Uroda 5 września 2011

Mam(a) PCOS

Od kiedy tylko zaczęłam myśleć abstrakcyjnie, od kiedy zaczęłam marzyć o przyszłości, jej obraz zarysowany był dość wyraźnie. Ja – mama, żona. I właściwie tylko tyle. Niczego więcej nie potrzebowałam. I przyszedł dzień kiedy obraz miał zostać zburzony jak wieża z klocków, miał zniknąć jak bańka mydlana. Ale co ja takiego zrobiłam, żeby usłyszeć taki wyrok? Wszystko to co było najważniejsze miało ulecieć lub  pozostać tylko w sferze moich myśli? Jak się okazało było to AŻ tyle….

            Jesteśmy ze sobą kilka dobrych lat, raz było lepiej, raz gorzej – jak to w związku. I nagle przyszedł dzień wizyty u ginekologa. Miała być zupełnie zwyczajna wizyta. Ten cholerny okres się spóźniał – stres? Jednak to nie stres, też nie ciąża. Więc co? PCOS. Dlaczego mnie przyczepił się ten zespół? Dlaczego JA mam policystyczne jajniki? O nic nie zapytałam lekarza. Wyszłam i szłam przed siebie. Nie pytałam, bo problem jest mi doskonale znany. Ktoś bardzo mi bliski też „jest w posiadaniu” PCOS. Po wykonanych badaniach poszłam na kolejną wizytę. Lekarz obejrzał wszystkie świstki i spojrzał spod okularów – Chce mieć Pani dzieci? – no jasne! Co za pytanie! – pomyślałam. A co w zamian usłyszałam? – Będzie poważny problem z naturalnym zajściem w ciążę. Owulacja może być nawet co kila lat, jajeczka się nie rozwijają, poziom pani hormonów jest bliski kobiety karmiącej, więc może pojawić się laktacja. To było najgorsze co mogłam usłyszeć. Kiedy podjęliśmy decyzję o założeniu rodziny staliśmy w kolejce do wyciągu narciarskiego. To było tak naturalne jak to, że nie zjeżdża się na „krechę” na czarnym stoku, kiedy ma się trzeci raz narty na nogach. I tak staraliśmy się, staraliśmy i wciąż brak miesiączki, co wcale nie było pożądanym objawem. Pozostało mi tylko powiedzieć głośno, że nie mogę mieć dzieci. Początkowo przez gardło przejść mi to zdanie nie mogło, ale to kwestia czasu i prób. Tak sobie żyłam ze świadomością, że jestem nieudanym egzemplarzem, że nie mi wyjść za mąż, bo sumienie nie pozwoliłoby mi „skazać” tak jakiegokolwiek mężczyznę, wolałabym być sama. Mijały miesiące i zaczynałam żyć „normalnie”. Zajęłam się sobą, swoim osobistym rozwojem. I tak skończyłam jedne studia, zaczęłam kolejne, pracowałam, nadrabiałam zaległości w lekturze, towarzysko się realizowałam, żeby tylko zapełnić pustkę po czymś czego przecież nie miałam. Któregoś dnia przechodząc koło apteki, przeszła mnie myśl, żeby kupić test (nie pierwszy w mym życiu). Kilka minut później byłam już w łazience. Zajęłam się porządkami. Kątem oka, od niechcenia spojrzałam na wynik. Dwie kreski!! Sprawdziłam w instrukcji, którą dobrze znałam. Tak, wynik pozytywny. Następnego dnia byłam już u lekarza. Lekarz potwierdził. Data niesamowita : 01.04! Prima Aprilis. Ale to nie był żart. Lekarz powiedział, że to niewiarygodne i że to jakiś cud (tak to określił). I tak chodziłam z moim cudem pod sercem przez 9 miesięcy, a dziś uwierzyć nie mogę że cud ten jest mój, nasz już na zawsze. I tak oto jestem ja – MAMA.

Czasem trzeba przestać wierzyć, żeby to co oczekiwane przyszło do nas ze zdwojoną siłą.

Subscribe
Powiadom o
guest
12 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Paulina2209
Paulina2209
9 lat temu

rozumiem doskonale. my dostaliśmy wyrok. nie będziecie mieć dzieci. nawet próby zapłodnienia nie udawały się. po 3 latach płaczów, wyrzutów dlaczego akurat my pogodziliśmy się z tym faktem i pewnego dnia po wizycie u lekarza dowiedziałam się….8 tydzień ciąży!!! co dzień patrzę na moje serduszko i dziękuje za ten dar. dostaliśmy wyrok i mamy cud

Baby_55
Baby_55
9 lat temu

popłakałam się… jednak cuda się zdarzają i trzeba w nie wierzyć :)

Bombel
Bombel
9 lat temu

Czasem szczęście idzie bardzo długą i okrężną drogą..ale w końcu przychodzi ;-)

alka
alka
9 lat temu

„Czasem trzeba przestać wierzyć, żeby to co oczekiwane przyszło do nas ze zdwojoną siłą.”
Piękne i prawdziwe słowa.

anka
anka
9 lat temu

bardzo często jak pary bardzo chcą i traktują zadaniowo ciążę to nic z tego nie wychodzi… a jak się poddają i kochają się ze sobą dla przyjemności z zaskoczenia okazuje się, że pojawi się w rodzinie nowy ktoś…

Paulina2209
Paulina2209
9 lat temu

czasami trzeba się poddać żeby coś dostać. tak było w moim przypadku i u Magdy po trochę też

Magda
Magda
9 lat temu
Reply to  Paulina2209

Dokładnie tak, choć gdzieś zawsze tli się iskierka nadziei :)

Sisunia
Sisunia
9 lat temu

Niestety zdarza się i tak – dobrze,że poruszyłaś ten temat…myślę,że to problem który dotyka coraz więcej kobiet. Dobrze,że u Was się skończyło tak wielkim cudem jakim jest bobasek :)

Paulina2209
Paulina2209
9 lat temu

w moim przypadku było podwójne uderzenie, u męża też był problem. o tym też się nie mówi a jest ogrom mężczyzn, którzy są chorzy.

Ingaki
Ingaki
9 lat temu

moja przyjaciolka ma PCOS i jest szczesliwa mama 3 dzieci. Nadzieje trzeba miec zawsze :)

Migotka
Migotka
9 lat temu

w upragniona ciaze naturalna zaszlam w drugim cyklu staran , pojawily sie plamienia i bole,mimo lekow w 3cim miesiacu mialam zabieg, ciaza sie nie rozwijala i obumarla, ,,,wpadlam w depresje, zaczelam robic wszystkie badania, wydalam kilka tys zlotych, dopiero po 1,5 roku trafilam na lekarza ktory stwierdzil pcos, do drugiej ciazy podeszlam na lekach clo, w pierwszym cyklu sie nie udalo, pecherz urosl na giganta ale nie pekl, owulacji nie bylo za to byla torbiel ktora musialam leczyc, podejscie drugie zrobilam po 6 miesiacach, zaszlam i urodzilam synka :) oprocz pcos mam minusowa grupe krwi, psychicznie nie jestm gotowa na… Czytaj więcej »

Jagoda Polak-Wątor
Jagoda Polak-Wątor
6 lat temu

Tez mam PCOS tylko ze ja leczylam sie 6 lat az w koncu uslyszalam ze pozostaje mi in vitro. Nie dawalam juz rady psychicznie odpuscilam chcialam odpoczac i wrocic do tematu po pol roku. Odstawilam leki pozegnalam sie z dr i ot tak w pierwszym mcu zaszlam w ciaze. Ot tak .. cud? I to jaki! Dzis synek ma 3,5 roku a ja zaczynam druga walke o maluszka.liczac znowu na kolejny CUD

Ciąża 2 września 2011

Być czy nie być – oto jest pytanie?

Takie pytanie stawia sobie każdy przyszły Tatuś. Przed niemniejszym problemem staje również każda przyszła Mamusia. Chcę być sama podczas tej wielkiej chwili, jaką jest poród,  czy z nim – „winowajcą” i przyszłym Tatą w jednej osobie?

Zawsze twierdziliśmy z mężem, że ten moment będziemy przeżywali wspólnie, przecież oboje chcemy powitać na świecie naszego potomka. Jednak, gdy zobaczyłam na teście dwie kreski, w naszych głowach zaczęły pojawiać się wątpliwości:

– może lepiej żeby nie widział mnie w takim momencie…

– a jak będę krzyczała to co on sobie o mnie pomyśli…

– na pewno będę wyglądać brzydko, więc po co ma mnie taką oglądać…

– „tam” wszystko będzie wyglądać inaczej niż zwykle… będzie takie nieciekawe… i mało erotyczne ;) o ile można to tak nazwać…

– czy będę potrzebny…

– może będę tylko przeszkadzał…

– czy zniosę ból ukochanej…

– czy chcą w ogóle to widzieć…

Podobne myśli piętrzyły się w naszych głowach i nie bardzo wiedzieliśmy oboje co zrobić.

Żadne z Nas nie potrafiło przyznać się do tego, że mamy jakieś wątpliwości. Zgodnie twierdziliśmy podczas rozmów ze znajomymi czy rodziną: oboje będziemy obecni w tak ważnym dla Nas momencie życia.

Kiedy pojawiły sie komplikacje i ciąża okazała się zagrożona, przestaliśmy o tym myśleć, bo nasze głowy zaprzątnięte były ciągłymi wizytami u lekarza, badaniami i lekami, których brałam całą masę…  Wróciliśmy do tematu, kiedy po kilku tygodniach sytuacja nieco się ustabilizowała a my wykorzystując to, że mogłam chodzić, zdecydowaliśmy się zapisać na zajęcia do Szkoły Rodzenia. Jedne z pierwszych zajęć dotyczyły roli partnera w czasie porodu. Położna, która prowadziła zajęcia pokazała nam jak ważne jest, by ktoś towarzyszył Mamie w tej trudnej i niesamowitej chwili, jaką jest poród. Przecież Mama tak naprawdę jest wtedy sama. Położna przychodzi, co jakiś czas sprawdzić tętno czy rozwarcie, lekarz prawie wcale a zza ścian, dobiegają krzyki innych rodzących. Istny koszmar zaczął kreować się w mojej głowie, pomyślałam, że gdyby coś się zaczęło dziać niepokojącego albo potrzebowałabym iść do toalety lub chciałoby mi się pić, to nie byłoby przy mnie nikogo, kto mógłby mi pomóc i na kogo mogłabym liczyć.

Wróciliśmy po zajęciach do domu, zjedliśmy kolację i mąż zaczął rozmowę. Przyznał się, że miał wątpliwości i nie bardzo wiedział czy chce być obecny przy porodzie i czy poradzi sobie z tym wszystkim. Bał się do tego przyznać przed sobą i przede mną. Powiedział, że po zajęciach zdał sobie sprawę z tego, że nie może mnie tak zostawić. Jego obecność jest konieczna i dlatego na pewno będzie ze mną. Kamień spadł mi z serca, bo czułam to samo, bardzo chciałam by był przy mnie, wspierał no i obowiązkowo przeciął pępowinę.

Do dnia porodu nie poruszaliśmy tego tematu. Dla każdego z nas sprawa była jasna, będziemy razem i już… Kiedy nadszedł moment wyjazdu do szpitala, nie wahaliśmy się, byliśmy pewnymi, że niedługo wspólnie przywitamy naszego synka J

Sam poród był ciężki. Na sali porodowej spędziliśmy blisko 16 godzin, oboje byliśmy niewyspani.  Do szpitala pojechaliśmy o 3 w nocy, ale mimo to mąż dzielnie trwał przy mnie do samego końca. Podawał wodę, zaprowadzał do toalety i pod prysznic, masował plecy i pomagał, gdy skakałam na piłce. Przyznaję się, krzyczałam na niego z byle powodu, zmęczona ciągłymi skurczami i przedłużającym się porodem… a on trzymał mnie za rękę i głaskał po głowie. Kiedy koleżanki pisały dziesiątki sms-ów, odpisywał im w moim imieniu, informując co się dzieje, bo ja nie miałam już na to siły. Dodawał mi otuchy, jak tylko potrafił, a kiedy pojawił się na świecie nasz synek dzielnie przeciął pępowinę. Zobaczyłam łzy spływające po jego policzkach.
Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy na moim brzuchu leżała mała, ciepła i mokra istotka a mój twardy i dzielny mężczyzna płakał na jej widok jak dziecko. Patrzyliśmy sobie w oczy i wiedzieliśmy już ,że od tego momentu jesteśmy rodziną

Teraz, kiedy o tym pomyślę wiem, że nie mogło być inaczej, bo sama chyba nie dałabym sobie rady w tych trudnych chwilach. Oboje wiemy, że to była nasza najlepsza decyzja, dzięki temu jeszcze bardziej zbliżyliśmy się do siebie. Kiedy zdecydujemy się znów powiększyć naszą rodzinę na pewno będziemy razem.

Subscribe
Powiadom o
guest
13 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Magda
Magda
9 lat temu

Również uważam, że mąż/partner jest potrzebny kobiecie rodzącej. Ja mimo tego, że miałam cesarskie cięcie wiedziałam, że ON czeka na nas za drzwiami. Wiedziałam, że jak urodzi się synek, to nie będzie tam sam. Wiedziałam, że będzie pod czujnym okiem Tatusia. Ta świadomość uspokaja, dodaje otuchy. Pamiętam jak wywieźli mnie z sali operacyjnej, to cały czas był przy mnie, jedną ręką prowadził wózek z synkiem a drugą trzymał moją dłoń :D Ta więź wywołała w nas uczucie wspólnoty, czułości, radości przez dotyk, przez spojrzenie :) JESTEŚMY RODZINĄ!

(nie)Magda(lena)
(nie)Magda(lena)
9 lat temu

ja zawsze chciałam rodzinne rodzić, Tatuś nie. Nie chciałam go zmuszać i nie zmuszałam. Jedynie położna wytłumaczyła mu jak to wszystko naprawdę wygląda, że są 2 fazy porodu, że przy końcowej może wyjść. przemyślał to i postanowił być ze mną, bo wiedział jak ważna rola na niego spoczywa- liczenie skurczów, przypominanie o oddychaniu (tak, tak kobieta może czasem o tym zapomnieć :)), podawanie picia, trzymanie za rękę, wspieranie podczas spacerów, czy pomaganie skakać na piłce, itd. no i robienie zdjęć :D. miał być tylko na początku- został do końca. nie żałuje i będzie za każdym razem :D Ja czułam się… Czytaj więcej »

Marta_iwona
Marta_iwona
9 lat temu

Akcja porodowa rozpoczęła się w nocy 18 marca 2011 dokładnie o 2:55 w nocy obudziłam się do toalety, poszłam i wróciłam ale za chwile znowu mi się zachciało siusiu, juz do toalety nie doszłam bo zaczęło mi się lać po nogach. Dostałam jakiś drgawek z nerwów, obudziłam męża i spokojnie wyruszyliśmy do szpitala. Torba była juz od dawna spakowana wiec tylko ubrać się i wyjść. W szpitalu na izbie mnie zbadali a wody cały czas mi się sączyły. Pielęgniarka przygotowała mnie do zbliżającej się akcji porodowej i zaprosiła na sale porodów. Początkowo wybrałam salę ogólną, ale przeleżałam tam tylko do… Czytaj więcej »

Bombel
Bombel
9 lat temu

Mój mężuś towarzyszył mi przy porodzie i jestem mu za to bardzo wdzięczna!! Jego obecność bardzo mi pomogła!! Gdyby nie On,chyba nie dałabym rady.
I mimo iż poród mieliśmy ciężki,nie zraził się :-) ! Wręcz przeciwnie -chce być ze mną następnym razem! :-)

alka
alka
9 lat temu

Mój mężuś był przy porodzie córci i synusia. Cieszę się bardzo, że mogliśmy być razem w tych chwilach. Pomagał jak tylko można było…od podania wody, poprzez zwykłe trzymanie za rękę, głaskanie po głowie aż do pomagania mi przy różnych pozycjach jakie położna proponowała no i na koniec- przecięcie pępowiny.
Choć 'obsługę' miałam świetną, to jednak raźniej mi było mając go przy swoim boku.

Sisunia
Sisunia
9 lat temu

Ja byłam sama i bardzo żałuję ale to przez zagrożoną ciąże…oby przy kolejnym bobasku mąż mógł być ze mną :)

Młoda mama
Młoda mama
9 lat temu

Mój mąż był ze mną ”prawie” cały czas, wyszedł tylko w chwili jak maluszek zaczął wychodzić, ponieważ cały zbladł i wrócił spowrotem jak jeszcze pępowina nei była odcięta .Przyznał mi sie pózniej że poprostu się przestraszył, ale nie zraził czy coś , nie mam mu tego za złe”parłam tylko 15 minut” więc na długo nie wyszedł .ale przez całutki dzień był przy mnie

Paulinko pięknie to napisałaś :)

Paulina Korpus
9 lat temu

My chcieliśmy rodzić razem, ale niestety obie sale do porodów rodzinnych były zajęte w dodatku byliśmy drudzy w kolejce, a ja urodziłam zanim jakakolwiek sala się zwolniła. Ale powiedziałabym coś do rozumu pewnej koleżance mojego męża (osobiście jej nie znam, ale mąż ją spotkał kiedy ja byłam w ciąży) i powiedziała mu, że nie on nie wie co to znaczy poród i nie chce przy tym być, do tego tak „ładnie” to porównała – nie będę tu pisała jak. Wrrr aż się gotuję na wspomnienie tego. A mąż podczas porodu z niewiedzy dzwonił co chwilę na porodówkę pytając się o… Czytaj więcej »

Aleksandra Greszczeszyn

Wyglądałam niezbyt atrakcyjnie, krzyczałam, o erotyce miałam zamiar zapomnieć na wieki…Ale dzięki mojemu mężowi dałam radę! Wiem, że to jego obecność dodała mi sił! Ten moment to był nasz wspólny cud… Oczekujemy na drugi…:)

Ania Stanczak
8 lat temu

ja niechciałam rodzić razem ale krzysiek nie widział innej opcji i na szkole rodzenia strasznie do tego zachęcali… teraz sobie nie wyobrażam jakby było jakbym miała tam być sama dramat… jestem mu wdzięczna za to że był obok trzymał za rękę pomagał i dawał wode;)

Maria Ciahotna
8 lat temu

Świetnie napisane :) Mój mąż był ze mną podczas narodzin córeczki (prawie trzy lata temu) oraz tak samo przed pół rokiem, kiedy wspólnie urodziliśmy synka. Po odwiezieniu mnie do szpitala i pierwszyc badaniach został wysłany jeszcze do domu, bo mogło to chwilę potrwać. Do szpitala mamy jakieś 20 minut spokojnej jazdy, więc był na telefonie cały czas. Gdy go wezwałam, od razu przyjechał. Za pierwszym razem miałam znieczulenie, poród był trudny, zbierało mi się na wymioty, byłam w pewnym momencie bardzo zmęczona, ale z perspektywy czasu i tak było bardzo fajnie. Mąż podawał wodę, po przekłuciu wód płodowych robił porządki,… Czytaj więcej »

Związek 30 sierpnia 2011

Ja, Ty i Ono, a może na odwrót?

Do tej pory byliśmy tylko Ja i On. Takie 2 osobniki – jeden z Wenus a drugi z Marsa. Związek idealny. Razem spędzaliśmy czas po pracy. Film –  proszę bardzo, masaż – znakomicie, jakieś pieszczoty –  zawsze mile widziane.

I nagle pojawił się ktoś miedzy Nami. Taki mały, nieporadny… Mały szef. Nikt tak nie potrafi wyegzekwować swoich potrzeb jak ON. Wraz z pojawieniem się malucha zmienił się mój system wartości. Piramida równoważna MY –  dopiero reszta, uległa totalnej reorganizacji. ON, później Marsjanin i na szarym końcu Ja. Marsjanina żeby pokochać, musiałam poznać, a tę małą istotkę kochałam, mimo że jeszcze jej nie znałam. Ona może budzić mnie w nocy i nad ranem, zrywam się wtedy na równe nogi i idę do łóżeczka. Marsjanin budzi mnie nad ranem bądź w nocy i już mi podpada. Dwóch mężczyzn mojego życia, a jakie odmienne reakcje. Junior czegoś potrzebuje, rzucam wszystko i idę do niego. Marsjaninowi każę poczekać chwilkę aż skończę. Na szczęście mój Kosmita jest w miarę wyrozumiały i wie, że szef jest teraz na 1 miejscu i to jego potrzeby muszę być zaspokojone w pierwszej kolejności, chociażby dla zachowania jego zdrowia jak i ciszy oraz ładu domowego. Najbardziej chyba przemawia do tego starszego –  po całodniowym pobycie w pracy – argument „cisza”.

Po porodzie wszystko ulega zmianie. Dla nas kobiet, dziecko jest istotą realną od samego początku. My czujemy pierwsze jego obecność. Dla mężczyzny, póki jest w brzuszku, jest jakby wirtualne. Mężczyzna dopiero po porodzie zdaje sobie sprawę jaka zmiana zachodzi w systemie wartości kobiety. Jedni się buntują, inni są wyrozumiali i starają się wyręczać młodą mamę w niektórych czynnościach. Mamusie nie bójcie się zmian jakie zajdą w waszej mentalności, to naturalne. Nie wyrzucajcie sobie że jesteście złymi żonami czy partnerkami, bo druga połówka nie jest dla Was już najważniejsza. W końcu kobieta to zaradna, mądra istota, a nasi faceci też chcą się zmienić i nie chcą powielać schematów, chcą wspierać, uczestniczyć i być pomocnymi… tylko czasami zazdrość bierze górę. Partner nadal jest ważny, ale jego pierwotne miejsce zajmuje wspólna część każdego z Was. Maluch który jeszcze nie umie odnaleźć się w otaczającym go świecie, a my jesteśmy jego przewodnikami.

Subscribe
Powiadom o
guest
11 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Magda
Magda
9 lat temu

Podoba mi się :) Jakie to proste, jakie oczyswiste. Przynajmniej dla mnie :D

Baby_55
Baby_55
9 lat temu

super :)

Bombel
Bombel
9 lat temu

No i tak to właśnie jest w życiu kobiety,mamy.. :-)

Sylwia
Sylwia
9 lat temu

Życie kobiety- mamy to istna karuzela nastrojów. Wartości skaczą pomiedzy levelami. Reorganizacja życia gwarantowana. W tym wszystkim dobrze jest odszukać trochę dawnej JA :D

(nie)Magda(lena)
(nie)Magda(lena)
9 lat temu

Po pojawieniu się Malucha zmienia się wszystko: nasze życie i my sami. Teraz każdy z nas musi nauczyć się żyć od nowa :)

Agnieszka Ławniczak

U nas przed pojawieniem się malucha byliśmy My-ja i on po pojawieniu nadal jest My-ja,on i on :) Pewnie że mały jest najważniejszy ale nie tylko dla mnie też dla jego taty. Może dzięki temu nasze MY jest tak silne :)

Ania Stanczak
8 lat temu

a u nas hcyba nie było zazdrości;) Krzysiek od pierwszego tygodnia ciązy już mówił do brzucha i jak sie Amelka urodziła rozumiał i nadal rozumie że całą energie poświęcam jej. ale tak wszystko się zmieniło ja nie mam na nic czasu a jak już go mam to padam na twarz i nie mam na nic ochoty….

kaja19782
kaja19782
8 lat temu

wszystko się zmieniło po pojawieniu się synka:)ja już nawet nie pamiętam jak to było przed:)

Natalia Legieć
8 lat temu

super tekst :) niestety jak maluszek czegos chce to rzucamy wszystko i lecimy mu na pomoc a maz faktycznie moze poczekac.. z pierwsza czescia w zupelnosci sie zgadzam :) nasz malutki „kosmita” ma na nas niesamowity wplyw, nikt tak swietnie nie potrafi sobie nas rodzicow ustawic jak nasze wlasne malenstwo:) co do drugiej czesci u nas staram sie aby narzeczony w zaden sposob nie czul sie gorszy.. bardzo chce aby mi pomagal i go o ta pomoc prosze bo chce rowniez zeby czul sie potrzebny:) wiele kobiet chce wszystko robic sama uwazajac ze zrobia wiele rzeczy lepie ale w ten… Czytaj więcej »

milena
milena
8 lat temu

świetny tekst

Kamila Łońska-Kępa

O wybaczcie. Ja się z tym nie zgadzam.
Dla mnie nadal na pierwszym miejscu jest i był partner. Córka jest owocem miłości, kocham ją,dbam o nią. Ale to OWOC:) co będzie z owocem jeśli drzewo uschnie?
Dbajcie o swoje związki i nie zasłaniajcie się zmianą priorytetów, serio.

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close