Emocje 25 maja 2014

Po stronie dziecka

Kiedy wspominam moją Mamę w zasadzie pierwsze co mi przychodzi na myśl, to że zawsze była po mojej stronie. Nie żeby zawsze się ze mną zgadzała, albo ja z nią, nie było tak różowo. Byłyśmy zbyt podobne do siebie, obie zbyt impulsywne, zbyt uparte, zbyt stanowcze, iskrzyło, oj iskrzyło! Oczywiście nie mówię tu o wczesnym dzieciństwie tylko o czasie nieco późniejszym. Bo dzieckiem to ja byłam grzecznym, narzekać nie można było.

Ale nie o to mi chodzi.

Mama nigdy publicznie nie wystąpiła przeciwko mnie, nawet jeśli były powody, jeśli zachowałam się nie tak jak trzeba, co przecież każdemu się może zdarzyć. Wyjaśniałyśmy to sobie, gdy byłyśmy same. Pamiętam taką sytuację, gdy ktoś mi zwrócił uwagę że źle się do Mamy odezwałam, to był jej dobry znajomy. Nie zdążyłam się odezwać, gdy Mama powiedziała: a co ciebie obchodzi jak my ze sobą rozmawiamy? Między nas nikt nie miał prawa wejść, bardzo o to dbała.

W ósmej klasie miałam beznadziejną wychowawczynię. Tak, tak, nie powinno się tak mówić o nauczycielach, no ale co poradzę, że taka była? Nie lubiła mnie, właściwie nie wiem czemu, może z nudów. Chociaż nie, teraz myślę, że wkurzałam ją, bo się jej nie bałam, a przecież była postrachem szkoły. Niczego mnie nie uczyła, widywałyśmy się raz w tygodniu na godzinie wychowawczej. Wiecie za co mnie najbardziej nie lubiła? Za drugi kolczyk w lewym uchu! Nie żartuję, mówię serio. Darła się na mnie z tego powodu, aż echo niosło po szkolnych korytarzach. Tak na marginesie: wszystkie moje koleżanki miały dwie dziurki w lewym uchu, a niektóre nawet trzy. Taka moda wtedy była. Nawet nie zrobiłam sobie pierwsza, ale to na mnie spadały bite przez nią pioruny. Kiedy zażądała żebym go wyjęła, a ja odmówiłam, kazała mi przyjść do szkoły z Mamą.

Mama się zagotowała, że z powodu takiej głupoty jest wzywana do szkoły, no ale poszła. Wychowawczyni chciała być profesjonalna, pochwaliła mnie za oceny (nie żebym była prymuską, ale źle nie było), przyznała, że zachowanie w porządku, no tylko TEN KOLCZYK! I wtedy moja Mama powiedziała: Wie pani co? Ja na ten kolczyk patrzę codziennie w domu i jakoś mi nie przeszkadza, mały jest, o nic nie zaczepia, ścian nie rysuje, a pani ten widok przeszkadza niecałą godzinę w tygodniu? To niech pani nie patrzy. I niech mi pani wyjaśni jak to jest, że nie przeszkadzają pani kolczyki innych uczennic, nawet tych co noszą po trzy duże kolczyki w jednym uchu?

Żeby nie przedłużać powiem tylko, że tak zapowietrzonej mojej wychowawczyni nie widziano ani wcześniej ani później, a temat kolczyków skończył się jakby kto nożem uciął :P

Dziś gdy sama jestem mamą doceniam to dużo bardziej niż wtedy. I staram się być tak samo fair wobec Duśki. Jest jeszcze mała, proces wychowawczy trwa, ale nie zwracam jej uwagi publicznie, jeśli nie ma palącej potrzeby – dopiero gdy zostajemy same tłumaczę co i dlaczego zrobiła źle. Wyjątkiem jest plac zabaw, gdy jej zachowanie wpływa na bezpieczeństwo innych dzieci, wtedy reaguję natychmiast. Niestety moja córka jeszcze nie załapała, że nie wszystkie maluchy tak samo szybko opuszczają zjeżdżalnię. W innych przypadkach, kiedy np. do dorosłego sąsiada zwraca się per “ty”, czekam aż zostaniemy same, żeby spokojnie porozmawiać. Poza tym moje dziecko jest raczej statyczne i spokojne, jej największe przewinienie, które muszę ucinać, to krzyk, że ktoś chce gumą do żucia poczęstować, albo landrynką, a ona takich rzeczy nie je. Trenujemy grzeczne odmawianie i dziękowanie ;)

Nie pozwalam na krytykowanie mojej córki dla samego krytykowania. Co z tego, że nie wejdzie na drabinki tak wysoko jak inne dziecko? Co z tego, że nie che jeść tego co inne dzieci? Czy to jest powód żeby ją piętnować? Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Porównywanie do innych dzieci to dobry sposób na wpędzenie w kompleksy. Nie zgadzam się na to.

Dziecko ma prawo liczyć na mamę, szukać w niej oparcia, rola mamy to nie tylko: nakarmić, napoić, ubrać, zabrać na spacer. To coś o wiele bardziej złożonego, skomplikowanego, trudniejszego. Tak, tak, trudniejszego. Ale też nie ma nic piękniejszego na świecie niż uśmiech dziecka. Dlatego cieszę się, że jestem mamą.

Mam nadzieję, że kiedyś Duśka będzie wspominała mnie tak, jak ja dziś moją Mamę.

Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Asia
Asia
6 lat temu

Lubię czytać twoje wpisy… Zawsze szeroko się do nich uśmiecham :)

Mirella
Mirella
6 lat temu
Reply to  Asia

Dziękuję :)

Sport 21 maja 2014

Na koń i jazda w pole!

Kto z Was jeździ konno? Ten sport staje się coraz bardziej popularny, o czym świadczy chociażby moja rozmowa z uczniami w szkole, na temat sportów przeróżnych. Generalnie moi mundurowi uczniowie najczęściej biegają, bawią się w średniowiecznych Słowian oraz jeżdżą konno. A co niektórzy są nadpobudliwi i łączą te trzy elementy w zgrabną całość. I teraz pytanie: co takiego fajnego jest w wielkim zwierzu, dziwnie pachnącym i niosącym swoją masą niebezpieczeństwo uczynienia krzywdy niedoświadczonemu jeźdźcy? Dla moich uczniów to po części zabawa, po części zamiłowanie do koni i wielkie emocje które towarzyszą takiej przyjaźni.

Ja co prawda nie jeździłam ze względu na zdrowie i urodzenie dziecka dobre trzy lata, ale uwielbienie dla tego rodzaju aktywności nie przeminęło wraz z czasem. Miałam wielkie szczęście trafić na fantastycznego nauczyciela, pana Rysia, który z wielką cierpliwością pilnował moich postępów, najpierw na lonży, następnie na ogrodzonym terenie a koniec końców w polu, gdzie zdać się już musiałam na swoje umiejętności. Tak, zdecydowanie dobry nauczyciel ( i spokojny koń) to mocna podstawa do osiągnięcia pierwszego sukcesu.

Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz wyruszaliśmy w teren, po uprzednim wyczesaniu i przygotowaniu konia, wskoczyłam na siodło i pogoniłam zwierza przed siebie! Euforia, strach, wszystkie emocje na raz, i ta myśl tłukąca się po głowie -” Matko, czemu tak rzuca w tym siodle” ?! Naprawdę byłam w szoku, nie spodziewałam się, że czymś tak diametralnie innym jest anglezowanie na padoku, a galop na otwartej przestrzeni. Na początku biedna tłukłam się po całym siodle, poprawiając co i rusz stopy w strzemionach, próbując przy okazji wytłumaczyć sobie, że przecież to samo co na lonży, tylko trochę w stronę rodeo. Byłam strasznie spięta, bo po prawdzie też chciałam zaimponować i nie zawieść mojego nauczyciela, a dorobiłam się jedynie obitego tyłka i zdartych boków kolan, bo kurcze nie pomyślałam że w taki upał – było lato – skóra ocierająca się o siodło nie odwdzięczy się niczym innym. Człowiek uczy się na swoich błędach, więc gorąco, nie gorąco, od tamtej jazdy bryczesy i czapsy były dla mnie obowiązkowe. Wiem, że oficerki to tak bardziej elegancko, ale mi do szczęścia nie był full wypas potrzebny. A przy okazji przestrzegam przed stringami, bo te wrzynając się, uczyniły z tylnej części mojego ciała tatar, i nie ma tu ani krzty przesady!

Jak już udało mi się dojść do siebie po pierwszym wypadzie szybko zapragnęłam drugiego i jeszcze następnego, po prostu wsiąkłam. Wiadomo że czas i ćwiczenia gwarantują postępy, więc mniej było tego pilnowania się w siodle, a więcej obserwacji terenu i czerpania radości z jazdy i kontaktu ze zwierzęciem. Bardzo lubię tętent kopyt uderzających o ziemię i kurz podnoszący się gorącą porą, nawet muszki w zębach – tak to jest jak się ciągle gada – czy w oczach mają swój urok. Poza tym, co to za niesamowite uczucie gdy koń leci co sił, żywe pół tony pode mną, a ja panuję nad żywiołem! Bo konie to żywioł i należy zawsze zachować ostrożność. Przykry tego przykład przyniósł sam mój nauczyciel, gdy podczas galopu koń niespodziewanie zarzucił łeb do tyłu i trzasnął Rysia w twarz. Skończyło się pęknięciem kości twarzy, ogólnym poturbowaniem i długim czasem spędzonym poza siodłem.

Mnie też zresztą przytrafiały się niemiłe wypadki, a to oberwałam łbem po ciele, a to spadłam z siodła a koń pobiegł dalej i do stajni ładny kawałek wracałam na piechotę. Oj, bolało, ale czymże jest jeździec bez stłuczonego tyłka ? Z zabawniejszych sytuacji z pewnością mogę przytoczyć jesienny popołudniowy wypad, gdy koń o imieniu Kapsel, był uprzejmy najpierw zawrócić dobre trzy razy do stajni, i na nic miał moje ponaglenia, a jak już zdecydował się pójść w pole, wlazł do strumienia po czym się w nim położył. Ile radości mieli moi towarzysze, to tylko oni wiedzą, ja wymarzłam się niemiłosiernie. Już po czasie panowie wyjawili mi, że celowo mnie tam zaprowadzili, bo Kapsel to stary wyga i uwielbia się „kąpać” we wszystkim co tylko zbiera wodę.

Zdecydowanie jazda konna to sport dla ludzi lubiących wyzwania, bo jeśli ktoś zakłada że po prostu pojeździ i wróci do stajni, to wielce się może zdziwić. Ja tam lubię takie niespodzianki i nie mogę się doczekać, jak osiodłam konia i wyjadę w pole znów poczuć wiatr we włosach i niezłą dawkę adrenaliny.

 

Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Asia
Asia
6 lat temu

Mnie tam do koni jakoś nie ciągnie :P Ale może kiedyś spróbuję… a nóż widelec się zakocham! :P

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
6 lat temu
Reply to  Asia

Mąż pewnie narzeka że do koni nie ciągnie ;) a na poważnie, konie to cudne zwierzęta, nie sposób się w nich nie zakochać już przy pierwszym kontakcie :)

Zabawa 18 maja 2014

Savoir-vivre na placu zabaw

Mogłabym uznać ten wpis jako kolejną część cyklu. Pierwsza – savoir vivre w piaskownicy dotyczy nauki dzielenia się zabawkami i spojrzenia na sytuację z innej perspektywy. Dziś nieco inne ujęcie tematu na płaszczyźnie matka-dziecko-matka.

Pewnie nieraz widziałaś lub czynnie uczestniczyłaś w sytuacji kiedy dziecko awanturuje się na placu zabaw. Powodów może być tyle ile ziarenek piasku przyniesionych do domu. Jako obserwator potrafimy wczuć się w sytuację rodzica będącego na placu boju. Często instynktownie wyrywa nam się z ust porada skierowana w stronę mamy lub dziecka. Czasem by załagodzić sytuację bez zastanowienia pozwalamy pobawić się zabawką własnej córki czy syna. Wsparcie społeczne – jakże miło kiedy ktoś nie jest wobec nas obojętny. Kto już zdążył mnie nieco poznać pewnie spodziewa się jakiegoś „ale”. I słusznie.

Kiedy moja córka miała 1,5 r poszłam z nią do parku gdzie znajduje się plac zabaw. Nie miałyśmy przy sobie żadnych zabawek, bo najzwyklej nie miałam nawyku ich zabierania. Zawsze okazywało się, że nie wzbudzają zainteresowania mojego dziecka. Kiedy Tola bawiła się w najlepsze jej uwagę zwróciła dziewczynka, a konkretniej przyczepka, którą ze sobą zabrała na plac zbaw. Znając moją córkę wiedziałam, że będzie chciała się nią pobawić, więc od razu zareagowałam zabraniając. Nie myślcie, że ze mnie zbyt surowa matka. Po prostu wiedziałam, że nie będzie chciała oddać zabawki uznając ją za swoją własność. Chcąc uniknąć awantury dwa razy powiedziałam stanowczo, że to zabawka dziewczynki i nie wolno jej ruszać. Zawsze taka reakcja zdawała egzamin i dziecko wracało do zabawy. Oczywiście metoda działała do czasu kiedy uprzejma i nieświadoma swojego błędu pani, podważając mój autorytet wręczyła do ręki zabawkę okraszając stwierdzeniem, że jej córka i tak się nią nie bawi. Z jednej strony postawa godna pochwały, jednak narobiła wiele szkód. Moje przewidywania co do oddania zabawki sprawdziły się i przez 40 minut walczyłam z dziecięcym buntem. Próbując zachować spokój zewnętrzny – ten w środku w tym momencie nie istniał, trzymałam stanowczo Tolę na kolanach, kiedy doszło do rzucania się na chodnik, wyrzucania butów i rozrzucania wszystkiego z wózka. Wzrok osób znajdujących się w pobliżu potęgował moje rozżalenie i złość na panią i na supernianię. Aż dziw, że uszy pani Doroty nie spłonęły w momencie kiedy wyklinałam ją i jej metody, a savior-vivre miałam głęboko w nosie.

Kiedy sama jestem mimowolnym uczestnikiem podobnej sytuacji nigdy nie odwracam uwagi dziecka, nie staram się udzielać rad mamie i zawsze pytam najpierw ją – czy mogę dziecku pożyczyć zabawkę (nie, no troszkę kłamię – pierwsza jest moja córka ;)) czy poczęstować czymś, a już na pewno nie podważam autorytetu rodzica. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć reakcji spotkanego dziecka i mimo dobrych intencji możemy wywołać III wojnę światową. Więc w podobnej sytuacji przypomnij sobie o piekących policzkach słynnej niani, bo być może nie tylko ja ją wyklinam stosując jej metody, które mimo wszystko uważam za bardzo dobre.

 

Subscribe
Powiadom o
guest
13 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Asia
Asia
6 lat temu

Ja też nie mam w zwyczaju udzielać komuś rad – JAK postępować z jego dzieckiem.
Sama tego nie lubię. I wyznaję zasadę – nie rób drugiemu co tobie niemiłe.
Szkoda, że inni tego nie rozumieją i respektują ;/ Ale cóż….

Elżbieta Szymkowiak

To co słyszą w domu przekazują dalej.

W roli mamy - wrolimamy.pl

I to mnie przeraża. ..

Aleksandra Kreis
5 lat temu

Nie mamy problemów z pożyczaniem. Zabawek mamy sporo. Innej mamie jest miło gdy ich dziecko Ma co chce,, ale denerwuje mnie gdy tamta mama zapomina oddac w to miejsce z ktorego wzięła czyli nam. A nie ze szukam potem po całym placu zabaw.

Karolina Płotecka
5 lat temu

A mnie najzwyczajniej w świecie denerwuja rodzice ktorzy zabieraja swoje pociechy do piaskownicy i nawet łopatki dziecku nie wezma. Moj syn ma zawsze pelna siatke zabawek a pozniej przychodza inne dzieci i bez pytania bez niczego zaczynaja sie bawic jego zabawkami, pozniej nie chca mu oddac i zaczyna sie cyrk. Oczywiscie ja tlumacze synkowi ze trzeba sie dzielic ale najpierw dzieci musza sie zapytac czy moga wziąć. Tak samo moj synek (3latka ) pyta sie innych dzieci czy moze sie pobawic. To tak samo jakby sasiad wszedl do nas do domu zrobił sobie herbate albo wzial kluczyki od auta i… Czytaj więcej »

Mag Zaj
5 lat temu

2 latek nie umie zapytać czy może pożyczyć. Po za tym czasem się może po prostu zdarzyć że wracając skądś dziecko zobaczy plac zabaw i chce koniecznie iść. Bywa. Ja nigdy nie mam problemu z tym aby komuś coś pożyczyć. Gorzej jak dziecko ma pełno zabawek w piaskownicy i nie potrafi się dzielić. Przecież to właśnie o to chodzi żeby dzieciaki się integrowały a nie każdy sam w innym końcu.

Karolina Płotecka
5 lat temu

Ale od czegos ma rodzicow prawda? Ja tu nie mialam na myśli maluszków tylko chodzi mi bardziej o te dzieci 3+ bo z tego co obserwuje to one sa „prowodyrami” wszelkich bojek, klotni placzu i histerii. Kiedys moje dziecko bawiac sie w piaskownicy koparka zostalo odepchniete przez 5latka ktory zabral mu koprke. W zwiazku z tym moj malec sie rozplakal i chcial odebrac swoja własność. Musialam wkroczyc bo niestety tamto dziecko nie kwapilo sie do oddania. A co zrobila mamusia tamtego dziecka? Nic ..jeszcze skwitowala to tekstem: „Nie martw sie synku ten chlopiec nie umie sie dzielić..” Ręce mi opadły…

Mag Zaj
5 lat temu

No właśnie mi o to chodzi że dzieci nie są nauczone ani dzielenia ani wspólnej zabawy. Ja staram się nie ingerować chyba że faktycznie komuś dzieje się krzywda ale to mój syn wszystko wszystkim daje i chce się bawić z innymi a tak jak piszesz takie 4-5 latki nienauczone komunikacji wszystko mu zabierają i go odpychają. Czasem mi żal tego mojego synaka bo ja pamiętam z dzieciństwa jak każdy bawił się każdego zabawką i było ok. Żaden rodzic nie ingerował bo nie było potrzeby.

Elżbieta Szymkowiak

Naleźy obce dziecko upomnieć że tak nie wolno ale mamy z tym problem .

Grażynka Westfal
5 lat temu

Co w domu to ….?

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close