Kultura wobec dzieci


Moje dziecko nie jest bardzo uciążliwe, no ale jest dzieckiem, czasem coś się nie spodoba i “zamiauczy”, rzadko bo rzadko, ale zdarza się. Wczoraj na przykład weszłyśmy do sklepu gdzie były jakieś przedpotopowe wózki sklepowe, bez siedzenia dla dziecka. Pierwszy raz się z takimi spotkałam szczerze mówiąc. Dziecko mówi, że chce na wózek, ja tłumaczę że nie można, bo “zobacz nie ma siedzenia”, dziecko nawet rozumie bo rzeczywiście nie ma dziur na nogi, na to odzywa się kasjerka: „U NAS SIĘ DZIECI DO WÓZKÓW NIE WKŁADA!!!”

No jak bym bez dziecka była, to by się kobieta ze szpar w podłodze nie wygrzebała, ale nie chciałam dziecku pokazywać, że wgniatanie w szpary od podłogi jest najlepszym sposobem na radzenie sobie w takich sytuacjach. Poprzestałam na pogardliwym: „Niech się pani nie boi nie wkładam”, wzruszyłam ramionami i poszłam. Pewnie dlatego musiałyśmy potem stać w kolejce do kasy i nikt mnie nie zapytał czy płacę kartą czy gotówką, bo jak gotówką to mogę przejść do innej kasy, a inne osoby z kolejki pytano. Akurat płaciłam kartą, ale nie w tym rzecz. Faktem jest, że nikt nie zapytał. Dziecko było zmęczone więc przymiauczało, że chce do domku, ja poprzestałam na rzuconej w przestrzeń uwadze, że wraz z peerelem skończyło się obligatoryjne przepuszczanie matek z dziećmi, a sklep trafił na listę sklepów nie do odwiedzania. Na bank już tam nie wrócimy.

Tak, tak pamiętam peerel, mówiłam Wam kiedyś. W oczach mam sceny, gdy matka wchodziła z dzieckiem do sklepu brała na ręce i podchodziła bez kolejki, a wtedy naprawdę były kolejki! I nikt nie miauknął, chociaż w praktyce oznaczało to, że dla kogoś stojącego w kolejce czegoś zabraknie. Bo matka z dzieckiem to matka z dzieckiem. Było minęło.

Niedawno w markecie sieciowym dowiedziałam się, że kasa uprzywilejowana jest do pięciu artykułów i to dotyczy też kobiet w ciąży i z dziećmi, jak się ma więcej to się stoi do normalnej kasy i w ogóle to pani za ladą troje dzieci urodziła więc wie lepiej, w kolejkach stała i nie umarła, a teraz to się matkom w głowie przewraca, a jak mi się coś nie podoba to mogę sobie z kierownikiem porozmawiać. Powiedziałam, że owszem mogę niech go poprosi. Kierownika nie poprosiła. Widocznie zdawała sobie sprawę z tego, że to ona oberwie, bo sklepy sieciowe o pracowników nie dbają. Może i bym próbowała ją zrozumieć, chociaż tłumaczenie, że przerzucać na stojąco nie będzie, bo ciężkie-  jakoś mnie nie przekonało, w końcu to kasa, ale cała afera była na temat: sześć artykułów nie pięć. Nawet pożałowałam, że tego kierownika nie wezwała.

W innym sklepie sprzedawczyni łaziła sobie z chusteczką po sklepie, a na pytanie “czy to alergia?” – odpowiedziała, że raczej wirus. Na moją prośbę, żeby się do nas nie zbliżała (generalnie była kasjerką z sąsiedniej kasy, więc nie musiała wędrować po sklepie) odpowiedziała, że wirusów i tak nie uniknę. Nosz kurza twarz!!! Jak można być chorym i podchodzić do małego dziecka??? Duśka już nie noworodek, ale chora trzylatka to też nie rozrywka w domu.

Bandę gimnazjalistów na chodniku rozgoniłam dla zasady. Żeby ich ominąć musiałabym z dzieckiem na ulicę zejść, a po moim trupie! A jacy zdziwieni byli!!! Przecież to naturalne, że trzeba gdzieś stać i kląć, chodnik dobry jak każde inne miejsce, a że się cały zajmuje, no trudno, dużo ich było. Widzieli, że idziemy, owszem, ale się nie ruszyli, bo po co. Przepraszać i prosić o drogę nie zamierzałam, uważam to za ich zakichany obowiązek ruszyć nóżkami jak ktoś idzie.

Kolejna przeszkoda chodnikowa to pies bez smyczy. Nie musi być duży, nie musi być groźny, może być mniejszy od kota, jest psem i to wystarcza – Duśka się boi. Nie wiem dlaczego, nie walczę z tym, widocznie taki etap. Pies podchodzi, dziecko krzyczy i próbuje uciekać, szarpie się, ja trzymam mocno za rękę, bo obok ulica. Tłumaczenia ludzi skierowane do mnie, że nie ma czego się bać, podnoszą mi ciśnienie. Z zaciśniętymi zębami odpowiadam: „proszę to dziecku wytłumaczyć, ale tak, żeby uwierzyło”. Na hasło: „pies nie gryzie” odpowiadam: „do pierwszego razu”. Ciągle powstrzymuję się przed zrobieniem awantury, nie chcę uczyć dziecka takich zachowań, jednak coraz częściej zastanawiam się czy słusznie.

Stoimy na przejściu dla pieszych, czekamy na cud czyli pustą ulicę, nie zatrzyma się nikt bo po co. No dobra, czasem się zdarza, ale rzadko. Do tego się przyzwyczaiłam, nie oczekuję tego, nawet nie zawsze korzystam jak ktoś się zatrzyma, bo często się niestety zdarza, że z lewej strony ktoś się zatrzyma, a z prawej dmuchnie nam przed nosem (przecież zdąży). Ale do szału najwyższego gatunku doprowadza mnie sytuacja, gdy skrzyżowanie jest nieprzejezdne przez światła albo samochody jadące poprzeczną, więc teoretycznie możemy przejść ale nie, bo jakiś baran na pasach stanął i żeby przejść trzeba lawirować między samochodami.

Rodzice uczyli mnie, że nie jestem sama jedna na świecie i trzeba się z ludźmi liczyć. No to się liczę. Ale coraz częściej mam wrażenie, że ludzie nie liczą się ze mną. Dlatego ja Duśkę uczę, że szacunek ma działać w dwie strony, my liczymy się z ludźmi ale i ludzie z nami. Dlatego rozganiam gimnazjalistów, bo ich zasmarkanym obowiązkiem jest ustąpić, ale każę dziecku się odsunąć na bok jak idzie matka z wózkiem albo starsza osoba o lasce czy kulach. Bo wtedy to nam jest łatwiej się odsunąć niż tej drugiej osobie. Mała jest, ale tłumaczę jej takie rzeczy już teraz z nadzieją, że wejdzie w geny i nie będzie się kiedyś zastanawiała dlaczego ma się zachować tak, a nie inaczej. Liczę na to, że to będzie oczywiste.

To wszystko o czym napisałam nazywa się kultura osobista, a raczej jej braki, możecie mnie oświecić kiedy kultura wyszła z mody?

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. “To wszystko o czym napisałam nazywa się kultura osobista, a raczej jej braki, możecie mnie oświecić kiedy kultura wyszła z mody?” – też się nad tym zastanawiam! I czasami mam nieskromne wrażenie, że jeszcze tylko ja “używam” kultury osobistej.

    Mój Misiek jest młodszy od Duśki o całe 2 lata więc rozumie zdecydowanie mniej, jednak mimo to już teraz pewnymi dobrymi zachowaniami staram się go zarazić, ale przy tym strasznie wkurza mnie to, że my rodzice uczymy swoje dzieci, np. żeby ustąpiło miejsca starszej osobie a później to dziecko obserwuje, że nikt inny, poza nim tego nie robi ! I teraz bądź tu mądry pisz wiersze!!

    I wkurza mnie jeszcze to, że w dzisiejszych czasach tak bardzo ignoruje się matki z dziećmi!! Kiedy wjadę do marketu swoim – “dzieciowym” wózkiem ochroniarze i kasjerki patrzą na mnie jak na złodziejkę kiedy wkładam zakupy do wózkowego koszyka! A przepraszam – gdzie mam je włożyć, na głowę czy może w zęby?!?!
    W kolejce grzecznie stoję mimo że mam rapte kilka sztuk produktów, wokół ludzie obładowani – udają że mnie nie widzą. Dziecko się niecierpliwi – udają że nie słyszą.

    A ostatnio w sklepie CCC uśmiechnięta pani łaskawie mnie poinformowała, że z wózkami nie wolno i że jak chcę to mam go postawić przy drzwiach ;/ tak mnie wkurzyła p****a jedna że wyszłam stamtąd aż się za mną kurzyło! I jak bym mogła to bym jej drzwiami trzasnęła, ale niestety nie było :P

  2. Zgadzam się i z tekstem i komentarzem. Czasem wydaje mi się, ze “wymagam” od innych czegoś nad ich siły! Co do młodzieży – już gdzieś opisałam sytuację z autobusu, gdzie gromada młodzieży (bo dzieci to podobno niepolitycznie) stała przy naklejce z matką i wózkiem. Ani myślała przejść na tył (PUSTEGO) autobusu. Przecież wielką krzywdę wyrządziłam prosząc o przesunięcie się, bo chcę wsiąść z wózkiem.
    A w sklepach… rónwnież czuję sie jak złodziejka- ochroniarz prawie włazi mi na plecy, kasjerka mało nie wypada z za lady, prześwietlając mój wózek niczym rentgen (ale pan z małą torbą podróżną, którą przeznaczył na zakupy może do woli przechadzać się po sklepie!).
    A mijanie się w drzwiach?! Przecież pewien Ktoś musi wejść/wyjść przede mną (mimo, ze ja już stoję w tych drzwiach), gdzie tu mowa o przytrzymaniu drzwi! Dużo by tu przytaczać…

    1. Ojjj ja kiedyś prawie dostałam takimi drzwiami wejściowymi do CH! W zasadzie nawet nie ja, a wózek w którym siedział Jasiek!! A to dlatego że osoba która wchodziła przede mną tak się spieszyła na zakupy, że nie mogła chwilę zaczekać! Tak mi drzwi trzasnęły przed nosem, że aż podskoczyłam. Później się z nimi siłowałam bo one cholernie ciężkie – jedną ręką próbowałam otworzyć i przytrzymać sobie drzwi, a drugą próbowałam wepchać 15kg wózek z 10kg dzieckiem w środku! Na szczęście pewien starszy pan, który siedział nieopodal na ławce okazał trochę empatii i mi pomógł!

      1. Przyznaję, że paradoksalnie mężczyźni mają więcej empatii niż kobiety.

      2. Święta prawda! W zeszłym roku byliśmy pociągiem nad morzem. Jula zasnęła w drodze do domu, więc położyliśmy ją na dwóch miejscach. Wsiadła sobie starsza pani z na oko 20-letnią towarzyszką i zdobywszy miejsce dla siebie poprzez zdjęcie torby z siedzenia obok mojego też śpiącego męża (co jeszcze można zrozumieć, choć kultura wymaga raczej zasugerować zdjęcie tej torby właścicielowi) zaczęła walczyć o miejsce dla dziewczyny nakazując mężowi zwolnienie jednego miejsca, na którym spała Julka “bo chyba pan za dwa nie płacił!”. Oczywiście ruszyłam do akcji, ale i tak skończyło się na tym, że przycupnęłam w Julki nogach, bo faktycznie za dwa miejsca przecież nie płaciłam… Liczyłam jedynie na zrozumienie, że dziecko 3-letnie zmożone morzem i w ogóle zasnęło jak kamień i nie dam rady zwinąć go w kłębek na jednym fotelu tudzież własnych kolanach… Tymczasem dwie damy wysiadły kilka stacji dalej… A ja następnym razem jak Boga kocham wykupię jedno miejsce więcej!

    2. Młodzież uczy się od dorosłych… Taka jest prawda… Dlatego takie zachowanie świadczy o ich rodzicach i innych dorosłych z otoczenia, którzy – jak wynika z tekstu i komentarzy niniejszych – też takim “pięknym” przykładem świecą…

  3. Eh… A już myślałam że ja i Mateusz to tacy “sklepowi złodzieje” :( nie wiem co ludzi tak dziwi matka robiąca zakupy z dzieckiem, które siedzi w wózku :( Czasem mam wrażenie że mojego Syna oskarżają o kradzież gapiąc się na wózek od kółek aż po rączkę. O przejściu na pasach przy ruchliwej drodze bez sygnalizacji świetlnej już nie wspomnę :/ czasem to i 15 minut czekam aż jezdnia będzie pusta (co nie zwykle rzadko się zdarza) albo ktoś łaskawie się zatrzyma, nie wiem dokąd ludzkości tak pędzi, że nie mają czasu na parę sekund się zatrzymać. A sklepy to wielka porażka jestem cała chora gdy z Matim chcę jechać coś kupić :( markety jeszcze ok. choć przy kasach nie jest wesoło :( zawsze mało kupuje bo i zabrać się za bardzo nie mam jak. Ale ludzie przede mną kosze wypełnione po same brzegi, patrzą oczywiście w inną stronę. A mój Żuczek jak to chłopiec nie cierpi bezczynnie stać, wiec zaczyna głośno i wyraźnie wyrażać swoją opinię. Na co ludzie patrzą bardzo nie wyrozumiale wręcz agresywnie, oczywiście są kasy dla ciężarnych i matek z dziećmi ale nikogo to nie obchodzi :( żadna kasjerka nie zwróciła uwagi na ten fakt, a ludzie to chyba analfabeci skoro czytać nie potrafią. Małe sklepy czy butiki nie są przygotowane na klientki z wózkami są za ciasne i niestety muszę kończyć szybkim wyjściem. Bardzo mi przykro że na mnie jako matkę z małym dzieckiem jeżdżącym jeszcze w wózku, czeka tyle nie miłych niespodzianek i tyle nie wyrozumiałości ludzkiej i przykrości. Przecież każdy z nas był kiedyś maluszkiem :( Pozdrawiam

  4. Bliski mi temat :) nie zdołam opisać wszystkich sytuacji jakie mi się przydarzyły – choć chciałabym :P co do gimnazjalistów – są prawie jak plaga egipska – wystając na nieswoich klatkach schodowych tudzież piwnicach i paląc papierochy, pijąc alkohol, zachowując się głośno i często coś psując – bardzo łatwo wywołują negatywne emocje w mieszkańcach. Jednak nie wiem czy tak jakoś mają ci “nasi” młodzi, ale jak np. wychodzę z dzieckiem na rękach czy w wózku – zawsze otwierają mi drzwi i to samo jak wracam. Na chodniku się rozchodzą i przestają przeklinać czy pokrzykiwać jak jesteśmy blisko, ganiąc siebie nawzajem tekstem w stylu: “cicho bądź, bo dziecko śpi” :) w sklepach raczej nie ma większych problemów – bo do tych w których spotkało nas coś nieprzyjemnego już nie chodzimy (paradoksalnie – najgorszy sklep to ten z akcesoriami dla dzieci…:/ ). Ostatnio najbardziej denerwują mnie babcie z dziećmi, które wszystko wiedzą lepiej! W piaskownicy wyzywają dzieci, którymi się opiekują a potem ględzą z jakąś sąsiadką o “du.ie Maryni” a dziecko biega samopas (po czym dostaje na tyłek, bo ucieka! )…Zmywamy się z takich miejsc bardzo szybko…i boję się trochę ostatnio czy moje dziecko będzie równie aspołeczne jak mama…Postaram się jednak nauczyć go kultury i empatii :)

  5. Pod wszystkim co napisałyście mogę podpisać się rękoma i nogami :P więc nie będę powielać. Jakiś czas temu musiałam podjechać z synkiem do centrum miasta. W związku z czym by było mi wygodniej poczekałam na autobus niskopodłogowy, niestety chyba tylko z nazwy. Kierowca nie obniżył poziomu wiec ciężko było mi wnieść 15 kg wózek i 10 kg bobasa. W drzwiach grono młodzieży, ale nikt się nie kwapi. Ku mojemu zaskoczeniu z autobusu wyszedł starszy Pan i mi pomógł. Byłam zszokowana, że taki staruszek chce dźwigać wózek a dorodni młodzieńcy stoją i udają że nie widzą. Nie wiem jak u Was, ale u mnie w mieści autobusy są tak zbudowane że z wózkiem wejdę tylko środkowymi drzwiami (zawsze zapchanymi) by później nim swobodnie manewrować w autobusie i ustać w wyznaczonym dla wózków miejscu. Jeśli wejdę bocznymi nie przejadę w wąskim korytarzyku pomiędzy siedzeniami a co z tym idzie każdy kto wejdzie za mną niestety nie przejdzie dalej :/ i powstaje korek.

    A wkurzają mnie jeszcze markety które mają obrotowe przejścia a nie magnetyczne bramki. Musze wtedy sama przechodzić a dziecko w wózku przeprowadzać pod przejazdem dla wózków zakupowych, które zawsze ma jeszcze takie plastikowe klapki. Przeprowadzam na raz wózek uważając by synek nie oberwał klapką a ja nie zacięła w tej obrotowej bramce.

  6. Ja muszę przyznać, że rzadko spotykam nieuprzejmych ludzi i wtedy potrafię być bardzo niemiła. Ale generalnie wolę zwracać się do ludzi z uśmiechem i prośbą o przepuszczenie , przytrzymanie drzwi, przeniesienie wózka itp.niż z pogardą w oczach z tonem roszczeniowym. Często ludzie po prostu “nie pomyślą” i nie robią nam – matkom z wózkiem, z dzieckiem, w ciąży – specjalnie na złość.
    Do szału natomiast doprowadzają mnie samochody zaparkowane na chodnikach w ten sposób, że trzeba wózkiem zjechać na jezdnie, chociaż wiem, że to też wynika z roztargnienia bądź nieznajomości tematu – wielu tatusiów kierowców zaczęło na to zwracać uwagę dopiero gdy zza kółka przenieśli się na wózek ;)

  7. Ja jakoś na szczęście nie mam takich przykrych doświadczeń. Ludzie są raczej mili, raczej ustępują mi z drogi jak idę z dziećmi, uśmiechają się do maluchów i raczej jest przyjaźnie. Ale to moze być też kwestia tego, że mieszkam w raczej małym mieście i może tu jest inna mentalność?

    Tylko gimnazjaliści wszędzie tacy sami i krew się we mnie zbiera gdy idę z dzieciakami na spacer, by pooddychać świeżym powietrzem i dobrze się bawić, a idzie jakaś banda i tylko słyszę h*** i k***. Na szczęście dzieciaki jeszcze tego nie podłapały… do czasu…

  8. Proszę nazwę sklepu by omijać z daleka :)

  9. Ze sklepem problemów nie ma. Ba nawet czasem mnie przepuszczają w kolejce,ale z prostego powodu- moje dziecko jest w chuście ;) z tego samego powodu nie mam problemu z autobusem- może raz zdarzyło mi się stać. Ale fakt. Ludzie są nieogarnieci. Młodzież siedzi i nie myśli o ustąpieniu miejsca starszym czy kobietom w ciąży. Miejsca ustępują starsze osoby. Czasem mi wstyd za.nich. A kobiety są bezczelne. “ja w ciąży stalam”… To róbmy to samo,żeby nic się nie zmieniło…

    1. Tylko każda ciąża jest inna. Każda kobieta inaczej ją znosi. Fakt ciąża to nie choroba a dar, ale jakoś trzeba funkcjonować, chodzić do pracy, robić zakupy itp. więc czasem odrobina empatii otoczenia się przydaje.

  10. Oj, kto tego nie zna! kasy pierwszeństwa dla ciężarnych??? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Ani w pierwszej ani w obecnej ciąży tego w każdym razie nie doświadczyłam! A o przepuszczeniu w kolejce ot, tak, z dobrej woli, można jedynie pomarzyć – jakby tego mięsa faktycznie miało zaraz zabraknąć niczym w PRL-u! Co więcej, kilka razy spotkałam się z sytuacją odwrotną – to przede mnie i mój brzuch się bez krępacji wpychano albo proszącym tonem wymagano na mnie przepuszczenie: “bo ja tylko po papieroski!”… No maskara!
    Z kolei moja córka najczęściej jest za głośna w sklepie, a nie raz nawet ekspedientki sobie komentują, co to ona do wózka znosi i czy w domu też tak dużo mówi… Na początku też nie komentowałam, ale zaczęłam, bo ileż można tego słuchać? Teraz na takie kometarze radzę sklepowej wywiesić na drzwiach kartkę: “Zakaz wprowadzania psów i dzieci”…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Rodzicielstwo par homoseksualnych


Zapewne każda z Was w dzieciństwie słyszała taki dowcip: „Widziałam Twoich rodziców… fajni panowie”. Kiedyś wydawało się to dziwne, nierealne a wręcz traktowane obraźliwie. Stanowiło temat tabu. W dzisiejszym świecie jak najbardziej rzeczywiste i posiadające w wielu krajach uregulowania prawne. Na świecie istnieją państwa, w których geje i lesbijki mają prawo do świadomego rodzicielstwa. Jak ta sytuacja kształtuje się w Polsce?

Temat „na czasie” bardzo kontrowersyjny dla części polskiego społeczeństwa. W Polsce pary homoseksualne coraz częściej zabierają głos w licznych debatach. Biorą czynny udział w promowaniu swoich poglądów i przekonań. Temat rodzicielstwa par homoseksualnych jak i legalizacji związków poruszany praktycznie zawsze przy okazji wyborów parlamentarnych. Jednakże zanim dojdzie do uznania przez nasze Państwo pełnoprawnego rodzicielstwa par jednopłciowych, musiałyby zostać wprowadzone spore zmiany w systemie prawa cywilnego i rodzinnego.
Zmiany traktujące małżeństwo niejako trwały, związek mężczyzny i kobiety powstały z ich woli. Zmianie musiałby ulec podmiot tej czynności, gdyż jedną z przesłanek zawarcia małżeństwa jest różność płci. Alternatywą małżeństwa mogłyby stanowić tzw. zawiązki partnerskie. Taki związek można określić mianem „małżeństwa” jednopłciowego. Legalizacji małżeństw osób tej samej płci dokonało juz wiele państw europejskich np. Holandia (2001), Belgia (2003), Hiszpania (2005), oraz stany Massachusetts (2004), Connecticut (2008), Iowa (2009), Vermont (2009), New Hampshire (2010) i Nowy Jork (2011) w USA, a także miasto Meksyk (2010). Dodatkowo małżeństwa takie uznaje Izrael (2006), Francja (2008), oraz wszystkie stany Meksyku (2010).

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej stanowi w art. 18, że małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej. Zgodnie z art. 1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w Polsce małżeństwo może zawrzeć jedynie kobieta i mężczyzna. Konstytucja RP, Kodeks cywilny i Kodeks rodzinny i opiekuńczy nie zawierają żadnego postanowienia odnoszącego się do innych niż małżeństwo kobiety i mężczyzny związków. W związku z powyższym w Polsce niemożliwe jest sprawowanie łącznej prawnej opieki nad dziećmi przez osoby jednej płci. Niemożliwa prawnie jest adopcja przez parę homoseksualną. Pary homoseksualne by sprawować opiekę nad dzieckiem muszą wyszukiwać luk prawnych. Dopuszcza się adopcje dzieci przez samotne osoby nie wnikając w orientację seksualną przybranego rodzica. W takiej sytuacji pary jednopłciowe mogą de facto wychowywać wspólnie dzieci, choć ich legalnym opiekunem będzie tylko partner, który dokonał prawnej adopcji.

Często też dzieci wychowywane przez pary tej samej płci pochodzą z poprzedniego związku heteroseksualnego jednego lub obojga partnerów, sztucznego zapłodnienia, lub matki surogatki.

Małżeństwa osób tej samej płci budzą kontrowersje a co dopiero ich rodzicielstwo, szczególnie wśród konserwatywnej i religijnej części społeczeństwa, według której rodzicielstwo jest nieodzownym atrybutem wyłącznie związku kobiety i mężczyzny.

Przeciwnicy stoją na stanowisku, że małżeństwa osób tej samej płci nie spełniają wymogów małżeństwa, gdyż skierowane jest ono ze swej natury do zrodzenia i wychowania potomstwa. Osoby niepopierające rodzicielstwa homoseksualnego uważają, że optymalnym środowiskiem dla rozwoju dzieci jest rodzina, składająca się z rodziców płci przeciwnej. Brak odmienności płciowej w rodzinie może doprowadzić w przyszłości do dalszego rozszerzania skłonności homoseksualnych, gdyż dziecko nie poznaje wzorców i zachowań panujących w relacjach heteroseksualnych.

Stanowisko zwolenników równouprawnienia mniejszości seksualnych i ich prawa do rodzicielstwa opiera się głównie na założeniu, że każdy człowiek ma prawo do samodzielnego wyboru, jak również prawo do posiadania potomstwa i wychowywania go wspólnie ze swoim partnerem. Instytucja małżeństwa i rodzicielstwa nie powinna być ograniczana przez wpływy ideologiczno-religijne, lecz musi uwzględniać potrzeby wszystkich obywateli – również mających odmienne poglądy i potrzeby.

Zwolennicy twierdzą, że pary osób tej samej płci, pomimo braku możliwości zrodzenia wspólnego potomstwa, są w stanie wychowywać wspólnie dzieci. Tym samym uważają, że związek osób tej samej płci może pełnić funkcje wychowawcze jak małżeństwo osób heteroseksualnych.
Adopcja przez pary osób tej samej płci jest legalna między innymi w Guamie, Andorze, Belgii, Islandii, Holandii, Szwecji, Republice Południowej Afryki, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Norwegii oraz w niektórych regionach Australii, Kanady, USA. W Danii, Finlandii, Niemczech.

Drodzy Czytelnicy, ciekawa jestem Waszych opinii na ten temat. A jakie jest Wasze zdanie? Czy w Polsce powinno się dokonać zmian w ustawodawstwie by zezwolić na legalizację związków partnerskich i adopcję dzieci? Czy uważacie, że temat rodzicielstwa par homoseksualnych to nadal temat tabu?

Zródło: wikipedia

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Może to zabrzmi dziwnie, ale jestem tolerancyjna, ale…
    Nie mam nic przeciwko zawieraniu związków małżeńskich, na biologiczne rodzicielstwo wpływu nikt nie będzie miał, ale na inne “formy” rodzicielstwa tak. Jestem przeciwna adopcji i pewnie się tym narażę, ale para homoseksualna nie jest normą (żeby nie powiedzieć normalna), nie jest w stanie zbudować “normalnego” domu. Oczywiście to też są ludzie zdolni do uczuć i innych społecznych zachowań, ale tak jak samotna matka czy ojciec nie są w stanie zapewnić pustki po brakującym rodzicu, tak osoby jednej płci nie są w stanie tego zapewnić. Ojciec i matka to zupełnie inne cechy osobowości i chyba nie muszę mówić jakie są między nimi różnice. Oboje są tak samo ważni i potrzebni. Wystarczy włączyć tv, posłuchać ludzi- bardzo często zdarza się, że kobieta nie potrafi zbudować silnego związku z mężczyzną, czego przyczyną jest brak męskiego wzorca w domu, mężczyzna nie potrafi zbudować prawdziwego domu, bo nie wie jak wygląda relacja mężczyzny i kobiety, bo nie miał matki. Oczywiście kontrargumentem będzie to, że osoby przeciwnej płci też nie są często w stanie zapewnić odpowiednich warunków bytowych czy psychicznych- owszem, ale jest to “efekt uboczny/niepożądany” nie do przewidzenia, natomiast para homoseksualna jest już na początku “zdefiniowana”, dlatego adopcja w moim odczuciu nie będzie dobra dla dziecka, które już i tak ma wystarczający bagaż doświadczeń i nawet to wielkie uczucie jakim mogłaby być darzona przez homoseksualnych rodziców nie zrekompensuje jej tego co w tym okrutnym świecie może ją czekać, jako dziecko dwóch mam czy ojców, to będzie jej kolejne piętno jakie przyszłoby jej dźwigać.

    Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam, bo nie to było celem mojej wypowiedzi :)

  2. Ja uważam, że dla porzuconego dziecka znacznie lepsze jest wychowywanie przez rodziców jednej płci niż mieszkanie w domu dziecka gdzie nie ma żadych perspektyw na przyszłość? Co czeka takie dziecko? Czy nie lepiej, żeby dwoje kochających siebie i to dziecko ludzi dało mu to co mogą najlepszego, czyli miłość, opiekę i poczucie bezpieczeństwa? Czy to, że coś nie jest ogólnie przyjętą normą znaczy, że nie może się nią stać? Większość uważa to za coś złego, a opiera sie na przykładach dzieci wychowywanych przez jedno z rodziców a to jest zupełnie co innego niż dwoje rodziców jednej płci, przecież to dziecko widzi, że ludzie się kochają, szanują, uczy się tolerancji dla odmienności, czym różni się to od rodziców jedn płci? Poza płcia oczywiście? Kto powiedział, ze rodzice jednej płci nie potrafia zbudować domu? bo określenie normalny jest tu dość nie na miejscu, bo czym jest pojęcie normalny dom? Dla kazdego znaczy coś innego, bo jest pojęciem niezwykle subiektywnym.
    Każdy ma prawo do szczęścia i posiadania potomstwa bez względu na orientację seksualną i poglądy. Jeśli pary jednopłciowe bedą poddane takiej samej procedurze adopcyjnej jak pary róznej płci będą ich obowiązywać te same zasady nie ma moim zdaniem żadnych powodów do niepokoju, bo zostaną tak samo dokładnie”prześwietleni” i bezpieczeństwo i szczęście dziecka będzie równie dobrze określone. Dlatego jestem całym sercem ZA

  3. Jestem przeciw, tak samo, jak jestem przeciw GMO – wszystko, co wbrew naturze, prędzej czy później zemści się na nas.

  4. Jak dla mnie, takie pary mogą sobie spokojnie żyć razem i tworzyć związek. Ale rodzinę? To już mi się nie podoba. Na dzień matki przyjdzie jeden z tatusiów? Albo na dzień ojca jedna z mamuś? Dziecko potrzebuje rodziców obojga płci, bo każda płeć ma co innego dziecku do zaoferowania, do przekazania.
    Nie podoba mi się ten pomysł i tyle.

  5. Ja jestem tolerancyjna jeśli chodzi o takie związki :) Rozumiem że taka para chciałaby mieć potomstwo, no cóż o ile nie sprawi to krzywdy dziecku to ok. Ale niestety nasze społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe na takie rzeczy i uważam, że wychowywanie dziecka przez osoby tej samej płci mogłoby wyrząfdzić dużą krzywdę maluszkowi. Ale osobiście nie przeszkadza mi to absolutnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Historia mlekiem płynąca


Kiedy urodził się Marcin, tak bardzo chciałam go przytulić, pobyć z nim i nauczyć się karmić piersią. Zgodnie z zaleceniami Ministerstwa Zdrowia, zaraz po porodzie mogłam się nacieszyć tą chwila razem z mężem. Położne pomogły mi przystawić dziecko do piersi, które trochę possało i zasnęło. Tak bardzo cieszył mnie ten fakt, karmienie piersią było dla mnie bardzo ważne. Wiedziałam, że na początku tego mleczka jest niewiele, a dziecko też nie potrzebuje tak dużo.

Byłam pełna pozytywnych myśli. Na oddziale spotkałam przemiłą panią położną, która kilka razy na mój dzwonek zaglądała do nas i pomagała przystawić maluszka do piersi, bo nie było to dla mnie takie łatwe, jak mi się wydawało. Czasem udało mi się przystawić to bezbronne maleństwo, by odpowiednio ssało. Jednak drugiej nocy poprosiłam pielęgniarkę o dokarmienie glukozą Marcinka, bo czułam, że nie potrafię go sama poprawnie przyłożyć, a nawet jak się już uda to się odrywa i dalej płacze. Tak bardzo pragnęłam, aby spał spokojnie, bez płaczu, a z drugiej strony czułam, że pokarmu jest niewiele i powoli zapadałam się w tej myśli, że mam za mało mleczka.

Kiedy przyjechaliśmy do domu, razem z mężem odnieśliśmy mały sukces, gdyż udało się ułożyć małego, tak by spokojnie złapał pierś. Byliśmy dumni. Dni mijały, czasem było lepiej a czasem gorzej. Jednak cały czas czułam, że chyba coś jest nie tak bo moje dziecko je z jednej piersi po 40 minut, a czasem dłużej. Były dni kiedy ssał prawie 3 godziny z przerwami, by później zasnąć na dwie godziny. Czułam narastającą we mnie frustrację, a opinie niektórych znajomych wręcz mnie dobijały, gdy mówiły, że: pewnie pokarmu nie mam, że tak jak one przejdę na butelkę. Za nic nie chciałam się poddać.

Niestety kolejna wizyta położnej w domu, a później opinia lekarza – dziecko przybiera za mało na wadze – wagowo jest w 3 centylu. Wypłakałam wszystkie chusteczki jakie były w domu. Dlaczego, mam tak mało pokarmu? Przecież ja tak bardzo chcę karmić Małego piersią, przecież to jest takie naturalne. Pielęgniarki w ośrodku zdrowia były dla mnie wielką pomocą. Cierpliwie czekały, aż nakarmię Marcinka, by później go ponownie zważyć i zobaczyć ile przybrał. Mimo tego, usłyszeliśmy – dokarmianie sztucznym mlekiem 3-4 razy dziennie.

Tego samego dnia kupiliśmy mleko modyfikowane. Razem z mężem czuliśmy się w dołku, maleństwo płakało, nie umieliśmy dobrze się przystawić do piersi, a jak już się udało to dziecko “trzymało się” mnie długo, bardzo długo. Podjęliśmy decyzję, że podamy mleko modyfikowane.

Po pierwszych dokarmieniach, jeszcze raz z mężem mocno przedyskutowaliśmy całą sprawę. Mój mąż był i jest dla mnie ogromnym wsparciem. Czułam, ze nie jestem sama w tej sytuacji. Za radami znajomych całkowicie wrzuciliśmy na luz. Mleko modyfikowane odłożyliśmy na bok i postawiliśmy wszystkie karty na karmienie piersią. Przez pierwszy cały weekend za zadanie miałam odpoczywać, relaksować się i nie myśleć o tym, że może mam za mało mleka. Efekt po trzech dniach Marcinek przybrał 100g (normy 25-30 dziennie dla tamtego okresu). Skakaliśmy z radości, choć wiele trudności było jeszcze przed nami.

W tym czasie spotkałam się także z niesamowitą położną, która poświęciła nam mnóstwo czasu na naukę przykładania dziecka do piersi w różnych pozycjach. Nawet lekarz był wielce zdziwiony, że dziecko tak ładnie przybiera tylko na piersi. Minął dobry miesiąc kiedy mogłam powiedzieć, że już potrafię sama prawidłowo ułożyć syna. Lecz tak na dobre razem z naszym synem zgraliśmy się około 4 miesiąca życia. Ja nauczyłam się go przykładać, rozpoznawać kiedy połyka, a mały skupił się na jedzeniu. Wcześniej ssał, ale nieefektywnie, a teraz jest w tym coraz lepszy.

Gdy pisałam ten tekst – mój 5 miesięczny maluszek, kiedy czuł pierś w pobliżu, sam szeroko otwierał buzię i szukał, jak mógł mnie złapać, a karmienie zajmowało nam wtedy  ok. 10 -15 minut. A ponadto pokarmu miałam aż za dużo.

Czy było warto powalczyć? Zdecydowanie TAK. Choć przyznam nie było łatwo, wiele dała nam nasza determinacja i wiara w nas, naszą intuicję oraz wsparcie najbliższych.

Przede wszystkim dziękuję mojemu mężowi, Monice, Marysi i Marcie za wsparcie w trudnych chwilach.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja w Was wierzyłam od początku, w ogóle wierzę w mądrość dziecka i uważam, że współczesna medykalizacjja prawie każdej sfery macierzyństwa niczemu nie służy, każdy w około mądry i zagłusza to okropnie matczyną intuicję! Bardzo, bardzo się cieszę, że się Wam udało! Ja sama nie miałam łatwej historii karmienia, więc tym bardziej się cieszę!

  2. Jakbym czytała swoją historię, te same problemy na początku, też początkowe dokarmianie, a później jedna prosta rada doradcy laktacynego: przystawiać przez całą dobę co 2 godziny – tak przez kilka dni i mleka będzie więcej… Możliwe??? tak juz po 2 dniach przekonałam się, ze mleka jest duuużo więcej, po niecałym tygodniu mleka było na tyle, że raz dziennie odciągałam laktatorem i zamrażałam, na sytuacje kiedy mąż zostawał sam z synkiem, żeby mógł go nakarmić :)
    Cieszę się, ze Wam się udało, jesteś kolejnym świadectwem na to, ze mleko produkuje się przede wszystkim “w głowie” jeśli wierzymy, ze pokarm będzie i będziemy spokojnie karmić maleństwo bez stresów to zawsze je wykarmimy :)

  3. Jest to temat dla mnie jak najbardziej na miejscu i o czasie ponieważ nasza córeczka ma miesiąc, ja pokarm miałam w 3 dniu po porodzie. Po wyjściu ze szpitala malutka mniej więcej co 3 godzinki jadła po dobre 30 minut (je po tyle minut w dalszym ciągu) a w ostatnich dniach a raczej nocach córcia mogłaby się w ogóle nie odrywać od cyca… co zje i położe ją do łóżeczka zaraz do mnie wraca i ssie dalej i tak mamy nie przespane noce z małymi przerwami na sen. zaczęłam zastanawiać się nad jakością mleka i czy jej nie dokarmiać mlekiem modyfikowanym ale mała bardzo dobrze przybiera na wadze, poza tym jeśli chodzi o dzień to nie ma problemu jak zje to śpi po 2-3 godzinki czyli jest chyba najedzona :) Myślałam też o tym, że może ona traktuje cycka jako smoczka (dodam, że smoczków w ogóle nie toleruje) ale czemu akurat tylko w nocy. A może miała po prostu gorsze noce… chciała być blisko mamy :) Póki co nie zamierzam absolutnie jej dokarmiać sztucznym mlekiem, mam nadzieję, że to karmienie w nocy się ustabilizuje i będziemy miały przespane noce a ja będę mogła później funkcjonować w ciągu dnia :)

    1. gratuluję siły i chęci, życzę aby przygoda z karmieniem się ustabilizowała. Marcinek m już 10 miesięcy i nadal woli mleczko od mamy, a ja chętnie go karmię. Mimo powrotu do pracy, nie poddałam się i odciągam dla niego mleczko. Oj życzę przespanej nocy, bo myśmy jeszcze takowej nie zaznali :)

      1. Widzę, że znowu karmienie się unormowało co 2-3 godzinki w ciągu dnia i nocy, także mam nadzieje, że te nocne przygody córci bez odrywania się od cyca były jednorazowymi przypadkami :) A tak swoją drogą to śmieję się, że jak byłam w ciąży to marzyłam aby znów móc spać na brzuszku a teraz marzy mi się choć jedna przespana cała noc, ale póki co nie ma co na to liczyć :)

      2. Może niedługo doczekasz się przespanych nocy :) Dzieci są różne! Choć moja córka zaczęła przesypiać nocki gdy skończyła dwa latka. Tymczasem na świecie pojawił się synek, który robi nam pobudki. Cóż – uroki rodzicielstwa :)

  4. Historia podobna do naszej, synek nie umiał zassać prawidłowo piersi, płakał a ja razem z nim. Też walczyliśmy i także się udało :) Karmiłam piersią prawie 13 mies. Warto powalczyć mimo przeciwności losu. Pokarmu miałam dużo i zamrażałam go. Synek z czasem opanował technikę ssania, ja różne pozycje i cieszyliśmy się obydwoje z tych wspólnych chwil. Do dziś pamiętam radość gdy pierwszy raz załapał prawidłowo pierś i nie musieliśmy dokarmiać go odciągniętym mlekiem ze strzykawki.

  5. Córkę karmiłam 5 miesięcy. Przestałam z własnej winy. Zabrakło mi samozaparcia, cierpliwości… Teraz czekam na na synka i marze o tym, by karmić go przynajmniej do roczku! Mam znacznie większe doświadczenie niż 4 lata temu i większą motywację… Mam nadzieję, że się uda! a czy warto? Na pewno tak!:)

    1. Dasz radę! Oby starczyło CI samozaparcia i będzie dobrze :)

      1. No to karmimy już tydzień:))) Synek w przeciwieństwie do córki ma problemy z chwyceniem cycusia. W szpitalu łatwo nie było, ale nie poddawałam się i widzę już, że idzie mu coraz lepiej. Tylko, kiedy jest bardzo głodny albo zmęczony ma problem ze ssaniem. Bywa, że siedzi przy cycusiu nawet godzinę i bywa to męczące, tym bardziej, że zmęczenie daje o sobie znać, ale kiedy tak przytulam synka do piersi i patrzę, jak słodko pije, jestem bardzo szczęśliwa:) Mam nadzieję, że uda mi się karmić jak najdłużej!

  6. Gratuluję siły i wytrwałości!! ;)

  7. Córeczkę karmiłam 11 miesięcy i przestałam, bo stwierdziłam, że obie już do tego dojrzałyśmy, a ona równie mocno kochała butelkę jak maminą pierś. Nie było więc kłopotu.
    Synka karmiłam 7,5 miesiąca, bo zaczął mnie maluch podgryzać… A może po prostu poszłam na łatwiznę? Może marzyłam, by znów móc ubrać to, co chcę, a nie to, co będzie można szybko zdjąć/rozchylić by nakarmić dziecko…

  8. troszkę uroniłam łez czytając ten tekst.. moja córcia ma 4,5 miesiąca i przeżyłyśmy jeszcze więcej trudności z karmieniem, dlatego to o czym piszesz jest mi tak bliskie. ale nam też się udało – a może udaje, bo nie wiem co będzie dalej, ale na razie karmię moją Kruszynkę (która, swoją drogą, znajduje się trochę poniżej 3 centyla…. ale od początku tak było, bo urodziła się baaardzo malutka..). Gratuluję Ci z całego serca i życzę dużo szczęścia :-)

  9. Wiem co znaczą problemy z karmieniem;( Ja niestety mogłam karmić tylko nie całe 2 miesiące, a bardzo chciałam chociaż do roku.

  10. Historia wzruszająca naprawdę, nigdy bym się nie spodziewała że można mieć takie problemy karmieniem dziecka. PODZIWIAM że autorka do końca wytrwała, zawsze byłam zdania że karmienie piersią to najlepsze wyjście. Czytałam artykuł na ten temat http://vivalavita.pl/artykul/karmieniepiersiacowartowiedziec-839.html i jeszcze bardziej się przekonałam. Moje następne dziecko będzie też karmione piersią i mam nadzieję, że nie dopadną mnie żadne problemy w tej kwestii.
    Agata

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Surogatki – pomoc bezpłodnym czy handel brzuchami?


Postanowiłam zająć się tym tematem, jako  kolejnym sposobem na rodzicielstwo. Nie wiem czy temat nie jest bardziej kontrowersyjny niż „próbówka”? Na pewno jest mniej znany. Traktowany jako coś następnego po In vitro.

Ale po kolei. Ponieważ określenie to nie należy do popularnych, najpierw wyjaśnię kim jest surogatka – zerknę do najpopularniejszej encyklopedii internetowej. Według Wikipedii, surogatka to  kobieta, która przyjmuje do swojej macicy zapłodnioną in vitro komórkę jajową innej kobiety, która sama nie może zajść w ciążę, bądź nie mogłaby donosić swojej ciąży. Rola matki zastępczej sprowadza się do donoszenia ciąży, urodzenia dziecka i oddania go rodzicom[1]. Definicja ta klarownie określa kim jest surogatka i na czym polega jej rola, a jak to wygląda od strony prawnej?  

W wielu krajach, takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Grecja, Finlandia, Ukraina czy Rosja „zawód” surogatki jest wcielony w życie od wielu lat i podlega precyzyjnej regulacji prawnej. Przepisy na ogół jasno mówią, w jakich okolicznościach para może szukać pomocy u matki zastępczej. Niejednokrotnie nakazują one potencjalnym surogatkom poddanie się specjalnym testom psychologicznym. Portugalia przygotowuje się do legalizacji instytucji surogatki dla bezpłodnych małżeństw. Grecja poszła jeszcze dalej i finansuje koszty opieki medycznej dla matki zastępczej. We Francji zaś sprawa ma się zupełnie inaczej. Tam jest to proceder nielegalny i podlegający karze. Podobnie temat ten rozpatruje się  w Niemczech, Norwegii i Szwecji.

Polskie prawo 2 lata temu wprowadziło nowelizację określając, że matką jest kobieta, która urodziła dziecko. Wcześniej panowała zasada “Mater semper certa est, pater est, quem nuptiae demonstrant” co znaczy: “Matka zawsze jest znana, ojcem jest ten, na kogo wskazuje związek małżeński”. Kiedyś nie można było mieć wątpliwości, kto jest matką. Świat jednak szybko się zmienia dzięki medycynie i dotychczasowe zasady już nie przystają do rzeczywistości. Do tej pory to kto był matką było bezsporne. Dziś “matka” też przestaje być pewna.
W związku z tym kobieta, która urodzi dziecko z uzyskanego poprzez in vitro zarodka innych osób (tzw. surogatka), będzie jego matką w rozumieniu prawa. Ta zmiana oznacza, również, że decydującym dla macierzyństwa jest fakt urodzenia dziecka. Jeżeli zatem w akcie stanu cywilnego wskazana zostanie inna kobieta niż ta, która faktycznie urodziła dziecko będzie można żądać zaprzeczenia macierzyństwa. Ten przepis może spowodować, że matki – surogatki będą teraz częściej występowały i walczyły o swoje prawa. Umowy między matkami zastępczymi a bezpłodnymi rodzicami wykorzystują lukę prawną, mówiącą o adopcji ze wskazaniem. Matka – surogatka – zrzeka się swoich praw wskazując we wniosku prawowitych opiekunów dla swojego dziecka. Jednocześnie rodzina adopcyjna składa wniosek o pełne przysposobienie tego dziecka. Decyzją Sądu zostaje przyzne prawo do opieki i w ten sposób rodzice zlecający stają się pełno prawnymi opekunami dziecka surogatki.

Zawiłości i luki prawne nie stanowią przeszkody dla funkcjonowania instytucji surogatek, wręcz przeciwnie. Sieć internetowa pełna jest ogłoszeń, a agencje pośredniczące rosną jak grzyby po deszczu. To one zarabiają najwięcej na tym “przedsięwzięciu”. Postanowień, które bezpośrednio regulowałyby kwestię zastępczego macierzyństwa nie zawiera także Europejska Konwencja Bioetyczna. Jedynym zapisem, który można byłoby odnieść do tej problematyki jest art. 21, który stanowi, iż: „Ciało ludzkie ani jego części – jako takie – nie mogą stanowić źródła korzyści finansowych”. A w przypadku surogatek korzyść ta jest szacowana pomiędzy 30 a 150 tysięcy złotych. Dlatego w Polsce głównym powodem, podjęcia „pracy” surogatki jest aspekt finansowy. Jest to dla nich czysty interes, sposób na rzekomo, łatwy pieniądz. Zainteresowani ponoszą ogromne koszty, dostając zaledwie umowę mającą im zagwarantować, że za 9 miesięcy zostaną szczęśliwymi rodzicami. Niestety na nic im ta umowa, jeżeli matka zastępcza zmieni zdanie (historia zna takie przypadki). Istnieje więc duże i realne ryzyko, że biologiczni rodzice zamiast cieszyć się swym maleństwem, będą prowadzili z surogatką wojnę w sądzie. Nikt przecież nie jest w stanie zagwarantować, że matka zastępcza nie pokocha tej małej Istoty, która rozwijała się pod jej sercem. Gdyby pokochała, czy można się dziwić? Czy można potępiać? A co się stanie, gdy dziecko urodzi się chore? Wszyscy umyją ręce, a w Domu Dziecka przybędzie kolejny nieszczęśliwy mały człowiek? A jeśli rozmyślą się rodzice biologiczni? Kto wtedy zaopiekuje się dzieckiem?

Nikt, kto bezskutecznie nie starał się o dziecko, nie jest w stanie wczuć się w położenie pary, która decyduje się na tak dramatyczny i ryzykowny krok, jakim jest wynajęcie surogatki. A co przeżywa kobieta, która przez 9 miesięcy nosi w sobie maleńkiego człowieczka, czuje jak rośnie, jak się rozwija, w potem je oddaje? W tym temacie możemy się spodziewać skrajnych odczuć. Skrajności te wynikają z wielopłaszczyznowości problemu, w którym niebagatelne znaczenie mają względy etyczne i uczucia. Regulacja tej kwestii wydaje się niezbędna chociażby dlatego, że skoro medycyna daje takie możliwości, to dlaczego ludzie mają ich nie wykorzystać? Czy korzystanie z usług surogatek byłoby łatwiejsze do zaakceptowania, gdyby nie stanowiło źródła dochodu? Czy w przypadku, kiedy wszystko po 9 miesiącach kończy się szczęśliwie, surogatka oddaje dziecko, a biologiczni rodzice otaczają je miłością, nadal jest to złe rozwiązanie? Podobnych pytań są tysiące, a odpowiedź na żadne z nich nie jest prosta i jednoznaczna.

Aby jednak uregulować prawem to, co przecież jest już faktem, niezbędna jest merytoryczna dyskusja pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami tej drogi do macierzyństwa. Zachęcam więc do dyskusji, w której konieczna jest otwartość na wysłuchanie argumentów obu stron.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Moim zdaniem – handel brzuchami. Dlaczego nie pomoc bezpłodnym? Bo sposobów, by pomóc jest mnóstwo innych! Nie trzeba rodzić komuś dziecka…

  2. ja bym nie byla tak pochopna w osadzaniu. Nikt nigdy nie wie jak sie zachowa. Jakiej pomocy szukac bedzie i tak dalej. I znow wychodzi Nasze latwe osadzanie wszystkiego w kolo. ja sie nie bede opowiadac po zadnej ze stron. nie bede okreslac zle czy dobre, bo nie mi to sadzic. i nie wiem nigdy co ja bym zrobila gdybym nie mogla miec dziecka.

    1. Ja też nie wiem co bym zrobiła… Ale dziwnie by było, gdybym miała odebrać innej matce dziecko – mimo, że niby miałoby to być wcześniej umówione…

    2. To nie jest osądzanie, a jedynie wyrażanie własnej opinii. Surogatki to nie jest jedyny sposób na posiadanie dziecka, kiedy nie można samej go urodzić, dlatego – zawsze jest wybór. Choćby – adopcja. Tyle dzieci czeka na rodzinę, która je pokocha… Są wśród nich tez noworodki, dlatego nieustannie dziwi mnie do jakich “dziwnych” kroków posuwają się ludzie, by mieć dzieci, podczas gdy rozwiązania są znacznie prostsze…

      1. z tymi noworodkami to chyba ciężko, bo cały proces adopcyjny trwa na tyle długo, że ten noworodek dawno już chodzi – albo i mówi…

        Masz rację, że to nie jedyny sposób. Dla mnie też to handel brzuchami i jakoś mnie to nie przekonuje, ale gdybym nie mogła mieć dzieci, a inne sposoby by zawiodły, nie wiem, czy nie sięgnęłabym i po cudzy brzuch. Po prostu nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

      2. Anna Bućko

        Fakt. Proces adopcji trochę trwa ale kiedy się już go przejdzie,to po prostu się czeka. Znam osoby które adoptowały takie maluchy. I wcale nie było tak,ze “wybrali” dziecko i zaczęli działać z formalnościami. Wręcz przeciwnie.

  3. Ja sama nie wiem jak bym postąpiła, choć nie jestem przeciwniczką tego rozwiązania, nie uważam też że jest to rozwiązanie idealne, ale zawsze jest to szansa na bycie rodzicem dla tych, którzy w inny sposób nie mogą. Przede wszystkim nie wolno nam ze względu na nasze oobiste przekonania odbierać innym prawa do szczęscia jeśli nie wyrządzają przy tym nikomu krzywdy.

  4. Stawiając się w roli kobiety, która nie może mieć dzieci, a pragnie tego- próbowałabym wszystkiego! Ale jednocześnie sprzedaż swojego brzucha jest dla mnie okropnym! Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy podano mi 1 raz córkę na ręce- jak miałabym ją potem oddać obcym ludziom?! To jest straszna…

    1. Ja też nie rozumiem tego jak można oddać własne dziecko – czy to nowo narodzone, czy już żyjące chwilę na tym świecie. Trzeba być albo bez uczuć, albo zdesperowanym.

  5. ciężki temat…ogromna szansa dla rodziców, którzy od lat starają się o dziecko i będą mogli stworzyć rodzinę ale takie przypadki powinny być uregulowane przez prawo jednoznacznie i chronić prawa rodziców “adopcyjnych”. Pewnie mnie wykrzyczycie “a co z kobietą, która nosi dziecko przez 9 m-cy!?”…otóż jeśli decyduje się na taką pomoc powinna być świadoma konsekwencji i poddania badaniom psychiatrycznym co do motywacji decyzji o zostaniu surogatką…zwłaszcza jeśli komórka jajowa i plemnik należą do rodziców dla których nosi dziecko… ostatnio oglądałam program o surogatkach i podziwiam te kobiety, trzeba mieć niesamowitą siłę psychiczną i prawdziwą chęć pomocy… to ogromnie trudne oddać dziecko, nawet jeśli biologicznie nie jest twoje a tym bardziej jeśli w połowie jest… płakałam jak bóbr nad szczęściem rodziców którzy otrzymali od surogatek dar w postaci dziecka i nad mamami zastępczymi, którym te dzieci tak do końca nie były obojętne…

    1. zgadzam się z Tobą. Poza tym wszystkim dodałabym, że miałaby to być BEZPŁATNA forma pomocy, a jedyne, ewentualne koszty jakie mieliby ponieść przyszli rodzice to opieka lekarska- wtedy utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że to nie jest handel brzuchami, a pomoc.

      1. sama ciąża dla kobiety jest cudownym ale jakże wymagającym stanem u kobiety, czasem znosimy ją bardzo ciężko, mdłości, zgaga i inne dolegliwości ale tez ciaża zagrozona, kiedy trzeba leżeć i niezmiernie na siebie uważać… to nie jest takie proste… to jest przecież dla kobiet które się na coś takiego zdecydują ogromne poświęcenie, dlaczego mają to robić za darmo?
        uważam, ze jeśli ta kwestia byłaby prawnie uregulowana to dlaczego nie miałoby być za to wypłacone zwyczajne wynagrodzenie?
        moim zdaniem o handlu brzuchami mozna mówić wtedy jeśli jest to wykonywane poza prawem, ale w państwie prawa takie kwestie powinny być uregulowane i dostępne dla tych, którzy świadomie i dobrowolnie sie na to zdecydują, poddadzą odpowiednim badaniom

      2. dla mnie mniej więcej jest tak jak w tym przypadku- zgłosiłam się do banku komórek macierzystych oraz wyraziłam zgodę na oddanie moich narządów po śmierci i nie chcę za to pieniędzy, robię to z potrzeby serca i myślę, że tu powinno być tak samo. Choć nie porównuję sytuacji, ciąża trwa dłużej i nie jest obojętna dla organizmu.

  6. Może to zabrzmieć dziwnie, ale kiedyś sama myślałam o tym, by urodzić dziecko dla własnej siostry… Tak długo starali się i nic nie wychodziło, widziałam jak są nieszczęśliwi… Potem jednak udało się, mają dwójkę wspaniałych dzieciaków :) ale myśląc o tym dzisiaj, kiedy też mam dwójkę dzieci, nie do końca potrafię sobie wobrazić, bym mogła je oddać po 9 miesiącach troski i kochania.
    Jeżeli pomoc taka jest naprawdę pomocą, to można przecież płacić za opiekę, ew. jakieś porządne odżywianie się – ale by wynająć brzuch jak przechowalnię, to mi się do końca nie podoba…

  7. ciezki temat, nie mi osadzac, sama nie wiem co bym zrobila nie mogac miec dzieciatka, smutny jest los kobiet nie mogacych nosic pod serduszkiem fasolki, zapewne wiele by oddaly aby moc poczuc cud pierwszego ruchu swojego dziecka, pamietam jak zwykla czkawka mojej Bee doprowadzala mnie do lez szczescia:)) odnosnie surogatek pomoc pomoca, myśle jednak ze za takie poświęcenie coś się należy… próby invitro są diabelnie drogie i nikt się nad tym nie rozczula, więc czemu nie wynagrodzić kobiety która nosi Twoje dzieciątko!!!!?

  8. Uważam, że bycie surogatką powinno być legalne, ale na zasadzie banku mleka kobiecego, czyli nieodpłatnie.
    Urodzenie dziecka dla kogoś to wg mnie ogromny akt miłości do tej osoby jak i również akt poświęcenia miłości do dziecka.
    Nie sprzedałabym brzucha, ale rozważyłabym takie poświęcenie dla bliskiej mi osoby, która nie może mieć dzieci a bardzo tego pragnie. Pod warunkiem, że miałabym pewność, że dziecko będzie w tej rodzinie szczęśliwe, bo poniekąd traktowałabym je jak swoje.
    To tak hipotetycznie oczywiście :)

  9. Hanna Szczygieł

    Zgadzam się z Przedmówczynią, jednak uważam, że największym dylematem jest tu kwestia nie tyle pieniędzy czy związku Surogatki z “Najemcami”, a problem etyczny związany z samą Matką zastępczą – Być może pomocna byłaby regulacja prawna stanowiąca, że matką zastępczą może zostać kobieta, która już urodziła dziecko – czyli kobieta, która w pełni świadomie podejmie taką decyzję. Wiedząc, jakie uczucia i emocje są związane z ciążą oraz urodzeniem dziecka. Bo przecież zarówno “oddanie” dziecka jego genetycznym rodzicom, jak i “rozmyślenie się” i wycofanie z takiej umowy – jest źródłem niewyobrażalnego cierpienia dla jednej ze stron. A każdy z nich ma “rację”.

  10. Dziwne dla mnie jest to, że kobieta nosząca pod sercem przez 9 miesięcy dziecko jest w stanie je tak po prostu oddać. Nawet jeśli taka była umowa.
    Jestem zdania, że dziecko w brzuszku mamy też potrzebuje czułości, rozmowy i głaskania, dlatego często głaskałam swój brzuch, mąż się do niego tulił, mówiliśmy do maleństwa. Wierzę, że dzięki temu dziecko lepiej się rozwija.
    A te matki tego nie robią? Traktują dziecko tylko jak towar? Średnio mi się to podoba :/

    1. “Dziwne dla mnie jest to, że kobieta nosząca pod sercem przez 9 miesięcy dziecko jest w stanie je tak po prostu oddać. Nawet jeśli taka była umowa.” – Nikt nie powiedział, że tak jest, że to jest takie proste…

      “Jestem zdania, że dziecko w brzuszku mamy też potrzebuje czułości, rozmowy i głaskania, dlatego często głaskałam swój brzuch, mąż się do niego tulił, mówiliśmy do maleństwa. Wierzę, że dzięki temu dziecko lepiej się rozwija.
      A te matki tego nie robią? Traktują dziecko tylko jak towar? Średnio mi się to podoba :/”

      – bycie surogatką chyba nie zabrania głaskania brzucha?
      Ja bym porównała to do bycia matką tymczasowo zastępczą. Osoby , które prowadzą dom opieki zastępczej przyjmują każde dziecko, opiekują się nim, często się zdarza, że się do niego przywiązują i je pokochają ale mają świadomość, że są tylko ogniwem łączącym dom dziecka z rodziną adopcyjną. I nikt takich osób nie potępia , wręcz przeciwnie, ja takie osoby podziwiam. I mogę sobie tylko próbować wyobrażać jak to jest gdy przychodzi chwila rozstania z kolejnym pokochanym dzieckiem…

      1. Dla mnie też niewyobrażalne jest, jak można oddać dziecko, które nosi się 9 miesięcy pod sercem. Rozumiem, że takie kobiety powinny być od początku świadome w jakim celu zachodzą w ciążę, jednak…teoria to jedno a praktyka drugie. Ciąża to wyjątkowy stan, noszenie pod sercem maleństwa nie może się równać z żadnymi innymi emocjami w ciągu całego życia kobiety…Dlatego tak często zdarzają, się sytuacje, że surogatka po narodzinach dziecka jednak nie oddaje go rodzicom… i wtedy tragedia jest jeszcze większa: rozczarowanie, ból, walka o dziecko… Moim zdaniem to nie jest dobry sposób! Kobieta decydująca się na wynajmowanie brzucha powinna mieć wyjątkowy charakter – a instynkt macierzyński jest jednym z czynników, który utrudnia tak przedmiotowe podejście do bycia w ciąży i urodzenia dziecka, czyli po prostu traktowanie tego jak przysługę/interes czy jakkolwiek by to nazwać…

      2. A rodziny zastępcze tez podziwiam, ale porównanie ich do surogatek moim zdaniem nie jest słuszne.

      3. Ja też podziwiam rodziny zastępcze, ale to całkiem coś innego niż surogatki. One kochają dziecko, opiekują się nim wiedząc, że nie od nich wyszło i nie na ich domu zakończy wędrówkę.
        Gorzej gdy surogatka stwierdzi, że jednak nie chce oddać dziecka. Ma do tego prawo?

      4. Wiem, że surogatkom nie zabrania się głaskania brzucha, ale skoro od samego początku są zdecydowane oddać dziecko jego rodzicom, to nie wiem, czy troszczą się o maleństwo od chwili poczęcia. Nie mówię, że tego nie robią, po prostu nie wiem tego.
        Sądzę jednak, że nie chcą się do maleństwa przywiązywać, by potem nie musieć cierpieć (bo chyba jednak mają jakieś uczucia, prawda?). WIęc może ograniczają kontakt z dzieckiem do minimum? Do zera?
        Ale to tylko takie moje gdybania. Nie znam żadnej surogatki, więc ciężko coś tak naprawdę powiedzieć na ten temat.

  11. Student prawa

    pozwolę sobie zabrać głos w tej sprawie, jako że zajmuję się naukowo zagadnieniem macierzyństwa zastępczego, zaś uregulowania prawne nie dla każdego muszą być jasne. w rozumieniu obecnego polskiego prawa macierzyństwo zastępcze jest zabronione, co oznacza, iż matką dziecka jest w rozumieniu przepisów kobieta, która je urodziła, nawet jeśli udowodnione jest pochodzenie komórki jajowej, bądź obydwu komórek rozrodczych od kogo innego. Tak więc surogatka, która “umówi się” np. z małżeństwem, że po porodzie “wyda” im dziecko, a nie zechce tego zrobić, nie poniesie za to żadnych konsekwencji prawnych, ponieważ to ona jest w świetle prawa jego mamą. Rodzice, którzy “zamówili” dziecko, mogą się domagać co najwyżej “opłaty”, jeśli już takową wnieśli jako wynagrodzenie dla mamy zastępczej – na podstawie przepisów o bezpodstawnym wzbogaceniu – wynagrodzenie takie będzie świadczeniem nienależnym w rozumieniu Księgi Trzeciej Kodeksu Cywilnego. Pozdrawiam Student Prawa

  12. Jeśli są wokół tej sprawy takie komplikacje, to nie popieram tego… Dziecko to nie zabawka. Ja mysle, że wszystko w naszym życiu jest ma sens, nawet brak dziecka też ma sens, bo może akurat to ta para została wybrana, żeby stworzyć dom dla dziecka, które zostało “wyrzucone z gniazda”. Te wszystkie “techniki” by miec dziecko na siłę trochę mnie przerażają. Długo staraliśmy sie o dziecko, mieliśmy w związku z tym myśli, że dzieci nie będzie, więc naprawdę rozumiem jakie to ogromne pragnienie. Ale są pewne granice.

  13. ja bym nie urodziła, nie dałabym rady oddać dziecka ale gdybym długo starała sie o dziecko i nie miała innej możliwości nie wiem czy nie zdecydowałabym sie na takie rozwiązanie, ciężko jest mówić gdy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku