Zabawa 8 maja 2013

Przegląd bajek ulubionych

Po raz kolejny przekonałam się, że wcześniej założony przeze mnie plan wychowawczy bierze w łeb. „Moje dziecko do 3 r. życia nie będzie oglądało bajek” zgodnie z zaleceniami masy specjalistów. Wiem, że takie założenie było sporo na wyrost.

Moja niespełna 2,5 latka ogląda bajki. Właściwie powinnam napisać, że obie je oglądamy. Umówmy się – oglądanie bajek w naszym przypadku to nie bierne siedzenie przed grającą skrzynką (w sumie to już dawno nie skrzynka, raczej coś na kształt obrazu) przez pół dnia. W najlepszym wypadku obie siedzimy na kanapie i komentujemy, każda w sposób sobie ulubiony. Przeżywamy każdy odcinek nie mniej emocjonalnie jak zagorzały kibic (tu pada nazwa ulubionego klubu piłkarskiego) podczas meczu światowego formatu. Na końcu nie może zabraknąć podsumowania oglądanej przez nas bajki. Jest jeszcze jedna możliwość naszego wspólnego oglądania – i tu doceniam fakt posiadania salonu połączonego z kuchnią – dziecko wciąż w tym samym miejscu, za to mama przeniosła się do kuchni. Pomieszczenie nie jest wielkości pałacowych komnat, więc bez problemu w dalszym ciągu oglądamy bajki razem, wraz z odpowiednim komentatorskim zacięciem.

Już na początku bajkowej przygody utworzyłyśmy ranking bajek godnych zajęcia naszego czasu. O bajkach z Bolkiem i Lolkiem na czele nie będę opowiadać, bo zapewne doskonale je znacie i pamiętacie, za to nie mogę przejść obojętnie obok „Klubu przyjaciół Myszki Miki”. Bajka poza efektami trójwymiarowości i piękną kolorystyką różni się od znanych mi przygód tejże Myszki jeszcze formułą. Bardzo mi się podoba ta interakcja z młodym widzem. Przyjaciele zachęcają dziecko do śpiewania piosenek, uczą spostrzegawczości, szukania rozwiązań problemów na jakie napotykają w każdym odcinku, uczą odróżniania kształtów, kolorów, wielkości, liczenia w różnym zakresie oraz pomagania innym w potrzebie. Na końcu zawsze jest podsumowanie przygód. Moja córka bardzo szybko pojęła nauki Myszki Miki.

Inną bajką są „Mali Einsteini”. Każda z przygód małych bohaterów opatrzona jest i opiera się na znanym dziele muzyki klasycznej oraz obrazie. Podobnie jak w przypadku „Klubu przyjaciół Myszki Miki” młody widz zachęcany jest do aktywnego oglądania – zaczynając od rytmicznego klaskania w celu uruchomienia rakiety, którą poruszają się Einsteini, po rozróżnianie fragmentów danego dzieła muzycznego. Uczy się również muzycznych terminów oraz nazw instrumentów. Bohaterami są kilkuletnie dzieci, rodzeństwo Leoś – jako jedyny pilotuje rakietę i Ania – lubi śpiewać i opiekuje się napotkanymi zwierzątkami oraz Łukasz – potrafi grać na różnych instrumentach muzycznych i Zuzia – lubi tańczyć i malować. Fabuła jest prosta i zrozumiała, każda opowieść kończy się przypomnieniem nazwisk twórców, na których dziełach opierała się bajka oraz podziękowaniu za udział w zabawie. Jako, że moje dziecko uwielbia muzykę to nie mogło tej bajki zabraknąć w skromnym repertuarze.

Kolejną bajką godną uwagi jest „Klinika dla pluszaków”. Jest to jedna z oglądanych bajek, która nie jest bajką interaktywną, ale uważam, że jest godna polecenia. Główna bohaterka – doktor Dośka, to dziewczynka, która dzięki magicznemu stetoskopowi sprawia, że zabawki ożywają. W każdym odcinku boryka się z problemami pacjentów, zawsze znajduje rozwiązanie i naprawia zepsute zabawki. Choroby na które zapadają w większości można przedłożyć na życie codzienne każdego dziecka – „przejedzenioza” objawia się przepełnionym brzuszkiem łakomczuszka, „brudaskowatość potężna” jak nazwa wskazuje dotyczy brudasków i jest tylko jeden sposób, by się wyleczyć. Dośka uczy dzieci, że na wszystko można znaleźć rozwiązanie, szacunku do posiadanych rzeczy – nie trzeba wyrzucać zepsutych zabawek, wystarczy je naprawić oraz – co w naszym przypadku okazało się być bardzo pomocne – oswaja dzieci z lekarzem. Uczy nazw używanych narzędzi lekarskich, pokazuje ich zastosowanie i swoim łagodnym usposobieniem przekonuje każdego nieufnego pacjenta. Każde badanie poprzedzone jest piosenką „A teraz w planie mamy badanie, obejrzę oczy i uszy też, sprawdzę także Twój wzrost….”- piosenka ta, bardzo nam pomogła, córka wiedziała na czym polega badanie i czego może się spodziewać w gabinecie lekarskim. Oczywiście przed każdą wizytą piosenka jest przez nas odśpiewywana.

Ostatnią wyróżniającą się bajką spośród licznych propozycji dla dzieci jest bajka „Maniek złota rączka”. Podobnie jak „Klinika dla pluszaków” nie jest to bajka interaktywna, ale ma niespotykaną, ciekawą formułę. Przygody Mańka opierają się na naprawianiu i konstruowaniu. Złota rączka pomaga swoim przyjaciołom w trudnych sytuacjach, pokazuje (podobnie jak Dośka), że nie ma sytuacji bez wyjścia, że wszystko zawsze można naprawić. A czym różni się od innych tego typu bajek? Uczy języka hiszpańskiego. Zgrabnie wplatane są hiszpańskie zwroty i wyrażenia, oczywiście od razu są tłumaczone na język polski. Nasze dziecko bardzo szybko i w sposób naturalny przyswoiło sobie hiszpańskie słówka, często wita się słowem „OLA”, czy wie kim jest Abuelito wskazując na dziadka i wiele innych.

Jak widać, każda z tych bajek jest o czymś innym, uczy czegoś innego, ale każda jest ciekawa i pomocna. Ja, wcześniej sceptyk w tej dziedzinie, dziś chwalę sobie korzyści wynikające z oglądania bajek, o których wspomniałam wyżej oraz to, że moje dziecko nauczyło się kojarzenia i wykorzystywania nabytej wiedzy, a i zasób słownictwa znacznie się powiększył. Cieszę się, że są bajki z morałem i bez przemocy (niestety jeden z kanałów z bajkami dla dzieci wciąż proponuje seriale animowanie pełne okropnego słownictwa i złych zachowań – u nas jest zablokowany).

Chciałabym, abyście pomogli nam stworzyć ranking najciekawszych bajek dla dzieci, które bez wahania można zaproponować naszym pociechom. Zachęcam do podzielenia się propozycjami w komentarzach pod tym wpisem.

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Monika Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Monika
Gość
Monika

U nas również gości często Dośka,Umizoomi też przerabiamy od ok roku bo bajka nie może sie córce znudzić, Dora uczy często angielskiego. Swego czasu miała fascynację „naszymi” starymi Muminkami :) W tej chwili fascynują ją najbardziej dwie „maxi Rubby” i „Charlie i Lola”. Nie wiem czy moje dziecko domaga się rodzeństwa bo dokładnie o „przygodach” rodzeństwa są obie bajki. Lubi zwierzaki a że pokój wyplakatowałyśmy pieskami i kotkami to „Clifford” i „Marta mówi” też zajmują u nas ważne miejsce :)

W przedszkolu 3 maja 2013

Stacja – Przedszkole

Stało się, mój synek we wrześniu pójdzie do przedszkola. Jako 2,5 latek wraz z kilkoma kolegami i koleżankami trafi do grupy 3 latków.  Za mało rodziców 2,5 latków zgłosiło chęć posłania dzieci do przedszkola, stąd grupa łączona. Planowo w placówce będzie przebywał 7 godzin. Z czasem okaże się czy to odpowiednia długość czasu, jak dla mojego synka. W grupie będzie 25 osób, dużo czy mało? Sama nie wiem, mi wydaje się w sam raz, bo spotykałam się z liczniejszymi grupami przedszkolnymi.

Czy mam jakieś obawy związane z pójściem pierworodnego do przedszkola? Chyba mogę powiedzieć, że nie. Ba, nawet cieszę się, że wybędzie z domu na jakiś czas i w inny sposób spożytkuje pokłady energii, które w nim drzemią. Wiem, że wielu rodziców nieraz przeżywa całą sytuację bardziej niż dziecko. Zastanawiają się jak ich maluszek sobie tam poradzi, wśród zupełnie obcych mu osób. Wydaje mi się, że tu tylko spokój może nas uratować. Należy odpędzić czarnowidztwo i nie martwić się na zapas. Dzieci wbrew pozorom są silniejsze niż nam się wydaje i szybko się zadomawiają w nowym miejscu pełnym rówieśników i nowych zabawek. Dziecko wyczuwa nasze napięcie a przecież nie chcemy go dodatkowo stresować.

Ja naprawdę nie boje się tego kroku.  To kolejny etap ku samodzielności, bądź jak inni zwą – odcinania pępowiny. U nas pępowina chyba już dawno jest odcięta, mimo że Kuba „siedzi” ze mną w domu.  Pomimo, że od urodzenia był zawsze albo ze mną, albo z tatą. Nikomu go nie zostawialiśmy, bo nie było takiej potrzeby, jakoś radziliśmy sobie sami, to nie boi się nowych miejsc czy osób. Jest odważnym 2 latkiem a każde nowe miejsce to wyzwanie dla jego części odkrywcy.  Ktoś może pomyśli szalona, rzuca tak od razu dziecko do przedszkola, a ja nie obawiam się płaczu czy braku zaklimatyzowania dziecka w grupie rówieśniczej. Po drodze pewnie nastąpi jakiś „kryzys przedszkolny”, ale wszystko jest do przejścia. Z drugiej strony, może mam ten komfort psychiczny, bo „na grupie” będzie babcia. Nie boję się zwiększonej ilości chorób, wiadomo dziecko swoje musi przechorować po spotkaniu z inną flora bakteryjną. Musi się uodpornić. Mam nadzieję, że synek na ile to możliwe jest  zahartowany  przed zarazkami, dzięki spacerom w pogodę czy niepogodę.

Nie raz już odwiedzaliśmy „nasze” przedszkole z racji pracy teściowej. Praktycznie odkąd synek stał się  mobilny “wpadaliśmy” tam raz na jakiś czas z wizyta. Kuba zna swoje przyszłe Panie, wie w której z sal “urzędują”. Gdy przechodzimy koło budynku zaraz pokazuje, że mamy tam wejść.  Z uśmiechem od ucha do ucha wchodzi po schodach a następnie biegnie na salę 4 latków. Po wejściu wita się z babcią i Paniami by po chwili pobiec do dzieci. Ja mogę już nie istnieć, robi mi pa-pa i z radością oddaje się zabawie.

Widzę, jaką radość sprawa mu zabawa z dziećmi. Jak fajnie naśladuje to, co robią inne dzieci.  Siedzi z nimi przy stoliczku i rysuje czy czeka w kolejce do łazienki by umyć rączki. Jak sam zagaduje i zaczepia dzieci, opowiadając im coś w swoim języku.  Właśnie a pro po języka to chyba jedyny mankament, którego trochej się boję. Kuba należy do tych dzieci, które mało mówią i niechętnie powtarzają. Owszem mówi coś po swojemu śpiewa, ale jego słownik „normalnych” słów  jest ubogi. Mam nadzieję, że pomimo tego da radę komunikować się z otoczeniem bez większych problemów a może problemy, które napotka zmotywują go do rozwoju mowy. W końcu nie zawsze na migi pogada z rówieśnikami.

Zresztą nie ma co od razu snuć negatywnych scenariuszy. Myślę, że doskonale sobie poradzi w przedszkolu. Potrafi sam jeść i ładnie operuje sztućcami. Pije z z normalnego kubeczka. Naukę samodzielnego jedzenia rozpoczęliśmy po roczku i widać, że nauka nie poszła w las. Nie martwię się, że będzie chodził głodny, bo o to potrafi się upomnieć – jakby co.

Problem pieluszkowy tez od jakiegoś czasu mamy z głowy. Gdy czuje potrzebę po prostu zdejmuje majteczki i siada na nocnik, po czym wie, do czego służy papier. Problem jeszcze stwarza dokładne założenie majteczek, ale nad tym pracujemy i do września powinien opanować to do perfekcji.

Ciepło mi się na sercu robi jak widzę, jakie postępy w rozwoju synka  nastąpiły w okresie dwóch lat, które razem spędziliśmy. Z małego bezbronnego okruszka stał się  pełnym enegrii, samodzielnym małym odkrywcą. Przedszkole to kolejny etap rozwoju.  Kuba zacznie nawiązywać nowe znajomości, dzięki wycieczkom zwiedzi nowe miejsca a mnie czeka  wiele pierwszych razów: obejrzenie pierwszej pracy na tablicy, pierwsza wykonana własnoręcznie laurka, pierwsze przedstawienie z okazji Dnia Mamy, czy pierwsze Jasełka.

Mam nadzieję, ze ta nowa przygoda w jego życiu będzie wspaniałym czasem. Okresem pierwszych przyjaźni, kto wie może i miłości. Czasem nauki przez zabawę i odnajdywaniem własnego JA w małej społeczności przedszkolnej.

Przed nami w czerwcu spotkanie integracyjne.  Liczę, że będzie udane.  Znając Kubę i jego chęć do zabawy z dziećmi już widzę oczami wyobraźni ten cudowny błysk w oku i radość, z jaką biegnie do rówieśników.

Życzę Wam Drodzy Rodzice abyście i Wy tak optymistycznie podchodzili do tematu przedszkola i rozłąki z dzieckiem.

A może macie już doświadczenie w tej kwestii i zechcecie się z nami podzielić? Jak na przedszkole zareagowały Wasze pociechy a jakie Wy mieliście obawy z nim związane?

Źródło zdjęcia: Flickr

1
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Emocje 28 kwietnia 2013

Na spotkanie z Chrystusem czy z „bankierami”?

„[…]Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: to jest bowiem Ciało Moje, które za was będzie wydane[…]”
(Mt 26,26; Mk 14,22; Łk 22,19; 1Kor 11,24)

Świat zapachniał już bardzo mocno wiosennymi kwiatami, wraz z zapachem ostatnich tulipanów miesza się zapach mistyczny, prowadzący wszystkich, którzy go poczują w ramiona jakieś strzelistej katedry… mirta wodzi nasze nosy, a w pobliskich kościołach biją dzwony.

Wierni zgromadzeni przed wejściem dawno nie wyglądali tak uroczyście… dżinsy zamienili na garnitury, a szorty na sukienki i kostiumy. Plac przed kościołem nieco zmienił swój charakter, zamiast rozbawionych niesfornych dla opiekunów dzieci – atakujących raz po raz kościelną bramę – idealną w roli prowizorycznej huśtawki, pojawiły się bardzo podekscytowane różowe buzie w otoczeniu równie mocno „spiętych” dorosłych. Chciałoby się rzec, że trudno określić, która grupa intensywniej przebiera nogami. Zniknęły też ciekawskie nosy przylepione do szyby i umęczone od stania pupy – zjeżdżające od czasu do czasu w trakcie „przydługiego” kazania, po przeszklonych drzwiach. Zamiast nich pojawiła się kolumna bieli, makatka upleciona z chłopców i dziewczynek… czekających na…

… pióro rwało się w ręce, a serce w piersi: „…Czekających na… to wielkie wydarzenie w ich duchowym życiu…”  – umysł zaś i oczy wypowiedziały wojnę romantycznej części ciała i narzędziu literata, twardo powiedziały „… czekających na… komputer?” a może skuter? A może gotówkę w pięknej kopercie – jeśli nie wiecie biznes komunijny zadbał o najmniejsze szczegóły – piękne koperty na pieniążki dla Komunistów – zdobią „boskie insygnia”…

Więc jak jest naprawdę? Czy można dziś spieniężyć „ciało i krew Boga”? Czy tego naprawdę chcemy? A może dając się wciągnąć w pewien wyścig, zatraciliśmy granicę, choć szczytne ideały pozostały – czasem nieco przykurzone lub ukryte pod pierzyną konsumenckich potrzeb, jednak mają swoje miejsce i nikt ich nawet siłą nie ruszy?!

Kiedy przyjmowałam  swoją Pierwszą Komunię Świętą, było to dla mnie wydarzenie czysto duchowe – jeśli można w ten sposób nazwać uczucia sześciolatki. Przystąpiłam do tzw. Wczesnej Komunii, czy to dobre rozwiązanie? Dobre i niedobre zarazem. Czasy były inne, jednak już wtedy pojawiały się „trendy” z iście polskim powiedzeniem w tle „ Zastaw się, a postaw się”. Moja komunia na pewno była piękna – była pięknym przeżyciem dla mnie i mojej rodziny, była skromnym lecz wzniosłym wydarzeniem. O prezentach – my Komuniści bardzo młodzi duchem i datą w metryce nie myśleliśmy. Wielkim wydarzeniem była obecność tak licznych gości, a cała reszta otoczki w postaci materialnych gratyfikacji nie istniała – małe dzieci bardzo poważnie i głęboko emocjonalnie podchodzą do spraw wiary – co niesie za sobą oczywiście również plusy i minusy.

Kluczowe dla takiego wymiaru uroczystości było nasze przygotowanie. Katechetka – Pani Ola, w moich oczach istny Anioł i wielki autorytet, wręcz perfekcyjnie zadbała o nasze małe serduszka i umysły, rodzice również byli mocno zaangażowani w przygotowania –  i nie mam tu na myśli szukania restauracji czy doboru odpowiedniej fryzury i sukienki. Nie było wybiegu mody – były alby, komże,  wianki na głowach dziewczynek – mój uplotła mama, był z mirty. Były duże – dla nas małych –  przygotowania do mszy świętej. Byliśmy bardzo podekscytowani, kto pójdzie z darami, kto zaśpiewa piosenkę, powie wiersz… to wywoływało największe podniecenie – nie falbanki i tiary… nawet nie byłam świadoma wtedy istnienia Komunijnej „Pop-kultury” – więc nic nie przeszkadzało mi przyjąć moją pierwszą hostię. Czy rozumiałam wymiar duchowy? Na tyle na ile zinterpretowali to moi Rodzice i Katechetka, na tyle na ile może zrozumieć tak „abstrakcyjną” sytuację sześciolatek… czyli tak jak pojmuje pojęcie dobra i zła – jest takie jakie wpoją mu autorytety. A prezenty? Owszem były – zegarek – skromny pierwszy zegarek, złoty pierścionek – piękny i bardzo dyskretny – gdy moje paluszki z niego wyrosły przez lata służył mojej mamie, która ma bardzo drobne dłonie, lecz  gdy urodziłam córkę – mama zwróciła mi pierścionek, teraz czeka na Pierwszą Komunię mojej pierworodnej, srebrne łyżeczki do herbaty, starannie przechowane w szufladzie, dziś cieszą moich gości podczas spotkań… czy cieszyły mnie te prezenty, jedne bardzo, inne w ogóle – dziś za to bardzo cieszą mnie wszystkie które przetrwały próbę czasu! Tak jestem piekielną sentymentalistką – lecz do tego grzechu chętnie się przyznaję! Najbardziej cieszyła mnie sukienka, którą mama mi uszyła – wszyscy mieliśmy jednakowe stroje, jednak po mszy, na domowe świętowanie, mama przygotowała coś ekstra – tygodniami nie mogłam się doczekać – sukienka biedronka! Hit mojego dzieciństwa, prosta sukienka-ogrodniczka, czerwona, która zamiast tradycyjnej przedniej „klapy” na szelkach – miała biedronkę,  z wypukłą główką i czułkami…

Kiedy dwa lata później, moi koledzy z klasy przystępowali do Komunii, nie byłam w stanie zrozumieć tego wydarzenia w tak odmiennej odsłonie… Wszyscy żyli komputerami, rowerami… Krynoliny, rękawiczki i torebki tylko czasem były przyćmione „lakierkami”. Temat numer jeden na co najmniej kilka miesięcy szkolnego życia. Czy im zazdrościłam? Pewnie trochę, czasem… moja komunia nie była taką „galą” , lecz moja zazdrość nie była wielka jak ocean, i szczególnie nie pamiętam żeby było to dla mnie jakąś „traumą” – wychodzę więc z założenia, że żadna krzywda mnie nie spotkała, a wręcz przeciwnie – dziś to czego nie rozumiałam, jest dla mnie cenną wartością, o wiele cenniejszą niż komputer który po kilku latach zamienił się w niemodny staroć…

Pozostaje pytanie czy sześcio bądź ośmiolatek jest gotowy na takie spotkanie z Chrystusem? Jeśli oczekujemy od naszych dzieci, głębokiego duchowego przeżycia na poziomie metafizycznym – i pełnej świadomości tego sakramentu, to się rozczarujemy, dziecko w tak młodym wieku najzwyczajniej w świecie nie jest zdolne do zrozumienia pewnego stopnia abstrakcji, jego funkcjonowanie poznawcze odbywa się po prostu jeszcze na innym poziomie. Wszystko pozostaje więc w rękach i umysłach Rodziców – tak jak przygotujecie swoje dziecko do Pierwszej Komunii, tak dziecko będzie ją przeżywać i tak ją zapamięta.

Wszak to my dorośli, kupujemy skutery i quady, wypychamy koperty… a dzieci w końcu biorą z nas przykład – skoro takie dajemy świadectwo, co jest ważne?

Mam nadzieję, że pobudzę Was do trudnej dyskusji. Jak zachować się w obliczu zbliżającej się Komunii? Jak postąpić? Przecież każdy z nas, w tym nasze dziecko jest osadzone w swoim otoczeniu, które zawsze rządzi się jakimiś prawami.

Czy Wy macie już za sobą Pierwszą Komunię dziecka? A może macie podobne dylematy jaki Rodzice chrzestni? Czekamy na Wasze opinie, być może uda nam się znaleźć złoty środek w całym tym „komunijnym” szaleństwie…

2
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magda Kupis
Gość

Pamiętam, że jako jedyna dziewczynka szłam w krótkiej sukience, na głowie miałam wianek, który był jedyną ozdobą moich prostych, krótkich włosów. Siostra na lekcjach religii przygotowała nas do tego dnia, tłumacząc jego istotę. Poprosiłam rodziców, by nie było alkoholu na stołach, mimo że w naszym domu bywał on bardzo rzadko i raczej tylko „bo wypada”. Wspominam Komunię jako dzień wejścia w duchową dorosłość. Dostałam prezenty, głównie zabawki dopasowane do wieku, jakieś rolki, używany rower- zupełnie nie było to ważne. Dopiero w szkole usłyszałam o prezentach, o których sama nawet nie pomyślałam i pieniądzach. Dzieci chwaliły się ile uzbierały, a ja… Czytaj więcej »

Joanna Pawlińska
Gość

Ja zostałam wysłana do komunii bo wszyscy szli. W moim domu nigdy nie było wiary, Boga czy choćby kościoła. Poszłam za tłumem i po prezenty. Na tej samej zasadzie poszła moja córka, właściwie dla świętego spokoju, żeby nie odstawała od średniej. Parę lat później ja znalazłam Boga, powoli pokazuję go córce, choć sama dopiero odkrywam jak to jest z tą wiarą, chodzeniem do kościoła i byciem Kościołem. Powoli nauczyłam się przeciwstawiać pewnym normom i zwyczajom tego świata. Świat nie jest domem mym, jam tu przechodniem jest jak mówi jedna z pieśni. Z czasem uczę się odróżniać Boże i ludzkie pomysły.… Czytaj więcej »

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close