Zabawa 3 października 2011

Z górki i pod górkę

Mieszkam w ładnym, w miarę spokojnym mieście. Jak co roku, w porze wiosenno – letniej ruszają wszelkie remonty. Począwszy od elewacji, na nowej nawierzchni jezdni kończąc. Super, przynajmniej wszystko zostanie odnowione. Jest tylko jedno “ale” – dlaczego drogowcy, tak sobie jak i innym, utrudniają przez to życie?

Chociażby zwykła wymiana chodnika. Wiadomo trochę wykopów, nasypów itp. spraw, tylko dlaczego „moi” budowlańcy układają chodnik na raty. Zaczną kawałek, ułożą… by za kilka metrów zostawić rozbabrane miejsce i zacząć za kilkaset metrów układać znów ładny, równy chodniczek.

Idąc z wózkiem muszę starać się zapamiętywać, gdzie na wytyczonej przeze mnie trasie spacerowej napotkam utrudnienia. Wkurza mnie to strasznie! Idę 300 metrów ładnym chodnikiem, gdy nagle pojawia się góra piachu. Mogłabym ją ominąć przejeżdżając po trawniku, ale tam stoi np. jakiś sprzęt i guzik z przejazdu. Muszę cofać się do najbliższego przejścia i przechodzić na drugą stronę, gdzie po iluś metrach znów spotka mnie to samo! Idę takim slalomem, skacząc od prawej do lewej. Istny tor przeszkód.

W wózku przydałby się GPS, w którym wyznaczając trasę spaceru wprowadzałabym dane o utrudnieniach w ruchu drogowym, wówczas widząc zebrę od razu bym przechodziła, a nie zadowolona szła przed siebie by później się rozczarować. Kochani drogowcy musieliby chyba wybrać się z dzieckiem w wózku na spacer, by zobaczyć, jakie to przyjemnie. Inną alternatywą na zmianę strony mogłoby być poniesienie wózka, ale dźwiganie ciężarów to nie moja dyscyplina.

Kolejnym problemem w miejskiej dżungli są podjazdy,  albo raczej ich brak. Jeśli już są, to nie dość, że wąskie, to jeszcze strome. Zjeżdżając z nich wózkiem muszę swoim ciałem robić przeciwwagę. Ciężkie to w wykonaniu, bo do masywnych nie należę i wózek ściąga mnie do przodu. Nie ja prowadzę wózek a on mnie, ja staram się jedynie nad nim zapanować. Ktoś, kto to buduje podjazdy wyznaje chyba zasadę „z górki na pazurki”. Wózek nabiera prędkości, a ja muszę hamować by kogoś nie potrącić.  Producenci powinni do wózków dodawać klakson, by mama mogą ostrzegać pieszych, aby zdążyli uciec.  Swoją drogą ciekawe, czy jakbym kogoś potrąciła to dostałabym mandat?  Zawrotnych prędkości nie osiągam, ale mogłabym spowodować uszczerbek na zdrowiu delikwenta, który znalazł by się na trasie zjazdowej.

Opisany zjazd z podjazdu to teraz całkiem z innej strony – wjazd. Wąski, stromy podjazd i szerszy do niego wózek. Pół biedy jak z boku mam trawnik. Jedno koło na podjeździe, drugie na trawniku i jedziemy. Co innego – podjazd, a po bokach ściana i schody. Wjazd metodą prób i błędów. W końcu opracowuję technikę. Jedne kółka na podjeździe, a drugie lekko uniesione muszą muskać schody tak delikatnie jak to możliwe. Nie chce by moje dziecko nabawiło się jakiejś trzęsawki.

Szczytem wszystkiego jest brak podjazdu, często w instytucjach użytku publicznego. Któregoś dnia wybrałam się do Urzędu Skarbowego (odział w którym byłam pierwszy raz),  jakież było moje zaskoczenia jak ujrzałam wysokie schody bez podjazdu. Już chciałam chwytać wózek, gdy moim oczom ukazała się sprytnie ukryta platforma dla wózków inwalidzkich. Pomyślałam: – świetnie podjedziemy bez problemu. Podchodzę, a tam brak jakiegokolwiek przycisku by sprowadzić ją w dół, tylko miejsce na kluczyk. Mina mi zrzedła. Chwila zastanowienia. Synek spał, wejście było zadaszone i zamknięte, więc postanowiłam szybko wbiec i poprosić kogoś o pomoc. W ułamku sekundy znalazłam się na parterze i złapałam portiera – ochroniarza. Pytam, w jaki sposób mogę dostać się do środka z wózkiem. Facet patrzy na mnie jak na UFO. No tak dziwne, kobieta przyszła z małym dzieckiem do Urzędu. Dzieci zapewne powinno zostawiać się w domu. Kątem oka zerkam na wózek i mówię: Czy może mi Pan uruchomić platformę, abym wjechała? Zeszliśmy razem na dół i okazało się (o zgrozo), że platforma nie działa. Pomyślałam, no to super… na szczęście Pan okazał się dżentelmenem i wniósł mi wózek.

Przygoda w Urzędzie dała mi nauczkę. Teraz zanim idę załatwić jakąś sprawę z dzieckiem sprawdzam wcześniej czy są podjazdy lub działające platformy. Staram się zaplanować sobie takie wyjścia. Licznych robót budowlanych nie przewidzę. Jedynie jadąc samochodem, gdy widzę wykopy staram się zapamiętywać, gdzie one były. Będąc na trasie z robotami (gdy to jedyna droga do celu), a daleko mam do przejścia na drugą stronę, gdy na horyzoncie widzę jakiegoś mężczyznę, to proszę by mi pomógł. Zazwyczaj znajdzie się ktoś, kto przeniesie wózek.

Nauczyłam się też jednego: zawsze trzeba poprosić, bo ludzie nie zawsze sami wyrywają się do pomocy. Drogie mamusie, nie bójcie się prosić o pomoc.  To nie boli, nic nie kosztuje a ułatwia nam życie i zaoszczędzi sporo siły. Na mamę z wózkiem czeka wiele niedogodności, często niespodziewanych, ale zdziwicie się, jakie okażecie się pomysłowe w ich pokonywaniu. W końcu „Potrzeba matką wynalazku” .

7
Dodaj komentarz

avatar
7 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
mamaTymonaSylwiaDivetteMagdaMagda Kupis Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ivona85
Gość
ivona85

Ja jestem zirytowana szczególnie autami parkującymi na drogach osiedlowych tak, że na chodniku ledwo człowiek się zmieści, a co dopiero wózek. Któregoś dnia wyszłam na spacer i miałam już dość tego ciągłego zjeżdżania na krawężnik, a potem trawnik. Postanowiłam więc przejść bokiem drogi osiedlowej, która jest tylko dojazdem do garaży, więc ruch na niej znikomy. No i jak to w Polsce bywa jakiemuś Panu, który po drodze osiedlowej jeździ z prędkością 80km/h nie spodobało się to, że idę poboczem (nie było chodnika po drugiej stronie ulicy) i wyraził swoje zdanie w bardzo wulgarny sposób. Mam tylko jedno pytanie – czy… Czytaj więcej »

Basia
Gość
Basia

Kiedyś szłam do sklepu (po tej stronie ulicy, co mój dom) i w jednym miejscu chodnik rozkopany – przejścia brak. Niestety był to taki odcinek drogi, że przejście na drugą stronę ulicy – niemożliwy. Musiałam się wracać do najbliższego przejścia.
Idąc z powrotem (pół godziny później) przeszłam o wiele wcześniej na „bezproblemową” stronę – jakie było moje zdziwienie, jak okazało się, że po robotach już ani śladu. Tylko żeby dojechać do domu, znów musiałam drałować na przejście oddalone od mojego domu…

No i jeszcze małe sklepiki, z wąskimi odległościami między półkami i np. towarem rozładowanym na środku…

Magda Kupis
Gość

ja na szczęście przed tym jak zostałam mamą miałam okazje zajmować się dzieckiem, i dzięki temu mogłam poznać którędy się nie chodzi i w jakich dniach (mam tu ma myśli dni targowe). nic mnie tak nie wkurza jak te nieszczęsne auta. kiedyś szłam dość szerokim chodnikiem, tak że śmiało mieścił się samochód (tzn jego dwa boczne koła) i ja z wózkiem. I tak sobie szłam i nagle jedno auto zaparkowało przede mną CZTEREMA kołami! Była to kobieta. zapytałam jej grzecznie jak ja mam teraz przejść, jest ślisko i nie będę chodziła ulicą, a ona do mnie, że zaparkowała tylko na… Czytaj więcej »

Magda
Gość
Magda

Chodniki, podjazdy i inne tego typu atrakcje spacerowe doprowadzają mnie do szału. Mieszkam w pięknym mieście, jednak pod kontem spacerów z wózkiem jest ono straszne. Chodniki stare podziurawione, podjazdów brak albo za szerokie. Idąc na spacer czy zakupy robię wcześniej rozeznanie którędy najlepiej, gdzie nie ma robót drogowych albo, w którym sklepie zmieszczę się między półkami. A jakie zdziwienie mnie dopada kiedy okazuje się, że podjazd jest wybrakowany…tzn. zaczyna się i w pewnym momencie brakuje dużego kawałka powierzchni i jest piękna dziura :/ no i jak się nie zdenerwować?

Divette
Gość
Divette

Święta prawda. I chyba z takich powodów jak i te nieszczęsne 10 stopni od drzwi wyjsciowych do windy ( mieszkam w wieżowcu) w ogóle zrezygnowałem z wózka. Mała ma pól roku a od 5 miesięcy wózek zbiera kurz z kilkoma wyjątkami ( dokadnie 5 wypadów). Do tego spróbujcie pojechać z wózkiem autobusem. Może wybieram złe godziny ale zawsze jak jedziemy to w autobusie jeść co najmniej jeden wózek ;) chyba babyboom jakiś ;)

Sylwia
Gość
Sylwia

Jak widzać nie jestem osamotniona w miejsckiej dżungli. Jazda wózkiem autobusem to koszmar jak kierowca prowadzi bus z taką werwą jakby wiózł worki ziemniaków. Tu nawet hamulec nie pomaga. Z całej siły dodtkowo trzeba trzymać wózek.

mamaTymona
Gość
mamaTymona

Nie przesadzajmy. Też jestem mamą i też różnie się zdarza ale nie oczekuję, że nagle cały świat dostosuje się do tego, że mam dziecko. Mieszkam na 2-gim piętrze w bloku bez windy, wózek zostawiam w samochodzie, gdyby nie było takiej możliwości zostawiałabym w piwnicy i też dawałabym radę. Jeżeli w sklepie jest za wąsko, zostawiam wózek u ochroniarza, a dziecko biorę na ręce. Są niedogodności, których nie powinno być ale nie róbmy z dzieci szklanych laleczek. Z doświadczenia wiem, że moje dziecko wolało być wożone po wyboistej ziemi niż po gładziutkim chodniku, bo trochę bujało i zasypiał łatwiej. Kiedyś w… Czytaj więcej »

Ciąża 30 września 2011

Kobieta (wreszcie) spełniona

Poniższy post jest następnym na naszym blogu wpisem gościnnym. Autorką i bohaterką dzisiejszej historii jest Marta – przeszczęśliwa matka i żona, szaleńczo zakochana w mężczyznach swojego życia. Kobieta rozważna ale i romantyczna, ciekawa świata i niespokojna duchem. Dziewczyna, która długo szukała swojego miejsca na ziemi i znalazła je w najmniej oczekiwanej momencie. Mówi o sobie, że jest uzależniona od miłości, książek, lodów waniliowych i filmów z Tomem Hanksem.
Zespół bloga W Roli Mamy dziękuje Marcie za opisanie swojej historii.

Pamiętam tamten dzień jakby to było wczoraj.
Ja i Rob byliśmy ze sobą już rok, najcudowniejszy rok mojego życia – znalazłam miłość, dopiero co przeprowadziłam się do Nowego Jorku, by z nim zamieszkać, znaleźliśmy mieszkanie, ja zaczęłam studia, on realizował swoje marzenia, ja realizowałam swoje, oboje byliśmy ze sobą szczęśliwi. Poza tym, że się kochamy i chcemy być ze sobą, nie wiedzieliśmy nic więcej, nie wiedzieliśmy jak to wszystko się potoczy, przecież jeszcze wszystko mogło się zmienić.

Był gorący lipcowy dzień. Siedziałam na zajęciach wyczekując ich końca. Temat był bardzo ciekawy – małżeństwo w kulturze żydowskiej. Hmmm coś z mojego kręgu zainteresowań. Słuchałam i słuchałam, aż nagle z ust prowadzącego padły słowa :
”kobieta po menstruacji udaje się do mykwy, ażeby dokonać rytualnego oczyszczenia…”.
Nagle coś w mojej głowie zaświtało.
Zaczęłam liczyć dni… analizować… zaraz, zaraz ile tygodni minęło od mojego przyjazdu? W ferworze przeprowadzki, załatwiania najróżniejszych spraw formalnych, rozpakowywania walizek, szykowania dopiero co wynajętego mieszkania, stresu związanego z oficjalnym zamieszkaniem jako para, zaaklimatyzowania się w nowym otoczeniu.
Hmmm, przyznam szczerze straciłam rachubę czasu. Pomyślałam przez chwilę… kiedy ja miałam ostatni okres? Nie, to niemożliwe… Wychodziło na to, że okres spóźniał mi się 3 tygodnie… ale jakim cudem?
Aaaa…. Pewnie to przez stres i zmianę klimatu, przecież zawsze tak na to reaguję. Ale czy na pewno?! Nieeee to niemożliwe, ale na wszelki wypadek postanowiłam zrobić test zaraz po powrocie do domu.
Nie mogłam się na niczym skupić, myślałam tylko o tym…
Yes ufff… koniec zajęć, spakowałam pośpiesznie swoje rzeczy i wybiegłam z sali, kierując się od razu do najbliższej apteki. Kiedy weszłam do środka serce biło mi coraz bardziej. Bum bum bum… Boże dlaczego słyszę ten odgłos w mojej głowie?! Wreszcie znalazłam właściwą alejkę. Zawsze przechodziłam obok takich rzeczy tylko zerkając, przecież nigdy nie miałam podobnych dylematów. Stanęłam naprzeciwko regału i zaczęłam się zastanawiać… który wybrać. Nie miałam o tym bladego pojęcia, więc wzięłam pierwszy z brzegu. Ale dla lepszej pewności postanowiłam wziąć jeszcze kilka, przecież pierwszy zawsze może się mylić, lepiej zrobić kilka prób. Zdenerwowana, zapomniawszy jak się oddycha podeszłam do kasy. Sprzedawczyni tylko na mnie zerknęła, zapłaciłam, złapałam torebkę z tymi małymi pudełeczkami i wybiegłam.

W drodze do domu przez moją głowę przebiegały myśli, jedna za drugą. Ten cały rok, jaki razem spędziliśmy, nasze plany, nie byliśmy gotowi na ewentualne rodzicielstwo, to nie był odpowiedni czas.
Wreszcie dotarłam do domu, rzuciłam plecak, wzięłam torbę z pudełeczkami i pobiegłam do łazienki. Serce waliło jak młotem. Och dlaczego jego nie ma teraz w domu, mógłby mnie wesprzeć… ale może to i dobrze, bo przecież nic nie wiadomo. Wzięłam jedno z pudełeczek i zaczęłam dokładnie czytać instrukcję. Jakoś udało się odpowiednio nasiusiać na pasek, to samo zrobiłam z kolejnym…Ufff… a teraz oczekiwanie. 5 minut!!!

Boże tylko 5 minut i moje życie może zmienić się na zawsze. Patrzyłam nerwowo na zegarek i myślałam, co będzie, jeśli wynik okaże się pozytywny?! Dopiero zaczęliśmy być ze sobą, zamieszkaliśmy razem, chcieliśmy się lepiej poznać, tyle jeszcze przeżyć, tyle osiągnąć. No tak…on jeszcze osiągnie, a ja… ja zostanę w domu i będę wychowywać dziecko, będę musiała zrezygnować ze swoich planów, z własnej kariery, już zawsze dziecko będzie mnie ograniczało…
A co jeśli on mnie zostawi, jeśli się rozstaniemy…? Skąd mam wiedzieć, że to, co między nami jest już na zawsze? Ten rok był cudowny, między nami szybko się potoczyło, był taki czuły, delikatny, kochający, sprawiał, że czułam się przy nim jak w niebie, traktował tak, jak tą jedną jedyną…a teraz??? Dziecko zmieni wszystko… Czy jesteśmy na gotowi?! A jeśli test będzie pozytywny, to jak mam mu to powiedzieć, przecież to zmieni nasze życie na zawsze, a co jeśli powie, że nie chce tego dziecka, że nie jest gotowy… Cóż sama nie byłam ani trochę. Było tak cudownie, dlaczego wszystko miało się zmienić o całe 360 stopni? Przecież ja mam swoje marzenia, dopiero co skończyłam studia w Polsce, teraz chciałam skończyć studia tu, zacząć robić doktorat, pracować na uczelni… tyle planów, a dziecko wszystko zmieni… To nie jest odpowiedni czas?!

Ok. Minęło 5 minut. Serce waliło strasznie, ale musiałam sprawdzić wynik.
COOOOOOOOOO?! Nie to niemożliwe. Na pasku widniały dwie wyraźne kreski. Nie, nie, nie!!!! To nie może być prawda. Wzięłam następny test – też dwie kreski. NIE! Nerwowo wyciągnęłam następne z torebki i zrobiłam je od razu. Kolejne 5 minut, ale wyrok był już znany… Każdy z nich pokazywał DWIE KRESKI!!! Matko, i co teraz?!

Zaczęłam płakać, wszystko miało się zmienić, nasze życie wywrócone do góry nogami. Ciągle płacząc chwyciłam za telefon i zaczęłam do niego dzwonić… Nie odbierał. No tak, pracował, nie miał czasu. Napisałam mu smsa:
„Musimy porozmawiać i to szybko, przyjeżdżaj jak najszybciej do domu!”.
Po paru minutach zadzwonił i spytał: „O co chodzi, kochanie?”.
„Nic, powiem jak wrócisz, wracaj natychmiast, proszę!”
Przyjechał za godzinę. Siedziałam na łóżku w naszej sypialni, zapłakana.
Spytał: „Powiedz, mi co się stało?”
Wstałam, poszłam do łazienki i przyniosłam mu wszystkie testy. Wziął je do ręki i nie dowierzał. Spytał tylko: „ Czy dwie kreski oznaczają….?” „Tak!” powiedziałam.
Usiadł na łóżku, ale po chwili chwycił moja rękę i posadził sobie na kolanach, dotknął mojego brzucha i powiedział: „Kocham Ciebie, wszystko będzie dobrze, przecież to cudowna wiadomość”.
Mój Boże, nie mogłam uwierzyć, wiedział o dziecku zaledwie przez krótką chwilę, a był mniej przerażony ode mnie. Długo rozmawialiśmy i przekonywał mnie wielokrotnie, że to cud, że wszystko będzie dobrze, bo się kochamy i damy radę, że będzie pomagał ze wszystkim, że może wszystko stało się zbyt szybko, ale tak najwyraźniej miało być.

Zdecydowaliśmy się mieć to dziecko.
Szok dla obojga był ogromny, ale przecież najważniejsze było to, że się kochamy. Daliśmy sobie parę dni na to, żeby oswoić się z wiadomością i zadzwoniłam do lekarza, aby umówić wizytę. Obiecał, że pójdzie ze mną i będzie wspierał zawsze. Poszliśmy tam razem, powoli oswajając się z nową rzeczywistością. Lekarz był bardzo miły, rozmawialiśmy trochę, a potem postanowił zajrzeć i sprawdzić, co się tam w środku dzieje. Długo patrzył w monitor, nic do nas nie mówiąc, po czym oświadczył, że za chwilę wróci.
„Co się dzieje?” spytałam Roba. „Nie wiem, ale na pewno wszystko w porządku” odpowiedział.

Wrócił nasz lekarz i przyprowadził drugiego, razem popatrzyli przez chwilę na monitor, po czym oświadczyli, że płód jest za mały jak na 8 tygodni, musimy poczekać, uzbroić się w cierpliwość i przyjść za tydzień, a być może wszystko będzie dobrze i się powiększy.
Nie wiedziałam, co robić, popatrzyłam na Roba – był tak samo zdezorientowany jak ja, ale postanowiliśmy dostosować się do zaleceń lekarza.
W drodze powrotnej oboje milczeliśmy. A w domu położyliśmy się i nie wiedzieliśmy, co o tym wszystkim myśleć. Przykładałam swoje ręce do brzucha, on robił to samo… Cóż, dla obojga ta malutka fasolka nagle stała się najważniejsza, nie myślałam już o rzeczach, które traciłam będąc w ciąży, myślałam tylko o tym, że pragnę mieć to dziecko. Jego odczucia były takie same.

Parę dni później zaczęłam plamić.
Pojechaliśmy od razu do szpitala, lekarz po obejrzeniu USG powiedział, że jeśli przez parę następnych dni nie przestanę plamić, potrzebny będzie zabieg. Płakałam i głaskałam mój brzuch, Rob wspierał mnie cały czas. Po paru dniach stwierdzono, że płód obumarł… Był zabieg… Niewiele z tego pamiętam, bo nie chcę…

Gdy się obudziłam Rob był przy mnie, trzymał za rękę, spojrzałam na niego… wiedziałam, że jest po wszystkim… Czułam to… widziałam w jego oczach… dotykałam swojego brzucha, ale nic tam nie było… nie czułam fasolki… czułam się pusta… strasznie…
Rob był ze mną cały czas, wspierał, widziałam i czułam, jak to wszystko przeżywa… Jednych takie wydarzenia oddalają od siebie, nas zbliżyły na zawsze. Dawaliśmy sobie miłość, wsparcie, to uczucie między nami pomogło przetrwać ciężkie chwile. Zrozumiałam, że mogę na niego zawsze liczyć, że to, co jest między nami jest na zawsze. Cierpiałam, kiedy widziałam kobietę w ciąży, czułam straszny ból wewnętrzny… To wydarzenie pokazało, że się kochamy i że pragniemy dziecka, ale baliśmy się zaryzykować. Ten strach, że wszystko się powtórzy był ogromny.

Wkrótce potem oświadczył mi się.
Oczywiście wiedziałam od razu, jakiej odpowiedzi udzielić. Potem nasz ślub i wesele. Tego dnia, kiedy miałam stać się jego żoną, kiedy szłam przez kaplicę, widziałam tylko jego, jak stoi przy ołtarzu i na mnie czeka…
Parę tygodni później zaczęliśmy rozmawiać i oboje oświadczyliśmy, że mimo ciężkich przeżyć chcemy zaryzykować i spróbować, pragnęliśmy dziecka, więc postanowiliśmy się przemóc. Nie zamierzaliśmy się starać, myśląc tylko o dniach płodnych, po prostu zdać się na los.

Jakieś 1,5 miesiąca później okres spóźniał się parę dni. Tym razem również zestresowana, ale pełna nadziei zrobiłam trzy testy, każdy z nich był pozytywny. Usiadłam i zaczęłam płakać ze szczęścia i strachu, bojąc się, ażeby sytuacja się nie powtórzyła. Zamierzałam mu powiedzieć jakoś uroczyście. Ale tego dnia mieliśmy imprezę u znajomych. Nie piłam ani kropli, Rob namawiał mnie, proponując choć odrobinę szampana, ale odmówiłam. On tylko spojrzał na mnie, a ja zaczęłam się uśmiechać. Spytał, czy to jest to, o czym myśli. Przytaknęłam. Wziął mnie na ręce i był przeszczęśliwy. Widział też, że się martwię, ale pocieszał, że wszystko będzie dobrze.

Parę dni później poszliśmy do lekarza.
Okazało się, że nasz „little peanut” (tak Rob nazwał nasze maleństwo) ma 6 tygodni. Za dwa tygodnie poszliśmy na kolejną wizytę i usłyszeliśmy bicie serduszka, najpiękniejszy dźwięk na świecie i zobaczyliśmy je. Byliśmy przeszczęśliwi. Zaraz potem w 9 tygodniu po lekkiej sprzeczce o jakąś głupotę zaczęłam krwawić, pojawił się ból podbrzusza. Rob wziął i zaniósł mnie na rękach do samochodu, bo strach mnie osłabił i sparaliżował.
Gdy dotarliśmy do szpitala, lekarze zajęli się mną od razu, widziałam przestraszonego męża, sama jeszcze nigdy się tak nie bałam i prosiłam tylko, żeby uratowali moje dziecko.

Udało się, maluszek okazał się silny. Moja ciąża była zagrożona, co oznaczało stała kontrolę i opiekę lekarską – brałam wszelkie możliwe leki na podtrzymanie, odpoczywałam i robiłam wszystko, aby maleństwu było w  moim brzuszku jak najlepiej. Między nami jest konflikt serologiczny, który sprawy nie ułatwiał, tylko utrudniał. Ale walczyliśmy. Baliśmy się o każdy następny tydzień, dzień, pokochaliśmy nasze dziecko ponad wszystko, pragnęliśmy go najbardziej na świecie. Już nie liczyła się dla mnie kariera, podróże, spełnianie marzeń, liczył się tylko ten malutki człowieczek we mnie, część mnie i część Roba.
On bardzo pragnął mieć synka i jakże ogromna była jego radość, kiedy lekarz potwierdził płeć.

Będąc w ciąży oszczędzałam się jak tylko mogłam, wykładałam na uczelni, co nie było zbyt absorbujące, ale dawało satysfakcję, jak się okazało ciąża nie dość, że była upragniona, to i w niczym mi nie przeszkadzała. Jakieś 1,5 miesiąca przed porodem nagle poczułam się źle i trafiłam do szpitala, okazało się, że muszę tam zostać, leżeć plackiem, codziennie przyjmować kroplówki, leki, aby synek był w środku jak najdłużej, co zwiększało jego szanse. Leżałam i stosowałam się do zaleceń lekarzy, walczyłam o nasze dziecko, a mąż był ze mną i wspierał cały czas.

O 2 w nocy z 28 na 29 stycznia zaczęły się skurcze.
Rob spał w szpitalu, gdy zaczęła się akcja porodowa. Byliśmy przerażeni, bo to był 36 tydzień… bardzo wcześnie. Ale wszystko potoczyło się dobrze i o 13:26 czasu NY, 29 stycznia usłyszeliśmy i zobaczyliśmy nasze szczęście. Nigdy nie widziałam niczego ani nikogo piękniejszego od tej malutkiej kruszynki, ważył 2860 g, mierzył 47 cm. Wtedy świat jakby się dla mnie zatrzymał, nie liczyło się nic więcej, tylko synek i mąż.
Maluszek wniósł w nasze życie ogromne szczęście. Staliśmy się szczęśliwymi rodzicami, dla których synek jest oczkiem w głowie. Teraz wiem i czuję, że jestem spełniona, właśnie teraz. Każdy ma swoje pasje, marzenia, plany, rzeczy, do których dąży, ale dla mnie ani drugie studia, podróże, kariera, nowy dom, samochód itd. nie przynoszą mi takiej satysfakcji i takiego spełnienia jak widok naszego dziecka, chwile, kiedy się do mnie albo do męża tuli i wiem, że czuje się z nami bezpiecznie, jego uśmiech i to jak patrzy na mnie swoimi szaro-niebieskimi oczkami, chwile, kiedy nauczył się siadać, raczkować, mówić mama i dadada (na męża). To wszystko jest bezcenne, dziecko umocniło nasz związek, pokazało inny świat. Oboje dalej się realizujemy i wiemy, że nic nie tracimy, nic nie żałujemy. Wszystkie te rzeczy, o które się tak bałam jak pierwszy raz test wskazał wynik pozytywny, wszystkie te rzeczy, które mnie paraliżowały, dziś się nie liczą, bo właśnie dziś czuje się spełniona, zarówno jako matka i żona, jak i jako kobieta.

Wkrótce po porodzie dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży.
Dziś mój synek ma 7 miesięcy, a ja jestem w 6 miesiącu ciąży. Pomiędzy naszymi synkami będzie 11 miesięcy różnicy. Czy się boję? Bardzo. Szok był ogromny, ale powoli oswajamy się z tą myślą. Ale dziś już nie myślę o tym, ile stracę, boję się o nasze maleństwo, żeby wszystko było z nim w porządku.
Boję się także czy sobie poradzę z dwójką dzieci z tak małą różnicą wieku. Ale, myslę, że sobie poradzimy, oboje, a raczej we czworo. Ciąża po ciąży jest ciężka i trudna, zwłaszcza, jak ma się malutkie dziecko, które jeszcze nie chodzi. Ale ja nie traktuję tego jako tragedii. NIE! Ja traktuję to jako nową przygodę. Dziś wiem, że jeszcze wiele przede mną, jeszcze tyle mnie czeka, tyle rzeczy zrealizuję i tyle osiągnę, bo mam siłę, którą dają mi synek, drugi pod serduszkiem i mąż. Wiem, że bez nich życie wyglądałoby inaczej, ale ja niczego bym nie zmieniła, nie wyobrażam sobie mojego życia inaczej. Może nasze życie jest szalone, lekko niezorganizowane, podłoga pełna zabawek, mniej czasu na własne przyjemności, ale macierzyństwo i małżeństwo dało mi spełnienie. Teraz wiem, że bycie mamą jest moją życiową rolą, którą zamierzam zagrać najlepiej jak się da..

38
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bombel
Gość
Bombel

Płakałam jak mały dzidziuś czytając ten wpis! Cieszę się że wszystko dobrze się skończyło.I trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie z drugą dzidzią :) no i za „łatwe” wychowywanie 2óch małych pociech ;-)

Marta
Gość
Marta

Dziekujemy bardzo :)

Agata
Gość
Agata

Dużo do czytania. Ale było warto – historia wzruszająca i trzymająca w napięciu. A przez to, że akcja toczy się za oceanem, to taka ciut niecodzienna.
Dużo sił w roli mamy Marto!

Marta
Gość
Marta

dziekujemy bardzo :)

Rob
Gość
Rob

My wife wrote it, I dont understand Polish but I know perfectly well that story. Baby we are so proud of you <3, am sorry I needed to write for her :)

Marta
Gość
Marta

:)))))

Camille
Gość
Camille

Hugs Marta&Rob !!!

Bubalabe
Gość
Bubalabe

Rob, You are wondeful husband! Marta, I’m proud of You, you’re very strong woman and fantastic Mum!

Rob
Gość
Rob

My Marta is the most wonderful mum and wife ever and the strongest woman I’ve ever met, what should I say more. Shes my angel :), I love you wify :). Thank you Bubalabe for your words :)

Marta
Gość
Marta

;)

Marta
Gość
Marta

Dziekuje wszystkim za cieple slowa. Jestem szczesliwa, ze dowazylam sie opublikowac ten tekst. Teraz walczymy o drugiego synka, wiec prosimy trzymajcie kciuki :)))))

Magda Kupis
Gość

A my dziękujemy za to, ze Wasza historia mogła pojawić się właśnie u nas. Oczywiście cała redakcja trzyma za Was kciuki. Oboje pięknie o sobie piszecie, taka miłość nie zdarza się często :)

Marta
Gość
Marta

Tak, Nasza historia jest niecodzinna, ale to dlatego, ze on jest jedyny w swoim rodzaju i jak widze bardzo sprytny, bo widzialam jego komentarze :DDDD, dziekujemy wam, ze moglismy opublikowac Nasza historie, w sumie z happy endem :))))

Sylwia
Gość
Sylwia

Marta koniecznie daj znać naszej redakcji jak urodzi się Wasz drugi synek. Trzymamy kciuki ;)

Marta
Gość
Marta

oczywiscie, ze damy jak najbardziej, Marc ma sie urodzic 1 stycznia, ale znajac zycie moze sie urodzic wczesniej, wiec to juz niedlugo :)))) dziekujemy Wam baaardzo :)

Magda
Gość
Magda

Marto gratuluję świetnego tekstu! Spłakałam się strasznie! Ja też mam jednego Aniołka, a drugie Słoneczko śpi słodziutko w łóżeczku :) Trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie. Z tak kochającym mężem dacie radę w wychowaniu dwójki urwisów :*

Marta
Gość
Marta

dziekujemy oboje za cieple slowa :)

Magda
Gość
Magda

Marto gratuluję świetnego tekstu! Spłakałam się strasznie! Ja też mam jednego Aniołka, a drugie Słoneczko śpi słodziutko w łóżeczku :) Trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie. Z tak kochającym mężem dacie radę w wychowaniu dwójki urwisów :*

Ewa Kamińska
Gość

Marto trzymam mocno za ciebie kciuki ;-) Czytałam Twoją historię, która tak bardzo zbiega się z moją własną ;-) Poronienie, ślub, cudowna miłość, kolejna zagrożona ciąża i narodziny synka ;-) Teraz mamy już dwójkę szkrabów ;-) Wszystko będzie dobrze – miłość dwojga ludzi potrafi zdziałać cuda ;-) Twoja historia na pewno da nadzieję i radość tym, którzy znajdują się w podobnej sytuacji ;-)
Pozdrawiam Cię serdecznie
Ewa

Marta
Gość
Marta

dziekujemy za cieple slowa… wiemy, ze damy rade, z takim mezem jak Rob wiem, ze moge zdzialac cuda :), pierwsza stracona ciaza to wspomnienia bolesne dla obojga,ale razem dalismy rade przebrnac… nasz RJ sie urodzil, choc z ciaza bylo mnostwo problemow, obecna ciaza tez jest zagrozona, ale ja walcze, oboje walczymy, DAMY RADE, weirzymy w to :)… jeszcze raz dziekujemy za cieple slowa i pozdrawiamy serdecznie :)

Smykowa
Gość
Smykowa

Ja też płakałam czytając! Niesamowita siła miłości! Trzymam kciuki za Was i czekam na wieści o szczęśliwym rozwiązaniu :)

Marta
Gość
Marta

dziekujemy za cieple slowa :) powiadomimy wszystkich jak tylko Marc sie urodzi :) . pozdrawiamy serdecznie

Agusiak
Gość
Agusiak

piękny tekst i wzruszająca historia. Trzymam mocno kciuki za kolejnego dzidziusia i za całą Waszą rodzinkę, na pewno ze wszystkim sobie poradzicie. Równie piękne jak tekst są wpisy męża autorki. Gratuluję i życzę wszystkiego dobrego :)

Marta
Gość
Marta

dziekujemy za cieple slowa :), pozdrawiamy serdecznie

Marta
Gość
Marta

Oboje wszystkim bardzo bardzo dziekujemy za kazdy wpis, dla nas to duzo znaczy naprawde :). Ja czytam wasze wpisy i tlumacze je Robowi :). Jako ciezarna latwo mnie wzruszyc, baaaardzo latwo sie rozklejam, ale to sa lzy szczescia, bo milo jest wiedziec, ze wszyscy sa z nami. wszystkich bardzo serdecznie pozdrawiamy, damy znac jak tylko synke bedzie juz na swiecie. wszyscy jestescie wielcy, dla nas to duzo znaczy :)

Rob
Gość
Rob

Hello :) My Marta said about your comments. I’d would like to thank you. Together with my wife we’ll handle everything, we love each other so much and I believe everything is possible, we just need to believe and we’ll win. We wish you all the best :)

Magdalena446
Gość
Magdalena446

Tekst jest niesamowity!! Rob jest wspaniałym mężem i wspólnie w trójkę przywitacie syna. Może zrobi niespodziankę i urodzi się w Święta lub Sylwestra. Pozdrawiam serdecznie i trzymam za Was kciuki. Koniecznie czekam na wiadomość o narodzinach drugiego syna i może na kolejny tekst;-)

Marciakabala
Gość
Marciakabala

bardzo dziekujemy za cieple slowa, o narodzinach synka powiadomimy natychmiast :), a kolejny tekst z checia napisze, pomyslimy nad tym :)) pozdrawiamy serdecznie

Hanna Szczygieł
Gość
Hanna Szczygieł

Również gratuluję Ci Marto zarówno oceanu miłości i siły, jak i tej pięknej publikacji! Trzymamy za Was kciuki i życzymy wytrwałości i ciepłego rodzinnego domu ( oczywiście pełnego śmiechu, zabawek na podłodze- ale również chwili odpoczynku i mimo wszystko przespanych nocy:)
Ps.: Mam nadzieję, że gdy drugi synek powita już Waszą rodzinę osobiście, uda Ci się znaleźć chwilę by nam o tym napisać:)

Marta
Gość
Marta

:) bardzo dziekujemy za cieple slowa, to bardzo mile widziec, ze tyle osob jest z nami, oczywiscie, ze bede informowac o narodzinach naszego drugiego synka i bardzo chetnie napisze kolejny tekst, bardzo mi sie spodobalo pisanie o macierzynstwie… pozdrawiamy bardzo serdecznie

Marta Kabala
Gość

Jutro nasza rodzinka przeprowadza sie z NY do Californii, na jakis czas zegnamy nasze miasto, ale niedlugo tu powrocimy. W NY znalazlam milosc i szczescie, o jakich nawet nigdy nie marzylam. NY dal mi cudownego meza, synka i teraz czekamy na drugiego. Dziekuje Ci NY za wszystko, a Wam fani tego portalu za to, ze czytacie nasza historie, wszyscy jestescie wielcy

Marta Kabala
Gość

i jeszcze raz dziekuje wszystkim autorkom tego bloga, ze mglismy tutaj nasza historie opublikowac, dziekujemy

no name
Gość
no name
Edyta Skrzydło
Gość
Edyta Skrzydło

Wfffff,na szczęście cudowne zakończenie,początek jak bym czytała życie mojej siostry , najważniesze to aby mieć wsparcie drugiej połówki .

Edyta Skrzydło
Gość
Edyta Skrzydło

Historia ,piękna i straszna ,na początku jakbym czytała chwile z życia mojej siostry,lecz najważniejsze,mieć wsparcie swojej drugiej połowki.

Ciąża 27 września 2011

Brzuszek w miejskiej dżungli – „Autobus”

Okres ciąży to dla wielu z nas najwspanialsze w życiu chwile – jednak zdarzają się też momenty kipiące, jak gotujące się mleko, niedogodnościami. Życie w biegu, milion spraw do załatwienia i ludzka obojętność, prawie codziennie doświadcza nas i nasze brzuchy!
Jest wiele miejsc i sytuacji  nieprzyjaznych dla „dwu-paków” między innymi „Autobus”

Zazwyczaj  starałam się unikać porannego szczytu w miejskiej komunikacji – po co się denerwować i męczyć? Niestety tym razem było inaczej, trzeba dojechać na miejsce na czas i kropka.

Kiedy podjechał autobus westchnęłam ciężko i postanowiłam się jednak do niego wtoczyć- wtoczyć, ponieważ zanim ja się zaczynałam, zaczynał się brzuch – był już całkiem spory, no powiedzmy, że średniej wielkości pingwina – więc wierzcie mi na słowo nie dało się go nie zauważyć.

Jestem w środku i nie mam żadnego pasażera na gapę na moich plecach – więc można również śmiało powiedzieć, że to już spory sukces! Teraz tylko usiąść… i oto następuję cud… za sprawą jakiejś nieznanej mi klątwy, wszyscy siedzący pasażerowie autobusu zapadają w nagłą i nieuleczalną śpiączkę…

-Przecież nie można tak przejść obojętnie obok bliźniego w potrzebie – myślę sobie- poratuję biedaków, bo jeszcze nie daj Boże prześpią swój przystanek!

Ale co to… w moim oku pojawia się błysk – nie tak daleko ode mnie, w tej czerwonej puszce sardynek, jest wolne miejsce – no, prawie wolne… Młoda kobieta, chciałoby się rzec dziewczyna stoi sobie grzecznie a na krzesełku trzyma kolorową siateczkę… Cel namierzony… odpalam…

-Przepraszam uprzejmie – i szybko dodaje niezobowiązujący uśmiech – chciałabym usiąść- mówię i zastanawiam się czy moja informacja jest czytelna i czy Pani wszystko usłyszała, bo dzieli nas mój pingwin i trochę autobusowego gwaru.

To była chwila pełna napięcia… Kobieta spojrzała na mnie jak na kosmitkę, przeskanowała spojrzeniem, jak gdyby szukała szczegółowej informacji o produkcie… po chwili odpowiedziała, a na jej twarzy można było wyczytać oburzenie powodowane jakąś nieznaną mi jeszcze oczywistością… na szczęście nie trzymała mnie długo w tej niepewności i odpowiedziała:

-Chyba bym sama usiadła???!!! Ale ciasto mi się pogniecie!!!

To było to! Powiedzcie Kochane, i jak tu dyskutować z takim argumentem?!

Jeśli z kolei mogę pozwolić sobie na drobne rady dla Was przyszłe mamy, chciałabym zamieścić je na końcu tej krótkiej historyjki z mojego życia.

Pamiętajcie, że warto zabiegać i egzekwować swoje prawa będąc w ciąży – zasługujecie i wymagacie odmiennego traktowania. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o wygodę lecz o BEZPIECZEŃSTWO – Wasze i waszych maleństw! Duży brzuszek często kusi nas, żeby nie siadać- bo nie koniecznie jest nam wygodnie z małą nogą w wątrobie i pupą wepchnięta w równie atrakcyjne miejsce naszego ciała, jednak ZAWSZE SIADAJCIE, NIE RYZYKUJCIE NIEPOTRZEBNIE!!! Oczywiście po wielokroć jest tak, ze gdy maluch jest już spory rozpiera nas energia, a gdy nikt nie nawet jeszcze nie podejrzewa odmiennego stanu po naszym wyglądzie – jesteśmy najbardziej zmęczone, pochorowane i z rewolucjami żołądkowymi przy każdym drgnięciu – Nie bójcie się i najzwyczajniej w świecie zwróćcie uwagę, lub po prostu powiedzcie: źle się czuję, czy może pan/i ustąpić mi miejsca? Zazwyczaj działa jak należy… no chyba, że traficie na ciasto:)

 

Ps.: Drogie Czytelniczki, prawdę mówiąc do dziś się zastanawiam jakiej wielkości ciastowa kompozycja utworzyłaby się na mojej pupie, gdybym zdecydowała się dać owej pani małą lekcję:)

21
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bombel
Gość
Bombel

Sytuacje tego typu śmieszne nie są,raczej żenujące! Ale mimo to uśmiałam się niemal do łez :-) A na kolana powalił mnie tekst „-Chyba bym sama usiadła???!!! Ale ciasto mi się pogniecie!!!” Obłęd w ciapki normalnie!!!!!
Cieszę się że sama nie musiałam podróżować komunikacją miejską kiedy byłam w ciąży!!

Smykowa
Gość
Smykowa

Mam ochotę być znowu w ciąży i usiąść komuś na ciasto!!! :D Może lekarze powinni rozdawać takie plakietki w stylu „Dzielny pacjent” tylko z napisem: „Kobieta w ciąży” ?

Magda Kupis
Gość

a ja sie zastanawiam, cóż to było za ciasto! i na jaką okazję, że takie cenne- gdybyśmy to wiedziały, to pewnie nie dziwiłoby nas dlaczego podróż spędza na fotelu.

A tak na serio to zapytałabym, czy kupiła dla tego ciasta bilet, skoro zajął on miejsce siedzące, czy jedzie na gapę ;)

Bombel
Gość
Bombel

Hehehehe Dobre z tym biletem!!! :) :D :D

ivona85
Gość
ivona85

Ja bym pewnie odpowiedziała, że „mi się dziecko pogniecie na stojąco”. Szkoda, że nie usiadłaś :D to byłoby takie wymowne :D ale rozumiem – szkoda ubrania:) na szczęście autobusy i tramwaje wspominam przyjaźnie:)

Acekiera
Gość
Acekiera

Aż trudno uwierzyć, na prawdę:( Taktujesz tę sytuację z dużym poczuciem humoru,- gratuluję! ja bym się bardzo zirytowała:/ juz sie zirytowałam samym czytaniem!
Ja nie narzekam, czy jadę sama z brzuchem czy z brzuchem i z moim hałaśliwym 2,5latkiem to jednak prawie zawsze ktoś mi ustępuje miejsca. Raz się nawet pokłóciłam na żarty ze starszym panem który NAKAZAŁ mi usiąść i nie gderać :D
A raz nam się trafiła pani obok której chcieliśmy usiąść i przywitała nas niemiłym ” uwaga na moje białe spodnie” :) ale w porównaniu z tekstem o cieście ot był pikuś :)

Magda
Gość
Magda

Uśmiałam się do łez :D :D :D

Agusiak
Gość
Agusiak

Ja na szczęście nie miałam tego typu sytuacji, ale to może dlatego że w ciąży chyba z 4 razy korzystałam z komunikacji miejskiej i albo autobus był prawie pusty, albo ktoś zawsze zaproponował mi miejsce. To samo w tramwaju. Ale autorka tekstu ma rację, że tu nawet nie tyle chodzi o wygodę co przede wszystkim o bezpieczeństwo. Kiedyś odmówiłam miejsca bo powiedziałam, że wygodniej mi stać. Kiedy opowiedziałam to mamie, to upomniała mnie, żebym zawsze siadała kiedy jest miejsce i taka możliwość, bo wiadomo jak jazda w środkach komunikacji wygląda. Gwałtowne hamowanie i wszyscy pasażerowie, łącznie ze mną i moim… Czytaj więcej »

divette
Gość
divette

w ciazy niechętnie jeździłam autobusami. do szkoły dojeżdżałam w sobote rano i wracałam wieczorewm. wsiadałam na poczatkowym przystanku więc nie było problemu. ale niestety nie chęsto się zdarzało, że w szczycie usiadłam. raz w „wyścigu” po mioejsce pewna „pani” tak mnie popchnęła, że udeżyłam brzucem o barierkę- zamarłam i popłakałam się… nikt tego nie widział. stałam całą drogę. teraz kiedy mam dziecko „na rękach”- jestem jak to napisała pewna przxyjaciółka „wózkowym talibem” i nie lubię takowych ;) prawie zawsze mogę usiąść. jestem bezczelna, głosno mówię o chamstwie i przeważnie to działa jeśli nikt nie zauważa mnie ;) teraz cześciej siadam… Czytaj więcej »

Paulina2209
Gość
Paulina2209

ja na szczęście w ciąży poruszałam się samochodem a ciasto mnie powaliło:)

Iwonaba85
Gość
Iwonaba85

na takie zachowanie ludzi to sama nie wiem czy płakać czy się śmiać
podobnie jest w przychodni gdzie ciężarne powinny być przyjmowane poza kolejnością ale to też trzeba się wykłócić

Paulina Korpus
Gość

Ja byłam przekonana w ciąży, ze ludzie będą łaskawsi dla mnie, ale grubo się myliłam. Mieszkam na wsi i jedyna komunikacja (jak się nie ma własnego samochodu) to prywatne busy. Jeździłam do miasta (30km- 30 min męczarni) tylko w potrzebie – przeważnie 2-3 razy w miesiącu- na zakupy i do lekarza. Ale przez całą ciążę tylko jeden raz ustąpiono mi miejsca! jeden raz! Ludzie jakby mojego brzucha nie widzieli i do szału mnie to doprowadzało jak widziałam małolaty które zajmowały pół busa! Nawet sugestie do nich nie docierały – niestety jestem osobą nieśmiałą i nie umiem żądać swoich praw. Tak… Czytaj więcej »

Monika190
Gość
Monika190

Z tym ustępowaniem miejsca niestety nie jest dobrze. Ja będąc w ciąży poruszałam się tylko autobusem i to dość często. Na palcach jednej ręki mogłabym wyliczyć ile os ustąpiło mi miejsca. Najbardziej utkwiło mi w pamięci jak wsiadłam do autobusu ok (8 mc – brzuch gigant), wszystkie miejsca zajęte, więc stoję. Autobus rusza, nikt mnie nie zauważa. Na miejscu dla inwalidów siedziała staruszka, taka babuleńka o kulach, kobieta cała się trzęsła, rozejrzała się i powiedziała do mnie, żebym usiadła, na początku nie dosłyszałam. Kobieta zaczęła wstawać z wielkim wysiłkiem, bólem – Ja spojrzałam na nią i powiedziałam, że w żadnym… Czytaj więcej »

Ikonka M
Gość
Ikonka M

Błagam, jak będziecie miały okazję usiądźcie na cieście i koniecznie opiszcie minę „paniusi” albo chociaz o bilet dla ciasta zapytajcie:D:D
U mnie nie było najgorzej, bo mimo, że dużo jeździłam komunikacją miejską, to nigdy nie były zatłoczone i jakieś miejsce było. Mnie bardziej denerwowały osoby palące na przystankach…

Beata Kowalczyk
Gość

Szok, no z ciastem to nie ma szans dyskutować;) Wiem po sobie,że często zdarzają się sytuacje gdzie nie koniecznie chcą zauważyć kobietę w ciąży i nie ma jakiejkolwiek pomocy z ich strony. Jest jeden sklep w którym gdy jest długa kolejka do mięsa obsługują mnie bez kolejki i na tym się kończy…w żadnym urzędzie nikt nie ma litości. Ostatnio gdy byłam się odhaczyć jako bezrobotna i zmieniły mi się dane adresowe, musiałam latać za urzędniczkom z pokoju do pokoju i przekazywać informacje, dodam,że byłam wtedy już w 7 miesiącu ciąży,Jakby sama nie mogła tego zrobić a mi pozwolić usiąść-wszędzie stałam… Czytaj więcej »

Agnieszka Fimiak
Gość

Mam to szczęście, że nie korzystam z miejskiej komunikacji i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tego z brzuszkiem :-)

Katarzyna Jaroszewicz
Gość

Będąc w ciąży (dwukrotnie) często korzystałam z komunikacji miejskiej. Z wielką przykrością stwierdzam, iż kobiety ok. 40-50 bardzo rzadko zauważały kobiety w ciąży lub matki z małymi dziećmi:( Z czago to wynika? Nie mam zielonego pojęcia. To właśnie mężczyźni i to dosyć często młodzi chłopcy wstawiali się za mami z brzuszkiem i z dzieckiem na ręku lub torowali drogę wózkom dziecięcym. Dzięki Panowie!

KAROLA
Gość
KAROLA

Cześć dziewczynki ja jestem obecnie w drugiej ciąży i znoszę ją gorzej ponieważ w takich miejscach jak autobus czy centrum handlowe to dla mnie wielkie wyzwanie.Robi mi się momentalnie ciemno przed oczami ,duszno i nic nie słyszę oprócz długiego pisku w uszach.I tak cały czas już 24tygodnie(koszmar) .Mam synka ,którego muszę odwozić do przedszkola i w ciągu 20minutowej trasy muszę wysiadać po drodze,bo czuję ,że zaraz zemdleję a jak to bywa u nas w państwie siatki na zakupy i gimnazjaliści męczą się najszybciej i muszą siedzieć więc nie ma szans na dobre wychowanie tylko na znieczulicę.Pozdrawia Wszystkie Czytelniczki

Iza Kasparek
Gość

chyba bym wzrokiem zabiła!!! boziu jakie bezmózgi chodzą po tym świecie. ale wiecie co owa Pani mam nadzieję przypomni sobie tą sytuacje jak sama będzie z 2 strony. punkt widzenia zależy od punktu siedzenia…

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close