Wesoła twórczość mojego dziecka – po co kartki, skoro są ściany?


Macierzyństwo to jedna wielka praca, trening i test – umiejętności, wiedzy, sprawności fizycznej, cierpliwości i tolerancji (na różnych płaszczyznach). Bywa, że matczyne emocje targane są na lewo i prawo, nastrój zmienia się z minuty na minutę, a matka niezależnie od sytuacji zawsze powinna zachować spokój ducha i opanowanie. 

Powinna, hmm… czy to aby na pewno dobre stwierdzenie? No raczej nie, wszak matka jest tylko zwykłym człowiekiem, a nie jakimś „Rambo”, którego niczym nie da się złamać. Każda matula ma w sobie ograniczone pokłady tego wszystkiego co powyżej, logiczne jest więc, że czasem w jej wnętrzu może dojść do przeładowania, a w konsekwencji do wybuchu. I nie zawsze musi to być efekt czegoś poważnego, czasem wystarczy niepozorna iskra, wręcz błaha sprawa, a eksplozja nieunikniona.

I mnie też się to zdarza. Ostatnio na przykład, parę dni temu, myślałam, że pęknę ze złości i wytarmoszę swoje dziecko, które wzięło i zabazgrało mi ściany w domu kredkami – pastelami olejnymi, które oczywiście nie chcą się zmyć!  Wesoła twórczość prawie 2-latki. No brawo!

Choć czekajcie! W pierwszym momencie nawet mnie to tak mocno nie zirytowało – nie pierwszy i zapewne nie ostatni taki obrazek w mojej matczynej karierze – pochwalę się więc, że pozwoliłam sobie nawet na drobny żart, ale… Kiedy chwilę później zorientowałam się, że to nie jest jedyny rysunek, a pojawił się on też u brata w pokoju i u samej autorki – na dużym kawałku ściany – to już mi ciśnienie skoczyło tak dramatycznie, że mało nie wyszłam z siebie!

Nakrzyczałam więc solidnie i zabroniłam do siebie podchodzić – każdemu, bez wyjątku – a potem obróciłam się na pięcie i poszłam w cholerę, bo czułam, że to jedyne rozsądne wyjście, by dać ochłonąć emocjom.

Zła byłam okrutnie, bo przecież całkiem niedawno malowaliśmy całe piętro, bo na tapecie mamy aktualnie inne roboty remontowe, bo trzeba będzie kupić farby i te wszystkie ściany pokolorować na nowo i wreszcie – bo jestem w ciąży, a to chyba wystarczający powód do wybuchu złości.

W każdym razie, tak jak byłam wściekła, tak w kilka minut cała ta złość minęła. Wystarczyło tylko, że zeszłam schodami na dół, schowałam się w jednym z pokoi i usłyszałam, jak ta mała łobuziara płacze, wołając, że chce do mamy.  Nie mogłam tego słuchać, mimo, iż tata usilnie próbował wyjaśnić córce, że teraz do mamy iść nie można i musi zaczekać.   

Musiałam zareagować. Słuchanie jej rozpaczy łamało mi serce, a to było silniejsze i ważniejsze uczucie niż ta cała moja złość.

Ktoś powie, że jestem słaba, bo szybko wymiękłam. Ktoś inny zarzuci, że jestem złą matką, bo przecież to tylko dziecko, a zabazgrane ściany to nie tragedia. Mam to gdzieś. Jestem jaka jestem, miewam chwilę słabości, popełniam błędy i czasami daję zły przykład.

Zresztą nie o ocenę i krytykę mi teraz chodzi, lecz o to, że w całej tej sytuacji, po raz kolejny w swoim kilkuletnim macierzyństwie uświadomiłam sobie, jak bardzo my – mamy – kochamy swoje dzieci! Jak wiele potrafimy z nimi przejść, znieść, wybaczyć…

I jak szybko zapominamy o powodach swojej złości, gdy te małe istotki zrobią minę kota ze Shreka, uronią łezkę czy wyciągną do nas rączki. I to w sumie jest cudne w tym wszystkim.

A, że ściany pobazgrane – no trudno, taki ich los gdy w domu grasują dzieci! ;-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Żeby mi się chciało, tak bardzo, jak mi się nie chce – też tak czujesz?


W listopadzie najbardziej na świecie lubię siedzieć z książką pod kocem. A jest jeszcze milej, gdy nagle w pokoju pojawia się promyk słońca – o tej porze roku to taka rzadkość! Mój spragniony wzrok podąża więc za tą świetlną wiązką i natrafia na coś, czego widzieć jednak nie chciałam. Wrrr…

A mianowicie, gdy słońce zaświeci w szyby, zauważam, że są brudne. Nie jest to bardzo odkrywcze, bo w domu nie mam firanek i chcąc nie chcąc, nie da się tego spostrzeżenia uniknąć. Potem szybko – za każdym razem od nowa – liczę w myślach, ile mam okien. Wychodzi 15 sztuk i nigdy nie chce być inaczej. I myślę sobie, jak Kubuś Puchatek: „Boże spraw, żeby mi się chciało, tak bardzo jak mi się nie chce”.

Dopada mnie więc kolejna refleksja, że przydałby mi się ktoś do pomocy w ogarnięciu tych okien. A najlepiej ktoś taki, powiedzmy sobie wprost — kto zrobi to po prostu za mnie. Jednocześnie — jak obuchem w głowę – pojawia się świadomość, że pracuję w oświacie, a nie w sektorze IT czy finansów i nierozważne byłoby przepuszczać moje zarobki na coś, co potrafię zrobić sama.

Na szczęście przypomina mi się, że od pewnego czasu jestem posiadaczką fajnego urządzenia — ściągaczki, która bardzo ułatwia harówkę z brudnymi szybami. Ta myśl jest całkiem pocieszająca. Już nawet prawie się zrywam, by chwycić za szmatę, ale uświadamiam sobie, że mam tych okien jednak dosyć dużo i tak od razu problemu się nie pozbędę, mimo użycia wyspecjalizowanego sprzętu. Więc może nie ma co tak od razu się zrywać? Czy nie lepiej na spokojnie dokończyć rozdział, a najlepiej książkę i do tematu wrócić w następny weekend?

To brzmi prosto, ale istnieje ryzyko, że za tydzień o tej porze będę robić to, co dziś — czyli leżeć z książką pod kocykiem i odwlekać wykonanie tego zadania. Jest też opcja, że będzie pochmurno i brudne szyby nie będą rzucały się w oczy i postanowienie zostanie znowu przesunięte w czasie. Tyle że za długo nie da się tego odwlekać, bo jeszcze miesiąc i będą święta. A wtedy nawet taki ktoś jak ja, nie akceptuje brudu w domu.

Tak więc wniosek jest jeden – są w życiu czynności, których można nie lubić, ale i tak trzeba je wykonać. Może nie ma ich co tak demonizować, tylko wziąć się za robotę! Nie chce ci się? Znam to, mi też nie! Ale się zmuszam. I nie liczę na to, że przyjdzie lepszy moment i mi się zmieni motywacja. Wychodzę z założenia, że lepiej zrobić dziś i mieć potem święty spokój. I czyste sumienie. I niczym niezmącony widok przez okno ;)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Oj, skąd ja to znam… Też bym wolała z książką posiedzieć, przy czwórce dzieci to czasami marzenie z kosmosu… A słoneczko odkrywające “niedoskonałości” okna też na mnie działa – pobudzająco. Zwykle myję te najbardziej wołające o pomoc, czyli od drogi. Kolejne staram się też ogarnąć, ale nie zawsze od razu. Ogólnie z domowymi zadaniami mam tak jakoś, że może mogą poczekać chwilę, bo lepiej jest się z dziećmi pobawić? A czasami fajnie z dziećmi urządzić zabawę w sprzątanie – w tym najlepiej mój ukochany się sprawdza, potrafi dzieciaki cudownie zmotywować, porozdzielać zadania, doglądać… i wspólnymi siłami wszystko łatwiej ogarniemy :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

My, feministki


Nie mam łatwego charakteru. Nigdy nie twierdziłam, że mam. Potrafię upierać się, bronić swoich racji, walczyć jak lwica, jak mi na czymś zależy. I uważam, że to zaleta, a nie wada. Nie wiem tylko, czy mój mąż zgadza się z tym zdaniem, bo jemu też nie ustępuję.

Za tradycyjnym podziałem obowiązków domowych też nie jestem. Co nie znaczy, że nie tykam się garów i ściery. Tykam, owszem. Ale odkurzacza już niekoniecznie. Nie raz i nie dwa usłyszałam, że mam feministyczne poglądy. To akurat nie jest prawda, do prawdziwej feministki mi daleko, chociaż… te prawdziwe feministki sto lat temu walczyły o prawa wyborcze dla kobiet i powszechny dostęp do nauki. Więc fakt, jestem feministką. Uważam, że kobieta powinna być wykształcona, oczytana, obyta w świecie, świadoma swoich praw.

W moim domu rządziły kobiety, mama tatą, babcia dziadkiem… Druga babcia była dwukrotną wdową, królowała samodzielnie i niepodzielnie.

W domu mojego męża obowiązywał patriarchat. Ostatnie zdanie należało do ojca, mojego teścia. Może dlatego ciężko mi było się z nim dogadać?

W naszym domu… Nooo trenujemy trudną sztukę kompromisu, z różnym skutkiem.

 

A Duśka patrzy, słucha i wyciąga wnioski…

 

Czytałyśmy niedawno „Calineczkę” Andersena. Córkę mam dociekliwą, jak czegoś nie wie, to drąży do upadłego. I bardzo dobrze. Ma to po matce. Bo życie trzeba rozumieć, „tak, bo tak”, to nie jest argument.

– Mamusiu, ale dlaczego Calineczka musiała się pożegnać ze słonkiem i kwiatkami?

– Bo miała wyjść za kreta i mieszkać pod ziemią.

– No to co? Nie mogła sobie wyjść na dwór, jakby chciała?

– No nie, kret nie lubił słonka i kwiatów, nie wychodził z tuneli i jej też by nie pozwolił.

– No weź, jakby mógł jej zabronić?

– Jako mąż mógłby.

– Ale jak to?

– Kiedyś tak było, że żony słuchały się mężów, a to przecież jest stara bajka.

– Mamusiu, ale to jest ABSOSMERFNIE nielogiczne, przecież to mężowie muszą słuchać się żon!

 

Mimo wszystko nie zamierzam wyprowadzać jej z błędu. Diabli wiedzą, na jakich mężczyzn będzie w życiu trafiała.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

O tym, że dobro powraca, szczególnie wtedy, gdy się tego nie spodziewamy


Wiecie, nie lubiłam niespodzianek, bo czasem stawiają obdarowanego w niezręcznej sytuacji i zmuszają do rewanżu. Bo przecież jak ktoś coś dla mnie, to ja dla niego też powinnam, prawda?

No właśnie, że nieprawda! Aż sama jestem zdziwiona tym co piszę, ale kilka zdarzeń, właśnie “niespodziewanych niespodzianek”, dało mi zupełnie inny ogląd na sprawę i znów wróciły do mnie niedawnym wspomnieniem.

Kilka “szmat” od H.

Chyba z rok temu, zaprzyjaźniona wirtualnie od ponad 6 lat koleżanka z pracy i nie tylko, zapytała mnie, czy nie chcę kilku “szmatek” dla ciężarnych, żebym po porodzie mogła bez żalu wywalić, bez tracenia pieniędzy. Oczywiście, że chciałam, bo ja nie należę do rozrzutnych, więc zgodziłam się z zadowoleniem. Po drodze zapytała jeszcze o jedną i drugą inną rzecz czy mi się nie przyda i obiecała wysłać paczkę. Ależ mnie czekało szokujące odkrycie, bo do tej paczki “szmacianej” wepchnęła taką ilość akcesoriów dla mnie i małego, że mnie zatkało. No jak to?! Te wszystkie rzeczy to niemały majątek, więc kopara mi opadła i rzuciłam się do telefonu, by zwrócić co najmniej za kuriera i zapłacić choć za ułamek z tych rzeczy. Nic z tego, tematu nie było, na zdrowie dla mnie, niech służy. Kuźwa, chyba połowa wyprawki! Przeżywałam to bity tydzień, że jak to tak, ona wyjdzie stratna, a mi będzie głupio na wieki wieków. Ale niech służy!

Prezent na zaś

Trzy dni od tej niespodzianki, dostałam wyładowaną po brzegi paczkę z kosmetykami pewnej marki dla niemowląt i dzieci. Usiadłam, odpakowałam i nie wierzyłam, przynajmniej półroczny zapas kosmetyków dla małego i dla mnie też. Siedziałam i śmiałam się do siebie, pomyślałam –  trzeba stawiać darczyńcy łiskacza, bo jak to tak, za darmo?!? Ano, za darmo, prezent, po prostu.

Przesyłka od S

Kiedy indziej znalazłam w skrzynce awizo, w sobotę stawiłam się grzecznie w kolejce na poczcie. Po kwadransie oczekiwania w zmodernizowanej i sprzyjającej klientom (dobry żarcik) placówce, wręczyłam pani karteczkę. W zamian wyciągnęłam ręce po zapakowaną w biały papier paczkę i zaczęłam się śmiać. Na chwilę wszystkie klepki mi się pomieszały, bo nie mogłam zrozumieć tego fenomenu. Do domu leciałam jak na skrzydłach, co i rusz spoglądając na paczkę. Niczego się nie spodziewałam, o nic nikogo nie prosiłam, to co tym razem? Bomba, wąglik? Może lepiej rozpakować na dworze, albo niech mąż rozpakuje, zawsze matki bardziej szkoda dzieciom odbierać.

Dotarłam do domu, rozszarpałam opakowanie, a tam piękne suweniry dla moich chłopaków. Złapałam za telefon, podziękowałam.

Poczułam się wyróżniona przez los, że mam wokół siebie osoby, które ciepło o mnie myślą i zwyczajnie podarowały coś od siebie. Później miłym gestem sprawiła mi niespodziankę jeszcze A i M, a ja nadal nie mogłam tego pojąć, czym zasłużyłam na to. A może ja wyglądam tak biednie i niezaradnie życiowo? Oby nie! Przecież nie jestem kimś wyjątkowym, mam swoje wady, bywam mało lubiana, bo mówię co myślę. Zapytałam mojej mamy, czy ona coś z tego rozumie, bo ja nic. Powiedziała mi tylko tyle – nic dziwnego, ty myślisz o innych, doceń, że ktoś myśli też o tobie. Dobro powróciło z nawiązką, dziękuję i posyłam je dalej :)

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Pewnie że powraca :) Lubię sprawiać innym niespodzianki, czasami boję się, że ktoś poczuje się niezręcznie, ale i tak warto “ryzykować” :) i trzeba też pamiętać o tym, że osoba obdarowująca też czerpie z tego jakąś radość, więc obie strony są szczęśliwe!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku