Na zakupach 18 lutego 2012

Podróże małe i duże

Gdy pojawia się dziecko – nasz świat staje na głowie. To czas zmian i często odważnych decyzji. To czas kiedy zaczynamy patrzeć inaczej – również na przyziemne sprawy, a to „patrzenie” jest w stanie permanentnych i płynnych ewolucji. Gdy brzuszek rośnie i prawie sięga już nosa przyszłej mamy pojawia się pytanie…
…Nowy członek rodziny…? Ale o kim mowa?

Często pojawia się dwóch nowych członków naszej rodziny: Maluch i nowe auto. Samochód zaczyna zmieniać swoją „pozycję”- to co wcześniej zajmowało stanowisko udogodnienia czy oznaki luksusu w naszej hierarchii, przybiera nowe imię „konieczność”? Wyjście do sklepu, lekarza, czy podróż do rodziny – zmieniają swoją nazwę na „wyprawę”.  Czy to magia? Bynajmniej, to życie! Więc jeśli tylko nasz portfel pozwala nam na adopcję „czterokołowego przyjaciela” – chętnie jej dokonujemy!

Dlaczego? Ilość rzeczy, które nagle powinniśmy mieć zawsze przy sobie urasta do rangi małego sklepowego magazynu, a potrzeby i oczekiwania zmieniają się jak w kalejdoskopie – wraz ze wzrostem naszej Pociechy. Czy nowe samochody to konieczność? To już musicie sami ocenić – na pewno warto przemyśleć tę kwestię – samochód musi być bezpieczny! I dobrze byłoby nie spacerować po drodze szybkiego ruchu, z niemowlęciem pod pachą, w poszukiwaniu serwisu lub holowania.

Małe jest piękne… czyli na szybki slalom do przedszkola!

Małe samochody?
Co to oznacza? To już zależy od naszych osobistych preferencji – jednak dla wielu z nas mały samochód oznacza – niedrogi. Niedrogi również w utrzymaniu – co dla większości rodziców jest priorytetem! Niewielki oznacza również wygodny – wygodny w mieście na szybki slalom do przedszkola w porannych korkach i ekspresowe zakupy po pracy – znacznie zmniejsza ryzyko walki wręcz o skrawek parkingowego miejsca!

Jednak jeśli planujecie sporą rodzinę i dalekie wyprawy, może lepiej zastanowić się nad nieco większym członkiem rodziny?
Duże podróże = duże potrzeby!
Wakacje? Święta z rodziną? A może liczna rodzina, duży pies i góra bagaży?

Obecnie  mamy idealne rozwiązanie: duże samochody rodzinne. To naprawdę szeroki wachlarz możliwości, do wyboru, do koloru – można pokusić się o stwierdzenie, że jedynym ograniczeniem zdaje się  być kondycja naszego portfela.

Jednak jak sami doskonale wiecie podróże z dzieckiem to nie tylko kwestia wyboru samochodu –  wraz z „Małym pasażerem” pojawiają się inne wyzwania.

Przede wszystkim fotelik!!! Myślę, że nie ulega wątpliwości, że jest to zestaw obowiązkowy!!! Pytanie tylko czy „samochodowy tron” i brzdąc przypadną sobie do gustu? To w dużej mierze kwestia przyzwyczajenia – jeśli od samego początku, dużo jeździmy z dzieckiem – staje się to sytuacją naturalną. Jeśli natomiast „podróż” z dzieckiem jest sytuacją wyjątkową w naszym życiu – warto zaprzyjaźnić dziecko z fotelikiem „na sucho”.  Najłatwiej zacząć z malcami – swoją drogą pierwszy fotelik, to świetna pomoc dla mamy i taty w domu – może pełnić rolę bujaczka lub krzesełka (oczywiście nigdy nie zapominajcie o zapięciu pasów – również w domu, czasem wystarczy dosłownie sekunda, żeby maluch postanowił wybrać się na wycieczkę).

Przyjemność czy droga przez mękę?

Kierowca musi wykazać się nie lada koncentracją uwagi – zwłaszcza gdy wiezie swój najcenniejszy Skarb! Tyle, że ten Skarb, nie zawsze ułatwia to zadanie! Jak wiemy wysokie natężenie hałasu w ograniczonej przestrzeni nie sprzyja dobremu samopoczuciu, że o koncentracji nie wspomnę!

I co z tym fantem? To już zadanie dla każdego rodzica – trzeba znaleźć „ten” sposób na swoją Marudę:) Postaram się dać Wam kilka podpowiedzi:).

Wersja utopijna podróży ma następujący przebieg – dziecko zasypia i śpi jak kamień całą drogę, a my prowadzimy samochód ze śpiewem na ustach (podobno zdarzają się takie cuda). Warto jednak zadbać o taki cud – z pewnością pomoże nam nastrojowa muzyka (jeśli jednak istnieje szansa, że to nie dziecko, a Wy zaśniecie – stanowczo odradzam), ulubiona Przytulanka, najlepiej żeby Maluch rozpoczął podróż z pełnym brzuszkiem – dobrym humorem.

Wersja awaryjna o zabarwieniu restauracyjnym – warto mieć argumenty np. w postaci ulubionej przekąski (u nas doskonale sprawdzają się chrupki kukurydziane i banany) Pamiętajcie jednak, że najlepiej na chwilę się zatrzymać – żeby dziecko się nie zakrztusiło podczas jazdy. Kubeczek z wodą tez jest potrzebny – szczególnie przy włączonym ogrzewaniu, dziecko będzie się chciało pić.

Wybierając ten wariant, warto w trosce o nasz samochód i komfort podróży Malca wybierać jedzenie „nie-” lub ” małobrudzące”.

Ostatnim wariantem ułatwiającym podróż jest ZABAWA! Istnieje sporo zabawek przeznaczonych do użytku w samochodzie (np. montowane na foteliku lub oparciu siedzenia), które umilą podróż każdemu Szkrabowi. Warto skorzystać również z towarzystwa domowych ulubieńców – jednak zawsze kierujcie się zasadą – PRZEDE WSZYSTKIM BEZPIECZEŃSTWO! Ja zawsze zabieram tylko miękkie lekkie zabawki, które nie mają małych części – w przypadku kolizji lub wypadku pluszowa piłka uderzająca naszą pociechę znacząco różni się od np. drewnianych klocków!

Ze starszymi dziećmi zabawa zmienia nieco charakter – i zależy już od inwencji Rodziców – wspólne śpiewanie piosenek, zabawy i gry słowne z pewnością umilą podróż. Nie zapominajmy o prostych zabawach ćwiczących spostrzegawczość, liczenie, rozpoznawanie kolorów np.: kto pierwszy zobaczy czerwone auto, zwierzątko na polu, policzy domy, drzewa – korzystajmy z zabaw, które czekają za oknem samochodu!

Nie możemy oczywiście zapomnieć o technologii ratunkowej – czyli samochodowych odtwarzaczach DVD lub przenośnych konsolach gier dla starszych dzieci! Takich mobilnych przyjemności jest coraz więcej na rynku i cieszą się coraz większą popularnością.

A czy Wy dużo podróżujecie? Jak radzicie sobie z nudą w podróży?  Może macie niezawodny sposób na podróż miłą dla wszystkich jej uczestników? Opiszcie swoje sprawdzone sposoby i … SZEROKIEJ DROGI!!!

Wpis jest elementem współpracy z firmą Chevrolet.

9
Dodaj komentarz

avatar
7 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
wrolimamyAsiersaAnna HaluszczakIgor ChudyAnna Srokosz Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Paulina Garbień
Gość

odkąd jesteśmy w Dublinie nie posiadamy jeszcze auta, więc wszelkie zakupy czy wypady do miasta to niestety jazda autobusami, szczerze tęsknię za posiadaniem auta i jak tylko będzie to mozliwe to zaopatrzymy się w ten środek lokomocji, bo mimo, że autobusów jest tutaj dużo i nie ma większych problemów z przemieszczaniem się po mieście to jazda nimi z wózkiem jest męcząca

Anna Srokosz
Gość

a my z dziećmi robimy tysiące kilometrów, najbliższe 2000 w jedna stronę na swięta… bedzie dobrze – jak zawsze, grunt to wygodny fotelik… nasze dziewczyny uwielbiaja swoje „tobiki”…, pewnie za jakiś czas potrzebne bedzie jakieś DVD, ale na razie radzimy sobie bez…

wrolimamy
Gość
wrolimamy

A u nas było właśnie tak jak na początku tekstu. Kupiliśmy nowy samochód przed narodzinami Aleksa po to, żebyśmy nie musieli się martwić przeglądami, częściami, naprawami. Koledzy namawiali mnie na kombi, ale moim zdaniem byłby to przerost formy nad treścią i zdecydowałem się wersję hatchback. Z sukcesem udało nam się wyjechać kilka razy w góry zabierają fotelik ,sanki, duży wózek, pampersy, ciuchy, itd. W zeszłym roku byliśmy w Chorwacji – 1100 km w jedną stronę w 3 dorosłe osoby i Aleks – i cała podróż minęła bezproblemowo. Oczywiście, że więcej miejsca czy mocniejszy silnik przydałyby się na takiej trasie, ale… Czytaj więcej »

wrolimamy
Gość
wrolimamy

A u nas było właśnie tak jak na początku tekstu. Kupiliśmy nowy samochód przed narodzinami Aleksa po to, żebyśmy nie musieli się martwić przeglądami, częściami, naprawami. Koledzy namawiali mnie na kombi, ale moim zdaniem byłby to przerost formy nad treścią i zdecydowałem się wersję hatchback. Z sukcesem udało nam się wyjechać kilka razy w góry zabierają fotelik ,sanki, duży wózek, pampersy, ciuchy, itd. W zeszłym roku byliśmy w Chorwacji – 1100 km w jedną stronę w 3 dorosłe osoby i Aleks – i cała podróż minęła bezproblemowo. Oczywiście, że więcej miejsca czy mocniejszy silnik przydałyby się na takiej trasie, ale… Czytaj więcej »

Igor Chudy
Gość

A u nas było właśnie tak jak na początku tekstu. Kupiliśmy nowy samochód przed narodzinami Aleksa po to, żebyśmy nie musieli się martwić przeglądami, częściami, naprawami. Koledzy namawiali mnie na kombi, ale moim zdaniem byłby to przerost formy nad treścią i zdecydowałem się wersję hatchback. Z sukcesem udało nam się wyjechać kilka razy w góry zabierają fotelik ,sanki, duży wózek, pampersy, ciuchy, itd. W zeszłym roku byliśmy w Chorwacji – 1100 km w jedną stronę w 3 dorosłe osoby i Aleks – i cała podróż minęła bezproblemowo. Oczywiście, że więcej miejsca czy mocniejszy silnik przydałyby się na takiej trasie, ale… Czytaj więcej »

Anna Haluszczak
Gość

U nas jest różnie z podróżami. Czasami jest bezproblemowo, czasem dzieci są marudne. Gdy rok temu jechaliśmy znad morza w góry (11 godzin jazdy), córeczce wystarczyły jej zabawki i książeczki. Gdy było bardzo źle, pomagały krążki ryżowe i paluszki. Z młodszym synem jest gorzej – jest dość niecierpliwy i marudny, ale można go zabawić i rozśmieszyć w aucie, a potem to już z górki :) A w kwestii fotelików – też patrzałam na testy i wybrałam te, które były w grupie najbezpieczniejszych. Co jak to, ale nie warto oszczędzać na bezpieczeństwie dzieci. Mogę nie kupić im kolejnej zabawki czy ubranka,… Czytaj więcej »

Asiersa
Gość
Asiersa

Zanim Tomuś pojawił się na świecie, moim autem był hatchback :) W niecałe 3 miesiące po porodzie, hatchback’a sprzedałam i kupiłam kombi :) Moim zdaniem jest dużo wygodniejsze i pojemniejsze :) No i wersja 5 drzwiowa ratuje nasze kręgosłupy, bo wcześniejsze auto było 3-drzwiowe ;) Jeśli chodzi o fotelik, to kupiłam (a raczej kupiliśmy-bo dokładali się wszyscy dziadkowie) z firmy Recaro. Tomuś+fotelik=częste wycieczki ;) Co do zabaw, to u nas są jak na razie zbędne. Tomek niedługo po zapięciu pasów w foteliku usypia i budzi się praktycznie po dojechaniu na miejsce :) chociaż… jest jedna rzecz, która ratuje nam „uszy”… Czytaj więcej »

Ciąża 16 lutego 2012

Walentynkowa niespodzianka

Jak każda mama od początku ciąży nie odpuszczałam sobie badań obowiązkowych i tych mniej obowiązkowych, pytałam, studiowałam w wolnym czasie książki  i strony internetowe poświęcone rozwojowi dziecka i macierzyństwu. Dbałam o swój „ładunek”. Starałam się jak najlepiej przygotować do roli mamy, a przede wszystkim porodu.

W sumie nie bałam się samego porodu. Tłumaczyłam sobie to tak: wiadomo będzie boleć jak „cholera”, ale nie rodziłam więc nie znam natężenia tego bólu. Obawiałam się bardziej o zdrowie synka i komplikacji w czasie i po porodzie. Denerwowały mnie pytania „chcesz CC czy SN?”. Jakby to ode mnie zależało, czy to koncert życzeń!? Jedyne, co chciałam to urodzić szczęśliwie nie ważne już jak.

Pewnego dnia miałam dziwny sen. Śniłam, że nagle rodzę sama w łazience. Wchodzę do niej i zaczynają się bóle, a po chwili na szybkiego, w popłochu sięgam po ręczniki i przyjmuję sama swój poród. Przerażona wołam męża i karze mu dzwonić po Pogotowie. On wystraszony ledwo numer wybiera. Do dziś jak przypomnę sobie ten sen widzę przerażoną minę męża.

Kilka dni po nocnym porodowym koszmarze (13 stycznia 2011 r.) miałam kontrolną wizytę u swojego lekarza. Standardowe pytania „Jak się Pani czuje?”, „Jak minął miesiąc?”. Mówię, że od kilku dni pobolewa mnie podbrzusze, ale to pewnie od tego, że synek już naciska mnie główką na spojenie łonowe. Ginekolog śmieje się, że dziś wszystkie pacjentki mają podobne objawy i z uśmiechem na twarzy zaprasza mnie na fotel. Ledwo się wgramoliłam, leże patrzę w sufit i nagle cisze przerywa okrzyk lekarza: – „O cholera. O cholera…!” Zdenerwowana pytam, co się stało. Lekarz odpowiada Pani rodzi, mamy 3 cm rozwarcia. Proszę zejść robimy szybkie USG i na porodówkę. Ledwo zeszłam, na miękkich nogach, w szoku idę do męża i mówię: „Jedziemy do szpitala, rodzę”.  Mąż chyba bardziej zdziwiony ode mnie. Pomaga dojść do kozetki. USG wskazuje wagę 1800 g, 32 tc.

W domu nie spakowana torba leży pusta w pokoju. Miałam ją spakować po tej wizycie. Siedzę w samochodzie i przez komórkę dyktuję mężowi, co ma włożyć do torby. Po 20 min od wizyty jesteśmy na Izbie Przyjęć. Mój lekarz już ich powiadomił, czekali. Znów badanie na fotelu, już 4 cm rozwarcia. Wywożą mnie na wózku z diagnozą: rozpoczęta przedwczesna akcja porodowa. Siedzę zapłakana na wózku, głaskam brzuszek i mówię do synka: “Poczekaj jeszcze chwilkę, za wcześnie, jeszcze nie czas”. Powtarzam to jak mantrę. Położne podłączają kroplówki, łykam leki. Mąż mimo później godziny siedzi przy łóżku i trzyma mnie za rękę. Do szpitala przyjeżdzają zaniepokojeni teściowie. Mąz zawiadamia telefonicznie moich rodziców i siostrę. Żegnam męża i jadę na porodówkę. Maż w domu szykuje wyprawkę dla synka i czeka na informację, kiedy ma się zjawić, by być przy porodzie.

Całą noc przeleżałam na porodówce, nieustanne KTG, kroplówki, zastrzyki. Źle się czuję mdli mnie, później zaczynam wymiotować jakąś czarną wydzieliną i tak do rana. Nie zmróżyłam oka, nie jadłam od 16 godzin. Lekarze nie wiedzą skąd wymioty czy to reakcja uczuleniowa na leki czy jakiś wrzód mi pękł (nie miałam wrzodów). Wyczerpana leżę i błagam synka by zestopował. Na szczęście akcję porodową zatrzymano.

Nad ranem badanie i decyzja jedziemy na patologię ciąży. Przewożą mnie na łóżku ze wszystkimi sprzętami. Wzbudzam niezłą sensację na korytarzu. Po obchodzie już wiadomo- 0 chodzenia nawet do WC, siedzenia. Musiałam przemóc się i korzystać z basenu, codzienna toaleta – mycie się przy pomocy pielęgniarki lub męża. Nadal wymiotuję, nie mogę jeść.

Od 5.00 do 24.00 na zmianę kroplówki, leki, zastrzyki, KTG, mierzenie tętna dziecka. Ledwo leżę. Upokarza mnie wołanie o basen i mycie przez kogoś. Nie mam na nic siły, wyczerpana wymiotami. Nadal lekarze spodziewają się porodu w każdej chwili. W głowie 1000 myśli na minutę. Strach, przerażenie, panika.  Mijają godziny za godziną, dzień po dniu. Za każdy dzień w dwupaku dziękuję Bogu. Lekarze nie mogą mnie badać na fotelu ginekologicznym,  ponieważ widać pęcherz płodowy – jak opisuje mi to ordynator. Na Patologii leżałam 2 tyg.

Pewnego dnia okazało się, że znów miałam skurcze…. których nie czułam a wyszły na KTG (70-90%) – jedynie widziałam jak w czasie badania brzuch się napinał, badanie ginekologiczne i okazuje się…. pełne rozwarcie!! Szybka decyzja wieziemy na porodówkę. W pośpiechu dostaję jakąś kroplówkę, dzwonię do męża. Zwalnia się z pracy i szybko pojawia się w szpitalu.

Blok porodowy. Leże na sali przedporodowej i czekam na rozwój akcji a tu nic, znów spokój. Skurcze były i odchodziły i tak 2 tyg. W 36 tc lekarze postanowili odstawić leki. Tyle ich dostałam, że zanim urodzę to ciąża będzie donoszona – tak mi mówią. Ja mam inne przeczucie.

Przeddzień odstawienia leków pozwolono mi chodzić.. Chodzić, wreszcie mogłam SAMA CHODZIĆ. Co z tego jak nie dawałam rady? Czułam się jak małe dziecko, mąż trzymał mnie pod pachami i prowadził. Chciałam iść w prawo, a nogi mnie nie słuchały i zataczały się w lewo. Jakby mój mózg nie miał nad nimi żadnej władzy.

14 lutego 2011 r.  pierwszy dzień bez leków. Pakuję torbę, mam przeczucie, że dziś wieczorem urodzę. Położne śmieją się, że raczej długo jeszcze poleżę. Od rana boli mnie kręgosłup, nie wiem czy to skurcze czy to od chodzenia po tak długim leżeniu. Po obiedzie coś zaczyna się dziać. Czuje jakby skurcze miesiączkowe i coraz większy ból w krzyżu, ale spaceruję zawzięcie. Spotykam starszą lekarkę która mówi, abym się położyła, bo jak spaceruję to jeszcze wody mi odejdą i pępowina wyleci. Grzecznie idę do łóżka. No i się zaczęło. O 15.00 dzwonię do męża i rzucam hasło: “To już!”. Skurcze mam co 5-7 min. Za jakiś czas już co 3 min. Dzwonie po położną, leżę i zalewam się łzami. Maż wpada na salę 30 min po telefonie, a ja mam już bóle parte. Ledwo powstrzymuję się by nie przeć. Szybko wiozą mnie na porodówkę. USG, przebicie pęcherza płodowego, kroplówka i po 15 min parcia widzę synka. Kuba Rozpruwacz jest z nami.

Ksywką Rozpruwacz uraczył go tatuś, gdy położne zapytały o imię malucha – tak mu się nasuneło w nawiązaniu do porodu.  W czasie porodu nie myślałam o komplikacjach, których tak się obawiałam. Jedne co miałam w głowie to: “przyj, przyj z całych sił, a szybciej urodzisz, już nie będzie bolało”. Nie krzyczałam, mocno zacisnęłam zęby, zamknęłam oczy i parłam z całych sił. Mąż podtrzymywał głowę, nawilżał usta, przypominał o oddechu i zamykaniu oczu.

16.15, 2650g, 10  pkt. Moje małe, niecierpliwe Szczęście wreszcie zobaczyło świat, który tak szybko chciało zobaczyć. Nie słyszałam płaczu, pierwsze, co synek zrobił to rozejrzał się uważnie po sali i dopiero zapłakał. Tata przeciął pępowinę, a ja mogłam przytulić i pogłaskać mojego synka. Nasza Walentynkowa niespodzianka.

Minął rok od czasu niespodziewanego trafienia do szpitala. Czasami o tym myślę, wspominam… Zastanawiam się czy kolejna ciąża też tak mnie zaskoczy, czy będą podobne komplikacje. Do dziś nieznane są przyczyny rozpoczęcia przedwczesnej akcji porodowej. Po porodzie mój lekarz ginekolog mówił, że wszyscy zakładali, iż urodzę w przeciągu 1-2 tyg. miesiąc był dla nich zaskoczeniem. Medycyna i determinacja matki potrafią jednak zaskoczyć. Szczerze powiedziawszy ciężko było zebrać się i to napisać, ale teraz jakoś lżej na sercu. Swoim wspomnieniem nie chcę straszyć, czy rozsiewać paniki. Na razie pożegnałam ją – tak mi się wydaje.  Chcę tylko podzielić się pewnymi przeżyciami, a może znaleźć zrozumienie mam, o podobnych doświadczeniach.

Wiem, że nie jestem jedyną kobietą z takim przebiegiem ciąży, że jest kilka mam, które przeżyły to co ja.  Czy w tej chwili potraficie śmiać się z własnych przeżyć, często o nich myślicie, czy raczej czas zaciera te wspomnienia?  Zastanawiacie się jak przebiegać będzie kolejna ciąża a może boicie się ponownego zajścia w ciążę?

18
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ethachic
Gość
Ethachic

chyba nie mogę czytać w trakcie ciąży takich opowieści – zapłakałam się ze wzruszenia.. Gratuluję!!

Sylwia Chojnowska
Gość

Dziękuje. Dla dziecka mama zniesie wszystko. Dla mojego synka zniosłabym to jeszcze raz.

Asiersa
Gość
Asiersa

Jeszcze nie dawno, jak wspomniałam sobie mój poród to łzy same cisnęły się do oczu. A jeszcze jak oglądałam zdjęcia, to dopiero :P
Wspomnienia Cc powodowały u mnie dreszcze. Synek w inkubatorze przez 3 tyg i zakaz dotykania go! Masakra :(
Na dzień dzisiejszy mogę z uśmiechem na twarzy wspomnieć poród i miesięczny pobyt w szpitalu po porodzie :) Dlaczego z uśmiechem? Bo wytrwałam i wszystko robiłam dla synka :)
Nie raz, nie dwa położne i pielęgniarki dawały w kość ;)
Czy jestem gotowa na kolejną ciążę i poród? Niestety nie.

Magda Kupis
Gość

Dziewczyny, każda mama jest dzielna, ale Wy jesteście moimi bohaterkami

aga ma iz
Gość
aga ma iz

A ja mówiłam never ever żadnych dzieci :) A dziś mam dwójkę w wieku 2,5 r oraz 4 msc… Zarzekałam się tak, że aż się kurzyło :)

aga ma iz
Gość
aga ma iz

Drugie dziecko – synek, przyszedł na świat przez CC w 36 tc – chyba już nie mogłam wytrzymać i zadziałała podświadomość; nie cierpię być w ciąży.

Barbara Heppa-Chudy
Gość

Zastanawiałam się nad Twoim stwierdzeniem „nie cierpię być w ciąży”. I odkryłam, że coś w tym jest. Mam jedną ciążę za sobą – książkową, brak większych dolegliwości itp. I nawet ciało było piękne – bo zaokrąglało się tylko tam, gdzie powinno, żadnych niepotrzebnych kg. I wszyscy byli troskliwi i mili… I ta myśl, że spełnia się marzenie, że wkrótce synek będzie na świecie. Ale… strasznie się stresowałam – czy wszystko z dzidziusiem jest w porządku. I ten lęk własnie sprawiał, że wcale nie było fajnie być w ciąży. I chciałam żeby już było po wszystkim, żeby maluszek był z nami,… Czytaj więcej »

Natalia Smykowska
Gość

Mimo, że nie pierwszy raz czytam tę opowieść…kolejny raz się wzruszyłam! Podziwiam :*

Anna Rutkowska
Gość
Anna Rutkowska

jestem w ciąży i właśnie najbardziej boję się nie porodu ale leżenia. tej bezsilności, ciągłej opieki kogoś. Miałam zagrożoną ciąże i musiałam na początku leżeć. nienawidzę tego, boję się że trafię za szybko na porodówkę i bede tam leżeć w mękach jak Ty tygodniami, albo że po porodzie będę leżeć w domu i dochodzić do siebie za długo. Przebiega mnie fala gorąca gdy myślę o tym leżeniu, mąż mówi, że sobie za mocno wkręcam, wiem że tak jest, ale jak to usunąć z głowy i przestać o tym myśleć? przestać się tego bać?

Sylwia Chojnowska
Gość

Ja prawdę mówiąc w ogóle nie myślałam że wcześniej urodzę. Na początku ciąży do 12 tyg. brałam leki na podtrzymanie, musiałam się oszczędzać. Później było wszystko jak w książce medycznej do pewnego dnia… Nie myśl o tym, nie nakręcaj się aby podświadomie nie dawać może jakiś impulsów. Ciesz się ciążą i tym że teraz jest wszystko w porządku :) Mąż ma rację mówiąc żebyś się nie nakręcała. Wiem, że ciężko wyrzucić to z głowy, ale spróbuj. Po porodzie byłam „na chodzie” już po 5 godz. i robiłam wszystko przy sobie i synku. Z racji wcześniactwa synka na całą noc zabrano… Czytaj więcej »

Maria Ciahotna
Gość

Niesamowita historia… podziwiam i gratuluję, musiało być ciężko…
ja na szczęście rodziłam „jak z bajki”, chociaż bolało jak cholera, po porodzie myślałam że wszystko ok i zemdlałam pod prysznicem, miałam zakaz podnoszenia się przez całą noc – ale to nic, bo córeczka była przez ten czas na oddziale dla noworodków… ale w porównaniu z Twoją historią – pikuś…
Teraz zbliża się powtórka z rozrywki, mam nadzieję, że znowu wszystko się ułoży pomyślnie i za jakieś 6 tygodni przywiozę do domu małą kruszynkę – oby zechciała zaczekać do swojego terminu…

Fizinka
Gość
Fizinka

Lepszego prezentu na Walentynki nie mogłaś sobie zażyczyć! ;) :P A najlepsze jest to że będziesz się nim cieszyć do końca swych dni! :)
Jeszcze raz – GRATULUJĘ!! ;)

Heroina45
Gość
Heroina45

Poryczałam się…:):):)

Magda Em
Gość

Ja 14 lutego dowiedziałam się, że jestem w ciąży

Milena Kamińska
Gość

Super walentynki pamiątka na całe życie

Regina Adamiec-Babula
Gość
Regina Adamiec-Babula

Wzruszyłam się czytając… Ja też rodziłam rok temu, ale 26 lutego i choć poród był bardzo długi i z komplikacjami urodziłam zdrowego synka… Dziś znów jestem w ciąży… Chcianej i planowanej i już nie boję się porodu, może nawet być taki jak poprzednio – byle tylko maluszek był zdrowy. Ja wiem, że dla Niego zniosę wszystko…

Regina Adamiec-Babula
Gość
Regina Adamiec-Babula

Weszłam przeczytać jeszcze raz i się zorientowałam, że to nie historia z przed roku… Ale to nic i tak wzrusza…

Anita
Gość
Anita

Czytam to po raz któryś i chylę czoła :* Nasze pociechy mają juz 4 latka. To dzięki Tobie i Kubusiowi jesteśmy tutaj, razem my „marcóweczki” za co BARDZO WAM DZIĘKUJĘ :*

Zabawa 14 lutego 2012

Babcia i Dziadek – niezastąpiona instytucja

Niejednych tytuł ten może bulwersować. Babcia i Dziadek jako instytucja!! Zgadza się, w dzisiejszych czasach Dziadkowie to niemal „instytucja społeczna” umożliwiająca, a w niektórych przypadkach warunkująca, rodzicom powrót do pracy. Wielu młodych rodziców, nie wyobraża sobie życia codziennego bez ich zaangażowania i wsparcia.

My sami jesteśmy teraz rodzicami i radzimy sobie sami, z czego jestem bardzo dumna, jednakże przychodzą takie chwile, w których bez pomocy Dziadków nie dalibyśmy rady. Jako, że oboje z mężem pracujemy w jednej firmie, by móc zająć się naszą córką, musimy tak wymieniać dyżury, by zupełnie się mijać. Jednak mimo wszystko bywają dni, w których razem pracujemy, wówczas do akcji wkracza „Babcina instytucja”. Jakże spokojniejsza jestem, wiedząc że dzieckiem zajmuje się Babcia czy Dziadek, a nie obca osoba. Mam pewność, że córka jest bezpieczna, najedzona, przewinięta i …. szczęśliwa.

Zdarza się nam, że przez to nasze mijanie, przepływ informacji pomiędzy mną a mężem jest niepełny. Pewnego wieczoru stwierdziliśmy, że jutro razem pracujemy!! A z kim zostanie Maja? Szybki telefon do Babci, która oczywiście nigdy nie odmówi pomocy. Dzwonimy o 22.00, a po 6.00 rano w drzwiach staje Babcia, obładowana świeżymi owocami i warzywami z własnego ogródka, słoiczkami z najlepszymi przetworami, bo wnusia musi mieć wszystko co najlepsze. W nasze progi wkracza drobna osóbka z ogromnym sercem, nieskończoną cierpliwością, z opowieściami, bajkami, piosenkami i uśmiechem, który załagodzi każdego nowego guza i ukoi spłakane oczka. Utuli i ukołysze do snu sprawiając, że te będą spokojne i kolorowe.

Zostawiając Maję pod opieką Dziadków, możemy być pewni, że nie zabraknie jej atrakcji i czasu, poświęconego tylko jej. Zadba o to Dziadek, bo to najlepszy kompan wspólnych zabawa, wypraw i opowieści. Jego wyobraźnia nie ma granic, a szaleństwo końca. Bo dziadek jest najlepszym przyjacielem Majki.

Sama wspominając swoich Dziadków, odczuwam ciepełko na sercu. Nigdy nie zapomnę kojącego głosu Dziadka. Jego opowieści, wspólnych przejażdżek rowerowych i słodyczy, które Dziadzio zawsze miał gdzieś schowane. Moja Babcia była żwawą, rozgadaną kobietką, pełną energii i pomysłów. Jej ciasteczka i gorąca kawa zbożowa to smaki, których nie da się zapomnieć. Zawsze służyli mądrą radą, ciepłym słowem. Mimo, że nie nacieszyłam się nimi zbyt długo, czuję ich obecność gdzieś blisko mnie. Mam nadzieję, że czuwają nad moją rodziną, a ich “instytucja Pradziadków” działa non stop. I chyba, tak naprawdę dopiero gdy dorosłam, zdałam sobie sprawę jakimi byli cudownymi ludźmi.

Mamy to szczęście, że możemy liczyć na pomoc Dziadków, o każdej porze dnia i nocy. Dziadkowie służą wsparciem, radą, dobrym słowem oraz są naszymi „uspokajaczami”, gdy coś się dzieje.

A czy są od rozpieszczania?? Skłaniam się ku stwierdzeniu, że troszkę tak. Mają więcej czasu, doświadczeni, i niewyczerpane pokłady cierpliwości, którą obdarowują wnuczęta. Wszystko jednak musi być zgodne z naszymi zasadami, Dziadkowie wiedzą na ile mogą pozwolić wnukom, bo wytyczyliśmy im granice (chociaż i tak wiem, że czasem dają sobie wejść na głowę).

A czy są od wychowania?? Stanowczo nie!! Mogą pokazywać świat dzieciom, dzielić się z nami swoimi doświadczeniami – czasem warto skorzystać z doświadczeń starszego pokolenia, ale od wychowania są rodzice.

Póki co dajemy sami radę i takie sytuacje zdarzają się nieczęsto, ale w niektórych rodzinach instytucja ta pełni dyżur niemalże 24h przez 7 dni w tygodniu.

Ciekawa jestem jak jest u Was. Czy możecie liczyć na pomoc Dziadków? Jak u Was pracuje „Instytucja” i czy z niej korzystacie?

I czy dziś z okazji Walentynek Dziadkowie pełnią dyżur?

14
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Fizinka
Gość
Fizinka

„A czy są od wychowania?? Stanowczo nie!! Mogą pokazywać świat dzieciom, dzielić się z nami swoimi doświadczeniami – czasem warto skorzystać z doświadczeń starszego pokolenia, ale od wychowania są rodzice.” – zgadzam się w 100%!! Ja póki co nie pracuję zawodowo więc zajmuję się synem sama (z mężem oczywiście! ;) ) bez pomocy dziadków. I szczerze mówiąc na chwilę obecną nie czuję potrzeby oddawania dziecka dziecka po to żebym mogła sobie odpocząć. Ale myślę, że kiedyś przyjdzie taki czas że będziemy podrzucać syna dziadkom, żeby mogli trochę pobyć ze sobą :) Sama również miło wspominam swoich dziadków! I mimo iż… Czytaj więcej »

Magdalena446
Gość
Magdalena446

My nie zostawiamy Maji aby odpocząć, ale żeby móc pracować. Choć jak będzie większa, lub kiedy powiększy się nam rodzina, myślę że będziemy jej robić krótkie (bo długo nie wytrzymam bez mojej Królewny;-))”wakacje” u Dziadków.

Fizinka
Gość
Fizinka

A ja taki argument (o odpoczywaniu) słyszałam już nie raz, nie dwa i co dziwne – tylko z ust rodziny męża….. :P

Magda Kupis
Gość

Możliwość korzystania z pomocy Dziadków jest nieoceniona. Jednak zapatruję się na ten problem nieco inaczej (jak zwykle z resztą ;D). Uważam, że jeśli tylko można, to powinno się korzystać z pomocy i uprzejmości dziadków, nie dla własnej „wygody”, nie dla budowania więzi między dziadkami a wnukami (co niewątpliwie jest też bardzo ważne), ale dla tego, by dziecko przyzwyczajało się do obecności innych ludzi, żeby nie było dla niego traumą zostanie gdziekolwiek bez rodziców (głównie bez mamy). Ja tak ja Fizinka radzę sobie doskonale bez pomocy, ale z chęcią korzystam z możliwości zostawienia córki na 2-3 godziny u babci. Są to… Czytaj więcej »

Maria Ciahotna
Gość

Z tym przyzwyczajaniem do innych osób, a raczej do braku mamy w zasięgu wzroku – to święta prawda – nasza mała potrafi zostać prawie z kimkolwiek, kto poświęci jej trochę uwagi, nie robi scen przy pożegnaniu, czasami nawet jest mi z tego powodu nieco żal :)

Sylwia Chojnowska
Gość

My również radzimy sobie sami. Tyle że u nas nie mamy możliwości zostawienia synka u dziadków. Teściowe pracują a zaraz po pracy mają obowiązki w gospodarstwie, które jest oddalone od naszego miasta i muszą tam dojechać. Zostają na noc i rano jadą do pracy. Moi rodzice są zagranicą. Radzimy sobie jak możemy sami, choć czasami potrzebujemy załatwić jakąś sprawę sami i nie mamy jak tego zrobić. Wszystko planujemy z dużym wyprzedzeniem czasu by teściowie mogli na spokojnie zostać z wnukiem chociaż na godzinkę. Wiem, że dużo mają pracy w gospodarstwie, obrządek zwierząt czas zajmuje a po pracy też są zmęczeni.… Czytaj więcej »

Rachela
Gość
Rachela

U nas podobnie, dziadkowie 400km od nas i bywa czasem trudno, bo nie mamy komu powierzyć naszego szkraba. odkąd wróciłam do pracy coraz częściej brakuje nam tej „instytucji”, i niestety ciężko nawet w awaryjnych sytuacjach. pozostają opiekunka lub sąsiedzi.

Justyna
Gość
Justyna

Także ,radze sobie sama i bardzo dobrze mi to wychodzi:) chociaz mogla bym skorzystac z pomocy babci(mojej mamy)prababci ,ale dlaczego ja mam odpoczywac skoro tego nei potrzebuje (no chyba ze by mnie praca przycisla) ciesze sie z kazdej chwili spedzonej z nim :) i nic innego sie nei liczy. Czasami mi sie zdarza ze podrzuce dziecko mamie trzeba . Dobrze jest miec tez kogos kto pomoze jak potrzeba. Chcialam dziecko to je wychowuje.

Anna Haluszczak
Gość

U nas dziadkowie zajmowali się przez rok naszą córeczką, gdy mąż i ja byliśmy w pracy. Potem zaszłam w drugą ciążę i chwilę przed urodzeniem synka wróciłam do domu, by teraz siedzieć z maluszkami. Karolcia kocha babcię i dziadka jak nikogo! To oni mogli poświęcić jej cały swój czas. My – rodzice – musimy też zająć się domem, zrobić zakupy, planować bieżące życie. A dziadkowie? Oni są tylko od zabawy i spędzania czasu z dzieckiem. Czegóż maluch może chcieć więcej?
Tylko potem rodzice borykają się z korygowaniem wyuczonych przez dziadków zachowań u dzieci. No ale cóż… coś za coś ;)

Natalia Smykowska
Gość

A my właśnie dziś mogliśmy skorzystać z odwiedzin „instytucji” i pójść do kina :) Ot, taka odskocznia. Niestety zarówno dziadkowie jak i cała rodzina mieszkają jakieś 400 km stąd, więc maluch czy chce czy nie chce jest na nas skazany ;) – nie narzekamy! Wychowujemy bez krytycznych spojrzeń czy uwag…jednak żal mi relacji jaką mógłby syn mieć z babcią czy dziadkiem, bo czy Skype lub telefon może zastąpić prawdziwą zabawę i czułości?! Gdybym miała pójść znów do pracy i synek zostałby z dziadkami – to nie miałabym wątpliwości! Nie mamy jednak takiej możliwości – a o OBCEJ osobie – sam… Czytaj więcej »

Maria Ciahotna
Gość

Tak się szczęśliwie składa, że nasza córeczka oprócz ma nie tylko dziadków i babcie, ale również prabacię i dwóch pradziadków – Ci wprawdzie nie udzialają się z racji wieku za często, ale i tak pomagają jak mogą. Natomiast mama męża, po pierwsze dltego, że mieszka jakieś 15 minut na piechotę od nas, po drugie – jest na emeryturze, ale nadal pełna życia – bardzo często nam pomaga – niby jestem na urlopie wychowawczym, i to płatnym, ale udało mi się złapać też pracę „z domu”, więc bywają dni, których bez jej pomocy było by bardzo ciężko. A teraz, kiedy jestem… Czytaj więcej »

Beata012
Gość
Beata012

U mnie niestety sytuacja wygląda nieco gorzej .Pomocy ze strony dziadków nigdy nie miałam gdyż moi rodzice pracują i wnuczke widują tylko podczas odwiedzin .Rodzice meża faworyzują tylko wnuki ze strony swojej córki.Raz tylko poprosiłam o zostanie teściowej z małą a było to wtedy gdy robilismy zakupy na chrzciny .Teściowa odmówiła mówiąc że akurat myje okna i nie ma czasu.Od tamtej pory nigdy wiecej nie poprosiłam o jakąkolwiek pomoc.

Czarna_oliwka
Gość
Czarna_oliwka

I u mnie,jak u koleżanki Beaty,pomocy babć(teść nie żyje,mojego taty nie ma w Pl) nie ma.I mimo,że jedna mieszka 100metrów dalej,druga 3kilometry,moja córeczka widzi babcie od wielkiego święta i to raczej jak do nich pójdziemy w odwiedziny.Obie pracują,teściowa do 13,moja mama do 17.Fizycznie moją małą nie mogą się zająć.Moja mama po pracy zajmuje się bratanicą,a teściowa pierwszą wnuczką(córką córki),mnie serce się kraje,że w ich życiu nie ma dla mojej niuni miejsca,ale cóż…
Póki co siedzę w domu,a jak pójdę do pracy będę miała dwa wyjścia-żłobek lub niania.

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Oj, dziadkowie! Julka uwielbia babcie i dziadka! A oni ją – to pierwsza i na razie jedyna wnuczka moich rodziców, a więc oczko w głowie!:)

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close