Po stronie dziecka


Kiedy wspominam moją Mamę w zasadzie pierwsze co mi przychodzi na myśl, to że zawsze była po mojej stronie. Nie żeby zawsze się ze mną zgadzała, albo ja z nią, nie było tak różowo. Byłyśmy zbyt podobne do siebie, obie zbyt impulsywne, zbyt uparte, zbyt stanowcze, iskrzyło, oj iskrzyło! Oczywiście nie mówię tu o wczesnym dzieciństwie tylko o czasie nieco późniejszym. Bo dzieckiem to ja byłam grzecznym, narzekać nie można było.

Ale nie o to mi chodzi.

Mama nigdy publicznie nie wystąpiła przeciwko mnie, nawet jeśli były powody, jeśli zachowałam się nie tak jak trzeba, co przecież każdemu się może zdarzyć. Wyjaśniałyśmy to sobie, gdy byłyśmy same. Pamiętam taką sytuację, gdy ktoś mi zwrócił uwagę że źle się do Mamy odezwałam, to był jej dobry znajomy. Nie zdążyłam się odezwać, gdy Mama powiedziała: a co ciebie obchodzi jak my ze sobą rozmawiamy? Między nas nikt nie miał prawa wejść, bardzo o to dbała.

W ósmej klasie miałam beznadziejną wychowawczynię. Tak, tak, nie powinno się tak mówić o nauczycielach, no ale co poradzę, że taka była? Nie lubiła mnie, właściwie nie wiem czemu, może z nudów. Chociaż nie, teraz myślę, że wkurzałam ją, bo się jej nie bałam, a przecież była postrachem szkoły. Niczego mnie nie uczyła, widywałyśmy się raz w tygodniu na godzinie wychowawczej. Wiecie za co mnie najbardziej nie lubiła? Za drugi kolczyk w lewym uchu! Nie żartuję, mówię serio. Darła się na mnie z tego powodu, aż echo niosło po szkolnych korytarzach. Tak na marginesie: wszystkie moje koleżanki miały dwie dziurki w lewym uchu, a niektóre nawet trzy. Taka moda wtedy była. Nawet nie zrobiłam sobie pierwsza, ale to na mnie spadały bite przez nią pioruny. Kiedy zażądała żebym go wyjęła, a ja odmówiłam, kazała mi przyjść do szkoły z Mamą.

Mama się zagotowała, że z powodu takiej głupoty jest wzywana do szkoły, no ale poszła. Wychowawczyni chciała być profesjonalna, pochwaliła mnie za oceny (nie żebym była prymuską, ale źle nie było), przyznała, że zachowanie w porządku, no tylko TEN KOLCZYK! I wtedy moja Mama powiedziała: Wie pani co? Ja na ten kolczyk patrzę codziennie w domu i jakoś mi nie przeszkadza, mały jest, o nic nie zaczepia, ścian nie rysuje, a pani ten widok przeszkadza niecałą godzinę w tygodniu? To niech pani nie patrzy. I niech mi pani wyjaśni jak to jest, że nie przeszkadzają pani kolczyki innych uczennic, nawet tych co noszą po trzy duże kolczyki w jednym uchu?

Żeby nie przedłużać powiem tylko, że tak zapowietrzonej mojej wychowawczyni nie widziano ani wcześniej ani później, a temat kolczyków skończył się jakby kto nożem uciął :P

Dziś gdy sama jestem mamą doceniam to dużo bardziej niż wtedy. I staram się być tak samo fair wobec Duśki. Jest jeszcze mała, proces wychowawczy trwa, ale nie zwracam jej uwagi publicznie, jeśli nie ma palącej potrzeby – dopiero gdy zostajemy same tłumaczę co i dlaczego zrobiła źle. Wyjątkiem jest plac zabaw, gdy jej zachowanie wpływa na bezpieczeństwo innych dzieci, wtedy reaguję natychmiast. Niestety moja córka jeszcze nie załapała, że nie wszystkie maluchy tak samo szybko opuszczają zjeżdżalnię. W innych przypadkach, kiedy np. do dorosłego sąsiada zwraca się per “ty”, czekam aż zostaniemy same, żeby spokojnie porozmawiać. Poza tym moje dziecko jest raczej statyczne i spokojne, jej największe przewinienie, które muszę ucinać, to krzyk, że ktoś chce gumą do żucia poczęstować, albo landrynką, a ona takich rzeczy nie je. Trenujemy grzeczne odmawianie i dziękowanie ;)

Nie pozwalam na krytykowanie mojej córki dla samego krytykowania. Co z tego, że nie wejdzie na drabinki tak wysoko jak inne dziecko? Co z tego, że nie che jeść tego co inne dzieci? Czy to jest powód żeby ją piętnować? Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Porównywanie do innych dzieci to dobry sposób na wpędzenie w kompleksy. Nie zgadzam się na to.

Dziecko ma prawo liczyć na mamę, szukać w niej oparcia, rola mamy to nie tylko: nakarmić, napoić, ubrać, zabrać na spacer. To coś o wiele bardziej złożonego, skomplikowanego, trudniejszego. Tak, tak, trudniejszego. Ale też nie ma nic piękniejszego na świecie niż uśmiech dziecka. Dlatego cieszę się, że jestem mamą.

Mam nadzieję, że kiedyś Duśka będzie wspominała mnie tak, jak ja dziś moją Mamę.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Pingback: Trochę inny Dzień Matki | W Roli Mamy

  2. Lubię czytać twoje wpisy… Zawsze szeroko się do nich uśmiecham :)

    1. Dziękuję :)

  3. Pingback: Kolczyki u dziewczynek - przekłuwać uszy czy nie? - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Na koń i jazda w pole!


Kto z Was jeździ konno? Ten sport staje się coraz bardziej popularny, o czym świadczy chociażby moja rozmowa z uczniami w szkole, na temat sportów przeróżnych. Generalnie moi mundurowi uczniowie najczęściej biegają, bawią się w średniowiecznych Słowian oraz jeżdżą konno. A co niektórzy są nadpobudliwi i łączą te trzy elementy w zgrabną całość. I teraz pytanie: co takiego fajnego jest w wielkim zwierzu, dziwnie pachnącym i niosącym swoją masą niebezpieczeństwo uczynienia krzywdy niedoświadczonemu jeźdźcy? Dla moich uczniów to po części zabawa, po części zamiłowanie do koni i wielkie emocje które towarzyszą takiej przyjaźni.

Ja co prawda nie jeździłam ze względu na zdrowie i urodzenie dziecka dobre trzy lata, ale uwielbienie dla tego rodzaju aktywności nie przeminęło wraz z czasem. Miałam wielkie szczęście trafić na fantastycznego nauczyciela, pana Rysia, który z wielką cierpliwością pilnował moich postępów, najpierw na lonży, następnie na ogrodzonym terenie a koniec końców w polu, gdzie zdać się już musiałam na swoje umiejętności. Tak, zdecydowanie dobry nauczyciel ( i spokojny koń) to mocna podstawa do osiągnięcia pierwszego sukcesu.

Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz wyruszaliśmy w teren, po uprzednim wyczesaniu i przygotowaniu konia, wskoczyłam na siodło i pogoniłam zwierza przed siebie! Euforia, strach, wszystkie emocje na raz, i ta myśl tłukąca się po głowie -” Matko, czemu tak rzuca w tym siodle” ?! Naprawdę byłam w szoku, nie spodziewałam się, że czymś tak diametralnie innym jest anglezowanie na padoku, a galop na otwartej przestrzeni. Na początku biedna tłukłam się po całym siodle, poprawiając co i rusz stopy w strzemionach, próbując przy okazji wytłumaczyć sobie, że przecież to samo co na lonży, tylko trochę w stronę rodeo. Byłam strasznie spięta, bo po prawdzie też chciałam zaimponować i nie zawieść mojego nauczyciela, a dorobiłam się jedynie obitego tyłka i zdartych boków kolan, bo kurcze nie pomyślałam że w taki upał – było lato – skóra ocierająca się o siodło nie odwdzięczy się niczym innym. Człowiek uczy się na swoich błędach, więc gorąco, nie gorąco, od tamtej jazdy bryczesy i czapsy były dla mnie obowiązkowe. Wiem, że oficerki to tak bardziej elegancko, ale mi do szczęścia nie był full wypas potrzebny. A przy okazji przestrzegam przed stringami, bo te wrzynając się, uczyniły z tylnej części mojego ciała tatar, i nie ma tu ani krzty przesady!

Jak już udało mi się dojść do siebie po pierwszym wypadzie szybko zapragnęłam drugiego i jeszcze następnego, po prostu wsiąkłam. Wiadomo że czas i ćwiczenia gwarantują postępy, więc mniej było tego pilnowania się w siodle, a więcej obserwacji terenu i czerpania radości z jazdy i kontaktu ze zwierzęciem. Bardzo lubię tętent kopyt uderzających o ziemię i kurz podnoszący się gorącą porą, nawet muszki w zębach – tak to jest jak się ciągle gada – czy w oczach mają swój urok. Poza tym, co to za niesamowite uczucie gdy koń leci co sił, żywe pół tony pode mną, a ja panuję nad żywiołem! Bo konie to żywioł i należy zawsze zachować ostrożność. Przykry tego przykład przyniósł sam mój nauczyciel, gdy podczas galopu koń niespodziewanie zarzucił łeb do tyłu i trzasnął Rysia w twarz. Skończyło się pęknięciem kości twarzy, ogólnym poturbowaniem i długim czasem spędzonym poza siodłem.

Mnie też zresztą przytrafiały się niemiłe wypadki, a to oberwałam łbem po ciele, a to spadłam z siodła a koń pobiegł dalej i do stajni ładny kawałek wracałam na piechotę. Oj, bolało, ale czymże jest jeździec bez stłuczonego tyłka ? Z zabawniejszych sytuacji z pewnością mogę przytoczyć jesienny popołudniowy wypad, gdy koń o imieniu Kapsel, był uprzejmy najpierw zawrócić dobre trzy razy do stajni, i na nic miał moje ponaglenia, a jak już zdecydował się pójść w pole, wlazł do strumienia po czym się w nim położył. Ile radości mieli moi towarzysze, to tylko oni wiedzą, ja wymarzłam się niemiłosiernie. Już po czasie panowie wyjawili mi, że celowo mnie tam zaprowadzili, bo Kapsel to stary wyga i uwielbia się „kąpać” we wszystkim co tylko zbiera wodę.

Zdecydowanie jazda konna to sport dla ludzi lubiących wyzwania, bo jeśli ktoś zakłada że po prostu pojeździ i wróci do stajni, to wielce się może zdziwić. Ja tam lubię takie niespodzianki i nie mogę się doczekać, jak osiodłam konia i wyjadę w pole znów poczuć wiatr we włosach i niezłą dawkę adrenaliny.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Mnie tam do koni jakoś nie ciągnie :P Ale może kiedyś spróbuję… a nóż widelec się zakocham! :P

    1. Żaklina Kańczucka

      Mąż pewnie narzeka że do koni nie ciągnie ;) a na poważnie, konie to cudne zwierzęta, nie sposób się w nich nie zakochać już przy pierwszym kontakcie :)

  2. Pingback: zabawy na dworze : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Savoir-vivre na placu zabaw


Mogłabym uznać ten wpis jako kolejną część cyklu. Pierwsza – savoir vivre w piaskownicy dotyczy nauki dzielenia się zabawkami i spojrzenia na sytuację z innej perspektywy. Dziś nieco inne ujęcie tematu na płaszczyźnie matka-dziecko-matka.

Pewnie nieraz widziałaś lub czynnie uczestniczyłaś w sytuacji kiedy dziecko awanturuje się na placu zabaw. Powodów może być tyle ile ziarenek piasku przyniesionych do domu. Jako obserwator potrafimy wczuć się w sytuację rodzica będącego na placu boju. Często instynktownie wyrywa nam się z ust porada skierowana w stronę mamy lub dziecka. Czasem by załagodzić sytuację bez zastanowienia pozwalamy pobawić się zabawką własnej córki czy syna. Wsparcie społeczne – jakże miło kiedy ktoś nie jest wobec nas obojętny. Kto już zdążył mnie nieco poznać pewnie spodziewa się jakiegoś „ale”. I słusznie.

Kiedy moja córka miała 1,5 r poszłam z nią do parku gdzie znajduje się plac zabaw. Nie miałyśmy przy sobie żadnych zabawek, bo najzwyklej nie miałam nawyku ich zabierania. Zawsze okazywało się, że nie wzbudzają zainteresowania mojego dziecka. Kiedy Tola bawiła się w najlepsze jej uwagę zwróciła dziewczynka, a konkretniej przyczepka, którą ze sobą zabrała na plac zbaw. Znając moją córkę wiedziałam, że będzie chciała się nią pobawić, więc od razu zareagowałam zabraniając. Nie myślcie, że ze mnie zbyt surowa matka. Po prostu wiedziałam, że nie będzie chciała oddać zabawki uznając ją za swoją własność. Chcąc uniknąć awantury dwa razy powiedziałam stanowczo, że to zabawka dziewczynki i nie wolno jej ruszać. Zawsze taka reakcja zdawała egzamin i dziecko wracało do zabawy. Oczywiście metoda działała do czasu kiedy uprzejma i nieświadoma swojego błędu pani, podważając mój autorytet wręczyła do ręki zabawkę okraszając stwierdzeniem, że jej córka i tak się nią nie bawi. Z jednej strony postawa godna pochwały, jednak narobiła wiele szkód. Moje przewidywania co do oddania zabawki sprawdziły się i przez 40 minut walczyłam z dziecięcym buntem. Próbując zachować spokój zewnętrzny – ten w środku w tym momencie nie istniał, trzymałam stanowczo Tolę na kolanach, kiedy doszło do rzucania się na chodnik, wyrzucania butów i rozrzucania wszystkiego z wózka. Wzrok osób znajdujących się w pobliżu potęgował moje rozżalenie i złość na panią i na supernianię. Aż dziw, że uszy pani Doroty nie spłonęły w momencie kiedy wyklinałam ją i jej metody, a savior-vivre miałam głęboko w nosie.

Kiedy sama jestem mimowolnym uczestnikiem podobnej sytuacji nigdy nie odwracam uwagi dziecka, nie staram się udzielać rad mamie i zawsze pytam najpierw ją – czy mogę dziecku pożyczyć zabawkę (nie, no troszkę kłamię – pierwsza jest moja córka ;)) czy poczęstować czymś, a już na pewno nie podważam autorytetu rodzica. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć reakcji spotkanego dziecka i mimo dobrych intencji możemy wywołać III wojnę światową. Więc w podobnej sytuacji przypomnij sobie o piekących policzkach słynnej niani, bo być może nie tylko ja ją wyklinam stosując jej metody, które mimo wszystko uważam za bardzo dobre.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja też nie mam w zwyczaju udzielać komuś rad – JAK postępować z jego dzieckiem.
    Sama tego nie lubię. I wyznaję zasadę – nie rób drugiemu co tobie niemiłe.
    Szkoda, że inni tego nie rozumieją i respektują ;/ Ale cóż….

  2. Pingback: Gdyńskie Eksperymenty | W Roli Mamy

  3. Pingback: Urodziny - jak zorganizować urodziny w zoo : W Roli Mamy

  4. Pingback: To nie własne podwórko... - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  5. To co słyszą w domu przekazują dalej.

  6. A mnie najzwyczajniej w świecie denerwuja rodzice ktorzy zabieraja swoje pociechy do piaskownicy i nawet łopatki dziecku nie wezma. Moj syn ma zawsze pelna siatke zabawek a pozniej przychodza inne dzieci i bez pytania bez niczego zaczynaja sie bawic jego zabawkami, pozniej nie chca mu oddac i zaczyna sie cyrk. Oczywiscie ja tlumacze synkowi ze trzeba sie dzielic ale najpierw dzieci musza sie zapytac czy moga wziąć. Tak samo moj synek (3latka ) pyta sie innych dzieci czy moze sie pobawic. To tak samo jakby sasiad wszedl do nas do domu zrobił sobie herbate albo wzial kluczyki od auta i pojechal na przejazdzke.

    1. 2 latek nie umie zapytać czy może pożyczyć. Po za tym czasem się może po prostu zdarzyć że wracając skądś dziecko zobaczy plac zabaw i chce koniecznie iść. Bywa. Ja nigdy nie mam problemu z tym aby komuś coś pożyczyć. Gorzej jak dziecko ma pełno zabawek w piaskownicy i nie potrafi się dzielić. Przecież to właśnie o to chodzi żeby dzieciaki się integrowały a nie każdy sam w innym końcu.

    2. Ale od czegos ma rodzicow prawda? Ja tu nie mialam na myśli maluszków tylko chodzi mi bardziej o te dzieci 3+ bo z tego co obserwuje to one sa “prowodyrami” wszelkich bojek, klotni placzu i histerii. Kiedys moje dziecko bawiac sie w piaskownicy koparka zostalo odepchniete przez 5latka ktory zabral mu koprke. W zwiazku z tym moj malec sie rozplakal i chcial odebrac swoja własność. Musialam wkroczyc bo niestety tamto dziecko nie kwapilo sie do oddania. A co zrobila mamusia tamtego dziecka? Nic ..jeszcze skwitowala to tekstem: “Nie martw sie synku ten chlopiec nie umie sie dzielić..” Ręce mi opadły…

    3. No właśnie mi o to chodzi że dzieci nie są nauczone ani dzielenia ani wspólnej zabawy. Ja staram się nie ingerować chyba że faktycznie komuś dzieje się krzywda ale to mój syn wszystko wszystkim daje i chce się bawić z innymi a tak jak piszesz takie 4-5 latki nienauczone komunikacji wszystko mu zabierają i go odpychają. Czasem mi żal tego mojego synaka bo ja pamiętam z dzieciństwa jak każdy bawił się każdego zabawką i było ok. Żaden rodzic nie ingerował bo nie było potrzeby.

  7. Nie mamy problemów z pożyczaniem. Zabawek mamy sporo. Innej mamie jest miło gdy ich dziecko Ma co chce,, ale denerwuje mnie gdy tamta mama zapomina oddac w to miejsce z ktorego wzięła czyli nam. A nie ze szukam potem po całym placu zabaw.

  8. Naleźy obce dziecko upomnieć że tak nie wolno ale mamy z tym problem .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

SN i CC po mojemu


Jako jedyna z naszej dziesiątki blogujących mam, doświadczyłam zarówno porodu siłami natury jak również poprzez cięcie cesarskie. Ze względu na sporą ilość pytań typu – co lepsze SN czy CC, co bym wybrała jeśli miałabym taką możliwość, jakie zalety a jakie wady mają te dwa sposoby wydania potomka na świat itp. – postanowiłam zebrać swoje doświadczenia i odczucia w tym wpisie. Podkreślam jednak, że są to wnioski i przemyślenia, które wynikają z moich przeżyć związanych z porodami.

Chyba najprościej będzie jeśli wypunktuję Wam wszystkie moje pozytywne i negatywne odczucia, więc do dzieła.

SN – moje plusy

– szybko wróciłam do formy, sprawności i samodzielności w opiece nad noworodkiem i samą sobą. Już w szpitalu śmigałam na pełnych obrotach ;) Chociaż później już nie było tak kolorowo.

– kontakt z dzieckiem, to takie oczywiste, choć w tym wypadku u mnie wyglądał on dość kiepsko ze względu na komplikacje poporodowe moje i córeczki. Niemniej jednak chodzi mi o wspólną fizyczność, jedność podczas poszczególnych etapów porodu. Wspólnie przeżywanie go wraz z dzieckiem, słuchanie bicia serca, czucie każdego ruchu.

– czułam satysfakcję, że dałam radę, pomimo tego, że poród był wywoływany, skurcze krzyżowe, zero znieczulenia. Jestem po prostu z siebie dumna.

– szybko powróciłam do aktywności fizycznej, żadne ćwiczenia nie sprawiały mi kłopotu. Dzięki czemu wyglądałam jak przed ciążą i czułam się atrakcyjna.

– jak tylko podjęliśmy decyzję o kolejnym dziecku, zabraliśmy się do działania, co jest niemożliwe po cc. Tu wskazane jest zachowanie większego odstępu pomiędzy kolejnymi ciążami.

– nabrałam większej świadomości własnego ciała, co i jak w nim funkcjonuje. Poczułam się bardziej kobieco niż kiedykolwiek, co też przekładało się na sprawy łóżkowe :)

– podziw dla samej siebie, nie wpadłam w jakiś narcyzm, ale skoro urodziłam dziecko = jestem superkobietą – supermamą ;)

CC – moje plusy

– po kilkudniowych próbach wywołania naturalnego porodu, jednak lekarz zdecydował się na cięcie cesarskie, które mogę podsumować krótko – wszystko odbyło się szybko i bez bólu.

– mogłam ucałować synka i poczuć jego ciepło, cały czas widziałam co się z nim dzieje, po zszyciu był ze mną, pomimo aparatury, braku możliwości poruszania się, czułam go przy piersi – nie zapomniane uczucie.

– krótszy i łagodniejszy połóg, który trwał ok. 3 tygodni i był mniej obfity niż po porodzie SN.

– jako, że w głowie ciągle dudniła mi myśl, że syn może mieć ponad 4 kg (na co też wskazywał mój ogromny brzuch i pomiary podczas badań USG), wydaje mi się, że cc było zdecydowanie bezpieczniejsze dla mnie i dziecka. I do dziś dziękuję, że lekarz zdecydował się tak rozwiązać moją ciążę.

– czułam się mniej odarta z mojej intymności – oczywiście podczas przygotowań do CC również byłam naga, to jednak nie krążyło wokół mnie mnóstwo ludzi, nikt co chwila na mnie nie patrzył, nie zaglądał to tu to tam itp.

– nienaruszone krocze. Choć wiem, że podczas CC mocno nadwyręża się szyjkę macicy, to jednak nietknięte krocze to dla mnie plus.

– ktoś zapyta jeszcze co ze znieczuleniem, u mnie akurat było ono wykonane bezboleśnie i bez żadnych późniejszych komplikacji.

SN – moje minusy

– bóle porodowe, skurcze czyli jak najbardziej normalna sprawa podczas naturalnego porodu, niemniej jednak porównując z cc, to są minusy. Rodziłam bez żadnego znieczulenia, poród wywoływany końskimi dawkami oxytocyny oraz bóle krzyżowe.

– bolesne badania, które miały wywołać akcję porodową, jak również podczas samego porodu. Non stop ktoś “tam” gmerał, sprawdzał co i jak i to w taki sposób, że na sam widok zbliżającej się osoby cała się spinałam. Mimo iż, moje skurcze były bardzo bolesne, te badania je przebijały.

– mechaniczne przebicie pęcherza płodowego, gdyż sam nie pękł. Pani doktor zrobiła to ogromną pęsetą a ja miałam wrażenie, że mogę z bólu po ścianach chodzić. Skurcze przy tym to było nic.

– obnażenie z intymności, gdy ja klęcząca na łóżku porodowym, wbijająca paznokcie w oparcie i z wypiętym tyłkiem walczyłam o każdy milimetr rozwarcia, personel szpitala spokojnie sobie dreptała tam i z powrotem. Wiem, wiem że dla nich to normalka, ale ja nie czułam się komfortowo gdy ciągle otwierali drzwi na korytarz. Choć i tu muszę przyznać, że tekst ten piszę już prawie 3 lata po tym porodzie i takie mam odczucia, ale chyba w tej danej chwili, tam na sali nie do końca miało to aż tak ogromne znaczenie.

– większa, w moim mniemaniu, możliwość komplikacji u dziecka. U małej doszło do lekkiego niedotlenienia.

– próby wyciskania dziecka na siłę za pomocą zrolowanego prześcieradła zaczepionego o bok łóżka – nie zgodziłam się na takie traktowanie. Jedyny ucisk personelu nastąpił podczas ostatecznego parcia, gdy córka była już prawie na świecie.

– naruszenie tkanek i mięśni krocza mnie nie ominęło. Doszło do pęknięcia i nacięcia krocza.

– bolesność krocza utrzymująca się dość długo, chociaż pierwsze dni były zupełnie bezbolesne. Dyskomfort zaczął się gdy, wszystko zaczęło się goić.

– wrastanie szwów, które nie zostały wyciągnięte. Powstało u mnie okropnie bolące zgrubienie, przez które prawie płakałam. Dopiero gdy szwy zaszły ropą, sama je wyciągnęłam.

– długi połóg, który trwał u mnie równo 6 tygodni i już miałam tego serdecznie dość.

– wyczerpanie i zmęczenie, utrzymujące się przez dłuższy czas po porodzie, mogłam spać w każdym miejscu, w każdej pozycji i o każdej porze.

– strach przed porodem dziecka z dużą wagą.

CC – moje minusy

– blizna widoczna do końca życia

– przez pierwsze 2 tygodnie odczuwałam duży dyskomfort, ból, mała mobilność, samodzielność. Oj, musiałam się namęczyć by wstać z łóżka, towarzyszył mi duży ból, a czynność zajmowała dużo czasu.

– długi powrót do aktywności fizycznej – wszyscy odradzali mi ćwiczenia, forsowanie się, straszyli że może się coś stać ze szwami, zrobią się zrosty i szczerze sama czułam, że muszę swoje odczekać.

– dłuższy czas na „wklęśnięcie” się brzucha, oj i to zdecydowanie dłuższy niż przy SN, ale u mnie to też związek z kolejnym myślnikiem.

– większa możliwość rozejścia się mięśni prostych brzucha i z wiązane z tym komplikacje. Mimo, że jestem drobnej budowy, nie mam nadwagi – mam rozejście i strasznie mi z tym źle. Mój brzuch nie może wrócić do pożądanej przeze mnie formy. A dyskomfort odczuwam nawet przy noszeniu dzieci na brzuchu, jakby mi ktoś po wnętrznościach dreptał. Aktualnie walczę z tym ćwiczeniami i mam nadzieję, że uda się wrócić do “kaloryfera”.

– ból obręczy barkowych podczas zabiegu i dobę po nim. Podczas CC mocno bolało, ale z relacji lekarzy wiem, że to normalna reakcja która może wystąpić.

– długo odczuwalny ból blizny podczas wykonywania różnych czynności, podczas spania na brzuchu czy w chwilach gdy dziecko się po mnie wspina i uciska brzuch.

– zależność od innych w pierwszej dobie po porodzie.

– dłuższy czas, w którym można zdecydować się na kolejne dziecko – blizny muszą być mocne przed kolejną ciążą i porodem.

-większe prawdopodobieństwo kolejnego CC przy następnych porodach.

– CC to jednak operacja, która niesie za sobą komplikacje. U mnie oprócz nagłego, ale na szczęście chwilowego, spadku mojego tętna, podczas którego czułam “że odlatuję” nic poważniejszego się nie wydarzyło.

 

To by było tak według mnie. Na pewno jeszcze o czymś zapomniałam, coś pominęłam, jednak te najważniejsze i najbardziej zapamiętane odczucia zostały wyliczone.

Pamiętajmy jednak, że poród, niezależnie w jaki sposób przebiega, i cała fizjologia z nim związana jest sprawą niezwykle indywidualną. U niektórych pewne sytuacje mogą wyglądać i być odczuwane zupełnie inaczej.

Ilość myślników jest różna i choć na pierwszy rzut oka siły za i przeciw nie są wyrównane, ważna jest wartość poszczególnych wyliczeń. A poród, obojętnie w jaki sposób przebiega, jest najcudowniejszym początkiem nowego, wspólnego życia:)

A jeśli zapytacie mnie co bym wybrała… nie wiem. Myślę, że pozostawiłabym to przeznaczeniu. No chyba, że byłyby jakieś wskazania, typu duża waga dziecka. Ponieważ mając już porównanie rodzenia córki siłami natury, która ważyła 3400g kiedy nie było łatwo, to nie wyobrażam sobie porodu syna – 4200g. I jestem wdzięczna mojemu lekarzowi za podjęcie decyzji o rozwiązaniu ciąży przez cięcie cesarskie.

A jakie są Wasze doświadczenia i odczucia związane z porodem? W jaki sposób Wasze małe cuda przyszły na świat? Co jeszcze dorzuciłybyście do tych wyliczeń?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Starszą córkę urodziłam siłami natury,bez znieczulenia.Było to 10lat temu,pamiętam jednak,że wpadłam w straszną histerię i chciałam wracać do domu przy 8cm rozwarcia.Byłam młodsza,więc już kilka godzin po porodzie byłam na nogach.jedyne co źle wspominam to pielęgniarkę,która nakrzyczała na mnie,że dzidzi nie potrafię nakarmić.niestety córka przeszła na butelkę już dwa dni po porodzie-szpitalne dokarmianie,moja temperatura i brak pomocy.Młodzszą córkę urodziłam w 2012 roku więc świadomość inna,opieką medyczną lepsza,tu i pomoc pani od laktacji w szpitalu była-córkę karmię piersią do dziś.poród tym razem jednak z komplikacjami,bo przez cesarskie cięcie przez mój stan przed rzucawkowy.cudem nie straciłam wzroku.blizna boli czasem nadal.

  2. Do porodu pojechałam ze skurczami co 8 minut – gdy dojechałam do szpitala były już co 6 ( była to niedziela 7 rano kiedy dojechaliśmy na miejsce – badanie – rozwarcie na 1 !!! gdzie tam do 10 ;/… chodzić chodzić i jeszcze raz chodzić żeby przyspieszyć. O 10 akcja nieco zwolniła -skurcze znów co 8 minut. Najgorsze te badania – miałam podobne uczucie- na widok zbliżającej się położnej lub lekarza aż się cała prężyłam na myśl o tym “sprawdzaniu”. Skurcze zaczęły przybierać na sile -jednak cały czas były co 8 minut. I tak całą niedzielę. Późnym popołudniem stwierdzili że nie urodzę tak szybko i zawieźli mnie na patologię ciąży na “dojrzewanie”. Po całej niezapomnianej, nieprzespanej nocy z mega bólami zabrano mnie na badanie – rozwarcie dalej na 1 !!! nic lepiej… marzyłam o znieczuleniu żeby choć na chwile odpocząć i nabrać sił ale znieczulenie dopiero od 4 cm rozwarcia… więc musiałam czekać dalej. Później podłączyli już kroplówkę – zaczęły się bóle krzyżowe -ale wreszcie rozwarcie ruszyło i dostałam 1 dawkę znieczulenia. JAKI CHŁÓD ROZLAŁ MI SIĘ PO KRĘGOSŁUPIE. Poczułam ulgę – podłączono mnie do KTG… chciałam się zdrzemnąć choć chwilkę po nieprzespanej nocy kiedy to STUDENCI przyszli zobaczyć zapis KTG… byłam już zmęczona. KTG ok – zabrali się za przebijanie pęcherza płodowego. Później skakanie na piłce… i znów zaczynam czuć skurcze- coraz bardziej i bardziej a rozwarcie takie leniwe – 6 cm i nie chce ruszać dalej. Druga dawka znieczulenia dała mi ulgę na bardzo krótko – teraz już musiałam czekać aż do samego rozwiązania… 17.00 godzina w poniedziałek – rozwarcie na 8 ( czyli do 10 już bliżej niż dalej) -zapis KTG – tętno dzidziusia spada… i tak po 35 godzinach skurczy zrobiono mi CC gdyż powstało zagrożenie zamartwicy płodu… Z CC pamiętam już tylko tyle – że znów wbijali się w kręgosłup i szybko rozcięli i uratowali moją córeczkę gdyż jak się okazało pępowina była bardzo krótka. Zaraz później jak już ją zabrali do noworodków zasnęłam na tym stole… Obudziłam się na krótko jak mnie przewozili do innej już sali. Po dwóch dniach wyszła na mi na pięcie odleżyna… spalam całą noc bez ruchu w mokrej skarpetce od wód płodowych… i to właśnie przez nią musiała zostać dłużej w szpitalu…Noga spuchła tak że aż skóra popękała i zrobiły mi się rozstępy tylko na tej jednej nodze. Karmiłam piersią ale nie leżąc jak inne mamy na sali – tylko siedząc na krześle z nogami do góry… Po CC ciężko było się wygrzebać z łóżka :) także trochę PN i CC :)) teraz już równy rok jak to było:) marzę o drugim dziecku ale jeszcze muszę trochę odczekać żeby wszystko było dobrze.

  3. Kasia Kucharczyk

    Ja jestem po 2 cesarkach,jedna w 2010r i druga w 2012.Pierwsza CC była wskazaniem bo było zagrożenie że moja córka będzie ciężko chora i do tego miałam wysokie wielowodzie.Na szczęście córcia urodziła się całkowicie zdrowa,podejrzenie było błędnym odczytaniem obrazu USG.Ale swoje przeżyłam,martwiąc się od 7miesiąca ciąży.Druga cesarka była z wyboru,ale lekarz prowadzący sugerował tak zakończenie ciąży z powodu wcześniejszej cesarki,która odbyła się 2lata wcześniej.W szpitalu dali mi wybór,i nie próbowali namawiać na SN jak zdecydowałam się na CC.I chyba nie żałuję,że nie rodziłam SN,nie wiem czy dałabym radę,bo wiem jaki mam niski próg bólu i bałabym się,gdybym zdecydowała się przy drugiej ciąży na takie rozwiązanie,że wszystko być może po poprzedniej operacji się nie zagoiło.Cesarka wydała mi się wtedy najbezpieczniejsza metodą przyjsćia na świat mojego synka.Denerwują mnie tylko osoby które uważają że jak miałas cesarkę to nie rodziłas,ale każda mama która urodziła swoje dziecko przez cięcie cesarskie wie o czym mówię,a Ty do tego to wszystko opisałaś,tak jak jest.Cesarka to nie luksusowy poród,też odczuwasz ból,może nie podczas CC ale po gdzie bardzo długo się do siebie dochodzi,a najgorsze są pierwsze dni w szpitalu gdy chcesz maleństwo płaczące wziaść na ręce a ledwo co podnosisz sie z łóżka.Ja miałam też dwa razy zespół popunkcyjny,po każdym porodzie,jeszcze w szpitalu.Powikłania po znieczuleniu.

  4. ja rodziłam w 2013 roku, SN. Przed porodem długo myślałam czy lepsze jest CC czy poród SN. Nadal trudno mi to ocenić, jednak zgadzam się z większością informacji w tekście. Miałam to szczęście, że poród trwał bardzo krótko 3,5h, jednak ból jest naprawdę nie do zapomnienia. Z plusów porodu SN: bliskość z dzieckiem, poczucie że cały trud porodu, cały ten ból jest dla niego, że tylko dzidziuś się liczy; szybki powrót do formy+ładna sylwetka; łatwiej rozpocząć karmienie piersią (większa mobilność). @kasiakucharczyk:disqus ja też mam niski próg bólu, gdybyś musiała urodzić SN dałabyś radę, nie miałabyś innego wyjścia ;) ja pamiętam że przez cały okres bólów partych przepraszałam położną odbierającą poród “przepraszam ale ja nie dam rady” :D a ona na to że chyba nie mam innego wyjścia bo Adaś chce wyjść na świat :p pamiętam też że ciągle pytałam ile to jeszcze potrwa, a położna mówiła tylko 15 min. Uspokojała mnie tym, ciągle myślałam że 15 min to jeszcze wytrzymam, choć wiadomo że trwało to dłużej :p

  5. Justyna Wakuła-Król

    Też mam za sobą i cc i sn. cieszę się że drugą córeczkę urodziłam cc bo była wcześniakiem i podejrzewam że jednak dzięki temu nie ma żadnych problemów zdrowotnych pomimo że punkty apgar były kiepskie. Synek rodził sie siłami natury poród był szybki ale bez znieczulenia. Ja lepiej zniosłam sn. Chodzenie z blizną trudności we wstawaniu dren z rany i dwa worki ,nie mogłam się wyprostować ani kaszlnąć.Żeby zobaczyć córeczkę musiałam czołgać się po schodach bo była na innym oddziale. Miałam znieczulenie ogólne i po obudzeniu nie widziałam dziecka. Acha szwy po porodzie sn zdjęto mi jeszcze w szpitalu-byłam tam tydzień bo synek miał podawany antybiotyk więc nie było to dla mnie tak problemowe jak rana po cesarce.

  6. MADZIA JESTEŚ DZIELNĄ KOBIETKĄ!!!

  7. bernadetta bolek

    Jestem po trzech porodach sn każdy z nich byl inny i każdy nastepny szybszy łatwiejszy. Choć pierwszy wspominam podobnie jak ty było ciężko a mały urodził się siny i niedotleniony. dzieci miały 4100, 3700 i ostatni 4200 gdyby nie nacięcie wogole nie czulabym się jakbym dopiero co urodziła. Dziś mijaja dwa tyg od porodu a połóg juz prawie dobiega końca. Więc myślę że szybciej doszłam do siebie niż gdybym miała cc

  8. Żaklina Kańczucka

    U mnie 2 porody SN. Takie miałam marzenia, choć było one od siebie diametralnie inne. Pierwszy poród 18 h indukowany ból masakryczny, drugi poród 1,5 h nawet nie wiedziałam co i kiedy, do szpitala dotarłam po godzinie od skurczu, a po kolejnych 30 minutach miałam dziecko na piersi, ból nie tak straszny. Nie wyobrażam sobie CC, ale wiadomo, że przy sile wyższej niewiele można, trzeba słuchać lekarzy.

  9. Jakie by nie były plusy CC to sobie tego nie wyobrażam!!
    Pierwsze dziecko urodziłam SN i choć było ciężko bo syn był duży i “walczyłam” przeszło 15h to drugie też chce urodzić naturalnie. Mam nadzieję że będzie mi to dane :)

  10. Agnieszka Kempna

    ja również należe do osób ktore pierwszy poród sn – trwał 30 minut :) a drugi póltora roku póżneij ( marzec 2014) cc bo córka pchała sie na świat stopami – bardzo żałowałam ze nie mogła przyjsc na swiat sn bo po pierwszym porodzie nie wybrazałam sobie innego , teraz wiem ze najwazneijsze jest zdrowie dziecka i oba porody są dobre :)

  11. Rodziłam SN miałam komplikacje, błagałam o CC, mdlałam ale zero reakcji. Nacięte krocze, hemoroidy. Po porodzie nie mogłam chodzić ani usiąść. Bardzo długo dochodziłam do siebie ok. 2 miesięcy. syn była malutki 2960 a mimo to było ciężko. Bóle krzyżowe mnie wykańczały. Nie mam doświadczenia w CC lecz dowiedziałam się ze mam gronkowca złocistego i by urodzić drugie dziecko (jeśli bym się zdecydowała) powinnam mieć CC żeby dziecko nie przechodziło przez kanał rodny. Nie wiedziałam o tym podczas pierwszej ciązy i syn dostawał antybiotyk.
    Choć 2 września minie 5 lat ja nadal mam traumę i ciężko mi się zdecydować na drugie dziecko…

  12. Pingback: Rozstęp mięśni prostych brzucha po ciąży - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  13. Pingback: Pępek noworodka - pielęgnacja - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  14. Pingback: Łóżkowa rewolucja dla młodych mam - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  15. Pingback: Najlepszy ginekolog dla kobiety. : W Roli Mamy

  16. Jak to jest z tym rozejsciem miesnia prostego? Przeciez to ma miejsce przed porodem. Dlaczego uważasz ze cc ma na to wiekszy wplyw? Bede miec cc i juz wiem ze miesien mi sie rozszedl. Jak dochodzisz do formy?

  17. Ja mam za sobą 2 cc – pierwsze w 2009 roku miesiąc przed terminem porodu a drugie w 2011 roku. Zawsze marzyłam o porodzie siłami natury i za pierwszym razem bardzo przeżywała ze to cc. Nie wiem co to skurcze, odejście wód czy rozwarcie… Za drugim razem już nie miałam problemu z tym że nie rodze naturalnie. Co do samego cc to za pierwszym razem bardzo szybko doszłam do siebie. Za drugim razem było już niestety ciężej i dłużej zbierałam siły. Aż strach pomyśleć ze w czerwcu czeka mnie cc po raz trzeci – jeden plus to to że wiem czego się spodziewać ;)

  18. Byłam nastawiona na poród SN.Do szpitala trafiłam w 41 tyg ciąży miałam wystawione skierowanie gdybym nie urodziła w ciągu 7 dni od terminu.Zbadano mnie i stwierdzono małą ilość wód płodowych i zero jakichkolwiek skurczy,zdecydowano jutro rano założą mi balonik na wywołanie.W nocy chyba ze stresu dostałam skurczy i pomyślałam sobie no w końcu coś sie zaczyna dziać,niestety skurczy do rana przeszły a rozwarcie było na 1,5 cm co uniemożliwiło wywoływanie przy użyciu balonika lekarze zdecydowali nadal czekać.Kolejne 2 noce nadal skurcze bez postępującego rozwarcia za to z drgawkami i bardzo wysokim ciśnieniem.Wkońcu po 3 nie przespanych nocach zabrano mnie na wywołanie podano oxydocyne i sie zaczęło bóle krzyżowe masakra parte tez nie lepsze pomimo znieczulenia bolało .Mąż blady siedział ale zostawić mnie nie chciał,niestety po 10 godz prób urodzenia SN ze względu na to że główka dziecka źle sie wstawiła w kanał rodny zdecydowano o CC,mi było wtedy już wszystko jedno;).I tak na świat przyszedł Patryk 2450 i60cm teraz sie ciesze ze zrobiono mi cc ze nikt nie próbował tego dziecka ze mnie wyciskać.

  19. przepraszam nie2450 a 4250 ;)

  20. tak z ciekawości, bo różne opinie na ten temat słyszałam – czy po cc miałyście dawane zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch???

  21. Pingback: poród rodzinny : W Roli Mamy

  22. Tak – klexan. Sa to zastrzyki przeciwzakrzepowe, które wykupujesz sobie sama i wstrzykujesz w brzuch. Jak wstrzykujesz szybko to kompletnie nic nie czujesz :) a jak wolniej bo jest naturalny strach – troszeczkę szczypie. Dziecko by przetrwało bez płaczu :) a wyglądają strasznie.

    1. Katarzyna Ł.

      ha… ja też brałam clexane, ale dlatego, że miałam zakrzep. W moim przypadku musiałam dawać powolutku, czasami nawet kilka-kilkanaście minut, bo po wielu zastrzykach mam tak unerwiony brzuch i pełen zrostów, że szybkie wstrzykiwanie powoduje u mnie jedynie ból i siniaki.
      Zastrzyki miałam na receptę, wtedy płaciłam jedynie ryczałt, a nie pełną cenę.

  23. Same patologie. Ile kobiet rodzi w tych szpitalach naturalnie?
    To znaczy bez oksytocyny, przebijania pęcherza płodowego i bez nacięcia krocza?
    Przecież kobieta nie musi się zgadzać na te interwencje.
    A pęcherz płodowy pęka w całości dopiero pod koniec II fazy porodu, a nie pierwszej.

  24. Ogólnie jak czytam te wasze komentarzy to żal mi was. Ale nie z powodu porodu, ale z powodu waszej głupoty bo nic o nim nie wiecie.
    Nawet poród miednicowy nie oznacza konieczności wykonania cesarskiego cięcia.
    Te zabiegi są w Polsce bardzo nadużywane.

    Poza tym czy dla was poród to kara?
    Zamiast chcieć urodzić naturalnie to wy się zachowujecie jakbyście chciały żeby ktoś to zrobił za was.
    Wy powinniście walczyć o poród bez interwencji medycznych i w pozycji wertykalnej, a nie potem pisać bzdury że nie mogliście urodzić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku