Nie drażnij lwa – tuż przed porodem…

Nie drażnij lwa – tuż przed porodem…


Fizinka

14 lutego 2018

Jak powszechnie wiadomo ciąża trwa dziewięć miesięcy. A właściwie to nieco ponad, bo w rzeczywistości wychodzi około 40 tygodni. No w każdym razie długo. Za długo, jak na jedną kobitę. Choćby nie wiem jak miło i przyjemnie mijał ciężarnej ten czas, to jednak w ostatnich tygodniach przychodzi taki moment, że ma się już dość. 

Dość dużego brzuszka, dźwigania dodatkowych kilogramów, ciągle pełnego pęcherza, palącej zgagi, uciążliwych zaparć, obrzęków i wielu innych, mniej lub bardziej dokuczliwych dolegliwości. Tym bardziej, że one uwielbiają się kumulować w ostatnim miesiącu!

A jak do tego dołączą jeszcze różnego rodzaju przedporodowe atrakcje typu skurcze przepowiadające, bóle nóg, pleców i krocza, nudności, biegunki i wiele innych, to naprawdę można  mieć po dziurki w nosie tego błogosławionego stanu. Chciałoby się więc szybko zakończyć tę ciążę, urodzić zdrowego bobasa i zająć nowymi „problemami”, jak kolki czy bolesne ząbkowanie ;-)

Ogólnie rzecz ujmując, nikogo nie powinien dziwić fakt, że ciężarna kobieta tuż przed porodem jest jak głodny, rozgniewany lew. Albo jak tykająca bomba, która w każdej chwili, zupełnie bez powodu, może wybuchnąć. Wystarczy z pozoru niewinne pytanie o to – jak się czuje, czy jeszcze jakoś się kula, albo kiedy zamierza urodzić? I już pozamiatane…

I nie twierdzę, że ludzie tak specjalnie zmówili się i postanowili podręczyć trochę zmęczoną przyszłą mamę, bo wiadomo, że każdy pyta z troski. No może co poniektórzy z czystej ciekawości.. ;-) Logiczne jest, że nikt nie ma złych intencji, ale dla ciężarnej będącej myślami (lub wręcz marzeniami) jedną nogą na porodówce, te proste pytania bywają niezwykle irytujące.

Znam to z autopsji. Wyznaczony termin porodu przede mną – teoretycznie zostało mi jeszcze kilka dni – a od dobrych dwóch tygodni ciągle ktoś pyta czy jeszcze jestem w dwupaku i kiedy zamierzam urodzić? No litości!

Sama chciałabym wiedzieć kiedy łaskawie przyjdzie „godzina zero”, bo jestem już zmęczona tą ciążą, wolałabym mieć za sobą poród, no i oczywiście chciałabym tulić w ramionach mojego trzeciego bobasa.

Ale niestety nie mam takich informacji. Nikt nie ma. Pozostaje nam – finiszującym ciężarnym – jedynie cierpliwie czekać. A koniec  prędzej czy później nadejdzie. Żadna ciąża nie trwa przecież wiecznie. Każda z nas w końcu urodzi – kiedy przyjdzie na to czas. A wtedy cały świat się o tym dowie – bo dobre wieści szybko się rozchodzą.

Więc proszę zlitujcie się i nie pytajcie mnie więcej, do czasu rozwiązania, czy już urodziłam. Lada moment to nastąpi. Obiecuję. I na pewno się pochwalę ;-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Jak zakończyć każdy dzień?

Jak zakończyć każdy dzień?


Basia Heppa-Chudy

13 lutego 2018

Od prawie dziewięciu lat jestem mamą i od tego czasu kocham miłością, która rośnie proporcjonalnie razem z moim dzieckiem. Przez tyle też lat trzymam się kurczowo celebrowania naszych wspólnych wieczorów.

Wieczór to najlepsza pora, by pobyć tak naprawdę razem. W ciągu dnia jest różnie – pośpiech, zniecierpliwienie, rozdrażnienie. Między wschodem a zachodem słońca pojawiają się niechciane słowa i zdarzenia, kiedy można było bardziej i lepiej, ale nie wyszło. Ile to razy nie udało się znaleźć chwili, by razem usiąść, posłuchać siebie nawzajem i wspólnie dzielić czas? Ile to razy codzienny pęd i stres wysysał z nas pozytywną energię?

I nadchodzi wieczór… Punkt obowiązkowy każdego dnia zarezerwowany tylko dla nas. Chwila pełna wyłącznie dobrych uczuć. Czas na pytania, opowieści, przemyślenia – czasem jest to niekończący się słowotok, czasem zdawkowe zdania. Zdecydowanie to najlepsza okazja bym mogła się dowiedzieć, co moje dziecko myśli, czuje, przeżywa, co dobrego wydarzyło się w jego życiu tego dnia, a co sprawiło mu trudność.

Jeszcze niedawno był to też czas na głośne czytanie. Podobno czytać na głos powinno się nawet nastoletniemu dziecku, by podczas tego rytuału tworzyły się dobre relacje. My dokonaliśmy pewnej modyfikacji – ponieważ oboje kochamy książki, czytamy wspólnie każdy swoją po cichu. Leżymy obok siebie i każde z nas zatapia się w swojej lekturze. To nasz wspólny moment wyciszenia, uspokojenia myśli przed nadchodzącą nocą.

No i wieczorny czas, by się przytulić, bo czułości nigdy za wiele. Póki jeszcze młodzian chce. Póki jest blisko. By czuł się bezpieczne i zasypiał w pewności, że jest kochany.

Jak zakończyć każdy dzień?
Z miłością.
„Kocham Cię, dobranoc”.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Moje dzieciństwo kontra dzieciństwo mojej córki. Które jest lepsze?

Moje dzieciństwo kontra dzieciństwo mojej córki. Które jest lepsze?


Mirella

9 lutego 2018

Moje dzieciństwo wyglądało zupełnie inaczej niż dzieciństwo mojej córki. Dzieli nas nie tylko te trzydzieści kilka lat, ale i ogromne zmiany, jakie dokonały się w Polsce i na świecie. Najpierw zmiana ustroju, zaraz po niej rewolucja elektroniczna – to wszystko sprawiło, że moje dziecko wychowuje się w zupełnie innych czasach. W moim dzieciństwie pewnie by się nie odnalazła. I szczerze mówiąc – ja w jej też.

Mój dress code był dosyć sztywny. Do szkoły znienawidzony fartuszek (nosiłam go do połowy podstawówki), w domu to, czego nie szkoda. Przebierałam się raz, po powrocie ze szkoły. Duśka przebiera się, kiedy chce. I wcale nie dlatego, że ja jestem bardziej wyrozumiała, niż była moja mama. Wytłumaczenie jest proste – ja mam pralkę automatyczną, moja mama prała w starej dobrej Frani. Frania była naprawdę spoko, wszystko się ładnie dopierało. Miała tylko kilka minusów: nie wlewała sama sobie wody, nie podgrzewała, nie wylewała i nie wirowała.

Mój czas wolny to był czas spędzony na dworze. Nieważne, lato czy zima. Na dworze siedziało się zawsze. Nikt nie mówił o smogu, chociaż był pewnie większy, niż jest dzisiaj. Nie zatrzymywały nas w domu komputery, bo mało kto je miał, a tak dosłownie, to znałam może jedną osobę, która w latach osiemdziesiątych miała komputer i mogła na nim grać. Telewizor też nas nie zatrzymywał. Pewnie dlatego, że były w nim tylko dwa programy i właściwie nic do oglądania. Na podwórku mieliśmy spokój, dorośli się nie wtrącali. No i była nas całkiem spora ekipa. Nigdy się nie nudziliśmy. Dziś jak nie wyjdę z Duśką na spacer, w zimie oczywiście, to ona nie bardzo ma co na dworze robić. I nawet jej się nie dziwię, jednoosobowe zabawy na śniegu jakoś nie cieszą.

Moje menu było ściśle uzależnione od tego, co akurat „rzucili” do sklepu. Do dziś pamiętam, jak prosiłam o kluski z serem i ze śmietaną i… w sklepach nie było śmietany. Nikt mnie nie pytał, na co mam ochotę, bo wybór… nie, po prostu nie było wyboru. I tak muszę przyznać, że miałam dobrze, bo moja mama robiła najlepsze kopytka na świecie, podobnie placki ziemniaczane z gotowanych ziemniaków. Duśka praktycznie zawsze dostaje na obiad to, co chce. W tym tygodniu cztery razy smażyłam naleśniki. Bo niby czemu nie?

Mój plan dnia właściwie nie różnił się od planu moich koleżanek i kolegów. Rano szkoła, po szkole do domu, lekcje i na dwór. Jeśli ktoś miał zajęcia dodatkowe, to na ogół w szkole. Tylko garstka dzieciaków z całego miasta załapywała się na zajęcia w Domu Kultury. Z mojego najbliższego otoczenia nikt. Ten sztywny plan dnia to był w sumie fajny wynalazek. Nie było takich sytuacji, że Zosia przychodzi po Marysię, bo nie chce jej się teraz odrabiać lekcji. Zosia wiedziała, że musi odrobić lekcje. I nikt jej do tych lekcji nie gonił. Zosia miała też pewność, że jak skończy i pójdzie na podwórko, to Marysia tam będzie, albo niebawem przyjdzie. Umówiła się przecież, prawda? A słowo, to było słowo. W porze dobranocki wszystkie dzieciaki szły do domu. I nikt nie miał pretensji, że ktoś tam to może dłużej. Nikt dłużej nie zostawał. Tak było i już. A Duśki to mi normalnie czasem żal, umówi się z kimś, a potem ten ktoś w ostatniej chwili odwołuje. No przecież dał znać, to wszystko w porządku, nie?

Moja samodzielność rozpoczęła się szybciej niż samodzielność Duśki. Dlaczego? Moi rodzice nie mieli czasu się nade mną rozczulać. Nie, żeby mnie nie kochali, nic z tych rzeczy! Po prostu dzielili czas między prace i kolejki. Taka była wtedy rzeczywistość. I tak nie miałam najgorzej, mieszkaliśmy tuż obok babci, nie biegałam z kluczem na szyi. Nie czułam się poszkodowana, zaniedbana ani nic z tych rzeczy. Tak było i tyle. Nie tylko u mnie. Może dlatego tak dużo czasu spędzałam z rówieśnikami. Nikt nie chciał być sam w domu. Dziś moje dziecko ma mnie praktycznie na wyciągnięcie ręki. I pewnie to rozwiązanie ma zarówno plusy, jak i minusy. Ja jednak widzę więcej plusów.

Moje zabawki zajmowały dwie półki i pół szafki. I nigdy nie pomyślałam, że mam ich za mało. Było akurat. Duśka ma ich zdecydowanie za dużo. Sama widzi, że niektórymi w ogóle się nie bawi. No ale takie czasy, zabawki się klonują.

Moje ciuchy właściwie nie różniły się od ciuchów moich koleżanek. Zakupy robiło się dosłownie w trzech sklepach na krzyż, a i tak we wszystkich było to samo. Moda była bardzo szablonowa, zdarzało się, że kilka dziewczynek miało taką samą bluzkę. U chłopców było podobnie. A jak „rzucili” dresy do sportowego, to połowa szkoły miała takie same. Nikt się z nikim nie porównywał, nie było rywalizacji. Kilka osób, które miały „kogoś za granicą”, nosiło bardziej wymyślne ubrania. Ale nie porównywaliśmy się z nimi. Oni mieli „ciocię w Stanach” albo „babcię we Francji”, więc ich sukcesy garderobiane się nie liczyły. Gdyby zdobyli to w Polsce, to co innego…

Moje dzieciństwo było szczęśliwe. Miałam kochających, chociaż zapracowanych rodziców, koleżanki i kolegów, słońce na twarzy i wiatr we włosach. Czego więcej mogłam chcieć? Mam nadzieję, że Duśka też kiedyś uzna swoje dzieciństwo za szczęśliwe. Ma kochających rodziców, którzy mają nienormowany czas pracy, więc ma ich jakby więcej niż ja swoich kiedyś, ma koleżanki i kolegów, masę zabawek, komputer. Tylko o to słońce na twarzy i wiatr we włosach jakoś trudniej. Tej wolności, którą my czuliśmy, wychodząc na dwór, już chyba żadne pokolenie małolatów nie poczuje.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na zimowy spacer? Te wskazówki ułatwiają zadanie

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na zimowy spacer? Te wskazówki ułatwiają zadanie


Żaklina Kańczucka

8 lutego 2018

Zima, zima, zima, pada, pada śnieg …. No kto nie kojarzy tej uroczej dziecięcej piosenki? I każdy pewnie nie raz podśpiewywał ją pod nosem, rozkopując na boki biały puch. Niestety, co zima, to gorzej. Na próżno szukać śnieżnych zasp i mrozu poniżej 20 stopni.

Zima jaka jest, taka jest i nic się na to nie poradzi. Może bałwana nie ulepicie, bitwy na śnieżki nie rozegracie, ale jest wiele innych, ciekawych rzeczy do zrobienia. Warto korzystać z łagodnej aury za oknem i częściej wychodzić z dziećmi na dwór. Po pierwsze, nie rozsadzą wam z nudów domu, po drugie – i najważniejsze – zahartują się na powietrzu i dobrze zmęczą.

Jedyny problem, jaki może pojawić się w trakcie obmyślania planów na wyjście z domu, to jakie ubrania założyć dzieciom? No bo tak – trzaskających mrozów może nie ma, ale aż tak ciepło nie jest, by się zbyt lekko ubierać. Rzeczywiście, kwestia ubioru bywa prawdziwym dylematem rodziców. A więc, jak przygotować dzieci, by było im ciepło i wygodnie podczas niewielkiego mrozu?

Zacznijmy od niemowlęcia, bo ubranie maleństwa jest chyba najbardziej stresującą rzeczą. Nie ukrywam, że jako mama malucha, czasem miałam wątpliwości, czy ubieram go dobrze. Niemowlę nie poskarży się, że mu za ciepło, nie poprosi o dodatkowy kocyk, gdy zmarznie. Ewentualnie zacznie krzyczeć, ty się rodzicu zastanów, co może być nie tak. Najczęstszym błędem, jaki popełniamy, to przegrzewanie maluszka. Chcemy dobrze, a wychodzi odwrotnie, a wtedy biegniemy z rozkrzyczanym, czerwonym i spoconym dzieckiem do domu.  

Ubierając leżące niemowlę, możesz (ale nie musisz, jeśli masz dobry jakościowo, ciepły śpiworek w wózku) założyć mu jedną warstwę ubrania więcej, niż masz na sobie. Jeśli obawiasz się, że może zmarznąć, weź dodatkowy kocyk i włóż go do torby lub koszyka na zimowy spacer – lepiej dziecko okryć dodatkowo, niż rozbierać z mokrych ubrań. Jeśli masz wątpliwości, sprawdzaj kark niemowlaka, który powinien być ciepły, ale nie spocony.

Ubranka powinny być przewiewne i wygodne, niekrępujące ruchów  ciała. Pierwsza warstwa to najczęściej body z długim rękawem i rajstopki. Następnie spodenki (najlepiej dresowe) i bluza, albo zamiast kompletu, ciepły, jednoczęściowy pajacyk. Na koniec załóż kombinezon z zakrytymi stópkami, ciepłą czapkę i rękawiczki, jeśli nie ma ich przy kombinezonie. Szalik nie jest konieczny, ale pamiętaj o kremie chroniącym twarz dziecka przed mrozem i wiatrem.

Ze starszymi dziećmi rzecz jest łatwiejsza, bo te mówiące bez problemu zgłaszają wszelką niewygodę i niedostatek ;) Przyjęła się zasada, według której starsze dziecko w wózku, jako mniej aktywne, może mieć o jedną warstwę ubrania więcej niż rodzic. Dziecko, które chodzi i jest aktywne, powinno mieć tyle warstw, co rodzic, a jeśli np. jest bardzo rozbiegane, to jedną warstwę mniej.

Dziecku najlepiej zakładać podkoszulek przylegający bezpośrednio do ciała. Warto sięgać po bieliznę termoaktywną, która ogrzeje, ale dziecko w trakcie zabawy się nie spoci. Kalesony i rajstopy oraz bluza z polaru, to dobre zabezpieczenie przed utratą ciepła podczas minusowych temperatur. Okrycie wierzchnie powinno być  wodo- i wiatroszczelne –  u młodszych dzieci sprawdzi się jednoczęściowy kombinezon, który nie będzie się przesuwał i odsłaniał spodnich warstw podczas szalonej zabawy. Konieczna jest ciepła czapka, a gdy wieje, warto założyć kaptur. Ciepłe i nieprzemakalne buty zimowe, oraz grzejące skarpety dobrze ochronią stopy malca. Grube, woodoodporne rękawiczki doskonale sprawdzą się podczas zabaw na śniegu. W przypadku starszych dzieci krem ochronny na odkryte części ciała to również konieczność.

I najważniejsze. Te rady, to jedynie wskazówki wypróbowane w praktyce przez wielu rodziców. Ostatecznie wszystko zależy od warunków atmosferycznych, bo inaczej ubierzemy dziecko podczas mrozu i wiatru, a inaczej, gdy za oknem jest zero stopni i słoneczko. Rozsądek polecam przede wszystkim. I pamiętajcie drodzy rodzice, lepiej, by maluch lekko zmarzł, niż gotował się w zbyt grubym ubraniu.

Udanych spacerów życzę.

Żaklina

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku