Emocje 29 października 2013

Tik – tak, tik – tak…

Wczorajszy ranek – słyszę wiadomość o śmierci Tadeusza Mazowieckiego. Wpatruję się w ekran telewizora i łza płynie mi po policzku.

Mam tak za każdym razem, gdy odchodzi ktoś, kogo „znałam od zawsze”. I choć jest to znajomość tylko z ekranu telewizora, to liczy się nie tylko twarz, ale te wszystkie ważne rzeczy, które działy się przez lata mojego życia. Wielcy aktorzy, znaczący politycy, ważni muzycy… Osoby, które żyły, działały, tworzyły już w czasie mojego dzieciństwa. Które odkąd pamiętam po prostu były… I w zasadzie niewiele się zmieniały – Tadeusz Mazowiecki 20 lat temu dla „mnie-wtedy” był już przecież starszym panem.

Dopada mnie dziś nostalgia nad szybko upływającym czasem. Sentyment nad przedmiotami i sytuacjami, które minęły i już nie wrócą oraz smutek na wspomnienie ludzi, którzy już odeszli. Ogarnia mnie strach, że kolejne osoby będą znikać i to te bardzo bliskie memu sercu.

Czy Wam też się wydaje, że tak całkiem niedawno byliście dziećmi? Jeszcze jakby wczoraj patrzyły na mnie z lustra moje nastoletnie oczy. Tak dokładnie pamiętam przeżycia, smutki i radości sprzed wielu lat. Czasem jakiś zapach zabiera mnie w samo centrum zdarzenia, które miało miejsce wiele lat temu. Wtedy w głowie uruchamia się machina wspomnień, by po chwili uświadomić – jak wiele minęło.

Źródło zdjęcia: Flickr

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Maria Ciahotna Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Maria Ciahotna
Gość

Czasami też tak mam – zaskakują mnie te smutne wieści, a jeszcze częściej zdarza mi się zapomnieć, że kogoś już nie ma wśród nas i jak sobie to uświadomię, to ogarnia mnie zaduma… Dlatego staram się utrwalać w pamięci wszystkie przeżywane chwile, by móc do nich wracać, świadomie przeżywać swoje życie – każdemu z nas dany jest jakiś czas, nikt nie wie, jak długi czy krótki…

Zabawa 27 października 2013

Czego Jaś się nie nauczy…

„Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał”, każdy to zna, ale chyba już nie wszyscy  rozumieją. Obserwując ludzi w różnych sytuacjach mogę pokusić się o kilka wniosków. Znaczna część dorosłych uważa, że „to tylko dzieci”, więc można im więcej, sporo się wybacza. Nie umiem tego zrozumieć, mówiąc więcej, uważam to za krzywdzące dla tego przysłowiowego Jana.

Kiedy moja córka miała około roku, poszłam z nią do kawiarni. Czułam się tam źle, bo miałam wrażenie, że „ciążymy” innym gościom. Starałam się więc zająć nią tak, by nie absorbowała całego otoczenia. Fakt, trudne było to zadanie, więc do dziś nie odwiedziłyśmy wspólnie podobnego miejsca. Dlaczego? Po pierwsze było to męczące dla mnie, jaka to przyjemność picia kawy, kiedy między kolejnymi łykami musiałam (uważałam, że tak należy) zabawiać roczniaka? Po drugie, dziś sądzę, że to miejsce „dla dorosłych”, toć dzieci kawy nie pijają.

Restauracje są dla każdego, więc i dla rodzin. Nie bywamy tam często, ale zdarza się, że tam jadamy. Nie wyobrażam sobie, żeby nasza córka miała od nas przyzwolenie na bieganie między stolikami. Jest to niebezpieczne i dla samego dziecka, gości, jak i kelnerki, która z gorącymi posiłkami musi lawirować między rozbrykanymi Maluchami, których nie widać spod stołu. Przyznaję, że irytują mnie nieświadome tego dzieci, które łagodnie mówiąc próbują przemeblować lokal. A rodzice? No właśnie…. Szczęśliwi, że mają chwilę „dla siebie”, nie zwracają uwagi na to, że posiłki powinno się jeść w spokoju. Być może im nie jest to potrzebne, ale znów nawiążę do innych ludzi, korzystających z usług restauracji. A co z tym Janem? Jan prawdopodobnie będzie jednym z takich rodziców, bo sam nie pozna zasad kulturalnego zachowania się. Jaś wcale nie jest za młody, Jasiowi wejdzie to w krew o ile rodzic go tego nauczy.

Słyszałam też, że przecież są wakacje. Więc chyba kultura pojechała na wczasy (lub została w domu, w zależności od sytuacji). Czy dzieci w wakacje mogą beztrosko zakopywać na plaży papierki po lodach? Biegać po cudzych ręcznikach (przecież nie są ich)? Może się czepiam w oczach niektórych, ale kiedy jestem w miejscu publicznym/ogólnie dostępnym to staram się go współdzielić, mam świadomość, że nie jesteśmy tam sami. Kiedy naprzeciw nas idzie inna osoba, córka usuwa się na bok, by nie zajmować całego chodnika. Gdy zaczynała mówić, sama, bez upominania witała się wchodząc do sklepu, dziękowała za wszystko. A kiedy pani ekspedientka pochwaliła ją, że nie spotkała tak małego dziecka, które jest tak dobrze wychowane i pogratulowała mi, że ją tego nauczyłam – zakupy wydały mi się lekkie jak nigdy.

Apogeum mojego zażenowania było zachowanie się dzieci podczas letnich plenerowych teatrzyków. Zadziwiające było to, że Maluszki potrafiły grzecznie przyglądać się aktorom, a przedszkolaki robiły co chciały – zabierały rekwizyty, wchodziły na „scenę” (wydzielony kawałek trawnika), szarpały za stroje. Aktorzy kilkakrotnie upominali zarówno ich, jak i rodziców by przestały przeszkadzać. Tylko jeden rodzic zareagował. Szkoda, że tylko raz i bez skutku.

Zmierzam do tego, by nie odkładać nauki zasad kulturalnego zachowania się na „potem”. Potem jest waśnie dziś, tu i teraz. Żadne dziecko nie jest za małe, by móc rozpocząć taką naukę. Być może nie wszystko zrozumie, nie dostosuje się do tego pierwszego dnia, ale praktyka czyni mistrza. Bo kiedy jak nie teraz nauczymy dzieci jak zachować się w banku, urzędzie, kościele, u lekarza, w lodziarni czy na cmentarzu?

Czy jest jakieś zachowanie, które szczególnie Was denerwuje? Zdarzyło Wam się zwrócić uwagę dzieciom lub ich rodzicom?

 

Źródło zdjęcia: Flickr

2
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Związek 25 października 2013

Z facetami nigdy nie jest nudno. I czysto…

Taka sytuacja…..
Wtorkowy obiad zostaje do środy. W środę należy go tylko podgrzać, nic więcej. Mój małżonek, jako że na 14.00 jedzie do pracy, obiad chciałby zjeść najpóźniej o 13.00. Ale wyjątkowo nie dziś. Obiadu nie podgrzewa, bo do 13.00 grał na komputerze i już nie ma czasu. Robi kanapki.

Kolejnego dnia, tj. w czwartek nie szykuję nowego obiadu bo dziecko zje w żłobku, ja sobie jakoś poradzę, a na męża wciąż czeka to czego nie zjadł wczoraj. Obrałam mu tylko kartofle, żeby nie było, że już całkowicie o niego nie dbam i totalnie NIC nie robię.

Nie wiem czy to ma jakiś związek, ale w nocy chyba mnie jakaś mucha tse-tse użarła w głowę, bo od samego rana sprzątałam na cycuś glancuś dom, włącznie z szorowaniem na kolanach(!) podłóg, myciem okien i prasowaniem – czego nienawidzę!

A ta menda jedna, mój małżonek, chcąc dotrzymać mi kroku, od rana grał na komputerze. I wierzcie mi bądź nie, ale ZNOWU zszedł łaskawie o 13.00 do kuchni, wyciągnął chleb i zaczął robić kanapki!

No niech mnie chudy Mojżesz strzeli! Jak walnęłam szmatą o podłogę to aż się zatrzęsła, a woda w klopie rozstąpiła!

– Przecież jest obiad! Od wczoraj czeka, czemu go nie jesz?!
– Bo myślałem, że to dla was…
– To nie myśl! Od myślenia ja tu jestem! …. Wystarczy go podgrzać, ot cała filozofia!
– Myślałem, że… (znowu to robił, wariat jeden!) –  jak coś to… żona mi go podgrzeje.
– Ooooo mój drogi! Hola hola! To ja zapierdzielam od rana z jęzorem na wierzchu, żeby doprowadzić do porządku to, co ty, razem z tym drugim, małym smarkiem  wywracacie do góry nogami, a Ty sobie siedzisz bezproduktywnie i grasz… i jeszcze mi mówisz, że mam Ci obiad podgrzać?! No bez przesady…

No to zagrzał. I zjadł. Ale talerz zostawił. Bo zmywarka jest za nisko. Na dodatek, przecież się do pracy spieszy…

Też tak czasem macie, baby?  :-)

Błagam, powiedzcie,  że nie tylko u mnie takie kabarety odchodzą! ;-)

7
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Milena Kamińska
Gość
Milena Kamińska

Niesamowite :-) oj nie jest z nimi nudno . Mój często doprowadza mnie do takiego szału i nie wiem dlaczego zamiast płakać „leje ze śmiechu”, ręce opadają. On myśli że talerze po obiedzie same pójdą ze stołu do zmywarki, ubrania same wskoczą do kosza na brudna bieliznę ,itd… Początki były ciężkie i z biegiem lat nauczyłam go podziału obowiązków, Jak mi mówił że” jaki on jest zmęczony a ja to powinnam być wypoczęta bo przecież pralka sama pierze, kuchnia gotuje …. ” to postanowiłam przeprowadzić eksperyment : nie uprałam ubrań, w których były również ubrania do pracy bardzo potrzebne. mąż… Czytaj więcej »

Marta Nowak
Gość
Marta Nowak

taaa! dom się sam sprząta- to odkrycie mojego męża, widocznie sprzątam prędkością światła i mnie nie widać ;p ale ja też mam w planach strajk ;) i to już po świętach;) ale będzie zdziwienie :p

Anna Kotas
Gość
Anna Kotas

Jak dobrze wiedzieć, ze nie tylko ja jestem „wariatką” :) Mój mąż twierdzi, że sprzątanie to moje hobby, a on nie potrafi np. wycierać podłogi i tego robił NIE BĘDZIE ! I trzeba szczegółową listę robić, bo potem jest : ale o tym mi nie mówiłaś.. Walczymy z tym :)

Fizinka
Gość
Fizinka

Witaj w klubie :) … w kupie raźniej ;)

Anna S.
Gość
Anna S.

Bosz! czytam czytam już drugi raz… mam wrażenie że to ja ten tekst napisałam! wypisz wymaluj mój mąż! jedyne czego sie uczę to to, że On naprawde nie zauważa, że jest tcoś nie zrobione…. przestałam prasować jego rzeczy… nosi takie pogniecione :) nie paruje mu skarpet, grzebie w szufladach i szuka co rano pary.. a jak zostawi skarpety brudne na podłodze to wkładam mu do szuflady bo „myślę że skoro tu leżą to są czyste, przeceież brudne wkłada się do kosza”.nie marudzi a ja mam mniej roboty :)

Fizinka
Gość
Fizinka

Heheh mam to samo! :) Czyste pranie, które ściągam z suszarki, segreguję na: moje, dziecka i szanownego męża :) Po czym, moje oraz małolata rzeczy składam i zanoszę tam gdzie trzeba, a małżonka zanoszę na jego krzesło (sprzed komputera) i zostawiam by sam sobie poskładał, „poparował” skarpety i zaniósł na miejsce :P – choć jak można się domyślić, zwykle tego nie robi…. :P Ale to już nie mój problem! ;)

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close