Emocje 11 czerwca 2012

Wywiad z Ewą Żeromską

Na początku jest wielka miłość, zafascynowanie i ich dwoje. On i ona i to im wystarcza. Po pewnym czasie prawie każda para zaczyna myśleć o potomstwie. Myśli przechodzą w realizację i na świecie pojawia się upragniony mały skarb, a wraz z nim nowe wyzwania i … problemy w związku.  O tym, co jest „punktem zapalnym” z związku po narodzinach dziecka, o kryzysie, kłótni  i odmiennym postrzeganiu świata, rozmawiałam z moim gościem – Ewą Żeromską.

Po narodzinach dziecka pojawiają się problemy, czym są spowodowane? Czy chodzi o odmienne postrzeganie świata przez mężczyzn i kobiety?

Ewa Żeromska: Najczęściej są spowodowane brakiem czasu, zmęczeniem i niedospaniem, głownie mamy, ale też taty, brakiem pełnej świadomości, że życie po narodzinach dziecka zmienia się. Już nie jesteśmy we dwoje, wolni i swobodni, tylko we troje, a ta trzecia osoba wymaga wiele uwagi i poświęcenia. Nadto zwykle kobieta jest „uwiązana w domu”, zawiesza pracę i karierę, ma poczucie odstawienia na boczny tor, a niektóre kobiety kiepsko to znoszą i mają pretensję do partnera, że w jej życiu zmieniło się wszystko, a w jego niewiele.

 

W jaki sposób najlepiej zapobiegać narastającym konfliktom, gdy „punktem zapalnym” jest sprawowanie opieki nad dzieckiem, podział obowiązków?

E. Ż: Trzeba na coś umówić się jeszcze zanim dziecko pojawi się na świecie. Warto też dobrze przyjrzeć się sobie i partnerowi. Nie każdy z nas nadaje się do opieki nad maluchem. Zwykle to rola kobiet, ale zdarzają się mężczyźni, którzy świetnie sobie radzą. Poza tym ktoś musi zarabiać na dom, więc pretensja do partnera, że nie ma go w domu, jest nieracjonalna. No chyba, że wyraźnie „ucieka” i wymyśla preteksty, żeby wrócić jak najpóźniej i już niczego nie musieć. Dziecko jest wspólne, a nie tylko kobiety, nawet wtedy, gdy jest malutkie. Tata powinien robić to, co może i nie marudzić. Czasem ojcowie czują się odsunięci na dalszy plan, ale to jest w pewnym stopniu normalne i warto użyć rozumu a nie tylko emocji. Im kobieta będzie mniej obciążona, tym więcej energii znajdzie dla partnera.

Często pary nie uzgadniają nic przed narodzeniem dziecka, zakładając, że jakoś to będzie i dadzą radę w nowej roli. Niestety czasami rodzi się konflikt interesów, który prowadzi do rozstania. Statystyki są niepokojące, coraz więcej młodych małżeństw rozwodzi się. Czy młode pokolenie nie umie czy nie chce ze sobą rozmawiać o piętrzących się problemach?

E. Ż: To prawda, że łatwiej jest uciec od problemu, niż zrobić wysiłek (zawsze obopólny) i rozwiązać problem. Łatwo wchodzimy w związki, łatwo z nich wychodzimy. Zdecydowanie mamy kłopoty z komunikacją, tak jakbyśmy nie umieli ze sobą rozmawiać. Bywamy elokwentni na konferencjach, zebraniach, a w domu chcielibyśmy, żeby pewne sprawy załatwiały się same, a tak się nie da.

Może jesteśmy słabi psychicznie i zamiast stawiać im czoło wolimy ucieczkę? Pozornie łatwą drogę do spokojniej głowy?

E. Ż: Myślę, że wielu parom przyświeca myśl  ….”Jeśli może być łatwo, to po, co zawracać sobie głowę problemami…” Oczywiście bywają problemy tak istotne i nabrzmiałe, że nie da się już niczego poskładać, ale najczęściej zabijają nas drobiazgi i brak wzajemnej troski o codzienność. To jest trudne, ale daje satysfakcję. Może jesteśmy po prostu leniwi…..?

Jeśli dochodzi do konfliktu. Kłócić się? Walczyć o swoje? Czy lepiej zacisnąć zęby, tak dla świętego spokoju?

E. Ż: Na pewno rozmawiać, czasem nawet emocjonalnie, ale to nie znaczy, że bezrozumnie. Nie dusić w sobie problemów, nie liczyć na cud i domysł partnera. Uważać na słowa i nie zostawiać niedomówień. Żadna sporna kwestia nie rozwiąże się sama. Emocje schowane, wcześniej czy później wypłyną i to ze zdwojoną siłą, a więc znacznie lepiej rozwiązywać problemy na bieżąco i nie czekać aż „z igły zrobią się widły”, bo to może być trudne do ogarnięcia.

A co z dziećmi? Jak nie wciągnąć ich w pułapkę naszych niedomówień, jak ochronić je przed naszymi konfliktami?

E. Ż: Dziecko jest w domu i obserwuje nas uważnie. Nie można o nim zapomnieć. Sprawy dorosłych są sprawami dorosłych i dziecka nie można w nie wciągać, ani tym bardziej posługiwać się dzieckiem, jako „argumentem” w kłótni… Niestety, w emocjach często o tym zapominamy. W efekcie krzywdzimy dziecko. Powodujemy, że traci ono poczucie bezpieczeństwa, nie rozumie co się dzieje, boi się po prostu. Cóż z tego, że deklarujemy wielką miłość do dziecka, skoro skaczemy sobie do oczu, obrażamy się, a ciosy, które wymierzamy sobie, rykoszetem trafiają w dziecko. Taki brak wyobraźni i emocjonalny egoizm zawsze się mści.

Jeśli nie uda się zapobiec kłótni w jaki sposób nią pokierować by każda ze stron wyciągnęła  z niej jakąś lekcję dla siebie?

E. Ż: Trudno w paru zdaniach na to odpowiedzieć… Odsyłam do książki. Tam są przykładowe sytuacje, dialogi, historyjki i komentarze do nich. Można się spierać głupio, a można mądrze, bo raczej nie da uniknąć się nieporozumień.

Można pokusić się o stwierdzenie, że nasz naród należy do „kłótliwych”, skąd pomysł na poradnik?

E. Ż: Pomysł wziął się z obserwacji życia. Po prostu. Kłótnia, to trochę wstydliwa sprawa, bo chcielibyśmy uchodzić za takich, co to się nie kłócą, umieją się porozumieć w każdej kwestii. Znam takie pary, które twierdzą, że się nie kłócą, nie mają do siebie o nic pretensji, a tymczasem sama byłam świadkiem ich starć. Znaczy to, że nie zawsze tak samo rozumiemy pojęcie kłótni. To normalne, że czasem ponoszą nas nerwy, ale nie musimy się pozabijać, ani nie musimy robić przedstawienia dla sąsiadów. Ot, taka sobie różnica poglądów, nastrojów i emocji.

Nie sądzę, żebyśmy byli bardziej kłótliwi niż inne nacje, chociaż patrząc na nasze życie publiczne, można by tak sądzić… Proszę nie sugerować się kłótniami polityków. To często gra, inaczej niż w normalnym domowym życiu. Tu raczej nie ma przedstawienia, emocje są prawdziwe.

E. Ż: Jednym słowem warto zapamiętać, że kłótnia jest sztuką i ma swoje zasady. Kłócić się warto, ale tylko w umiejętny sposób. Jeszcze lepiej po prostu otwarcie ze sobą rozmawiać o narastających problemach.

Tym refleksyjnym akcentem pragnę zakończyć wywiad. A Pani dziękuję za rozmowę.

Na temat kryzysu  w rodzinie

z Ewą Żeromską rozmawiała Sylwia Chojnowska

Subscribe
Powiadom o
guest
9 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Agnieszka Fimiak
8 lat temu

Ciekawa wypowiedź, warto przeanalizować.

Aleksandra Greszczeszyn

Posiadam w/w książkę:) Tylko czasu brak na przeczytanie. Pani Żeromska jest bardzo sympatyczną i życiowo mądrą osobą.

Marysia Kleczek
8 lat temu

wydaje mi się że ta kobieta bardzo mądrze podchodzi do tego tematu- zawsze podobały mi się jej wypowiedzi i chyba sięgnę po tą książkę bo wydaje mi się że warto

Hedzia
Hedzia
8 lat temu

Super wypowiedź! A książka warta uwagi!:)

Katarzyna Jaroszewicz

Tak, to bardzo cenne rady i polecałabym tego typu poradniki parom jeszcze na długo przed założeniem rodziny.

Basia Wawrzyczek
8 lat temu

Na szczęście u nas kłótnie są baaardzo rzadkie, a po narodzinach dziecka, mąż bardzo mi pomagał w opiece w nad nim :)

gabi hekokf
gabi hekokf
8 lat temu

Chętnie przeczytam książkę pani Żeromskiej i skorzystam z rad w niej zawartych

Marta Ulińska
8 lat temu

Prawda jest taka, że samo przeczytanie rad nic nie daje. Jeśli nie ma chęci do ich zastosowania, a praktyka zawsze bywa najtrudniejsza.

Emocje 9 czerwca 2012

Czy to jest normalne?

Często czytamy i słyszymy, że kiedy pojawia się dziecko w rodzinie, to ojcowie czują się „zazdrośni” o nowego członka rodziny. Przyznam, że nie przyszło mi do głowy, że to ja jako matka będę „zazdrosna” o swoje dziecko, że pojawi się u mnie zazdrość.

Po pięknych sześciu miesiącach spędzonych razem z maluszkiem, musiałam powrócić do pracy. Mimo, że bardzo chciałam zostać z dzieckiem na wychowawczym nie było na to szans. W tamtej chwili zazdrościłam rodzicom, którzy mogą sobie na to pozwolić, niestety z różnych przyczyn (głównie finansowych) powrót do pracy był nieunikniony.

Pierwsze dni w pracy były trudne, myślami byłam cały czas przy maluszku i tacie, który pod moją nieobecność zajmował się dzieckiem. Mimo, iż pracowałam tylko 7 godzin dziennie to wraz z dojazdem nie było mnie w domu  przez 10 godzin. Obawiałam się – jak to teraz będzie, przecież wcześniej, kiedy byłam z Marcinkiem, to za każdym razem gdy mnie nie widział płakał, szukał mnie wzrokiem, a co będzie teraz? Jak sobie dadzą radę? Czy oboje będą mieli na tyle siły?

Teraz to tata, spędza więcej czasu z naszym synem. Pamiętam, że gdzieś tam głęboko poczułam się zazdrosna, smutna, bo tak bardzo brakowało mi kontaktu z dzieckiem. Czułam jak wiele mnie omija, jak wiele spraw mi umyka. Czasem dopiero po dwóch, trzech dniach odkrywałam, że Marcin się czegoś nauczył, a mąż kwitował, że przecież już wczoraj to robił. Czy czułam się zazdrosna, czy to zazdrość?

Trudno to tak jednoznacznie nazwać, bo czy nie powinnam się cieszyć, że mój mąż, ojciec naszego syna ma tak świetny kontakt z dzieckiem, że wręcz domaga się opieki nad nim. Może jestem zbyt sentymentalna, ale kiedy patrzę na mojego męża i Marcinka kiedy razem się śmieją, bawią, niejeden raz w oku zakręci mi się łezka.

Ponadto zauważyliśmy ciekawe zachowanie naszego synka. Kiedy coś się stanie, nagły hałas, upadek itp. to mama jest najlepszym lekarstwem. Natomiast kiedy ja i mój mąż jesteśmy w tym samym pokoju, to Marcin szuka kontaktu z tatusiem, a na mamę zerka, upewniając się, że jest w pobliżu.

A Wy Drodzy Czytelnicy, czy czujecie się zazdrośni o Wasze maleństwa?

Subscribe
Powiadom o
guest
14 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Aleksandra Greszczeszyn

Dla Julki mama to taka codzienność – zawsze jest i nie czyni jej to jakoś specjalnie wyjątkowej, za to tata – przez tydzień jest w pracy, a potem ma tydzień wolnego i ten czas jest świętem, wtedy istnieje tylko tata! Tata najlepiej robi mleko, nosi na barana, bawi się i ścieli łóżko, a nawet rozczesuje włosy po kąpieli! Zdarza się nawet, że bywa dla mnie niemiła, stwierdza, że ja nie mogę się z nią bawić, tylko tata. Cóż, cieszę się, że mają taki dobry kontakt, ale nie ukrywam, że czasem jest mi trochę przykro. Myślę, że to normalne, a dzieci… Czytaj więcej »

Madzia_857
Madzia_857
8 lat temu

U nas póki co nasza 3-miesięczna córeczka jest zakochana w mamusi i jej cycusiu :P (karmię piersią). Mojego męża zwykle nie ma około 10 godzin więc malutka spędza czas głównie ze mną. Kiedy jesteśmy w gronie rodzinnym tzn. babć, dziadków, ciotek, wujków to Zuzia bez problemu jest u każdego na rączkach ale jak znajdzie mnie w końcu swoim wzrokiem to już nie odrywa i zwykle sygnalizuje, że chce z powrotem do mamusi. Jesteśmy bardzo przywiązane do siebie a ja też niebawem wracam do pracy i już się martwię ile mnie ominie kiedy będzie pod opieką babci. Czy będę zazdrosna… nie… Czytaj więcej »

Karolina Pawłowska-Cyprysiak

jesteśmy ludzmi i ludzkich emocji sie nie wyzbedziemy a zazdrosc jest jedna z nich. nie robmy z tego tragedii, taka Nasza natura

Marta Ulińska
8 lat temu

U nas wszystko przed nami jeszcze. Maleństwo pojawi się za niedługo i sami się przekonamy jak to będzie. Jedno jest pewne – jest różnica w podejściu taty i mamy do wychowania.

Agnieszka Fimiak
8 lat temu

U mnie nie można mówić o zazdrości, ja raczej się cieszę kiedy córcia łapie kontakt ze swoim tatą. w końcu tak mało go widzi więc wcale się nie dziwię kiedy mąż wraca wieczorem z pracy a Wiktoria od razu ląduje w jego ramionach.

Paulina Garbień
8 lat temu

ja niestety byłam i nadal jestem zazdrosna o synka ale w kontaktach z innymi tzn dziadki, ciocie niektóre itp, ale też nie wszystkie i w sumie nie wiem dlaczego tylko w sprawie niektórych… natomiast co do męża to zupełnie nie było i nie ma u mnie zazdrości, wręcz przeciwnie bardzo się cieszę, ze synek tak bardzo za nim tęskni i wita w drzwiach z usmiechem, mają swoje wspóólne rytuały, strasznie to słodkie no i ja mam wtedy czas dla siebie ;)

Magda Kupis
8 lat temu

Na początku też czułam zazdrość o wybrańców hehe. Teraz denerwuje mnie, jak ktoś nie wie, że ona coś potrafi od dawna i z ekscytacją mnie o tym informuje (oczywiście nie chodzi o jakieś ciotki, tylko o osoby, które POWINNY to wiedzieć). Za to nieodstępującym mnie na krok uczuciem jest to, że mnie coś może ominąć, i to nie jakiś przełom rozwojowy, a minuty w których jestem nieobecna przy dziecku.

Aleksandra Greszczeszyn

O, z tym czasem dla siebie to masz rację:) Ja też mam go tylko wtedy, kiedy Julka akurat spędza czas z tatą.

Marysia Kleczek
8 lat temu

Ja się cieszę, że synio potrafi spędzić jakiś czas z tatą- najbardziej ujmujące jest kiedy tatuś śpiewa malutkiemu kołysanki:) i na razie w sumie tyle- jest raczej do mnie przywiązany bo ma dopiero 2 miesiące i raczej to u mamusi czuje się bezpieczny i to ja mam jedzonko;)
ale nie wiem jak to będzie kiedy mój Przytulasek zacznie bardziej szukać towarzystwa taty niż mojego- mam nadzieję że oboje do tego będziemy mieć zdrowe podejście:)

Rachela
Rachela
8 lat temu

Moja 'zazdrość” wzięła się od niemożności spędzania z dzieckiem tyle czasu ile bym chciała. Niestety do pracy musiałam powrócić, bądź co bądź jest lepiej płatna. Jednakże tak jak i was cieszy mnie fakt jaki moi panowie mają ze sobą kontakt. Cudnie jest na nich patrzeć gdy coś zbroją :)

Hedzia
Hedzia
8 lat temu

Przyznam, że u nas trochę tak było ale wystarczyło usiąść, porozmawiać i wiedzieć, że oprócz dziecka są też inni, którzy potzrebują naszej uwagi i nie należy o nich zapomniać:)

Katarzyna Jaroszewicz

Godna pochwały jest taka postawa taty, który został w domu z dzieckiem, a odrobina zazdrości chyba każdemu z nas towarzyszyła chociaż przez chwilę:)

Basia Wawrzyczek
8 lat temu

Na szczęście to ja jestem z moimi dziećmi w domu, a mój mąż pracuje. Ale gdy nie ma mnie w domu dłużej, gdy pomagam teściowej w jej sklepie i przychodzę dopiero wieczorem, dzieci czekają na mnie z niecierpliwością! Nie chcą położyć się spać dopóki mama nie przyjdzie, a gdy już przyjdę nie mogę się od nich „ogonić”! Myślę że trochę rozłąki z dzieckiem to nic złego. :) Tylko trudniej mają właśnie mamy, które muszą wrócić do pracy po macierzyńskim.

gabi hekokf
gabi hekokf
8 lat temu

Powiem tak… córcia jest przywiązana bardziej do mnie. Mąż potrafi zając się L. aż do momentu placzu i to ja jestem tą osobą która potrafi ją uspokoić.Pomimo to czuję zazdrość kiedy mąż i L. się wygłupiają a ona głośno się śmieje bo mnie obdarza tylko uśmiechem

Znad kołyski 6 czerwca 2012

Dziecko choruje na ciele, a mama na duszy

Zapraszamy do przeczytania wpisu gościnnego autorstwa Aleksandry Greszczeszyn, czytelniczki bloga W Roli Mamy.

Odkąd pamiętam zostanie mamą i założenie własnej, szczęśliwej rodziny zawsze było moim największym marzeniem. I chociaż moja droga ku jego spełnieniu nie była usłana różami, a już na pewno sporo na niej było braku ludzkiego zrozumienia i życzliwości ( „Bo taka młoda i pcha się w pieluchy, zamiast iść na studia i robić karierę”.), ja miałam jasno sprecyzowane priorytety i dziś, jako 25-latka, jestem mamą dwójki cudownych dzieciaczków! Julka ma 4 latka i jest żywym srebrem, którego wszędzie pełno, ma hipnotyzujące oczka po tacie i gadulstwo po mamie, natomiast Szymonek urodził się 24.04.2012 i też ma oczka po tacie, a po mamie zadarty nosek, poza tym to bardzo zachłanny, mały ssak! Dzieci wniosły w moje życie miliony kolorów i chociaż nie mam zamiaru „lukrować” macierzyństwa, to jednak czuję wyraźnie, że to moja najważniejsza i najpiękniejsza rola. A ludzie? Niech sobie myślą i mówią, co chcą! Każda kobieta ma prawo dokonywać w życiu takich wyborów,  które dyktuje jej serce. (Ale to już temat na inny wpis!).

        Julka nigdy nie miała poważnych problemów ze zdrowiem. Oprócz jednej poważnej infekcji w wieku kilku miesięcy, później przechodziła jedynie zapalenie gardła, ucha albo grypę. Dlatego, kiedy okazało się, że muszę iść z dwutygodniowym Szymkiem do szpitala, byłam załamana i kompletnie nie wiedziałam, na co powinnam się przygotować. Synek miał naciek ropny w okolicy paszki. Lekarz rodzinny nie potrafił nam pomóc, więc zostaliśmy odesłani do szpitala. Po dokładnym przebadaniu Szymka okazało się, że musimy zostać na oddziale Patologii Noworodka. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że spędzimy tam aż 12 dni i że będzie to dla mnie tak trudne doświadczenie… Nie, wcale nie dlatego, że było to coś bardzo poważnego, tylko dlatego, że… zachorowałam razem z synkiem: on na ciele, a ja na duszy…

        Pierwszy szok przeżyłam zaraz na izbie przyjęć, kiedy to przyjmująca nas pani doktor oznajmiła, że nie mogę zostać z dzieckiem w szpitalu. Jak to?! Przecież on ma dopiero dwa tygodnie, a w dodatku karmię go piersią! Nie zostawię mojego małego syneczka samego! Już mieliśmy jechać do innego szpitala, kiedy jednak okazało się, że z uwagi na małą liczbę noworodków, mamy mogą spać przy maluszkach. Uff!

        Od razu po przyjęciu zostaliśmy poproszeni do gabinetu zabiegowego. Tam musiałam rozebrać synka. Został ponownie zbadany i dokładnie obejrzany przez panie pielęgniarki i panią doktor. Już wtedy płakał, a ja z każdą chwilą stawałam się coraz bardziej rozbita. Zostałam odprowadzona na naszą salę, ale nie mogłam tam usiedzieć słysząc płacz Szymonka. Kiedy zobaczyłam jak ma zakładany wenflon w swoją malutką rączkę, łzy popłynęły mi ciurkiem po twarzy… I takich momentów było wiele w ciągu tych 12 dni. Szymek płakał, a ja z nim. Wiedziałam, że to wszystko z konieczności, dla jego dobra, ale mimo to tak strasznie było mi przykro, że musi przez to przechodzić. Przecież dla takiego maleństwa każda igła to musi być okropny ból, a jednocześnie dezorientacja: Dlaczego mnie kują? Dlaczego mnie boli? Dlaczego mama na to pozwala? Starałam się wynagrodzić to synkowi będąc z nim 24 godziny na dobę w szpitalu, ale jednocześnie bardzo tęskniłam za starszą córeczką i mężem. Na oddziale był zakaz odwiedzin, więc widzieliśmy się raptem 2 godziny w ciągu tych kilkunastu dni.

        Mieszanka emocji, jakiej wtedy doświadczyłam zawierała zarówno tęsknotę, bezsilność, złość jak również smutek i ból Szymka. Współodczuwałam z nim. I tak chyba czują wszystkie mamy, których dzieci chorują… Dziecko choruje na ciele, a my – mamy – na duszy.

        Całe szczęście, że pokonaliśmy chorobę, która okazała się być paskudnym gronkowcem. Dzień, w którym wyszliśmy ze szpitala był prawie jak nowy początek naszego życia we czwórkę. Julka na nowo musiała przyzwyczaić się do braciszka, a ja do bycia pełnoetatową mamą dwójki maluszków. Teraz zdecydowanie bardziej cieszymy się sobą, chociaż pewien ślad w mojej głowie pozostał: trzęsę się widząc najmniejszą zmianę na ciałku Szymka czy na dźwięk jego kichnięcia.

        To nie koniec naszych szpitalnych doświadczeń, bo w niedalekiej przyszłości czeka nas operacja chirurgiczna, ponieważ synek urodził się z wadą wrodzoną. Nie jest to jednak nic poważnego i – jak powtarza mój mąż – trzeba się cieszyć, że to tylko niewielki defekt, który da się całkowicie wyleczyć, a nie np. wada serduszka. No właśnie… Nie brakuje w moim otoczeniu dzieciaczków naprawdę poważnie chorych. Wśród Waszych znajomych, przyjaciół czy w rodzinie też na pewno są takie maluszki. A może same jesteście ich mamami. Tak trudno dostrzec sens w cierpieniu tych najmłodszych i najbardziej bezbronnych, a jednocześnie te dzieci mają tak wielką wolę walki, taką radość życia i ogromną siłę! Podobnie ich rodzice: walczą razem ze swoimi dziećmi i nie poddają się nigdy. Doświadczywszy jakiejś namiastki tego, co muszą przeżywać rodzice poważnie chorych maluszków, jeszcze bardziej ich podziwiam! Oby jak najwięcej dzieciaczków i ich rodziców odnosiło zwycięstwo nad chorobą  i mogło się cieszyć beztroskim dzieciństwem i swoją miłością!

Źródło zdjęcia: Flickr

Subscribe
Powiadom o
guest
26 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Ziuta70682
Ziuta70682
8 lat temu

Olu ja też cierpialm z synkim jak wylasdowal w szpitalu szczegolnie wtedy gdy igły wbijano w głowę, też jestem wrażliwa ale musimy być silne bo wiele nas czeka.
Justyna

Kasialomza
Kasialomza
8 lat temu

Ja z synkiem również byłam w szpitalu jak miał 10 dni, na szczęście nie było problemu z zostaniem z synkiem. Jak do wwieźli na salę z kroplówką podłączoną do główki rozpłakałam się, po 8 dniech wyszliśmy. Potem nasza pani doktor coś zawsze wymyślała, więc chodziliśmy do różnych lekarzy tak 2,3 razy w miesiącu, mały płakał jak tylko się wchodziło do jakiegoś innego pomieszczenia. Zmieniliśmy lekarza i okazało się, że te wszystkie wizyty były zbędne, bo pani doktor nie znała się na niczym więc wysyłała nas do specjalistów. Teraz synek ma 13 miesięcy, od miesiąca ma gips biodrowy, mąż spadł z… Czytaj więcej »

Piaff
Piaff
8 lat temu

Eh…, w ciągu niecałych 3 pierwszych miesięcy życia mojego Synka była z Nim w szpitalu miesiąc, z około dwutygodniową przerwą. Też cierpiałam i płakałam, niewiele spałam. Miał wenflon w wielu miejscach, w tym w główce. Oj, serce się kraja, gdy słyszysz jak Twe dziecię płacze, a Ty musisz czekać za drzwiami… Oby nigdy więcej!!

Patrycja Zych
8 lat temu

Patrzenie bezsilnie na cierpienie swojego dziecka to straszne uczucie-coś o tym wiem. Życzę Wam dużo zdrowia i siły!!

Aleksandra Greszczeszyn

Widzę Dziewczyny, że my, mamy, doskonale się rozumiemy! Kasialomza – życzę zdrówka synkowi, a Ciebie doskonale rozumiem! Nie wiń się, masz prawo tak się czuć. Synek na pewno czuje się bezpiecznie przy tacie.Mam nadzieję, że nas też już więcej to nie czeka, chociaż pobyt w szpitalu mamy pewny, ale to dopiero ok. 2 r. ż. synka.

M&Msy
M&Msy
8 lat temu

Mój Mateusz miał dwa miesiące jak trafiliśmy do szpitala, wiem co czuje autorka tekstu doskonale :( Tylko nasz pobyt trwał ponad 3 tygodnie… Przez cały ten czas Mateusz miał różne kroplówki, leki, zabiegi… Nic przyjemnego, a najgorsze co nas spotkało to badanie RTG :( nie wytrzymałam zostałam wyproszona z sali, mąż pozostał… Mam kuzynkę od urodzenia chorą na wodogłowie i rozczep kręgosłupa. Od zawsze nie chodzi, dziś ma 18 lat i jest szczęśliwa… Lekarze mówili że nie pożyje długo… Miała etap kiedy pytała wszystkich w koło dlaczego nie chodzi ? Operacji miała tyle że mało kto może jej dorównać :(… Czytaj więcej »

Maria Ciahotna
8 lat temu

Jak okropnie prawdziwy jest ten tekst… Gdy dzieciaki cierpią, chorują, męczą się, to nie pozostaje nam nic innego jak się zebrać w sobie i starać się być z nimi. Nas spotkały na szczęście tylko katary, grypy i raz biegunka – ale ta była taka, że córeczka nawet chodzić nie chciała i tylko się przytulała… Ale doskonale rozumiem, co mamy przeżywają w takich chwilach, moja siostrzenica zmarła po 4 dniach od urodzenia, a gdy siostrze urodził się chłopczyk, to w wieku 6 miesięcy musiał przejść operację głowy, wycinanie kawałka czaszki. Wszyscy byliśmy po wcześniejszych przejściach przewrażliwieni, ale trzymaliśmy się. Teraz Kubuś… Czytaj więcej »

Aleksandra Greszczeszyn
Reply to  Maria Ciahotna

Tak jak piszesz Mario – nagle drobiazgi, codzienność stają się tak ważne w obliczu tego, czego się doświadczyło w związku z chorobą.

Agnieszka Fimiak
8 lat temu

Jak już pisałam człowiek chce wtedy chorobę dziecka przeżyć za nie. Ale jednocześnie dostajemy wtedy siłę do walki, żeby tylko wszystko szybko i dobrze się skończyło.

Aleksandra Greszczeszyn

Dokładnie! Gdybym mogła wtedy wzięłabym te wszystkie igły i lekarstwa na siebie, ale niestety mogłam tylko tulić Szymonka i czekać aż wyzdrowieje. Całe szczęście, że to nie było nic poważnego, bo po prostu nie wyobrażam sobie, co musza przeżywać rodzice naprawdę ciężko chorych dzieci patrząc na ich cierpienie.

Katarzyna Jaroszewicz

To prawda, największy ból to patrzeć na cierpiące maleństwa! I chciałoby się chociaż odrobinę im ulżyć…

Aleksandra Greszczeszyn

Ale niestety nie zawsze można…. Trzeba być tym bardziej silną, by maluch nie czuł bezsilności i smutku mamy…

Agnieszka Danielewicz

no to się wyryczałam :( życzę dużo zdrówka :)

Aleksandra Greszczeszyn

Bardzo dziękujemy Agnieszko i głęboko wierzymy, że się spełni i że na tym już koniec naszych doświadczeń z choróbskami:)

Madzia_857
Madzia_857
8 lat temu

No i znowu się popłakałam… ja doświadczyłam tylko po porodzie dłuższy pobyt w szpitalu z córeczką z powodu żółtaczki- niby nic takiego ale ja to strasznie przeżyłam. Kiedy zabierali ją na naświetlanie pomimo tego, że wiedziałam, że to dla jej dobra i nic złego jej się nie dzieje to serduszko mnie bolało. Przywozili mi ją natychmiast na karmienie kiedy się przebudzała a że był to straszny śpioch to tyle się za nią natęskniłam, że szkoda słów. A ja ryczałam jak głupia przez czas jej nieobecności, wyglądając co chwilę czy wiozą moje dziecko czy kogoś innego :( Dla mnie to już… Czytaj więcej »

Aleksandra Greszczeszyn
Reply to  Madzia_857

Myślę, że nawet kilka dni w szpitalu z dzieckiem to duże przeżycie! Ja przeżywałam nawet pobyt po porodzie, kiedy zabierali Szymka na badania, a te 12 dni to już była totalna rozsypka. Kiedy wróciliśmy do domu, sporo czasu zajęło mi pozbieranie się. Do dziś śni mi się oddział. Oby – tak jak piszesz – jak najrzadziej spotykało to maluchy i ich rodziców.

Anna Haluszczak
8 lat temu

Olu, mam nadzieję, że operacja,która Was czeka przebiegnie szybko i sprawnie. No i ze to będzie koniec Waszych szpitalnych „przygód”. Wiem co mówisz w związku z tą bezsilnością. Sama leżałam z córeczką w szpitalu gdy miała niecały miesiąc. Tyle, że u niej podejrzewano potworniaka – odmianę nowotworu. Nie muszę chyba pisać ile łez wylałam nad moim maleństwem. Na szczęście kolejne badania wykluczyły chorobę i okazało się, że to wszystko wina moich hormonów poporodowych w ciele córeczki… A teraz znów leżałam w szpitalu – tym razem z dwójką dzieci, bo miały rota. I tak jak piszesz – zakładanie wenflonu czy potem… Czytaj więcej »

Aleksandra Greszczeszyn

Aniu, jeszcze trochę przyjdzie nam na nią poczekać, ale mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży.
Wyobrażam sobie, co musiałaś przeżywać… Całe szczęście, że okazało się, iż to nic groźnego!

Marta Ulińska
8 lat temu

Moja przyjaciółka „choruje” razem ze swoim synkiem. Bardzo się martwi za każdym razem kiedy pojawia się gorączka. Obecnie cały czas spędza w domu, bo mały mimo ciepłej pogody walczy z zapaleniem płuc.

Agnieszka Burliga
8 lat temu

Moja 16 miesięczna córka ma stwierdzona astmę wczesnodziecięcą pobyty w szpitalu to dla nas norma od 7 miesiąca córki. Najgorszy dla mnie był pierwszy pobyt byłyśmy w szpitalu 12 dni też stałam pod drzwiami i płakałam razem z nią gdy słyszałam jak płakała i nie mogłam nić zrobić. Czułam się z tym źle pierwsze kilka dni płakałam wieczorami bo miałam rozdarte serce bo jedna córka w szpitalu a starsza w domu wieczorami płakała za mną. Od tamtej pory w szpitalu byłyśmy jeszcze 4 razy. Rodzica który jest pierwszy raz można poznać po tym, że stoi pod zabiegowym i płacze ja… Czytaj więcej »

Aleksandra Greszczeszyn

Masz racje Agnieszko. Musimy być silne dla naszych dzieci. dziękuję za pozytywne myśli i Tobie życzę tego samego!

Hedzia
Hedzia
8 lat temu

Ach, serce pęka:( Cały komputera zalałam łzami:( Zdrowia dla wszystkich! To najważniejsze!

Katarzyna Jaroszewicz

To jest chyba najtrudniejsza sytuacja kiedy jesteśmy zupełnie bezsilni i bezradni wobec cierpienia naszych dzieci i dzieci wogóle – przecież to niewinne istoty!

Basia Wawrzyczek
8 lat temu

Przykro, jak się to czyta, ja miałam podobny przypadek. Wylądowałam w szpitalu z moją pierwszą córeczką Mają, miała wtedy miesiąc. Cały czas płakała i nie chciała pić, jak się okazało miała kolki, ale w szpitalu byłyśmy kilka dni. Przeżyłam szok gdy zobaczyłam moją kruszynkę z welflonem w główce, jak mnie bolało serce! Na myśl o tych przeżyciach, choć było to 5 lat temu, łzy cisną mi się do oczu. Przeżyłam to tak bardzo, że straciłam pokarm i musiałam zacząć karmić małą przez butelkę. Nie życzę żadnemu rodzicowi podobnych przeżyć i trzymam mocno kciuki za operację małego. Życzę duuużo zdrowia wszystkim… Czytaj więcej »

Aleksandra Greszczeszyn

Basiu, ja też miałam problemy z laktacją w szpitalu, ale na szczęście udało się ją utrzymać. Szymek przez cały pobyt prawie non stop „wisiał” na piersi. Myślę, ze wiązało się to z jego zwiększoną potrzebą bliskości w tym trudnym czasie.

gabi hekokf
gabi hekokf
8 lat temu

Moja córka urodziła się z wrodzoną wadą stóp- stopy końsko szprotawe. W pierwszym tygodniu życia miała założone gipsy od pośladków do paluszków. Gipsy były zmieniane co tydzień przez trzy miesiące. Po serii gipsów Mała miała operację. Pobyt w szpitalu wspominam bardzo źle. Nie wpuszczono mnie razem z Małą na pobranie krwi i wpicie wenflonu do główki na przyjeciu do szpitala. Stałam pod drzwiami i płakałam razem z nią. Czułam się bezradnie. Przed operacją nie mogłam karmic córki przez 6 h. Efekt tego był taki ze ona sie wsciekała i nie można było jej uspokoić a ja miałam piersi pełne pokarmu.obojętność,… Czytaj więcej »

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close