Gorączka u dziecka. Jak sobie z nią skutecznie poradzić?

Gorączka u dziecka. Jak sobie z nią skutecznie poradzić?


Żaklina Kańczucka

9 sierpnia 2018

Urok małych dzieci polega na tym, że potrafią nas zaskoczyć różnymi rzeczami w najmniej odpowiednim momencie. Np. gorączką. Jednego dnia wszystko dobrze, kładą się spać, a w nocy impreza do białego rana – gorączka to niełatwy przeciwnik.

Sama dobrze wiem, że dzieciaki różnie sobie radzą z wysoką temperaturą ciała. Jedne (np. mój Wojtek) nie gorączkują wcale, a inne (u mnie Bartek i Olek) “piłują” ostro pod 41 stopni. Tak jest też teraz – przerabiam z niespełna dwuletnim Aleksandrem gorączkę i męczymy się, bo moje dzieci bywają oporne na działanie leków przeciwgorączkowych. Tzn. temperatura spada, ale szału nie ma – np. z 40 stopni na 38,5.  W dzień jest nam łatwiej, temperatura jest bardziej znośna, ale noce są paskudne i temperatura wędruje wyżej i trudniej ją zbić. Taka ich uroda.

Kiedy zaczyna się maraton gorączkowania, najczęściej wynikający z działania wirusów, już wiem, że przez kolejny tydzień oczu nie zmrużę. Ale ok, nie chcę marudzić, za to podzielę się arsenałem wypróbowanych środków zaradczych na gorączkę u dziecka.

Sposoby na obniżenie gorączki u dziecka:

    1. Leki przeciwgorączkowe

Dzieciom, nawet niemowlętom, można podawać dwa różne leki przeciwgorączkowe – ibuprofen i paracetamol. Leki mogą mieć różne nazwy handlowe, ale i tak należy zwracać uwagę na zawartą w nich substancję czynną. Paracetamol i ibuprofen można podawać niezależnie od siebie, stosując się do zaleceń z ulotki. Ja podaję naprzemiennie oba, żeby nie przekraczać dobowych dawek każdej z tych substancji czynnych. W apteczce mam te leki, w dwóch różnych postaciach (doustnej i doodbytniczej). Wg moich obserwacji, czopki doodbytnicze działają szybciej i skuteczniej.

  1. Okłady

Gdy już wiadomo, że jest kiepsko, a leki działają tak sobie, robię dzieciom okłady. Moczę czystą ściereczkę z mikrofibry w zimnej wodzie i okładam czoło, pachwiny i wnętrze nadgarstka, bo tu znajdują się naczynia krwionośne, którymi ochoczo popłynie w głąb organizmu wychłodzona krew. Koleżanka zdradziła mi inny sposób, żeby dziecko nie odczuwało takiego dyskomfortu, przykładam do ciała chusteczki nawilżane. Są chłodne, dobrze absorbują ciepło ciała i nic z nich nie ścieka. Jedyny minus – szybko się nagrzewają i często trzeba je wymieniać. A niektóre (zależy od firmy) mogą zostawiać lekko klejący się film na skórze.

  1. Chłodząca kąpiel

Tego z kolei ja nie lubię, bo trudno nakłonić dziecko z 40 stopniami gorączki na “relaks” w wannie o 3 nad ranem. Woda powinna być kilka stopni niższa, niż temperatura ciała dziecka. Ja robię to na czuja, tak, by dziecko czuło się komfortowo. Woda nie może być zimna, bo to prosta droga do szoku termicznego. Pozwalam się chłopcom taplać w wodzie kilkanaście minut, aż gorączka nie spadnie. Nie zdarzyło się, by chłodząca kąpiel nie zadziałała. Jej minus? Trudno nakłonić dziecko do spania po zabawach w wannie :P Wiele mam obawia się, że chłodniejsza kąpiel może przeziębić dziecko, ale szczerze powiem, że nigdy mi się to nie zdarzyło.

  1. Przepajanie dziecka

Gorączkujące dziecko musi mieć stale wodę lub inny napój do picia. Podczas gorączki malec się poci, co w wyjątkowych sytuacjach może doprowadzić nawet do odwodnienia. Szczególnie, gdy dużo płacze. Na początku pilnuję, by woda była pod ręką, a mniej więcej w trzeciej dobie, jeśli gorączka się przedłuża, sięgam po elektrolity z apteki, żeby uzupełnić to, co uciekło z organizmu wraz z potem.

  1. Nieprzegrzewanie dziecka

Nie nakrywam dzieci kołdrą po czubek nosa przy gorączce. Dbam o to, by miały na sobie lekkie piżamki z oddychających materiałów, a temperatura w pokoju nie była zbyt wysoka. Obowiązkowo wietrzę pokój przed snem.

Kiedy do lekarza? *

Pamiętajcie, że o gorączce mówimy, gdy temperatura ciała przekracza 38 stopni Celsjusza (38,5 – w odbycie). Nie ma sensu stosowanie powyższych środków w stwierdzonym stanie podgorączkowym. Ale jest kilka kryteriów, które świadczą o tym, że nie tylko leki, ale i wizyta u lekarza staje się koniecznością.

Jednym z czynników decydujących o konieczności wizyty u lekarza jest wiek dziecka. Każdego gorączkującego noworodka i małe niemowlę (poniżej 3. m. ż.) powinien obejrzeć lekarz. Jeżeli temperatura ciała niemowlęcia między 3. a 6. miesiącem życia przekracza 38,5, to również konieczna jest konsultacja lekarska.

U dzieci powyżej 6. miesiąca życia, dotychczas zdrowych, można początkowo (3–5 dni) ograniczyć się do podawania leków przeciwgorączkowych (w odpowiedniej dawce) i obserwacji, pod warunkiem, że zachowanie, wygląd, sposób oddychania, łaknienie nie budzą naszego niepokoju. U każdego gorączkującego dziecka należy wykonać badanie ogólne moczu. Gorączka może być jedynym objawem zakażenia układu moczowego, a jest to stan, który wymaga zastosowania odpowiedniego leczenia (antybiotykoterapii).

Odrębną grupę stanowią dzieci z chorobami przewlekłymi, hospitalizowane lub leczone antybiotykiem w okresie poprzedzającym gorączkę. U tych dzieci badanie lekarskie powinno odbyć się wcześniej. Podobnie należy postąpić z dziećmi, u których pojawią się jakiekolwiek niepokojące objawy (wymioty, zmiana wyglądu, zachowania, sposobu oddychania dziecka lub inne, które zaniepokoją rodziców).

Jeżeli czas trwania gorączki przekracza 5 dni lub nie ma reakcji na podawane leki przeciwgorączkowe, należy zgłosić się do lekarza, nawet jeżeli stan dziecka nie budzi niepokoju.

 

* źródło: mp.pl

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Czekoladowe muffiny z nadzieniem serowym – palce lizać

Czekoladowe muffiny z nadzieniem serowym – palce lizać


Fizinka

8 sierpnia 2018

Czekoladowe muffiny – niby nic specjalnego, a jednak… Są lekkie, delikatne i mięciutkie. Nie za słodkie, nie za gorzkie (choć to zależy od dobranych proporcji ;-)) A dodatek twarogu sprawia, że są nie tylko ciekawą odmianą klasycznych babeczek z owocami czy kremami, lecz smakują również wyśmienicie. 

Uwielbiam piec muffiny. Po pierwsze dlatego, że ich przygotowanie jest banalne i nie wymaga specjalnych umiejętności (z powodzeniem mogą je robić dzieci), ani poświęcenia dużej porcji czasu. Po drugie wiele (bazowych) przepisów ma tak prosty skład, że raczej zawsze mam wszystko w domu, pod ręką i nie muszę biec do sklepu z pełną listą zakupów, zanim wezmę się do pracy. A po trzecie muffiny zawsze się udają – no, chyba że nie wyłączy się piekarnika, gdy zasygnalizuje koniec czasu i zostawi tam babeczki na całą noc. Wtedy raczej przybiorą postać węgla, niż słodkiego wypieku – wiem z doświadczenia, zaufajcie mi zatem i nie sprawdzajcie, czy to prawda ;-)

Reasumując, w mojej rodzinie muffiny są zawsze mile widziane i chętnie konsumowane. Dzieciaki często o nie zagadują – obowiązkowo lądują co roku na urodzinowym stole Jasia, który zawsze na pytanie, co mu zaserwować, odpowiada – „Babeczki!!” ;-)  

Tak więc pieczemy babeczki stosunkowo często, zarówno ze starych, sprawdzonych już przepisów, jak i nowych. I właśnie całkiem niedawno odkryliśmy ciekawe połączenie czekoladowej babeczki z serowym nadzieniem. Pomysł zrodził się w zasadzie przez przypadek (trzeba było wykorzystać ser, który został przygotowany dzień wcześniej do naleśników), a wyszło wyśmienicie – Jasiek uwielbia!

Może i Wam przypadnie do gustu… ? ;-)

Składniki:
– 200 g mąki pszennej,
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
–  3 łyżki kakao,
– 150 – 200 g cukru,
– 2 jajka,
– 120 ml mleka,
– 110 ml oleju,
– 80 ml jogurtu naturalnego.

Dodatkowo:
Kilka kostek posiekanej czekolady mlecznej lub gorzkiej (pamiętaj, że w zależności od tego, jakiej czekolady użyjesz, może być konieczne dodanie lub zmniejszenie porcji cukru).

Nadzienie:
– około 250 g twarogu,
– 1 żółtko,
– 1 opakowanie cukru wanilinowego,
– 3 łyżki cukru lub miodu (bądź do smaku),
– opcjonalnie 1-2 łyżki jogurtu naturalnego lub kwaśnej śmietany.

Przygotowanie:

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej, dlatego wyciągam je i w międzyczasie przygotowuję nadzienie serowe. W tym celu miksuję ze sobą twaróg, żółtko i cukier na gładką masę. Odstawiam na bok i biorę się za szykowanie ciasta na muffiny.

Tak więc tradycyjnie składniki suche (oprócz cukru) przesiewam do jednej miski i mieszam, mokre wraz z cukrem wrzucam do drugiej i również mieszam trzepaczką, do połączenia się składników.

Siekam czekoladę.

Łączę zawartość obu misek, dodaję czekoladę i  mieszam całość. Przekładam do foremek, wypełniam je mniej więcej do ¾ wysokości, a na wierzch wykładam masę serową – lekko ją wciskając do środka.

Nagrzewam piekarnik do 170 stopni i piekę babeczki przez około 25 minut.

Finito :-)

Smacznego!



 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

7 domowych sposobów na niestrawność

7 domowych sposobów na niestrawność


MamaDobraRada

6 sierpnia 2018

Niestrawność jest przypadłością częstą i chyba nie ma osoby, która kilka razy nie miałaby z nią wątpliwej przyjemności. Najczęściej dopada nas po ciężkostrawnych lub zbyt obfitych posiłkach. Niestrawność bywa szczególnie kłopotliwa, gdy układ pokarmowy należy do tych bardziej wrażliwych lub istnieją jakieś choroby.

Jeśli taka sytuacja pojawia się jedynie od czasu do czasu, nie powinna martwić. Natomiast gdy problemy z trawieniem stają się notoryczne, należy skonsultować się z lekarzem. Zwykłe niestrawność powoduje nieprzyjemne objawy, które odnoszą się nie tylko do żołądka, ale całego układu pokarmowego: zaparcia, zgaga, wzdęcia, nudności, czkawka, odbijanie.

Można sobie poradzić z problemami sięgając po specyfiki z apteki, ale równie dobrze sprawdzą się naturalne środki, które każdy z nas ma w swojej kuchni.

  1. Ciepła woda

Ciepła woda popijana co jakiś czas  małymi łykami może pomóc przy niestrawności. Jest neutralna dla żołądka, poprawia trawienie oraz pomaga w wydaleniu zalegających resztek z jelit. Łagodzi skurcze jelit i może wpłynąć na zniesienie dolegliwości bólowych.

  1. Herbatki ziołowe

Herbatki ziołowe, takie jak na przykład z mięty, imbiru, kminku, kopru włoskiego, są od dawna znanym i często stosowanym naturalnym środkiem na złagodzenie dolegliwości trawiennych. Napary z ziół  działają rozkurczowo i wspierają pracę układu pokarmowego.

  1. Soda oczyszczona

Soda oczyszczona neutralizuje kwasy żołądkowe, ma także działanie wiatropędne. Łyżeczkę sody należy rozpuścić w szklance wody i wypić. U niektórych osób soda może wzmagać wytwarzanie gazów w żołądku, dobrze więc dodać do niej kilka kropel soku z cytryny, by uniknąć tego problemu.

  1. Ocet jabłkowy

Łyżeczkę octu jabłkowego wymieszaj z połową szklanki wody. Ten sposób sprawdzi się tuż po ciężkostrawnym posiłku.

  1. Dieta

W przypadku niestrawności należy przejść na dietę lekkostrawną, z wykluczeniem potraw smażonych i duszonych. Lekkie posiłki na parze, a nawet i jednodniowy post pomogą wrócić układowi trawiennemu do formy. W przypadku, gdy układ pokarmowy jest delikatny i niestrawność dokucza często, należy zrezygnować z alkoholu, napojów gazowanych, ciężkostrawnych dań.

  1. Spokojne jedzenie

Szybkie połykanie kawałków jedzenia, gdy nam się spieszy, jest zabójcze dla układu pokarmowego. W chwili, gdy zaczynamy dobrze rozgryzać pożywienie,  rozpoczyna się pierwszy etap trawienia. Jeśli jedzenie połykamy szybko, ten etap jest pominięty i układ pokarmowy ma trudniejsze zadanie do wykonania.

  1. Ruch

Akurat przy niestrawności  nie ma ochoty na ruch, ale to jest dobra rada na przyszłość.  Aktywność fizyczna wpływa doskonale na układ pokarmowy, wspiera lepsze trawienie i   przeciwdziała zaparciom. Zdrowe ciało i sprawny układ pokarmowy oddalą wizję niestrawności.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. milena Kaminska

    Na zgage dobre jest zimne mleko, na dolegliwości żoładkowe skoczek, orzech, mięta lub siemie lnianie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Parawaning nad Bałtykiem. Polacy-Cebulacy, czy smutna konieczność?

Parawaning nad Bałtykiem. Polacy-Cebulacy, czy smutna konieczność?


Mirella

3 sierpnia 2018

Temat parawanów na plaży to dyżurny temat w sezonie ogórkowym. Ja co prawda na brak weny nie cierpię, ale temat mnie bawi na tyle, że chętnie się wypowiem. Tym bardziej że właśnie wróciłam znad Bałtyku, gdzie wszystko widziałam na własne oczy.

Zwolennicy parawanów mówią o zabezpieczeniu przed wiatrem i piachem, przeciwnicy o zasłanianiu widoku. Są jeszcze teorie mówiące o prywatności na plaży, co moim zdaniem można między bajki włożyć. Na publicznej, gęsto zaludnionej plaży, prywatności nie ma. I szmata wysoka na metr na pewno jej nie zagwarantuje. Jak ktoś takowej pragnie, to niech jedzie szukać jezior mazurskich w jakiejś niedostępnej głuszy. Znam takie miejsce, ale go Wam nie podam, bo jeszcze mi tam tłok zrobicie :P

Zadaniem parawanu jest ochrona przed wiatrem. Tego nikt nie kwestionuje. Ja też nie. Wiatr nad Bałtykiem potrafi być zimny nawet w ciepły dzień, dlatego ten parawan jest jakby niezbędny. To także zabezpieczenie przed niesionym przez wiatr piaskiem. No innymi słowy, nie da się bez parawanu.

W słoneczny, bezwietrzny dzień parawan nie jest potrzebny. Ba, on nawet przeszkadza, bo wtedy na kocu można się dosłownie ugotować. Niemniej jednak…

​Próbowałam nie używać parawanu, bo przecież jest ciepło. Efekt? Dzieci i dorośli biegający w klapkach (kto normalny biega po plaży w klapkach??) skutecznie zasypywali nas piachem, dwóch wyrostków na oko nastoletnich uznało, że nasz koc będzie najlepszy, by się wokół niego ganiać. No tak dwa na dwa metry, idealny, czyż nie? Ale wisienką na torcie byli posiadacze koca obok. Tatuś z synkiem na oko ośmioletnim, zaczęli wierzgać nogami niczym w wannie z wodą, przy okazji usypując na naszym kocu górę piachu i całkowicie zasypując moje spodenki. Szczęście, że nie miałam w nich zegarka ani telefonu. Na moją uwagę, że zabawa zabawą, ale to już chyba przesada, tylko wzruszyli ramionami. Serio, serio, żadnego przepraszam, nic. A rozumieli, co mówię, bo wcześniej słyszałam ojczystą mowę z ich ust. No, chyba że poziom umysłowy u nich mocno odbiegał od normy, wtedy faktycznie mogli nie rozumieć. Decyzja podjęła się sama – rozkładamy parawan. Okazało się, że parawan nad polskim morzem chroni nie tylko przed piachem i wiatrem, także przed głupotą. Nie ugotowaliśmy się tylko dlatego, że dolna krawędź parawanu zatrzymała się około 10 cm przed piachem.

W Gdyni nie spotkałam się z czymś takim jak grodzenie połowy plaży. Nikt tam nie ma takich głupich pomysłów i szczerze mówiąc, myślałam, że te opowieści, które czytam w necie, są mocno przesadzone. Przejrzałam na oczy we Władysławowie. Tam faktycznie parawany odgradzają fragmenty plaży wielkości pokoju, jaki udało się nam wynająć. I ja się nie dziwię, jak odgradzają mniej, to jest zwyczajnie duszno. Niemniej jednak takiego parawaningu nie pochwalam. Plaża jest dla wszystkich, a koc leżak i dmuchańce da się zmieścić na niedużej powierzchni, nie trzeba rezerwować pola golfowego na plaży.

We Władysławowie spotkała mnie jeszcze jedna dziwna rzecz. Znalazłam dla nas miejsce blisko wody, dosyć duże, tak ze trzy metry szerokości. No idealne. Zaczęliśmy rozkładać koc. Przyszła jakaś paniusia i oświadczyła, że tu nie możemy się rozkładać, bo tu jest przejście i ona spod wydm musi mieć jak dojść. Metr, który zostawiliśmy z jednej strony koca, to dla niej za mało… no ludzie kochani! Ja wszystko rozumiem, ale może bez przesady z tym zawłaszczaniem publicznej plaży? To chyba nagminna procedura stosowana we Władysławowie, bo zaraz potem przyszli inni ludzie, którzy chcieli położyć się tak na skos przed nami i zapytali, czy tu czasem nie ma przejścia, bo z innego miejsca ich przegonili. Powiedziałam im, że to publiczna plaża. Tak dla ścisłości. Akurat tego dnia były sinice i frekwencja na plaży była żadna. Między kocami i parawanami można było nie tylko swobodnie chodzić, ale nawet biegać.

I tylko tak się zastanawiam, naprawdę po to moi rodacy jeżdżą nad morze, żeby się bić o miejsce na plaży? Ja do rannych ptaszków nie należę, ale nawet na małej i ciasnej plaży w Gdyni nigdy nie miałam problemu ze znalezieniem miejsca blisko wody. A potrafiłam przyjść na plażę w południe, kiedy teoretycznie się szpilki nie wetknie. Problem nie leży w braku miejsc na plaży, problem leży w ludzkiej mentalności. Ja Kargul, ty Pawlak, a tu stoi płot. To moje, to twoje i nie waż się miedzy przekroczyć. W sumie naprawdę mnie to bawi.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. milena Kaminska

    Ja parawan rozkladam bo nie nawidze ludzi którzy widzą tylko swój czubek nosa nie patrzą na innych i biegając sypią mi piach na twarz. Potrafią także przejść brudnymi nogami po kocu i zero przepraszam.

  2. Wioleta Świerczynska

    Ja parawan też rozkładam i do tego parasol.Robię to z innego powodu -nie mogę zbyt długo być na słońcu, a ciężko na plaży o cień.

  3. Ja nie rozkładam parawanu za to namiot plażowy. Nie mogę się opalać ale dzieci uwielbiają zabawę w morzu. Ja się skrywam przed słońcem w namiocie a one szaleją.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku