,

– strach przed śmiercią,

– rozdrażnienie, nerwowość, stały niepokój nasilający się wraz ze zbliżającym się terminem porodu,

– ataki paniki,

– niczym nieuzasadnione bóle głowy, kołatanie serca, dolegliwości wskazujące na choroby, których jednak nie udaje się zdiagnozować,

– próby wymuszenia na lekarzu skierowania na cesarskie cięcie, pomimo braku wskazań medycznych.

O tokofobii można mówić, gdy powyższe objawy występują stale i utrudniają codzienne funkcjonowanie na gruncie prywatnym i zawodowym.

 

Tokofobia – leczenie

Tokofobia, jak każde inne zaburzenie o podłożu psychicznym może i powinna być leczona. Podstawą leczenia tokofobii jest psychoterapia, mająca za zadanie dotrzeć do faktycznego źródła problemu. Dopiero wtedy można pomóc pacjentce w uporaniu się ze swoimi lękami. Jeśli tokofobia jest powiązana z depresją, zdarza się, że trzeba wdrożyć leczenie farmakologiczne. Robi się to w ostateczności i zawsze z troską o nienarodzone dziecko.

W leczeniu tokofobii równorzędną do psychiatry rolę odgrywa położnik. Jego zadaniem jest wprowadzenie kobiety w tajniki porodu, wyjaśnienie wszystkich wątpliwości, w końcu zbudowanie w niej poczucia bezpieczeństwa. Kobieta z tokofobią nie powinna trafić podczas porodu na przypadkowego lekarza i położną. Tylko personel, który wie o problemie, może faktycznie pomóc rodzącej.

Tokofobia a cesarskie cięcie

Liczba cesarskich cięć wykonywanych na życzenie systematycznie rośnie, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Z jednej strony zapewne jest to spowodowane faktem, że obecnie operacje te wykonuje się w znieczuleniu miejscowym, co automatycznie wskazuje na prostotę zabiegu, z drugiej – kobiety postrzegają ten sposób przyjścia dziecka na świat jako mniej bolesny i bezpieczniejszy. Ponadto poród przez cesarskie cięcie da się zaplanować niemalże co do minuty, co dla wielu kobiet ma znaczenie.

Tymczasem z medycznego punktu widzenia nie ma powodu do kończenia ciąży poprzez cesarskie cięcie ze względu na tokofobię. Mówi się nawet o tym, że poród przez cesarskie cięcie niesie ze sobą większe ryzyko powikłań. Z drugiej strony – silny lęk przed porodem może spowodować całkowity brak porozumienia na linii pacjentka – personel medyczny, co na pewno nie ułatwi dziecku przyjścia na świat. Dlatego decyzja powinna być każdorazowo podejmowana indywidualnie. Nie ma dwóch takich samych pacjentek i dwóch takich samych lęków.

Pozostaje jeszcze aspekt finansowy. Przeglądając nawet pobieżnie internet, można znaleźć ogłoszenia typu: „Tokofobia – zaświadczenie do cesarskiego cięcia”. Mało tego, nawet wizyta w gabinecie nie jest konieczna, wystarczy „wizyta” online, a zaświadczenie dotrze do  pacjentki kurierem. W ten sposób z choroby, która może uczynić całkowite spustoszenie w umyśle ciężarnej kobiety, zrobiono wygodny pretekst do cesarki na życzenie.

 

Tokofobia Waszymi oczami *

 

Mysle ze cięcie na życzenie to nie jest rozwiązanie jeśli pacjentka ma ogromny lęk przed porodem…. tu raczej potrzebna innego rodzaju pomoc. Temat ważny, teraz na czasie ale tez trochę nakręcony i rozdmuchany.

 

Strach to pojęcie względne. Moja mama zmarła gdy ja miałam półtora roku. Od tamtej pory lęk przed śmiercią mnie nie opuszcza. Co za tym idzie: szpitale, choroby, porody. Moje ciało prawdopodobnie pod wpływem psychiki odmówiło współpracy. Dwa porody zakończyły się cesarską której bałam się najbardziej bo to operacja i to poważna. Ale żadne zabiegi lekarzy typu: baloniki, kroplówki nie dały rezultatu. Ciąże przenoszone o dwa tygodnie a rozwarcie po ich zabiegach na jeden centymetr. Przy każdej cesarce słyszałam od chirurgów że nie było szans na poród naturalny.”

 

Owszem balam sie ale jak tylko przychodzila ta mysl staralam sie myslec o czyms innym. Stwierdzilam ze skoro tyle kobiet rodzi i daje rade to ja tez dam.”

 

Ja akurat sie nie balam ani jednego, ani drugiego porodu (mimo, ze pierwszy byl koszmarny!!) Teraz czeka mnie w marcu 3 porod, a ja dalej na lajcie ;) ale znam dziewczyne, ktora panicznie sie bala, z tego strachu miala cesarķe, wiecej dzieci nie chce bo strach przed porodem jednak jest za silny…”

 

* Powyższe cytaty pochodzą z facebookowej tablicy W Roli Mamy. Zachowano oryginalną pisownię.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku