Dom 28 listopada 2011

Miłość na talerzu, a talerz na ścianie – czyli o byciu mamą niejadka

Jestem wypoczęta i uśmiechnięta, jak zwykle Królowa w swojej kuchni… z gracją obracam się między naczyniami, piękne i lśniące ingrediencje z łatwością przemykają miedzy moimi palcami niczym nuty w symfonii, zgrane i z polotem wpadają do garnka, łącząc się nie  w  potrawę … a istną poezję …

…ten sen prysł wraz z pojawieniem się małej rozkrzyczanej mini-plujki. Kiedyś zakochana w smakach kucharka-amatorka, przeistoczyła się w sfrustrowaną Panią z domowej stołówki… Wbrew wyidealizowanym wyobrażeniom wraz z pojawieniem się Dziecka, zmieniło się wszystko – nawet tak prozaiczne czynności jak gotowanie. Powodem takiej rewolucji  jest chroniczny brak czasu, sił i często brak docenienia… Coś co kiedyś sprawiało wiele radości, dziś często staje się koniecznością wynikającą z piramidy potrzeb.

Ale abstrahując od codziennych zgryzot młodej mamy, powrócę teraz do tematu przewodniego…

…  Gdy wyobrażałam sobie siebie jako mamę, wiedziałam już że bardzo ważnym elementem naszego nowego życia  będą posiłki – wymarzyłam sobie gdzieś po drodze, że moje dziecko będzie chętnie próbowało różnych rzeczy, a my jako rodzice będziemy umożliwiali zabawę smakiem i odkrywanie kulinarnych sekretów. Może wynikało to po części z moich kaprysów i fanaberii kulinarnych (sama od małego brzdąca miałam swoje wymysły, z którymi nie umiem wygrać nawet jako dorosła kobieta – nie jestem w stanie przekonać się do spróbowania rzeczy, których nawet nigdy nie jadłam – ale gdzieś w głębi jestem przekonana o ich obrzydliwości – choć nie nie mam pojęcia jak smakują :P)

Chcąc wychować małego Kosmopolitę, godnego XXI wieku – zapragnęłam dbać o rozwój talerzowych podróży mojego Szkraba…

… Jak się jednak domyślacie, potem przyszedł czas weryfikacji i choć pierwsze „łyżeczki” czegoś nowego wyglądały naprawdę obiecująco, bardzo szybko wyszło szydło z worka…

… Klara okazała się być Niejadkiem – i to nie pierwszym lepszym, ale zatwardziałym fanatykiem tego ruchu! Poniekąd przyniosło to przyspieszenie rozwoju mowy – bo zaskakująco szybko, jako ledwo gęgający bobas, donośnym głosem potrafiła wykrzyczeć idealnie wyartykułowaną wiązankę do rodziców: ” NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE !!!!!! ( pomnożyć przez  nieskończoność)

A my… no cóż, zamieniliśmy się w poczciwych zatroskanych staruszków…

Mimo wielu starań Mamusi i Tatusia kolejne posiłki kończyły się tak samo – czyli się nie kończyły…

Słoiczki – NIE !
Kaszki- w życiu!
Owocki- phi!
Obiadki- Ble!

Mamusia do garów! – jarzynki, kolorki, duperelki, wzorki i kisielki – talerzyk, a  może łyżeczka w innym kolorze, a może konik do zabawy, a może bajka odwróci uwagę i trochę się uda wepchnąć? Terefere-  chlast—> ŚCIANA!!!

Mamusia się uśmiecha (choć nie wiedzieć czemu zęby jej się jakby ścisnęły)- przecież ma tyle czasu i chęci, że ze śpiewem na ustach umyje tą ścianę, a potem i podłogę…

I jaki z tego morał?! Choćbym z ziemniaków ulepiła replikę Pałacu Kultury i postawiła na cukierkowej ulicy – jak Klara nie ma ochoty jeść to nie zje!

I bynajmniej nie jest to kwestia rozkapryszenia – czasem ma ochotę i ładnie zjada- a czasem (ta opcja niestety występuje nieco częściej) nie ma i choć potrawa sama w sobie jej smakowała, to nie otworzy nawet paszczy!

Szczęście w nieszczęściu….

  • Z pozytywów jakie nas spotkały, można kilka wymienić:

·          Klara nie rozsmakowała się w pluciu :)

  • Dyscyplinę olimpijską rzutu talerzem udało się ukrócić – choć rzut w dal sztućcami nadal występuje – to taki sposób na próbę zakończenia posiłku – no przecież sami ciągle trujemy, że z ziemi się nie je!

  • Dużym powodzeniem cieszy się ostatnio samodzielne jedzenie – choć Mama po zakończeniu robienia zdjęć Małego brudasa, ma ochotę uderzyć kilka razy głową w ścianę na myśl o sprzątaniu, przebieraniu….

Rodzicu, co włosy z głowy też rwiesz:

  • W miarę możliwości – wyluzuj :) Zdrowy Maluch, który ma dostęp do jedzenia z głodu nie umrze – tak to czasem bywa – nasza córa jest zdrowa i choć od początku jest na wagowym szarym ogonku siatki centylowej, nikt na to nic nie poradzi!

  • Nie rób wokół „jedzenia” domowego końca świata – stanowczo odradzam wpychanie na siłę i awantury – tudzież kłótnie o jedzenie – to tylko utrwali u Niejadka negatywne sygnały, które dziecko powiąże z jedzeniem – a w efekcie będzie dopiero katastrofa!

  • Pamiętaj, że dziecko jak każdy ludzik stąpający po tym świecie może nie mieć akurat na coś ochoty!

Bycie rodzicem Niejadka, to ciężki kawałek chleba, bo choć wiem o wszystkim co sama powyżej napisałam, nie raz i nie dwa przemyka mi przez głowę – „przecież ona musi coś zjeść ” i na chwilę, choć na szczęście w myślach, zamieniam się w „babcię – nadskakiwaczkę”: „a może by tak siamto i owamto…”

Ale uwierzcie, nie sądziłam że tyle radości może przynieść, od czasu do czasu opróżniony talerz!

15
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
Kobiecym_okiemSylwiaAldona Seemann-GnidaMarysiadivette Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Paulina Garbień
Gość

Adrianek ma 8 miesięcy i jak narazie (odpukać w niemalowane) zjada praktycznie wszystko co mu przygotuję, jedzeniem słoiczkowym raczej gardzi, choć od czasu do czasu zje jak Mama zrobi sobie dzień wolnego i nic nie ugotuje ;) ciekawa jestem czy tak zostanie czy może będę musiała się równie mocno gimnastykować aby mały opróżnił talerz? Oby nie…

Magda Kupis
Gość

U nas etap „niejadka” występuje od czasu do czasu, lub niechęć do danego posiłku- czasem przez kilka dni mleko jest bee, czasem obiadki. Ale jako doświadczony niejadek z długim stażem, wiem „z czym to się je” ;) i chyba dzięki temu nie panikuję. Z resztą zasada „jak zgłodnieje to zje” nie jest nam obca.

divette
Gość
divette

Brawo za radę ‚ wyluzuj’. Zawsze zal mi było rodzicow którzy dawali dzieciom co do grama jedzenie, skakali z nim wokół wagi i przeżywali, że w ciągu tygodnia nic lub niewiele przybrało, ‚a bo siatka centylowa’. Moje dziecko dostaje wybór zgodnie z BLW z mojego talerza. I pewiem szczerze latwiej mi zebrać kawałek kalafiora czy ziemniaka już miałabym sprzątać papke. Zresztą co to za przyjemnosc jeść coś co wygląda i w większości smakuje tak samo? Nie dam dziecku nic czego ja bym nie zjadła( no dobra. Awokado dałam ;) a sama nie przepadam,a córce smakuje). I co najważniejsze nie dotuje… Czytaj więcej »

divette
Gość
divette

Mialo być osobno ;) glupi słownik ;)

Magda Kupis
Gość

I mam nadzieję, że nie przyszło Wam do głowy kupić syropku, by niejadek zjadł obiadek :P

Paulina Garbień
Gość

Madziu dobrze, że o tym piszesz… Jakież było moje zdziwienie gdy pierwszy raz usłyszałam tą reklamę??? w kraju w którym lekarze trąbią na alarm bo pierwszoklasiści mają już ogromną nadwagę – swoją drogą co będzie jak dorosną – a im starsze osoby tym statystyki są gorsze, ktoś wpada na pomysł podawania syropku na zwiększenie apetytu…

Magda Kupis
Gość

Niestety, ale mam nadzieję, że ten syrop jest na receptę :)
A swoją drogą spora część rodziców uważa swoje dzieci za niejadków, a jakby zrobili eksperyment i za każdym razem taką samą porcję proponowaną dziecku w ciągu dnia odkładaliby, to uzbierałoby się pewnie pół sklepu i w rezultacie okazałoby się, że dziecko jest przekarmiane : Polecam, jeśli ktoś ma wątpliwości :D

Marysia
Gość
Marysia

Ja również wychodzę z założenia, że dziecko ” zje jak zgłodnieje”. Nie słyszałam jeszcze, żeby ktoś umarł z głodu po jedzeniu tylko wybiórczych potraw, albo ich mniejsze ilości. Choć nie powiem- to miłe uczucie, gdy talerzyk mojego synka pustoszeje w ciągu minuty :)

Magda Kupis
Gość

u nas w ciągu minuty to talerzyk pustoszeje tylko w jeden sposób :D

Aldona Seemann-Gnida
Gość

My też mieliśmy etap ‚niejadka’ i mam nadzieję, że już nie wróci. Myślę, że była to reakcja na pojawienie się młodszego braciszka w naszym domu- co potwierdziła też lekarka. Trochę to trwało, zanim córcia zaczęła znów jeść. Też skakaliśmy- a może to zjesz, a może tamto… Wszystko było na NIE. No czasem był wyjątek i na spacerze zjadła kromkę chleba czy suchą bułę. Siedząc ‚pod domem’ na ławce, czasem i kilka łyżek obiadu zjadła. Jadek…Niejadek…w efekcie końcowym wylądowaliśmy u lekarza bo córcia dziwnie też zaczęła się zachowywać- jak nie ona (a jest wulkanem energii). Nagle ucichła, ciągle by spała, nie… Czytaj więcej »

Magda Kupis
Gość

Czasem takie „nadskakiwanie” daje zupełnie inny efekt, takie troche „za złość mamie odmrożę sobie uszy”

Sylwia
Gość
Sylwia

My jesteśmy na etapie „niejadka” zacząło się wraz z górnymi 1. Wyszły kilka dni było ok i znów mamy marudzenie przy talerzu i chęć ucieknięcia z krzesełka. Teraz idą nam górne 2 :( Nie wciskam na siłe, synek zje kilka łyżek niechce to nie jak zgłodnieje da znać jak nie to sama za jakiś czas robie podejście nr 2. Nadrabia mlekiem, kaszką i wcinaniem chleba (masuje sobie nim dziąsła ;P) Niekiedy wciągnie cały obiad bez marudzenia a nie raz na sam widok jedzenia juz zaczna kombinowac jak tu zwiac mamie. Wtedy mały bawi się a ja z doskoku w ruchu… Czytaj więcej »

Sylwia
Gość
Sylwia

jednym słowem zjada wszystko, tylko nie obiad :P

Kobiecym_okiem
Gość
Kobiecym_okiem

Przez długi czas byłam dumna ze starszego syna, że jadł wszystko. Nie było potrawy, która mu nie smakowała. Zgodnie z filozofią, że jedyne, co u dziecka jest pewne, to zmiana – to się zmieniło. Początkowo byłam tym trochę sfrustrowana, ale potem „odpuściłam”. Spodobało mi się pewne zdanie, zaprezentowane w książeczce, która wpadła mi kiedyś w ręce „Rodzice w akcji”: „to dziecko ma mieć interes w tym, aby zjeść, a nie rodzice.” A co a tym idzie – konsekwencja rodziców, czyli: zero podjadania między posiłkami i wspólne pory posiłków. Mieliśmy etapy jedzenia tylko kanapki z serem żółtym i keczupem albo tylko… Czytaj więcej »

Emocje 26 listopada 2011

Rewolucja na życzenie

Żyjesz sobie spokojnie z dnia na dzień, planujesz wydatki miesięczne, żeby spokojnie zmieścić się w domowym budżecie i wygospodarować jakieś środki na tzw. czarną godzinę, aż tu nagle dostajesz wiadomość, która może całkowicie odmienić Twoje życie. Właśnie tak było w moim przypadku…

Pewnego słonecznego, letniego dnia rozmawiałam z siostrą przez Skype’a (mieszka od kilku lat w Dublinie) i przypadkowo z rozmowy wynikło, że u jej chłopaka w pracy są wakaty. Od słowa, do słowa okazało się, że to dokładnie to, czym zajmuje się obecnie mój mąż, tyle że płaca jakieś 4x wyższa od obecnej a znajomość języka wymagana w niewielkim stopniu. Pewnie nie zaprzątalibyśmy sobie tą informacją głowy, gdyby nie fakt, że nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, jak mamy zostawić naszego synka z kimś innym (czyt. Pani w żłobku, niania, mama lub teściowa) kiedy wrócę do pracy czyli całkiem niedługo bo w listopadzie. Żadna z dostępnych opcji nie była dla nas do przyjęcia, więc spędzało nam to sen z powiek. Niestety nie mogliśmy pozwolić sobie na zostanie w domu tak po prostu, bo przecież kredyt mieszkaniowy sam się nie spłaci… Możliwość dalszego wychowywania synka była dla mnie nie lada pokusą, dlatego podjęliśmy z mężem dyskusję na ten temat. No i się zaczęło… zastanawialiśmy się co zrobić, w głowach kłębiły się pytania, a żadne z nas nie potrafiło podjąć konkretnej decyzji. Przecież  taka decyzja odbije się potem na całym naszym życiu,  już nic nigdy nie będzie takie samo.

W końcu zmęczeni tym kołowrotkiem w głowach usiedliśmy i na spokojnie wypisaliśmy wszystkie za i przeciw, tabelka się powoli zapełniała, a my podświadomie czuliśmy, że sami szukamy jak najwięcej powodów na tak… Oczywistym stał się fakt, że chcemy zaryzykować, spróbować i wywrócić nasze życie do góry nogami… dla nas, dla naszej przyszłości i przede wszystkim dla naszego synka.

Kilka dni później wysłaliśmy siostrze potrzebne dokumenty, a ona złożyła je w firmie. Pozostało tylko czekać na zaproszenie na rozmowę rekrutacyjną i lecieć… “Tylko czekać” – to wydaje się takie proste… każdego dnia pytałam męża gdy wrócił z pracy: I jak? doskonale wiedział o co pytam i zawsze odpowiedź była taka sama: I nic…  Byliśmy już nastawieni na wyjazd i z niecierpliwością czekaliśmy na ten jeden ważny telefon, ale nikt nie dzwonił…

Trwało to kilka tygodni, w końcu pewnego czwartkowego popołudnia mąż zadzwonił, że w niedzielę musi lecieć, bo w poniedziałek ma rozmowę. Wszystko potoczyło się niezwykle szybko. Niby spodziewaliśmy się tego w każdej chwili, ale kiedy przyszło się pakować… trochę to nas przerosło… patrzyłam na męża i łzy same płynęły mi do oczu, bo wiedziałam, że przez kilka tygodni go nie zobaczę, nie przytulę się (oczywiście można zadzwonić, porozmawiać ale przecież to nie to samo). Było mi ciężko ale wiedziałam, że nie mogę się  tak rozklejać, bo Adiemu będzie jeszcze trudniej, on będzie odczuwał brak jeszcze bardziej… Niedziela nadeszła szybko i mąż odleciał… Było nam ciężko bo przez ponad trzy tygodnie byliśmy osobno – on tam z moją siostrą, ja tutaj sama z Adriankiem… Musiałam sobie sama z wszystkim poradzić, a czekało mnie nie lada wyzwanie – spakowanie wszystkiego co potrzebne nam do życia w nowym domu. Spakowanie rzeczy dla siebie było błahostką, o wiele trudniejsze okazało się przygotowanie wszystkiego co będzie potrzebne synkowi oraz pozostałych rzeczy, których znalazło się mnóstwo.  Te kilka tygodni  upłynęło mi głównie na pakowaniu kolejnych paczek i wysyłaniu do męża.

Nadszedł dzień wylotu. Chyba nie do końca docierało do mnie to wszystko co się dzieje. Drżącymi rękoma przekręcałam klucz w zamku… I wtedy zrozumiałam, że właśnie na swoje życzenie  wywracamy życie do góry nogami.

Od niedawna jesteśmy znów wszyscy razem! W Dublinie :) Układamy sobie życie na nowo, dostosowując się do nowej rzeczywistości. Czy było warto? Czas pokaże… ale na pewno nie będziemy żałować, bo to nasza dewiza życiowa – ryzykujemy i podejmujemy czasem szalone decyzje ale nigdy nie żałujemy.  Życie jest jedno i trzeba żyć chwilą… Po prostu Carpe Diem :)

Jak jest wasza życiowa dewiza? Czy dziecko coś zmieniło? Jesteście ostrożni czy odwrotnie żyjecie na tzw. krawędzi?  Jestem ciekawa jak postąpilibyście w podobnej sytuacji… A może byliście w podobnej?

7
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marysia
Gość
Marysia

Marzę o takiej szansie dla Nas… Masz rację mieszkaniowy kredyt ani sam się nie zaciągnął, ani sam się nie spłaci :/

Annasrokosz
Gość
Annasrokosz

Obecnie jestem w podobnej sytuacji… 5 lat temu wyjechaliśmy do Exeter – szansa dla męża by popracować jako farmaceuta w wielkiej firmie (cóż u nas już dawno nie szanuje się tego zawodu traktując go jako zwykłego sprzedawcę). Było super, ja w ciąży on nieco zestresowany nową pracą, ale co tam… tam się urodziła nasz Asia, było nam dobrze, aż do momentu kiedy zachorowała… miała wtedy 10 mc… OIOM, miesiąc w szpitalu, a potem wychodzimy do domu z dzieckiem – warzywko. Wszyscy stawali na głowie by nam pomóc, najlepsi lekarze próbowali postawić diagnozę. Byliśmy nawet w najlepszym dziecięcym szpitalu w Anglii…… Czytaj więcej »

Paulina Garbień
Gość

Życzę zatem by tworzenie własnego życia stało się wspaniałą przygodą i aby udało się je wykreować zgodnie z zamierzeniami :) trzymam mocno kciuki :)

Natalia Smykowska
Gość

My byliśmy w podobnej sytuacji. Choć kilka istotnych szczegółów się różni. Mianowicie…wyjechaliśmy dwa lata temu z dala od rodziny, znajomych, dotychczasowej pracy 400 kilometrów ale nie poza granice Polski…Mimo, że to ten sam kraj, są tu inni ludzie, inne obyczaje, inne życie! I przede wszystkim – wtedy nie mieliśmy dzieci! Więc gdy mąż dostał propozycję dużo lepszej pracy (czyt. lepiej płatnej), nie zastanawialiśmy się długo…dłużej rodzina próbowała nas od tego odwieźć. Ja zostawiłam pracę na pół etatu i jeszcze przez rok dojeżdżałam te 400 km na studia raz lub dwa razy w miesiącu. Mieliśmy zostać kilka miesięcy, gdybym nie znalazła… Czytaj więcej »

Paulina Garbień
Gość

przypomina mi sie cytat z pewnego polskiego filmu: „Pieniądze to nie wszystko ale wszystko bez pieniędzy to…” cóż aby zapewnić sobie i dzieciom spokojny byt nie da się żyć bez pieniędzy, nie zawsze godne życie jest możliwe tam gdzie mieszkamy i trzeba się przeprowadzić, ważne żeby być szczęśliwym :)

divette
Gość
divette

Trzymam kciuki za życie na obczyźnie

Zabawa 23 listopada 2011

Bawimy… Słuchamy…

Wiecie o czym ostatnio myślałam? Tak się zastanawiałam, czym się bawił Mozart jak był mały? No fakt, że długo mały nie był, bo szybko się okazał geniuszem i jeździł z koncertami czy chciał czy nie chciał, ale zanim się okazało to był zwykłym dzieckiem.  No więc czym bawiły się dzieci w tamtych czasach? Coś chyba musiało być na rzeczy, bo geniuszy rodziło się jakoś więcej.

 Pogrzebałam trochę w internecie i niestety informacji za dużo na ten temat nie ma, widocznie temat nieciekawy. Najbardziej intryguje mnie fajerka na kiju, niby wiem jak wygląda jedno i drugie, ale jak to połączyć żeby jechało, to nie wiem. Nie wiecie czasem? Poza tym nieśmiertelny garnek i drewniana łyżka, słusznie że drewniana, zawsze to mniej hałasu. Gliniane zabawki? Jak się czymś takim bawić? Dla dziewczynek pewnie szmacianki bo kogo było stać na porcelanową lalkę.  Jakoś niewiele te dzieci miały do wyboru, ciekawe czy chociaż ktoś im strugał klocki z drzewa?

A jednak i muzyków i malarzy i pisarzy jakoś  było więcej. Chociaż może nie, nie więcej, ale lepszych. Kiedyś napisanie książki to była ciężka i żmudna praca, dziś w dobie komputerów idzie lekko,  ale książki do tych sprzed kilkuset lat nie umywają się poziomem. Z muzyką podobnie, każdy może coś tam stworzyć i na YouTube wrzucić, ale jak to się ma do prawdziwej muzyki? Jak się dowiecie w czym rzecz to koniecznie dajcie znać, może zdążę zabrać dziecku co bardziej szkodliwe zabawki :))

Inną rzeczą, która mi się wydaje szkodliwa jest szkoła. Tak, tak, sami powiedzcie, czy Mozart miałby czas pisać genialną muzykę gdyby go ktoś do zerówki posłał? Wątpię. Beethoven, mój ulubieniec, zapewne zostałby sklasyfikowany jako tuman najwyższego gatunku, nigdy nie opanował tabliczki mnożenia, dacie wiarę? Dobrze że szkoła nie była obowiązkowa w tamtych czasach, dzięki temu mam całkiem niezłą kolekcję płyt z klasyką, miał kto dla mnie komponować.

Właściwie nie wiem od kiedy takiej muzyki słucham, nie pamiętam, chyba w liceum się zaczęło, a może na studiach? Tak czy inaczej dawno. Jak zaszłam w ciążę to też oczywiście słuchałam, niby dlaczego nie? Najczęściej mozartowskich koncertów na róg, jakoś dobrze robiły i mnie i dziecku, ale nie tylko. Duśce chyba w ogóle podobała się taka muzyka, bo ile razy w kościele usłyszała organy  tyle razy dostawałam rzetelnego kopniaka.

W domu podobnie, zawsze ruszała się  jak usłyszała muzykę, zresztą do tej pory to ma, “ tańcimy tańcimy tańcimy? “Jak miała chyba ze dwa miesiące dostała karuzelę nad łóżeczko. Dźwięk pozytywki wywołał gwałtowny atak płaczu, Mozart uspokoił. Uznałam, że podstawy dałam dziecku dobre :))

Ponieważ ustaliłam sama ze sobą już dawno, że moje dziecko jest genialne (przyznajcie się, też ustaliłyście?) kompletnie ignoruję fakt jej młodego wieku i rzucam od niechcenia uwagi typu: i pamiętaj skarbie nie nazywaj mi tego nigdy kankanem, to jest „Orfeusz w piekle” Offenbacha, a ściślej mówiąc „Piekielny galop”. Optymistycznie robię założenie, że zapamięta, niby dlaczego mam jej przypisywać sklerozę?

Klasyka klasyką, czasem mam ochotę na co innego, niedawno włączyłam RMF PRL, tak tak, taka stara jestem, pamiętam tamte czasy i tamtą muzykę, końcówkę co prawda ale pamiętam. Duśka nie pamięta i chyba jej to nie bawi, wytrzymała półtorej piosenki, powtarzane w kółko retoryczne pytanie Danuty Rinn „gdzie ci mężczyźni?” chyba ją całkowicie zdegustowało bo stanowczym głosem oświadczyła: łącimy muzika klacićna!

Co miałam zrobić, włączyłam :))

A przy czym bawią się  i czego słuchają wasze dzieci?

7
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magdalena446
Gość
Magdalena446

Dla mnie telewizja może nie istnieć, natomiast bez muzyki nie wyobrażam sobie świata. U nas w domu muzyka towarzyszy nam przez cały czas. Słuchamy różnych gatunków, wykonawców lubimy różnorodność. Często sobie śpiewamy razem z radiem;-) Mam nadzieję, że Majce zaszczepimy miłość do muzyki. A do zasypiania nie słuchamy kołysanek. Już w brzuszku Mała słuchała relaksacyjnej chińskiej muzyki medytacyjnej i teraz każdy wieczór z nią spędza. A czy to rozwinie w niej geniusza…??? To się okaże;-)

Baby_55
Gość
Baby_55

my oglądamy w tv głównie wiadomości wieczorne, ale czasem w ciagu dnia oglądamy też telewizję dla dzieci, dopołudnia często oglądamy Pana Robótke, który z niczego potrafi zrobic całkiem fajne rzeczy :) to głównie po to żeby potem móc organizować fajnie czas synkowi :) np. jak z kartki papieru i papierowego talerza zrobić coś fajnego do zabawy? albo jak zrobić ruchomy rysunek? tego wszystkiego można dowiedzieć się od Pana Robótki :) poza tym słuchamy muzyki głównie w radiu, czasem z komputera, nie lubię ciszy i dlatego u nas zawsze cos musi byc w tle ;)

tapa tika
Gość
tapa tika

Nie da się ukryć, że jeszcze 150 lat temu świat, a przede wszystkim mieli inne podejście do dzieciństwa, a tym samym także do zabawek. To dopiero wiek XX został ogłoszony „stuleciem dziecka” i postawił dzieciństwo w centrum zainteresowania, wcześniej dziecko nie było pełnowartościową istotą, a jedynie „niekompletnym dorosłym”, kimś kto jest w drodze do dorosłości. Czy rodziło się wtedy więcej ludzi wybitnych o genialnych umysłach? Nie wiem. Na pewno jednak dzieciństwo, w którym mały człowiek nie był bombardowany ogromną ilością bodźców, nie miał tylu przedmiotów adresowanych do niego, sprzyjało rozwijaniu jego kreatywności, wyobraźni i otwartego umysłu. Stąd może geniusz Mozarta?… Czytaj więcej »

Fizinka
Gość
Fizinka

A moje dziecko chyba najbardziej lubi słuchać…. MAMY!! :P :) Zawsze się chichra jak zaczynam śpiewać :) A jak poproszę go jeszcze do tańca to już w ogóle mamy niezły ubaw :)
I mimo iż Tatuś uważa że talentu wokalnego to ja nie mam (zupełnie nie wiem czemu tak twierdzi?!? ;P ) – nie zamierzam rezygnować ze swoich domowych koncertów! :)

Magda Kupis
Gość

Kiedy mama z córką się bawi to sama jej śpiewa, ale jak tylko tata pojawia się na horyzoncie to nie tylko leci głośna muzyka, ale i razem tańcują :)

Karolinamagda
Gość
Karolinamagda

Ukochane nie ma mnie i chowanie za czym kolwiek. Bujanie na huśtawce drewnianej montowanej we famudze drzwi. Co do muzyki mamy muzykę relaksacyjną, szum wody, strumyka śpiew ptaków i to puszczamy dziecku od urodzenia :)

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close