Uleciało ze mnie nowe życie, moje pragnienie i wielkie marzenie…

Uleciało ze mnie nowe życie, moje pragnienie i wielkie marzenie…


Fizinka

15 października 2013

To miał być drugi w moim życiu, cudowny okres wyczekiwania i stwarzania świata, jednak życie pozwoliło sobie napisać dla mnie inny scenariusz…  

O rodzeństwie dla pierworodnego syna marzyłam od dawna, tylko jakoś tak ciągle to nie był „dobry moment”. Ale w końcu nadszedł, wraz z naszym krótkim i dość spontanicznym urlopem.

Na jego efekt czekałam bardzo niecierpliwie. Zrobiłam chyba z 6 testów i dopiero ostatni, równo po tygodniu od terminu spodziewanej miesiączki pokazał dwie grube ciemne krechy! Radość była ogromna, miałam ochotę chodzić na rękach i ogłaszać wszem i wobec, że nasza rodzina znowu się powiększy!

Ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Jakiś głos w mojej głowie, podpowiadał by najpierw potwierdzić ten fakt u specjalisty. Teraz wiem, że to było PRZECZUCIE.

Wtorek, 2 września – moja pierwsza wizyta u lekarza (6 tc)

Rutynowe badanie ginekologiczne, krótki wywiad, USG. Głucha cisza w gabinecie wprowadza lekko nerwową atmosferę, dziwny wyraz twarzy gina, błądzące oczy po monitorze aparatu i to jego wiercenie się na krześle, zaczynają mi uzmysławiać, że chyba coś jest nie tak.

W końcu ciszę przerywają słowa – „Pęcherzyk ciążowy jest, ale nie widzę echa serca płodu, a powinno  być już widoczne.

No ale MOŻE ciąża jest młodsza… Proszę zgłosić się do mnie za dwa tygodnie.”

Piątek, 13 września  – druga wizyta (8 tc)

Rutynowe badanie, wywiad, USG.  Pełna obaw, kładę się na kozetce i… mam powtórkę z rozrywki – głucha cisza, błądzący wzrok po monitorze, nerwowe wiercenie się na krześle,…. pytanie –„Czy ta ostatnia miesiączka na pewno była 16 lipca?? To już jest 8 tc a ja nadal nie widzę tętna płodu…..”

I ciarki przeszywają całe moje ciało, czuję że zaraz się rozpłaczę. Staram się z całych sił, by jeszcze tego nie zrobić.

Gin, jak dotąd bardzo oszczędny w słowach, próbuje mnie pocieszyć mówiąc, że owulacja mogła się przesunąć, ale jednocześnie nie ukrywa przede mną czarnego scenariusza.

Dostaję skierowanie do szpitala na badania.

Poniedziałek, 16 września – jeden z najgorszych dni w moim życiu (9 tc)

Niedługo po przyjęciu na oddział patologii ciąży, wzywają mnie na trakt porodowy, piętro wyżej,  gdzie czeka na mnie dwóch lekarzy. I znów to samo: wywiad, badanie, USG i wszystko jest jasne…

Jak w najgorszym koszmarze, spada na mnie ciężar usłyszanego zdania –„Nie pozostaje nam nic innego, jak potwierdzić przypuszczenia Pani doktora. Ciąża obumarła. Pęcherzyk zaczyna się zapadać. Musimy Panią niezwłocznie skierować na zabieg wyłyżeczkowania”. (!!!)

Moja nadzieja i wiara zostały właśnie brutalnie zamordowane! Nie wydarzył się cud, o którym tyle słyszałam, czytałam i na który tak bardzo liczyłam!  Czuję, że opadam z sił, moje oczy napełniają się łzami, a po chwili jedna po drugiej, spływają po mych policzkach.

Poproszono mnie bym zeszła piętro niżej, z powrotem na patologię.
Nie jadę windą, „smyczę się” po schodach, jak bym szła na ścięcie. Ryczę jak bóbr! A najgorsze jest to, że nie mam się do kogo teraz zwrócić i przytulić, bo jestem tam całkiem sama! :(

Przed wejściem na oddział, nerwowo ocieram łzy, robię dwa głębokie wdechy, wchodzę usilnie próbując  NIE PŁAKAĆ. Niestety, niemal w drzwiach „atakuje” mnie facet, który przed chwilą uśmiercił moje marzenie o drugim dziecku, wciskając mi w dłoń papier  z orzeczeniem o zgodzie na wykonanie zabiegu.

Znowu się rozklejam. Podchodzę do dyżurki pielęgniarek, jedna z nich pyta czy to podpiszę, na co ja, załamującym się głosem, zalana łzami, ledwo wykrztuszam –„Nie wiem..”.
Kobieta głaszcze mnie po ramieniu i mówi, że mam się nie spieszyć, każe usiąść w korytarzu, pomyśleć, zadzwonić do męża…

Nie dzwonię, posyłam smsa. Siedzę w tym korytarzu jeszcze dobre 4 godziny! Wśród obcych ludzi, ciągle szlochając i zastanawiając się – co z tym zrobić??

W końcu, przydzielają mi łóżko, podpisuję te cholerne papiery, dostaję środki na uspokojenie. Do końca dnia popłakuję, zwinięta w szpitalnym łóżku, pocieszana przez obce mi kobiety. Wieczorem dostaję tabletkę nasenną, pomimo której i tak budzę się w nocy kilkanaście razy.

Wtorek, 17 września – to już jest koniec, nie ma już nic…

Od rana strasznie się denerwuję, po pierwsze dlatego, że wciąż nie mogę pogodzić się z diagnozą lekarzy, po drugie – okropnie boję się zabiegu! Jestem już po konsultacji z anestezjologiem, więc wiem jakie mogą być skutki uboczne ogólnego znieczulenia :(

Od wczoraj nic nie jem i nie piję – muszę być na czczo. Robią mi morfologię, dostaję kolejną tabletkę na uspokojenie, czekam… i cała się trzęsę! To dziwne, ale nawet poród mnie tak nie przerażał, jak ten „drobny” zabieg.

W końcu mnie wołają. Kładę się na łóżku, przywiązują mi do niego nogi (!), może to i lepiej bo ze stresu trzęsą się jak galareta! Anestezjolog przykleja mi do klatki piersiowej coś, co ma monitorować oddech, podpina kroplówkę, mówi że może mi teraz zawirować świat, na co ja odpowiadam, że czuję tylko mrowienie w głowie…….. i odpłynęłam!! Nic już więcej nie pamiętam!

Ocknęłam się dopiero w sali, wśród „koleżanek”, chociaż podobno wybudzono mnie jeszcze  w gabinecie zabiegowym – ale ja tego w ogóle nie kojarzę! Nie wiem nawet kto i jak mnie przełożył na łóżko, którym przewieziono mnie do sali, nie wiem kto włożył mi na tyłek moje spodnie?! Pamiętam tylko, że jak weszłam do swojego łóżka to byłam jeszcze mocno śnięta i niemal od razu zapadłam w kolejny sen. Zdążyłam tylko naskrobać mężowi krótkiego smsa – „jest już po”  i padłam! Obudziłam się po prawie 2 godzinach!

Po drzemce wstałam jakby nigdy nic, fizycznie czułam się dobrze (po końskiej dawce środków przeciwbólowych!), tylko psychicznie kiepsko. Ta pustka w brzuchu, sercu i głowie…. powodowała, że wciąż chciałam płakać.

Cały ten koszmar trwał raptem 2 tygodnie, a ja miałam wrażenie, że to już wieczność! Pytania – DLACZEGO?! – dwoiły się i troiły w mej głowie. Różne scenariusze przebiegu i końca ciąży śniły mi się niemal każdej nocy! Nie obyło się bez silnego poczucia winy, które dodatkowo wykańczało mnie psychicznie.
Wstyd się przyznać, ale był też taki krótki moment, kiedy winą obarczyłam męża i syna, bo w ostatnich tygodniach dali mi ostro popalić i przysporzyli mnóstwo złości oraz wszelkich negatywnych emocji! :(

Dziś wiem, że moje rozmyślanie nie ma sensu, bo niczego już nie zmieni! Już jest po wszystkim…

Nie wiem czy wiecie, ale 15 października obchodzi się w Polsce – Dzień Dziecka Utraconego..?

Powinnam teraz kończyć 13 tc i zaczynać II trymestr… niestety, nie kończę i nie zaczynam. Upływa za to 1 miesiąc po stracie pokochanego już od pierwszej chwili dziecka… :(

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Milena Kamińska

    :-( Syna urodziłam w kwietniu 2008 r a w listopadzie niespodziewanie dowiedziałam się że po raz kolejny jestem w ciąży . Byłam bardzo zaskoczona ale szczęśliwa . Chciałam całej rodzinie pochwalić sie tą nowiną w święta. Niestety powstrzymało mnie plamienie , wiedzieli tylko rodzice i nikt więcej. Postanowiłam odłożyć „powiadomienie wszystkich” na dzień kiedy już będzie wszystko ok. Nie przemęczałam się, dbałam o siebie, odpoczywałam. Niestety pewnego późnego wieczoru plamienie było coraz wieksze , i pojawił coraz silniejszy ból brzucha. Bałam się bardzo , szybko pojechałam do szpitala ….. i tam rozpoczął się koszmar. Zwijajac sie z bólu długo wyczekiwałam na przyjście lekarza i w tym czasie musiałam wypełniać kolosalną biurokrację, kilka kartek A-4, dane, na co chorowałam, na co rodzina, osoby upoważnione, na co jestem uczulona ( i nie wiem po co to wypełniać – później do tego wrócę) itd…po długich torturach przyszedł lekarz zbadał i postawił wyrok: „poleciało” , kładziemy na zabieg. Dostałam pokój, przebrałam się, i zaczęły się procedury szykowania: pobieranie krwi, zastrzyk przeciwbólowy i tu co? Dostałam zastrzk z no-spą na którą jestem uczulona, i co napisałam z wykrzyknikiem w karcie informacyjnej. Zamiast mi pomóc pogorszyła. Zaczęłam wymiotować i dostałam silnego bólu głowy. A żeby było mało przygód przyszła położna i powiedziała ” jest mi bardzo przykro ale u jednej z pacjentek zaczął sie poród z przodującym łożyskiem, jest zagrożenie życia kobiety i dziecka dlatego lekarz zrobi pani zabieg jak pacjentka urodzi, ponieważ jest jeden lekarz na dyżurze ” ” i przepraszam że podałam no-spe” Rozumiałam że tam było zagrożenie życia i nie miałam o to pretensji ale ja tak cierpiałam i fizycznie i psychicznie, gryzłam z bólu koc, musiałam co chwila biegać do toalety bo coraz bardziej krwawiłam no i bardzo wymiotowałam , ból był taki jak skurcze przy porodzie , krzyczałam z bólu, pobudziłam pewnie cały oddział ale wtedy o tym nie myślałam, chciałam nad tym jakoś zapanować, bo widziałam bezradność mojej mamy i męża którzy stali nade mna i próbowali mi pomóc, uśmierzyć ból ale się nie dało. w końcu nadszedł ten czas, zabrali mnie, dali narkozę i po wybudzeniu nie czułam bólu fizycznego ale za to czułam wielką stratę, pustkę i ból serca. Nikt się o tym nie dowiedział, wyszłam ze szpitala, milczałam, nikomu nie mówiłam o tym jak cierpię dopiero po kilku latach wyrzuciałm to z siebie, umiałam o tym rozmawiać z innymi. w 2012 r zostałam mamą Julki, w ciąży bardzo sie bałam w głowie cały czas miałam stratę mojego dziecka. Jestem szczęśliwą mamą ale ciągle myślę o moim Aniołku. Trzymajcie się dziewczyny , ściskam was mocno.

    1. Przytulam cię mocno Mileno a jednocześnie gratuluję, drugiego dzidziusia.

  2. Witaj.
    Strasznie mi przykro. Wiem, co czujesz. Też jestem po stracie. 16 października miałam rodzić, teraz zaczynałabym 9 miesiąc. Niestety, dzieciątko straciłam w 6-7 tc. Poroniłam sama, nie chciałam zabiegu. Nigdy nie zapomnę tego bólu – i fizycznego, i psychicznego. Mam dwoje dzieci – synek w grudniu skończy 5 lat, drugie dzieciątko w niebie. I mimo że nigdy go nie widziałam, nie przytulałam, to kocham bardzo mocno…
    Poroniłam 28 lutego. Dziś, 17 września, jestem w 5 tygodniu ciąży. Jestem przerażona, pełna obaw… Ale i bardzo szczęśliwa. Proszę Boga, by tego dzieciątka mi nie zabierał. Wierzę, że urodzę to dziecko w maju. Termin na 22 maja (30. urodziny męża), ale mam cichutką nadzieję, że może zrobi mi prezent, urodzi się 16 maja (w moje 29 urodziny)? :)
    Trzymam za Ciebie kciuki!

    1. Kasiu, po pierwsze mocno przytulam.
      Po drugie trzymam kciuki za szczęśliwy przebieg i koniec ciąży! :)
      A po trzecie, widzę że jesteśmy w tym samym wieku i nasi mężowie również! :P

      Dziękuję Ci :*

  3. Kochana, nie wiem czy tak mogę mówić, ale chyba wiem co czujesz… Ja mam swoje 2 aniołki…moje kochane maluszki straciłam w 8 t.c… To były moje pierwsza i druga ciąża, wyczekane, wymarzone, wyproszone…to moje dzieci, których nigdy nie miałam szansy przytulić… Do dzisiaj nikt nie potrafi odpowiedzieć- dlatego???
    Ale jest też dobra informacja…teraz mam dwoje dzieci przy sobie! Ciążę ze starszym synkiem znosiłam dość ciężko, z córeczką przebiegła bez żadnych komplikacji! Powodzenia… Nie można się poddawać!

    1. Takie historie (innych mam) oraz pozytywna energia, dodają mi otuchy – dziękuję! :)

  4. Małgorzata K

    ja dwa razy to przechodziłam. Pierwsze maleństwo straciłam w 2011roku a drugie w czerwcu tego roku. Rozumiem Cię dobrze

  5. Ja swoje pierwsze dziecko straciłam w 5 tc (trzy lata temu), był wielki ból psychiczny, fizycznego nie czułam, nic mnie nie bolało, nie miałam żadnych objawów. A teraz mam ukochana córeczkę, ciąża bez komplikacji, od początku rozwijała się prawidłowo. Mała ma w tej chwili dwa miesiące i kocham ja nad zycie!

  6. Moge zapytac jak dlugo sie staraliscie? To bardzo przykre ale niestety czesto ciaza sie nie rozwija i zostaje na etapie pecherzyka. Wiele kobiet o tym nie wie bo organizm szybko sie oczyszcza. Pidstawiwym bledem moim zdabiem byl fakt ze lekarz od razu nie powiedzial ci ze nic z tego nie bedzie. W 6 tygodniu to juz powinno byc serce a przynajmniej plod. Mysle ze natura wie co robi. Bliska mi osoba stracila ciaze w 3 miesiacu. To dopiero bylo przykre ale mysle ze moze lepiej gdy dzieje sie tak jak sie dzieje niz gdyby dziecko mialo byc powaznie chore i potwornie cierpiec. Trzymam kciuki ze nastepnym razem bedzie dobrze.

    1. Nie pamiętam teraz dokładnie, ale nie było to jakoś długo, wydaje mi się, że dość łatwo nam to przyszło. Za to na 3 ciążę musiałam trochę poczekać, bo dopiero po 2 latach udało mi się zajść – o czym wspominałam niedawno w tekście https://wrolimamy.pl/starania-o-dziecko/ .
      Aktualnie jestem w 23 tc i choć czuję się dobrze, nie obeszło się bez obaw i strachu, tym bardziej, że w 12 tc trafiłam z bardzo obfitym krwawieniem i silnymi skurczami do szpitala, ale na szczęście sytuację dało się opanować i w tej chwili zdaje się być wszystko w porządku.
      Co do lekarza w poprzedniej ciąży to cóż mogę powiedzieć.. zmieniłam go po tym jak w obecnej ciąży wylądowałam w szpitalu. Nie twierdzę jednak, że jest złym lekarzem, ale jak dla mnie miał zbyt olewające podejście do mnie. A co do tego poronienia, to wiesz.. może i mógł wcześniej coś powiedzieć, ale z drugiej strony może liczył, że jednak serduszko zabije – słyszałam o wielu takich sytuacjach kiedy gin powiedział kobiecie, że płód obumarł bo nie widać akcji serca, a kilka tygodni później okazywało się, że dzieciątko jednak żyje i serduszko bije. Przez to ja też do samego końca wierzyłam, że tak się stanie. Niestety mnie spotkał inny scenariusz. Ale, tak jak wspominałam, w końcu udało się zajść w kolejną upragnioną ciążę i mam nadzieję, że niebawem (w lutym) powitam na świecie swoją drugą kruszynkę :)
      Fizinka

    2. Ale z tego co zrozumialam to byl pusty pecherzyk takze. Co innego jal sie czeka na zarodek co innego jak na serce. No ale najwazniejsze ze sie udalo :) Ja za pierwszym razem bylam zadowolona z lekarza ale teraz przy kolejnej ciazy trafilam na tak fokladnego lekarza ze poprzedni przy nim wuszedl blado. Teraz po porodzie moge pierwszy raz w ciemno polecic gina.

    3. Współczuję :( Ja straciłam dwie kruszynki w drugim trymestrze… I ten strach w kolejnych ciążach… Mam dwie córcie i jestem w 37 tygodniu i do samego porodu nie potrafię być spokojna. Ciąża jest dla mnie strasznym stresem

    4. Rozumiem. Ja pomimo ze nie mialam takich przygod to tez cala druga ciaze aie stresowalam.

  7. Fizinka bardzo mi przykro… Gdybym w lutym nie straciła ciąży teraz bym była mamą po raz drugi… Wiem co to za ból… W maju zaszlam w ponowną ciążę, ale nie jest kolorowo. Każdego dnia tocze walke o życie mojej kruszynki, jak pisałam w innym poście wyszłam ze szpitaka opanowali sytuacje. Niestety na ostatniej wizycie okazalo2 się że moja szyjka jest krótka… Nadal muszę ciągle leżeć… Boję się każdego dnia, każdy najmniejszy ból sprawia że się okropnie boję… Trzymam za Ciebie kciuki na pewno w nie długim czasie się uda !. Trzymaj się Kochana.

  8. Joanna Wendzonka

    Czesc dziewczyny… Ja mam bliźniaczki 5 letnie i bardzo chcieliśmy kolejne dziecko. Od maja sie staraliśmy i nic. W lutym w końcu sie udało. Zrobiłam test wyszedł pozytywnie. Badanie krwi pozytywnie. Odrazu poszłam do lekarza. Przy badaniu stwierdził ze pęcherzyk jest bardzo malutki i mam przyjść za dwa tygodnie. Oszczedzalam sie i uwazalam na siebie. Po dwóch tygodnia kolejna wizyta. Lekarz zalozyl mi kartę ciąży wypisal skierowanie na wszystkie badania… Zbadal mnie,ginekologicznie i zrobil usg. Okazalo się ze nie ma echa serca. Ciaza obumarla ? ale dla 100% pewności mam przyjść za tydzień. Lezalam w domu. Po trzech dniach straszny bol brzucha i krew ? zadzwoniłam do swojego lekarza .on zalatwil miejsce w szpitalu. Tam polozyli mnie na sali i zrobili badanie z krwi. Na następny dzień powtórzyli badanie i beta hcg nie rosla. Decyzja łyżeczkowanie… I tak moja mala kruszynke straciłam.. ? juz ja kochałam… Jedyne co mnie trzyma w kupie to to ze mam dziewczynki które mnie napędzają… Najgorsze sa wieczory jak dziewczyny śpią a moj mąż jest popołudniu w pracy i jestem sama… Lekarz stwierdził że po trzech cyklach możemy dalej sie starać… Nie wiem czy mam na to siły… Mowil mi jeszcze ze tak miało byc i ze łatwiej mi będzie teraz to przeze bo nie bylo brzuszka, nie czułam ruchów. Gorzej byloby gdyby sie to wydarzyło w połowie ciąży albo na końcu…. Trzymajcie sie dziewczyny. Powiem wam ze jest mi łatwiej jak czytam wasze wpisy bo wiem że nie tylko ja cos takiego przeżyłam. Dziekuje wam…

  9. Joasiu, bardzo mi przykro. Ale mocno (wirtualnie) Cię przytulam i trzymam kciuki, żebyś szybko mogła cieszyć się fasolką!
    Będzie dobrze!

  10. Super, że wkońcu zaczęło sie o tym pisać… Niestety dzien smutny. Każdy wie kiedy jest dzień psa, kota, przyjaźni itd. Są rozgłaszane przez stacje radiowe a o tym dniu ani słychać :( dzień ważny dla nas Mam po stracie, Aniołkowych Mam…
    Mama 3 Aniołków
    21.12.2009
    29.08.2014
    26.08.2017

  11. To bardzo przykre zwłaszcza że ja właśnie tego dnia odchodzę swoje urodziny. Moje dzieci są że mną choć o oboje musiałam walczyć. Dziś jestem wygrana mamą ale mimo to łącze się w bólu z każdą mama której los odebrał ta możliwość.

  12. Ja straciłam dziecko dokładnie w Dniu Dziecka Utraconego. Miną teraz dwa lata.

    1. Ja miałam termin właśnie na 15 pazdziernika i akurat to dziecko straciłam w 31 tc :(

  13. Ja straciłam dwa Aniołki
    Jednego 9/10 tydz ciązy 12 lat temu i 11 lat temu w 20 tyg( nigdy nie zapomnę tych dni :'( )

    1. Rybciu,będzie dobrze. Modlę się o to <3

    2. Pamiętaj…Sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej

  14. U nas 7 września minęły dwa lata. Całe szczęście mamy dwójkę cudownych, zdrowych dzieci <3

  15. u mnie we wrześniu 5 i w marcu 3:'( nadal ciężko, nadal smutno, choć każdego dnia moje 2 skarby rozweselają każdą chwilę to i tak czasem nachodzi taka nostalgia

  16. U mnie 26.11 mina 2lata (taki „prezent”przed urodzinami).caly czas pamietam i ciagle boli tak samo :(

  17. Boli wciąż tak samo, ale żyć trzeba…

  18. Dziś.. :( najgorsze jest to, że były bliźniaki jednojajowe, z czego w 6 tygodniu jedno już miało mniejsze szanse na rozwoj, drugie walczyło, ale poddało się w 8/9 tyg, a ja się dowiedziałam w 11 dopiero.. nie do opisania jak człowiek się wtedy czuje. Ale mam nadzieje na lepsze jutro i wiem, ze po nowym roku będzie lepiej ❣️

    1. Dziękuje kochana. Nic straconego, jest tylko żal i pytanie do tego u góry dlaczego??? Ale od stycznia nie odpuszczamy, będzie na pewno i już go nie puszczę nigdzie :)

  19. Ja straciłam swoją córeczkę przy porodzie… urodziłam w piątek 13, spotkał mnie prawdziwy pech, a 13.05.2017 minęło już 6 lat… Oliwia jest cały czas w moim serduszku <3

  20. za tydzień minie 8 lat a w maju minęło 7 lat na szczęście mam córcie 6 letnią i synka 3 latka daję szczęście choć nie da się zapomnieć o tamtej dwójce

  21. Dokładnie 3 dni i 7 lat minęło od chwili kiedy utraciłam cząstkę siebie. Już nigdy nic nie będzie takie samo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Szarlotka – ciasto pachnące jesienią

Szarlotka – ciasto pachnące jesienią


Basia Heppa-Chudy

13 października 2013

Lubię, gdy po domu unosi się zapach ciasta, wtedy roztacza się od razu ciepła, rodzinna atmosfera. A jeśli pachnie jabłkami z cynamonem, to jest to dla mnie szczególny zapach – zapach jesieni.

Zawsze wydawało mi się, że szarlotka jest pracochłonnym i skomplikowanym ciastem. Mit ten obaliłam w zeszłym roku, kiedy to po raz pierwszy wzięłam się za własnoręczne upieczenie tego pysznego jabłkowego ciasta. Teraz, gdy znowu mam nieograniczony dostęp do jabłek w ogródku, często umilam domownikom i gościom popołudniowe chwile.

Przepisów na szarlotkę jest niezliczona ilość – ja wypracowałam taki, który wg mnie z jednej strony jest najprostszy w wykonaniu, z drugiej – najsmaczniejszy.

Jeśli kupujecie w sklepie jabłka z przeznaczeniem na szarlotkę, wybierzcie szarą renetę lub antonówkę. Ale jeżeli macie w domu jakiekolwiek inne jabłka, śmiało możecie je również wykorzystać do ciasta.

Składniki:

3 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 i 1/4 szklanki drobnego cukru
kostka masła (lub margaryny)
3 jajka
1 – 1,5 kg jabłek
cynamon
cukier puder

Wykonanie:

1. W misce łączę mąkę, masło, cukier (3/4 szklanki), żółtka, proszek do pieczenia i zagniatam dłońmi. Dobrze wyrobione ciasto zawijam w folię i wstawiam do lodówki. Wystarczy by w lodówce schłodziło się przez 30 minut, ja często zostawiam je dłużej.

2. Jabłka obieram ze skórki, wycinam gniazda nasienne i kroję w ósemki. Następnie lekko podsmażam dodając ½ szklanki cukru i cynamon.

3. Wyciągam ciasto z lodówki i dzielę na dwie połowy. We wszystkich przepisach z jakim się spotkałam – następny krok to rozwałkowanie ciasta. Ja nie używam wałka, tylko zwyczajnie kroję jedną część schłodzonego ciasta nożem i wykładam pokrojonymi kawałkami formę, a następnie palcami rozgniatam ciasto tak, aby wypełniło dokładnie całe dno.

4. Wykładam podsmażone jabłka, a na nie ubitą pianę z białek. Z drugiej części schłodzonego ciasta robię ostatnią warstwę szarlotki trąc je na grubych oczkach tarki.

5. Tak przygotowane ciasto wkładam do nagrzanego do 180 stopni piekarnika – i wyjmuję po ok 45 minutach, gdy ciasto z wierzchu wyraźnie się zrumieni.

Po ostudzeniu posypuję cukrem pudrem.

Polecam szarlotkę na ciepło z lodami waniliowymi. Smacznego!

DSC_4655

DSC_4657

DSC_4661

DSC_4667

Zdjęcia: Basia Heppa – Chudy

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Droga koleżanko mam pytanie ile dokładnie oddajesz masła? Bo kostka masła ma 200g a kostka margaryny 250g. Jest to duża różnica przy kruchym cieście.

    1. Nigdy nie robiłam z margaryną – tylko wiem, że jest też taka opcja.

      Polecam kostkę masła, czyli 200g.

      1. Mi ciasto ładnie się zagniotło przy całej kostce margaryny, czyli 250 g.

  2. A podpiekasz spód? Z opisu to calowc odrazu.

    1. Basia Heppa-Chudy

      Piekę całość
      (także w serniku na kruchym ;))
      Pozdrawiam!

  3. Teresa Pecka

    wlasnie sie piecze ,ciekawe co wyjdzie ???

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

3 minuty…

3 minuty…


Magdalena

10 października 2013

Czy Wasi faceci też czasami myślą, że są pępkami świata, czy tylko mojego dopadła taka przypadłość?

Przeżyłam właśnie sytuację, w której 3 minuty okazały się dla niego warte moich łez, milczenia i atmosfery, w której siekiera wisiała w powietrzu.

Ale po kolei, wszystko zaczęło się od jedzenia. Jak wiadomo jeść każdy musi i mniej więcej stałe pory posiłków są wskazane dla zdrowia i kondycji fizycznej. Toteż mój Pan i Władca ma takie pory – 18.00 to dla niego czas kolacji. Z racji, że coś tam “dłubał” na podwórku, zapytałam co zje, nastawiając się, że mu to przygotuję.

Już miałam wziąć się do roboty, gdy nagle mój syn stwierdził, że akurat chce być noszony, że pomarudzi mi do ucha, a nawet odśpiewa parę arii operowych. Niestety dzieci mają tę „wspaniałą” cechę, że nie zawsze chcą współpracować a nasze plany mają… gdzieś! Mimo przeciwności losu w międzyczasie udało mi się jednak przygotować składniki kolacji, które czekały na połączenie, wymieszanie i przyprawienie.

I tu do akcji wkroczył Pan – popatrzył, rozejrzał się i … zrobił krzywą minę. Jeszce raz przyjrzał się i  zobaczył zalążki jego kolacji, więc rzucił tekst, że “nic nie przygotowane!” Przecież jest 18.00!!!!!!! Parę słów po łacinie usłyszałam, ale że nie znam tego języka :) to puściłam kątem ucha. Po tym jak przystało na służebnicę oddelegowałam Śpiewaka do łóżka i zabrałam się wreszcie za krojenie. Wtedy usłyszałam, że teraz to sobie już Pan sam zrobi! Jak wspomniałam, nie było już zbyt wiele do zrobienia, więc 3 minuty były w tym przypadku na wagę złota.

Ale co tam… Pan siedzi obrażony, a ja  mam wypucowaną łazienkę i kuchnię, którą mi jutro fachowcy zapaskudzą montując kaloryfery. Zrobiony dżem gęstnieje, sok z jabłek czeka w lodówce. A i jeszcze energii starczyło mi na dobry trening wybranych partii ciała. Jak się wkurzę to zawsze dostaję powera i mogę działać na zwiększonych obrotach. Z dwojga złego przynajmniej mam gniazdko ogarnięte :)

A że miał być wieczór miły, bo chata prawie pusta – jedno dziecię stacjonuje u dziadków – to się zrobił wieczór ciszy, mijania i jego fochów.

Tylko kto tu się powinien fochać????

 

P.S. Normalnie to wspaniały mąż, cudowny ojciec, ale jak się na coś uprze, to klękajcie narody:) A Ty kobieto znoś to wszystko.

A jak to wygląda u Was? Czy Waszym partnerom zdarza się zagotować w Was krew? I czy długo potem atmosfera jest napięta?

Źródło zdjęcia: Flickr

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Oj tak, czasem jedym slowem. Albo gestem :-)

  2. moj mąż wlasnie tez mi cisnienie podniosl… od tego oni chyba są :p

  3. U mnie to samo,tylko,ze w ułamku sekundy :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Historia jednego sezonu rowerowego

Historia jednego sezonu rowerowego


Mirella

8 października 2013

Koleżanka Żaklina namawiała i namówiła, postanowiłam się ruszyć z kanapy i ja. No dobrze, wstałam i co dalej? Dalej poszłam do kuchni po kawę, kawa to podstawa, bez kawy myślenie nie idzie. Wróciłam z kawą i zrobiłam szybki rachunek sumienia, zastanowiłam się co lubię, czego nie lubię, co mogę, czego nie, no i najważniejsze co mam realnie w zasięgu ręki.

Najbardziej lubię pływać, niestety nie mam gdzie, na basen daleko, poza tym codzienna wyprawa to codzienne koszty, trochę drogo mi wyjdzie, no i wiadomo jak to jest z codziennymi wyprawami dokądkolwiek z dzieckiem. Zresztą z dzieckiem na basenie to może i bym się popluskała, ale z pływaniem to gorzej, a zostawić jej nie mam z kim. Biegać bym mogła ale nie lubię, zmuszać się nie będę. Fitness też nie bardzo, jednak świeżo przebyta operacja trochę mnie ograniczała. Została mi ostatnia opcja – rower. Jeździć lubię, postanowiłam podratować kondycję w ten sposób.

Z zakładaniem kasku się nie wygłupiałam, nie mam nawet. Tak wiem, że to dla bezpieczeństwa i za to się mandat należy, trudno, nie używam. Sprawdziłam czy rower ma wszystko czego potrzebuje i on i ja i w drogę. Podstawowym wyposażeniem roweru, poza kołami, pedałami i kierownicą, jest dla mnie lusterko. Nie umiem jeździć bez lusterka.

I tu mała dygresja. Kiedyś dawno temu, dostałam na komunię rower. Z lusterkiem, bo wtedy jeszcze było to w standardzie, nie jak dziś w kategorii fanaberii. Tamto lusterko było idealne, nie za duże nie za małe, stabilne, i dawało się ustawić tak dobrze, że mogłam patrzeć tylko w lusterko i jechać prosto, odległość od krawężnika zachowywałam wciąż tę samą. Nie miałam też problemu z martwymi punktami, jeżeli w lusterku nic nie widziałam, znaczyło to że nic za mną nie jedzie. Dziś nie mam już tak dobrze, nie wiem, może mam pecha. Wypróbowałam wiele lusterek, wszystkie nadają się rozmiarem na lusterka do puderniczki, o ich idealnym ustawieniu mowy nie ma, o stabilności tym bardziej, choćby nie wiem jak mocno były przykręcone na byle nierówności przestawiają się, nie wiem na czym to polega. Ustawić też nie umiem, samochód ginie mi w lusterku i dopiero po chwili widzę go kątem oka. Jak znacie dobrą firmę lusterkową albo wiecie jakiego sposobu użyć, żeby ustawić lusterko dajcie znać. Chociaż myślę, że to wina lusterka nie moja, skoro umiałam ustawić jak miałam dziesięć lat, to czemu teraz nie umiem?!

No i tak oto pewniej wiosennej niedzieli pierwszy raz po zimie i po operacji więc z drżeniem serca jak to będzie, obiecując mężowi że nie będę się forsować i daleko nie odjadę, ruszyłam w trasę.

Nasłuchałam się o naszych drogach jak to są beznadziejnie zbudowane, jak bez pomyślunku, że 20 km, drogi, 20 wertepów. Ha, dobrze by było, może bym trafiła na 20 km równego asfaltu. Niestety, u mnie w mieście jakość drogi zmienia się średnio co 20m, nie wiem o co w tym chodzi. Rozpędzić się za bardzo nie ma jak, jechać równo też ciężko, bo te wyrwy w asfalcie trzeba omijać. Przestałam się dziwić że rowerzyści jeżdżą jak pijani, sama tak jeżdżę.

Trasa zaprowadziła mnie pod górkę, gładki idealny asfalt, marzenie każdego rowerzysty, optymistycznie założyłam, ze przy zjeździe też tak będzie bo niby czemu nie? Nie wiem czemu, ale było zupełnie inaczej, na liczniku miałam 30 km co może nie jest obłędną prędkością, ale hamowanie przy tej prędkości i zjeździe z górki do atrakcji nie należy. Jazda slalomem też ryzykowna, bo jak mówiłam, lusterko żyje swoim życiem, skąd mogę wiedzieć czy ktoś za mną nie zjeżdża?

To czego mi w rowerze zabrakło to kierunkowskazu. Nie wiecie czasem, czy to się da domontować? Zjeżdżałam z górki i skręcałam w prawo, jak mam jednocześnie hamować i sygnalizować chęć skrętu?!

Jazda miała być przyjemnością, ale niestety, trudno mówić o rozkoszach jazdy gdy trzeba uważać by sobie zębów na wertepach nie powybijać.

Co jeszcze zauważyłam? Kierowcy odnoszą się do rowerzystów różnie. W zasadzie im rowerzysta bezczelniejszy tym większym szacunkiem go darzą. Na niepewnych wymuszają wszystko co się da i nie da. Na mnie też czasem próbują, ale ja na szczęście znam przepisy, wiem kiedy mam pierwszeństwo i wiem kiedy samochód musi mnie przepuścić. Nie znaczy to że nie uważam, nie każdy kierowca wie, że ja wiem. Nauczyłam się jeszcze jednej rzeczy, nie muszę przejeżdżać przez skrzyżowanie szybko tylko dlatego że za mną stoi samochód i czeka. Niech czeka, ja też muszę czasem poczekać. Moje bezpieczeństwo jest ważniejsze niż jego czas. Jeżeli widzę, że samochody z prawej czy lewej strony jadą na tyle szybko że nie zdążę to nie jadę, i nie obchodzi mnie że ten kierowca za mną by pojechał. Jego pech że stoi za mną, nikt mu nie kazał.

Zapytacie pewnie, dlaczego po ścieżkach rowerowych nie jeżdżę? Ano dlatego, że ich u nas jak na lekarstwo i akurat nie tam, gdzie ja jeżdżę. A po chodnikach? Po chodnikach nie jeżdżę dla zasady, skoro ja się denerwuję jak idę z Duśką do sklepu i wymija nas rozpędzony rowerzysta, to sama tego nie robię. Poza tym rowerzysta w pełnym rynsztunku, w stroju do jazdy, kasku, naramiennikach, nałokietnikach i nie wiem co tam jeszcze oni zakładają (ja nie, ja jeżdżę ubrana tak samo jak chodzę, oczywiście nie w spódnicy i szpilkach :) ), jadący po chodniku na rowerze którego cena przekracza średnią krajową jest moim zdaniem żałosny. Nie na tym polega uprawniane sportu.

Światła przy rowerze mam, owszem, ale wiadomo, że one są po to, by mnie było widać, nie by mi drogę oświetlały, od tego powinny być latarnie. No właśnie, powinny… Raz mi się zdarzyło wieczorem wyjechać, przekonałam się jak bardzo włodarze mego miasta na prądzie oszczędzają, latarnie zaczęły się zapalać kiedy było już prawie całkiem ciemno.

No i jeszcze jedna rzecz, niezbyt miła. Na swojej drodze spotkałam rozjechanego gołębia, srokę, wiewiórkę i kota. Bałam się jechać następny raz bo te nieżywe przeszkody są coraz większe!

No i jakoś tak wyszło, że odechciało mi się jazdy rowerem, chociaż lubię. To co miało być przyjemnością wywoływało u mnie tylko zgrzyt zębów, szkoda :(

Źródło zdjęcia: Flick

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku