Popływajmy po Warszawie

Popływajmy po Warszawie


Mirella

16 sierpnia 2013

Lubicie upały? Ja uwielbiam. Nie oszukuję, naprawdę lubię jak jest gorąco. Dlaczego? A w sumie nie wiem, lubię i już ;)

I tak oto w pewną upalną niedzielę uznaliśmy, że przydałby się nam odpoczynek nad wodą. Takie miłe niedzielne popołudnie. Pierwszą myślą było, że pójdziemy nad rzekę. Rzeka bezpieczna bo niezbyt głęboka, dziecko może się bawić, no ale właśnie – jest płytko. Nie popływamy. Zweryfikowaliśmy plany – jedziemy na basen!

Basenów odkrytych w Warszawie jest kilka, wybraliśmy ten, który znamy (to znaczy tak nam się wydawało, ale o tym za chwilę) czyli basen przy ul. Wał Miedzeszyński 407. Dla niewtajemniczonych – jest to basen na prawym brzegu Wisły, między mostem Poniatowskiego a mostem Łazienkowskim. Właściwie nie basen – baseny. Dwa baseny o wymiarach 15x50m. Dzięki temu nie ma tłoku. Jest naprawdę dużo miejsca do pływania i zabawy. Teren wokół basenów jest wystarczająco duży, aby pomieścili się wszyscy chętni –  w niedzielę, w środku dnia nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca. Z głodu też tam nie da się umrzeć, jest bufet z daniami ciepłymi, grill, z którego w każdej chwili można zjeść gorącą kiełbaskę, napoje ciepłe i zimne, lody. Co kto lubi. Jest i alkohol, do wyboru piwo lub wino, ale nie można go wnosić bezpośrednio nad basen. I co ciekawe, nie zauważyłam tam nikogo pijanego i w ogóle żadnego problemu związanego z faktem, że można kupić piwo nad basenem. Może akurat tam przychodzą ludzie odpowiedzialni. Jest też możliwość wypożyczenia leżaka, niestety nie wypożyczałam, więc ceny nie znam.

No ale żeby tak różowo nie było, basen ma zasadniczą wadę, nie ma miejsca do pluskania się dla dzieci. A pamiętałam, że kiedyś było, przecież kąpałam się w tych basenach 10 lat temu i na pewno za basenami był brodzik! Tak mi się wydawało, że w tych. Po dokładnym przewertowaniu internetu dowiedziałam się, że wcale nie w tych, tylko łudząco podobnych, położonych prawie po sąsiedzku, bo przy Wale Miedzeszyńskim 401. Niestety tamtych basenów już nie ma, po powodzi zostały zasypane (tak jestem pewna, czytałam o tym, widziałam zdjęcia, pomogło również zdjęcie satelitarne tego fragmentu Warszawy), miasto doszło do wniosku, że nie opłaca się ich remontować, szkoda. Na szczęście co nie opłaca się miastu opłaca się prywatnemu dzierżawcy i dzięki temu baseny przy Wale Miedzeszyńskim 407 są czynne. Jak Duśka podrośnie i nauczy się pływać na pewno tam wrócimy.

Bilet normalny kosztuje 15 zł, ulgowy 10zł, po godzinie 16.00 jest taniej, odpowiednio 8 i 5 złotych. Nie ma biletów rodzinnych. Jest to jedyny basen na jakim byłam w tym roku, gdzie po godzinie 16.00 jest taniej

Basen czynny jest w lipcu i sierpniu codziennie w godzinach 10.00 – 19.00

Kolejnym razem odwiedziliśmy basen w Parku Szczęśliwickim na Ochocie. Informacje wygrzebane w internecie zapewniały że są dwa baseny i brodzik dla dzieci. I to jak najbardziej prawda. Są dwa baseny, jeden do pływania i tam woda jest głęboka, drugi do pluskania się, z wodą mniej więcej do pasa. Wymiarów dokładnych nie znam, moim zdaniem głęboki basen ma wymiary 15×20 lub 15x25m, płytszy jest trochę większy. Brodzik dla szkrabów też jest. Całość jest w bardzo dobrym stanie, pewnie niedawno był jakiś generalny remont.

Pierwsze słowa jakie wypowiedziałam po wejściu na teren brzmiały: matko jaki tu tłok! A to była środa. W basenach głowa przy głowie, mało tego wszystkie krawędzie basenów zajęte przez siedzących, ciężko dopłynąć do brzegu bo nie ma się czego złapać. O miejsce na rozłożenie koca trzeba było się postarać, czyli dokładnie przeskanować trawniki w poszukiwaniu luki, no ale udało się. Dziecko pomysł zaakceptowało bo mogło samo wchodzić i wychodzić z brodzika w dowolnie wybranym momencie. Na plus trzeba zapisać huśtawki dla maluchów ustawione na miękkim tartanie, a może to nie tartan tylko co inne, grunt, że miękkie.

Na terenie basenu mamy bufet (nie wiem z czym, ale miał powodzenie więc chyba jest w porządku), przebieralnie, szafki na ubrania, oczywiście WC i natryski.

Obiekt w Parku Szczęśliwickim to idealne miejsce na pozbycie się kompleksów, siedziałam sobie z dzieckiem przy brodziku i podziwiałam cellulit na udach innych mam, widać taka nasza uroda, nie ja jedna go mam, nie ma się czym przejmować. Gdyby komuś tego było mało, to wdziałam tam młodą kobietę, miała góra trzydzieści lat, i daję Wam słowo, jej nogi nie wiedzą co to depilacja. Naprawdę moje powrastane pojedyncze włoski przy jej łydkach to pikuś.

Bilet normalny kosztuje 17zł, ulgowy 9zł, bilet rodzinny dla dwóch osób dorosłych i dziecka 35 złotych. Jest możliwość wynajęcia leżaka.

Basen czynny jest w sezonie letnim (nie wiem co to dokładnie znaczy) w godzinach 9.00 – 19.00 Kasa czynna jest do 18.50, nie wiem po co, bo o 18.45 ratownicy wyganiają z wody. Niech więc nikt nie pomyśli, że wpadnie na basen kwadrans przed zamknięciem i popływa na koniec dnia, nic z tego.

Tak przy okazji, chociaż może nie na temat, na basen musiałam dojechać Kolejami Mazowieckimi, niestety nie przyszło mi do głowy kupić biletów powrotnych. Kupowanie owych na Dworcu Zachodnim w Warszawie to prawdziwa droga przez mękę, czynna była tylko jedna kasa, biletomat nie działał, kasjerka z gatunku powolnych bo jej się nie spieszy, w dodatku nie wiem czemu udzielała informacji, bo wszędzie pełno tablic elektronicznych i wszystkiego można się dowiedzieć. No dobrze, teoretycznie można. Nie wiem czy tylko ja mam pecha, czy to norma, ale zawsze jak jestem na Dworcu Zachodnim tuż przed przyjazdem mojego pociągu dowiaduję się, że muszę zmienić peron. Jeśli pociąg się spóźnia jest szansa, że zmienię peron więcej niż raz. Z serca Wam radzę, jeśli wybieracie się na wycieczkę z dziećmi omijajcie ten dworzec, ja korzystam tylko jak naprawdę muszę a i tak zawsze znajdzie się powód by zakląć pod nosem.

Środowy tłok zniechęcił nas do szczęśliwickiego basenu, postanowiliśmy szukać dalej. Przypomnieliśmy sobie, że kiedyś chodziliśmy na basen przy ul. Inflanckiej 8. Było to jeszcze w czasach gdy mieszkaliśmy w Warszawie, akurat tam nam było najbliżej. Na stronie internetowej basenów można przeczytać, że znajdują się w dzielnicy Śródmieście, ja nie jestem tak do końca przekonana, moim zdaniem to bardziej Muranów niż stricte Śródmieście, ale nie będę się spierać.

I powiem Wam, że prawdę mówi przysłowie: do trzech razy sztuka! Basen przy Inflanckiej ma przede wszystkim ogromny, podzielony na trzy części (w każdej inna głębokość wody) brodzik dla dzieci.

Basen letni ma wymiary 18x12m i szczerze mówiąc nie wiem jaka tam jest głębokość, ale z tego co pamiętam nieduża, góra półtora metra. Ale pamiętajcie, że mogę się mylić ;) Piszę z tego co pamiętam, gdyż ostatni raz weszłam do tego basenu dobrych kilka lat temu. A czemu? A temu, że oprócz letnich basenów odkrytych, w cenie biletu mamy wstęp na basen kryty pod warunkiem, że założymy czepek. I z tego basenu korzystałam, bo lubię sobie po prostu popływać tam i z powrotem, bez uważania na grających w piłkę, skaczących z brzegu basenu, nurkujących pomiędzy pływającymi i stojącymi jako żywe przeszkody i długo by jeszcze wymieniać. Ja lubię po prostu pływać wzdłuż wyznaczonych torów.

Kryty basen (tak naprawdę kryty od 1977roku, wcześniej to był basen letni) jest olbrzymi, jego wymiary to 50x25m, mieści 10 torów do pływania, jest połączony z czymś w rodzaju brodzika czy niecki, o wymiarach 37x10m. Woda w płytszej części ma około metra głębokości, głębokości basenu nie znam, w przybliżeniu jest to od 1.50m do 1.80m. Przy krytym basenie jest jacuzzi, polecam ;)

Ale wróćmy nad basen odkryty, wszak o nim głównie jest mowa. Oprócz basenów, przyznaję, dla dorosłych dość skromny, dla dzieci full wypas, do dyspozycji mamy olbrzymi teren porośnięty trawą i drzewami owocowymi, sami wybieramy leżymy w słońcu czy w cieniu. Dzieci mają do dyspozycji sporo huśtawek, drabinek i nie wiem czego jeszcze. Nie jest to typowy plac zabaw, bo ten sprzęt jest nieco rozrzucony, ale z tego co zauważyłam jest go całkiem sporo. Jest też boisko do siatkówki, niezbyt duży bufet, wypożyczalnia leżaków i innych akcesoriów plażowych typu koła, badminton, czepki, leżaki i nie pamiętam co jeszcze, ale chyba więcej tego było. W szatni za symboliczną złotówkę można zostawić swoje rzeczy, co zdejmuje z głowy problem, kto pływa kto pilnuje dobytku.

Bilet normalny kosztuje 20zł, ulgowy 11, za bilet rodzinny zapłaciliśmy 40zł. Basen czynny jest w sezonie letnim w godzinach 9.30 – 19.00.

Na wszystkich basenach była duża zjeżdżalnia dla dorosłych, tylko na basenie przy Inflanckiej jest zjeżdżalnia dla dzieci.

Wiem, że jest więcej basenów w Warszawie, ja ich nie znam, może Wy znacie i podzielicie się spostrzeżeniami? A póki co, do zobaczenia przy Inflanckiej, w tej chwili to jest mój numer jeden!

 

Źródło zdjęcia: www.parkwodnymoczydlo.pl

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

[Video sponsorowane] Powiedz przyjacielowi

[Video sponsorowane] Powiedz przyjacielowi


Mirella

14 sierpnia 2013

Wiecie jak dzieci zdradzają sobie sekrety? Oczywiście na ucho! To bardzo dobry sposób na powiedzenie czegoś, o czym nie chcemy informować otoczenia. Może jest to niezbyt eleganckie, ale cóż, dzieci to dzieci.

Jest jeszcze jeden powód mówienia na ucho – o pewnych sprawach wstyd mówić głośno. Moim nieskromnym zdaniem, ogólnoświatowym wstydem jest, że 2,6 miliarda ludzi na świecie nie ma dostępu do bezpiecznych toalet. Innymi słowy, jak to się u nas mówi, chodzą „za stodołę”. Jak się łatwo domyśleć, po takiej wizycie nie myją rąk… Codziennie 2000 dzieci na świecie umiera z powodu biegunki.

Jak się czegoś nie zna, to się nie odczuwa braku. Myślę, że ludzie, którzy nie mają dostępu do toalet nie zastanawiają się na co dzień czy to problem czy nie. Robią to samo co robili ich ojcowie i dziadkowie, tego samego uczą swoje dzieci. Tak oczywista dla nas rzecz jak umycie rąk po wyjściu z ubikacji w krajach trzeciego świata może być postrzegana jako „fanaberia bogaczy”. Dlatego właśnie powstał program Społeczne Podejście do Totalnej Sanitaryzacji. Chodzi nie tylko po to, by dać ludziom bezpieczne toalety, ale sprawić, by zrozumieli dlaczego korzystanie z nich jest dla nich ważne i dobre.

W tym celu Domestos, Fundacja Unilever oraz UNICEF wspólnie wspierają wyżej wspomniany program. Jeżeli zobaczycie specjalnie oznakowaną butelkę Domestosa kupcie ją, w ten sposób i Wy pomożecie ludziom, którzy wciąż jeszcze żyją w warunkach urągających ludzkiej godności. ONZ uznał dostęp do podstawowej sanitaryzacji i higieny osobistej za podstawowe prawo człowieka. Niestety w wielu miejscach na świecie ciężko to prawo wyegzekwować, bo od kogo?

Obejrzyjcie materiał video, zobaczcie  sympatyczne dzieciaki, które  przekazują sobie z ust do ust „dorosłą plotkę”. Przeczytajcie to wszystko, co jest napisane drobnym drukiem, to ważne wiadomości, nie uciekajcie przed tą wiedzą, zamknięcie oczu i uszu nie spowoduje, że problem zniknie.

Jeżeli chcecie wiedzieć więcej o akcji połączonych sił Domestosa i UNICEF zapraszamy na stronę Akcji UNICEF & Domestos.

Zapytacie czy to ma sens? Odpowiem: tak ma, bo program działa w 50 krajach na świecie i pomógł już 1,3 milionom ludzi w uzyskaniu dostępu do bezpiecznej toalety. Uczniowie w Nikaragui, Sudanie i Ghanie już cieszą się z dostępu do czystej wody, poprawionej sanitaryzacji oraz polepszonej higieny. Warto?

Ten post jest sponsorowany przez Domestos, ale zawarta treść jest mojego autorstwa.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Park Krasnala w Nowej Soli czyli dawno, dawno temu….

Park Krasnala w Nowej Soli czyli dawno, dawno temu….


(nie)Magda(lena)

11 sierpnia 2013

Jeśli będziecie w pobliżu Nowej Soli, musicie koniecznie odwiedzić bajkowy Park Krasnala. Jest to miejsce w którym każdy znajdzie coś dla siebie – ja jestem w nim zakochana i wiem, że będziemy tam częstymi gośćmi.

Przy wejściu witają nas dwa Krasnale – Soluś i jego żona Lusia, ale to nie są zwykłe krasnoludki – to dwie gigantyczne figury mierzące blisko 5,5 m wysokości. Soluś (jako ten pierwszy, który stanął dumnie w parku) w 2009 r otrzymał tytuł „Największego Krasnala Na Świecie”, trafiając tym samym do Księgi Rekordów Guinessa. Nie jest on tam największą postacią – niedźwiedź Gryzzli również pobił rekord świata za swoje 7,14 m wysokości.

Park1

Park jest bardzo malowniczy, pełno tam zieleni i kwiatów, spomiędzy których wyłaniają się figury afrykańskich zwierząt. Prawdziwa lekcja przyrody! Jest tam min. stado słoni, żyraf, koni, są kangury, hipopotam, wielbłąd, niedźwiedzie – czyli wszystko to co chcielibyśmy zobaczyć w prawdziwym ZOO. I nawet jeśli znamy je tylko z nazwy, możemy poszerzyć swoją wiedzę dzięki tablicom informacyjnym, zawierającym najważniejsze ciekawostki.

Park2

A jeśli ktoś chciałby przenieść się do prehistorii – żaden problem! W parku znajdują się też dinozaury jak w prawdziwym Jurassic Park’u. Jeden z nich, T-Rex (Animatronic T-rex dinosaur) wyróżnia się nie tylko swoją wielkością, ale i tym, że porusza się i wydaje mrożące krew w żyłach odgłosy, sprawdzając odwagę odwiedzających.

park3

Park ma jeszcze jeden ciekawy zakątek – zwierzyniec. Są tam prawdziwe kucyki, białe pawie i inne ptaki oraz jelonki i kozy, które można karmić specjalną paszą. Oczywiście nie mogliśmy nie skorzystać z takiej możliwości!

W parku wygospodarowane zostały miejsca do odpoczynku, a gdy siły wrócą można do woli szaleć na placach zabaw, schować się w sporych szałasach lub zasiąść przed sceną podczas animacji dla dzieci – my trafiliśmy na polskie bajki i wiersze.

Park4

Jeśli potrzebujemy zabrać ze sobą wózek dziecięcy to bez problemu można się nim poruszać po alejkach parku. Niestety, jak to bywa na placach zabaw – poruszanie się po nich jest utrudnione przez żwirowe podłoże, które w razie deszczu odciąga nadmiar wilgoci. Problemem okazują się również schody prowadzące do sali zabaw i lodziarni. Oczywiście jest wejście z drugiej strony bez schodów, ale było zamknięte.

To co chyba ucieszy każdego rodzica – wejście i powyższe atrakcje są bezpłatne (również toalety, niestety nie zauważyłam nigdzie miejsca do przewijania), jedynie jeśli ktoś ma chęć nakarmienia zwierzaków musi kupić porcję paszy za symboliczną złotówkę. „Krasnale” oferują też inne (już odpłatne) atrakcje – salę zabaw (8-10zł  godz za jedną osobę w zależności od dnia tygodnia), mini park rozrywki (koszt zabawy od 2 zł), dmuchane zamki, kolejkę dla mniejszych dzieci (każda akrtakcja dodatkowe 5zł za dziecko), punkty gastronomiczne, sklepiki.

Do Parku Krasnala mamy 40 km i pokonamy je bez wątpienia nie raz – nie wiem kto bardziej był zachwycony, nasza córka czy my! Mam nadzieję, że odwiedzicie kiedyś Solusia i jego żonę, bo warto i nie zawaham się stwierdzić, że nie znajdziecie drugiego takiego miejsca w Polsce!

Zdjęcia: (nie)Magda(lena)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Jak dobrze mieć sąsiada…? – odcinek szpitalny

Jak dobrze mieć sąsiada…? – odcinek szpitalny


Żaklina Kańczucka

8 sierpnia 2013

Zostałam ponad tydzień temu zesłana przez mojego ginekologa na przymusowy „wypoczynek” w szpitalu. Ani o to nie prosiłam, ani o tym nie marzyłam, ale stało się, ciąża zagrożona przedwczesnym porodem, więc chciałam nie chciałam, spakowałam się i zgłosiłam na oddział ginekologii i patologii ciąży. Nawet przez myśl mi nie przeszło, z kim będę miała przyjemność dzielić salę szpitalną, zresztą byłam pewna, że po weekendzie wrócę do domu. Niestety rozczarowałam się niemile informacją, że spędzę tu najpewniej 3-4 tygodnie.

Zakwaterowano mnie w dwuosobowej sali, gdzie rozgościła się już pacjentka. Okazało się że Ania – dziewczyna w moim wieku, była wyjątkowo sympatyczną i miłą kompanką, z którą czas szybko uciekał. Zgrzeszyłabym narzekając na Jej towarzystwo – nagadałyśmy się za wszystkie czasy, pośmiałyśmy, jakbyśmy się znały od dawna. Anię wypisano do domu po 4 dniach, wymieniłyśmy się numerami telefonów z postanowieniem, że jeśli będziemy „gdzieś w pobliżu” umówimy się na spotkanie przy kawie. Niestety do tej pory Ania była jedyną tak miłą towarzyszką niedoli.

Przeniesiono mnie do innej sali już zajętej przez młodą dziewczynę, która na dniach spodziewała się narodzin dziecka. Nie zawiodła mnie intuicja, która cichaczem podpowiadała, że nie ma szans na powtórkę z dni poprzednich. Nie mam nic przeciwko nieletnim matkom, ale jej zachowanie chwilami było żenujące. Uogólniając – stek bzdur młodzieżowych, czyli dziwny momentami tok myślenia, mogłam wałkować do oporu, bo nieletnia wraz z koleżankami ze szczegółami opisywały swoje problemy, których ja nie chciałam a jednak musiałam słuchać.

Zmęczyło mnie to okrutnie, ale głupio było mi cokolwiek powiedzieć. Bo niby co? Żeby trochę dyskretniej rozmawiały? Albo nie wpadały całą watahą do naszej sali? Bez sensu skoro sala wspólna więc nikt podobnych wizyt zabronić nie może. W tym czasie bardzo dużo spałam, bo inaczej trudno było mi się odciąć od tego towarzystwa, a niestety  wstawać z łóżka nie mogę.

Kolejna sprawa to przejście w łazience, która przeznaczona jest dla dwóch sal. Dziewczyny bez pardonu wpadały do sali przez łazienkę, i nieistotne czy był to środek dnia czy może 22. Bez „dzień dobry”, bez pukania, po prostu wychylały głowę i padało sakramentalne „idziesz (na fajkę – jak się okazało później – ciężarne!!!!)?” Ale ok, dało się przeżyć.

Inną bajką było walenie w ścianę z pięści po trzykroć, co jak się domyśliłam miało oznaczać „jesteś?” Chwilę później ściana odpukiwała z drugiej strony. Takie tam nowoczesne metody komunikacji. Przynajmniej na smsach oszczędziły. Nie licząc wulgarnego języka koleżanek, to chyba wszystko co przez kolejne dni wyprowadzało mnie z równowagi. I szczerze mówiąc odczułam ulgę, że zabrali dziewczynę na wywołanie, bo i schadzki sąsiedzkie się skończyły.

W ostatnich dniach miałam też dwie bardziej ucywilizowane towarzyszki, bo czymże były ich wiecznie brzęczące telefony namiętnie przerywające mój sen, do poprzedniego hałasu i zamieszania? Niczym specjalnym. Włosów z głowy nie rwałam, ale gdy obie Panie zabrano do porodu, a ja zostałam na sali sama, zwyczajnie się ucieszyłam. I dopiero teraz mam czas coś napisać, coś poczytać, o czymś pomyśleć, bez nieustającego brzęczenia z boku.

Może trochę marudzę, bo mam świadomość że szpital to nie hotel i nie powinnam oczekiwać Bóg wie czego, ale elementarne podstawy kultury należy zachować. To przecież niewiele kosztuje, a trzeba wziąć pod uwagę, że nie każda pacjentka ma ochotę czynnie uczestniczyć w wytworzonym tu „życiu towarzyskim”, czasem z braku sił, a czasem z powodu usposobienia i charakteru. Obecnie weekend spędzam „samotnie” i odpoczywam, ładując akumulator, a w perspektywie kolejnych tygodni wcale nie jest mi już obojętne, kogo przywieje mi los do szpitalnego towarzystwa.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. ja nie mogłam porozmawiać ze swoją sąsiadką z sali gdyż nie mówiła po polsku nie miała też zbyt dużej ilości gości więc początkowo się nudziłam ale długo to nie trwało bo za to noce miałam ciekawe – okropnie chrapała! więc kolejne dni minęły mi na odsypianiu nocek :/

    1. Żaklina Kańczucka

      Mi trafiła się do kompletu Pani która mówiła w większości po niemiecku, a u nas spędzała wakacje. Akurat jej towarzystwo wyszło mi na dobre, bo podciągnęłam własne umiejętności w niemieckim :)

  2. miałam przyjemność być również na patologi ciąży – z tym że ja byłam na sali 4 -osobowej ( 2 razy ok 30 tyg ciąży i dzień przed porodem) i nawet dość pozytywnie wspominam – pierwszy raz dużo spałam bo generalnie bardzo źle się czułam- jednak towarzystwo miałam b. fajne – choć ostatniego dnia polożono do nas dziewczynę u ktorej wywoływano poród i biedna okropnie cierpiała – i jeszcze wszystkie borykałyśmy się z poważną komplikacją jednej z dziewczyn – wszyscy chcieli aby było jak najlepiej dla niej i maluszeczka w brzuszku jednak nic na to nie wskazywało – ten 1 pobyt był bardzo emocjnujący :( 2 raz to ja byłam 1 dzień przed cc – ale towarzystwo było bardzo fajne – 1 młodziutka mama ale bardzo spokojna. pozdrawiam cieplutko i życzę dużo dużo spokoju i tylko dobrego towarzystwa )))

  3. Agnieszka Detyna

    Współczuję pobytu w szpitali… Wiem jakie to dołujące potrafi być. W pierwsze ciąży przeleżałam 3 tygodnie na patologii ciąży zanim Milcia pojawiła się na świecie. Na sąsiadki z sali raczej nie narzekałam – najbardziej dokuczało mi ciągłe przenoszenie między salami w zależności od tego ile pacjentek było na oddziale :| Trzymam kciuki za miłe towarzystwo i cierpliwe wytrwanie do bezpiecznego terminu porodu :)

    1. Żaklina Kańczucka

      Fakt, przeprowadzki z sali do sali są lekko wkurzające, a czasem i co dwa dni zmiana ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku