Ja nie narzekam. Ja oczekuję!


– Wy młodzi to tylko narzekać potraficie. Na wszystko narzekacie. A wy przecież macie dobrze, wy nie wiecie, co to bieda. Co innego ja, która za komuny musiałam dzieci wychowywać. Myśmy proszę pani, nie mieli nic i musieliśmy sobie radzić!

Tyle się człowiek pociągami najeździł i jeszcze nie nauczył, że lepiej słuchawki w uszy wsadzić, niż ze starszym pokoleniem w rozmowę się wdawać. Ehhh, czy ja kiedyś zmądrzeję?

– Wy jak dzieci rodzicie, to możecie robić, co chcecie, do samego końca chodzić, nikt wam nawet rodzić na łóżku nie każe! A ja to co? Ja proszę pani, to leżeć musiałam! Tyle godzin! Łóżko takie wysokie było, bałam się, że spadnę i co? I mnie przywiązali, proszę pani i do końca tak leżałam!

No dobra, ale czy to kurcze moja wina, że kiedyś na porodówkach było gorzej niż w rzeźni? Nie. Nie moja. Tak było i dobrze, że nie jest. Ale czy to znaczy, że jest idealnie? Nie. Do ideału to nam jeszcze daleko. I naprawdę mam nadzieję, że kiedy przyjdzie pora na Duśkę, to w standardzie będzie znieczulenie na życzenie. A kiedy moja wnuczka pójdzie rodzić mi prawnuki, to może oprócz znieczulenia dostanie w pakiecie lekarza i położną, którzy będą z nią do samego końca porodu, a nie tylko do końca zmiany. I mówiąc: „będą z nią” mam na myśli to, że naprawdę będą do jej wyłącznej dyspozycji. A fundacja „Rodzić po Ludzku” wreszcie przestanie być potrzebna. Doceniam, że tak wiele zmieniło się na plus, ale widzę, ile jeszcze można zrobić. Narzekam?

 

– Teraz w sklepach to wszystko jest, nic tylko kupować. Kiedyś to nic nie było. Szło się do sklepu i był ocet. A czasem to i octu nie było, tylko puste półki.

Tak było. Pamiętam. Tylko jakoś nie pamiętam, żeby ktokolwiek głodny chodził. Życie kolejkowe kwitło chyba nawet lepiej niż dziś na portalach społecznościowych. Ludzie się znali, zamawiali sobie kolejki, rozmawiali. I pomagali, jak było trzeba. Każdy miał jakąś rodzinę na wsi i wracał z tej wsi obładowany bardziej niż współczesne „Słoiki”. A jak ktoś nie miał rodziny na wsi, to miał kogoś, kto tę rodzinę miał. Do tego były jakieś przydziały w zakładach pracy. Fakt, nie było lekko. Ale głodu jakoś nie pamiętam. Za to jedzenie, jak już było, nie było naszpikowane chemią.

 

Chlapnęłam nieopatrznie, że owszem, można kupować. Tylko pieniądze trzeba mieć.

– Pani nie narzeka na pieniądze. Teraz to ludzie zarabiają, widzę przecież. I te 500+ dostają. Ja nic nie dostawałam. I trzeba sobie było radzić.

Ludzie zarabiają? No w sumie tak. Tylko niestety coraz więcej jest rodzin żyjących od pierwszego do pierwszego bez żadnych oszczędności. Rodzin, które z ołówkiem w ręku podliczają, ile w danym miesiącu mogą wydać na jedzenie. I czy najpierw zapłacić gaz, czy prąd.

Zaopatrzenie w sklepach jest, fakt. Tylko dlaczego te same produkty w Niemczech czy Anglii są tańsze? Jeśli weźmiemy pod uwagę, że przeciętny Europejczyk ze starej UE zarabia grubo więcej niż przeciętny Polak, to różnice cenowe jeszcze bardziej biją po oczach. Dlaczego przeciętnego Niemca stać na to, by na kredyt kupić domek z ogródkiem i jeszcze pojechać na wakacje do Włoch (tak żyje w Niemczech pewna samotna matka, nie wyssałam tego z palca), a przeciętny Polak spłaca całe życie trzypokojowe mieszkanie? Mamy pieniądze? No, na przeżycie mamy.

Chciałabym przynajmniej pod koniec życia zobaczyć, że można w Polsce kupić mały domek z ogródkiem i nie spłacać kredytu więcej niż dziesięć lat. Chciałabym doczekać czasów, kiedy trzypokojowe mieszkanie będzie standardem dla osoby samotnej (salon, gabinet, sypialnia) a nie dla pięcioosobowej rodziny. I chciałabym doczekać tych czasów, w których na bieżące potrzeby będziemy wydawać tylko pół pensji. Narzekam?

 

– W szkołach to też się dzieciakom w głowach przewraca. Do czego to doszło, żeby nauczyciele się uczniów bali? Za moich czasów to było nie do pomyślenia!

Za moich też. Za to uczniowie bali się nauczycieli, co także nie było dobrym rozwiązaniem. System edukacji mamy w Polsce taki, jaki mamy. Do ideału mu daleko. Duśka co prawda nie boi się swoich nauczycieli, ale jej nauka polega na zapamiętywaniu. Ciągle słyszę:

– Wiesz, o czym uczyliśmy się dziś w szkole?

A chciałabym w końcu usłyszeć:

– Wiesz, co ROBILIŚMY dziś w szkole?

Spotkałam kiedyś kobietę z pięcioletnią córeczką. Powiedziała, że jej córka czyta, liczy, mnoży. Jak to możliwe?

– Bo my proszę pani, to w Anglii mieszkamy, tam te dzieci jakoś inaczej uczą. Nauka przez zabawę, a nie przez powtarzanie w kółko tego samego. Ja nie wiem, kiedy ona się tego nauczyła. Ona się w ogóle nie uczyła. Samo jej weszło do głowy przy tych zabawach.

Czyli można. Narzekam?

 

Nie, nie narzekam. Publicznie mówię: dość! Przestańmy w końcu dawać sobie wmawiać, że ciągle narzekamy. Bo mamy prawo oczekiwać lepszego. Jeśli porównamy nasz kraj do krajów naprawdę wysoko rozwiniętych, to jesteśmy nawet nie w lesie, ale ciągle jeszcze przed lasem. I ja nie mówię o żadnych cudach, ale o rzeczach, które w innych krajach są na wyciągnięcie ręki. No, może poza tym lekarzem na cały poród.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Basia | Smart Nest

    No to prawda, że do ideału nam daleko. Mnie najbardziej boli edukacja, bo poród to jest ułamek życia. Mi ból, brzydki pokój i głupie komentarze nie popsuły narodzin synka, po prostu starałam się skupić na tym co dla mnie ważne. Choć fakt byłoby fajniej w lepszych warunkach. A starsi ludzie są często rozżaleni i ja to rozumiem. Szkoda tylko, że te frustracje często wylewają na Bogu ducha winnych młodszych ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Wymioty u dziecka. Jak przetrwać trudne chwile?


Ostatnio miałam czas lekkiego chorowania u dzieci. A to któryś kaszlał, a to jakiś katar dokuczał, czasem zagorączkowali. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że mamy zimę. Tymczasem skończyły się choróbska i myślałam, że chyba to, co najgorsze, już za nami. Wykonane badania krwi i moczu potwierdziły nasz spokój.

Za każdym razem, gdy wieczorami odprawiam dzieci spać i napawam się chwilami tylko dla mnie, w duchu dziękuję, że mam zdrowe dzieci. I tak też było do soboty.

W niedzielę planowałam wyprawić najmłodszemu synowi roczek. Wszystko dopięte na ostatni guzik –  goście, tort, ozdoby i dobry humor zagwarantowane. Do czasu. O 21:30 usłyszałam w pokoju Bartka dziwny dźwięk. Nawet nie musiałam specjalnie kombinować, co to było. To charakterystyczne “plaśnięcie” o wykładzinę było mi już znane. I oto spełnił się najgorszy koszmar matki, czyli wymioty u dziecka. Niestety miałam pecha, bo wymiotował najstarszy, który zajmuje piętro łóżka. Wiecie jak fajnie trzyma się miskę wyciągniętą do góry, próbując zachęcić dziecko, by celowało do środka, a nie wokół? Jeśli nie wiecie, to nie bądźcie ciekawi. Jeśli znacie, to dobrze zrozumiecie mój dramat — samo pranie wykładziny nie należy do moich ulubionych czynności…

Myślałam najpierw, że to może kwestia tego, że najadł się pazernie ciasta z kremem, borówkami i galaretką. Zjadł tego aż cztery kawałki, w dodatku zimne, prosto z lodówki. Żołądek miał więc prawo zaprotestować. Jednak kilka dni wcześniej zwymiotował młodszy, więc mniej kusząca opcja wirusówki stała się całkiem realna. Ostatecznie nie wiem, co to było, a kryzys trwał “tylko”do 5:30 rano. Przeżycie nie było sympatyczne, zostałam w domu sama z trójką dzieci, w tym jednym wymiotującym, bo mój ślubny trafił do szpitala. Na szczęście mam kilka patentów, które pomogły w miarę opanować sytuację i nie oszaleć.

Oto sprawdzone przeze mnie sposoby, jak przetrzymać wymioty u starszego dziecka, spowodowane zwykłym zatruciem lub wirusami:

  • trzeba pilnować, by dziecko się nie odwodniło i podawać płyny o temperaturze pokojowej, małymi porcjami, po łyżeczce z przerwami co kilka minut. Większa ilość na raz może nasilić wymioty,
  • gdy wymioty trwają już jakiś czas, warto sięgnąć po elektrolity, by uzupełnić ich niedobór. Ewentualnie można lekko osolić ciepłą wodę w szklance – im lepsza sól, tym skuteczniej uzupełnimy niezbędne minerały oraz elektrolity, konieczne do prawidłowego przyswajania wody w organizmie,
  • termofor lub ciepły okład dobrze przykładać do brzucha, by podziałał lekko rozkurczowo i zmniejszył ból,
  • miska, aby była pod ręką – dzieci nie zawsze zdążają do toalety,
  • nawilżane chusteczki lub papier, by dziecko mogło po wymiotach przecierać buzię,
  • woda do przepłukania ust, gdyby dziecko nie miało siły myć zębów.

Nie jest tego dużo, ale wszystko, co przynosi ulgę dziecku, jest warte zastosowania. Słyszałam jeszcze o soku ze świeżego imbiru na wymioty i biegunkę u dziecka, ale nie wiem, jak to stosować, nigdy nie próbowałam. Wiem, że istnieją środki hamujące wymioty, ale moja pediatra uważa, że gdy wymioty i biegunkę u dziecka da się zwyczajnie przetrwać, lepiej jest pozwolić organizmowi na całkowite oczyszczenie się ze szkodliwej substancji, niż hamowanie przykrych dolegliwości.

Oczywiście gdy objawy utrzymują się przez ponad dobę, towarzyszy im wysoka gorączka, bóle głowy, światłowstręt, utrata świadomości, odwodnienie i inne, niepokojące sygnały, nie eksperymentujcie na dziecku i pokażcie je lekarzowi. Przyczyna może tkwić gdzie indziej niż w zwykłej “wirusówce”.

P.S. Jeśli macie swoje sprawdzone sposoby na wymioty u dzieci, koniecznie zostawcie je w komentarzu! Pomożecie i mnie i innym mamom w potrzebie :)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Duza ilosc ręczników papierowych. Ja wykladam poduszke z przyleglosciami recznikami-latwiej zmienic niz całą pościel. Sprawdza sie u maluszkow, ktore wymiotuja z nienacka:) przedszkolaki raczej już zdazaja do miski. Moi chetnie dosc jedzą kisiel. Dosc przyjemnie sie nim tez wymiotuje ;p Wiem, bo raz chorowalismy zbiorczo całą rodziną… Nie cierpię.

  2. Aktualnie przerabiam u swoich:(

    1. współczuję, moja siostra też walczy u swoich dzieci:/

  3. ja przerabiam u mojej Julki gdy astma się zaostrzy,Julia ma kaszel a jeśli ma kaszel to wymiotuje a tak mnie to drażni bo jest zdrowa Chodzi mi o to ze żadne przeziębienie ani wirus … Czyli trzeba przeczekać masakra….

    1. Ja z moją Natalką to przerabialam w zeszlym tygodniu. Nie lubie gdy wymiituje w zaostrzonej astmie ale wien ze to jej pomize lepiej oddychac i spokojnie zasnac 😉

    2. Zeby bylo smieszniej od 3 dni flegmą wymioruje mlodsza corka 8 miesiecy 😢

    3. tak masz racje …spokojnie spala aż do rana bo Wieczorem i nad ranem ma najgorsze ataki kaszlu..

  4. Można podawać przygotowany sok z marchwi ze szklanką wody. Żeby był rzadszy. Przygotować, wystudzić, podawać. Po troszku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Torba do szpitala – co będzie potrzebne do porodu, a co zbędne? Moja sprawdzona lista.


Do wyznaczonego terminu porodu zostały mi równe 4 tygodnie – aż nie dowierzam, że to już! Mam wrażenie, że z każdą kolejną ciążą czas płynie zdecydowanie szybciej. W każdym razie, doszłam do wniosku, że to już najwyższa pora by przygotować  torbę do szpitala. Tym bardziej, że poprzednią ciążę zakończyłam na przełomie 36 i 37 tygodnia, więc generalnie rzecz biorąc, nie ma z czym dłużej zwlekać. 

Teoretycznie pakowanie powinno pójść mi gładko, w końcu to już trzeci raz, ale powiem szczerze, że gdy wzięłam się do roboty, poczułam chwilową pustkę w głowie. Jakbym doznała jakiejś wybiórczej amnezji i nie pamiętała co było mi potrzebne lub przydatne przy pierwszym i drugim porodzie.

Musiałam więc przycupnąć wygodnie na kanapie, z kartką i ołówkiem w dłoni, trochę powspominać, pogłówkować i zapisać wszystko, żeby mieć czarno na białym. I żeby niczego nie zapomnieć.

Na wstępie założyłam, że dla własnej wygody przygotuję dwie, a właściwie to nawet trzy torby – jedna dla mnie, druga dla maluszka, a trzecia dla męża , tzn. na wyjście ze szpitala – nie będę brała jej od razu do porodu, bo po co? Tatuś weźmie ją dla nas w dniu wypisu.

Na pierwszy ogień pójdzie moja torba, bo ona będzie potrzebna w pierwszej kolejności. Generalnie nie zamierzam brać wielu rzeczy, bo zakładam, że w szpitalu spędzę tylko dwa dni. Dlatego jej zawartość dla kogoś może okazać się skromna, dla mnie natomiast po prostu praktyczna ;-)

No więc  TORBA DLA MAMY – co powinno się w niej znaleźć?

Koszula do porodu x 1 sztuka – ponieważ za pierwszym i drugim razem nie chciałam więcej nosić koszuli, w której rodziłam, tym razem postawiłam na jednorazową (kupioną za grosze), którą bez sentymentów wyrzucę, gdy będzie już po wszystkim.

Koszula / piżama poporodowa x 1 sztuka.

Wielorazowe majtki siateczkowe (Canpol) x 2 opakowania (4 sztuki) – są wygodne i praktyczne, bo można je prać w pralce, a po skończonym połogu bez żalu wyrzucić. Teoretycznie na dwa dni jedno opakowanie powinno wystarczyć, ale ponieważ ono nie zajmuje dużo miejsca, na wszelki wypadek wezmę dwa.

Podpaski poporodowe x 2 opakowania (20 sztuk).

Podkład poporodowy x 1 sztuka – do zabezpieczenia łóżka przed ewentualnym poplamieniem krwią lub do przewijania dzieciątka.

Tantum rosa (w proszku) x 1 opakowanie + butelka z dziubkiem – do przemywania krocza, w celu łagodzenia dolegliwości poporodowych.

Ręcznik do kąpieli x 1 sztuka, ewentualnie drugi mniejszy – do rąk.

Klapki pod prysznic.

Kapcie (klapki) do chodzenia po oddziale.

Papier toaletowy – bo nigdy nie wiadomo kiedy się skończy i kiedy doniosą nową rolkę  ;-)

Chusteczki higieniczne x 2 opakowania – jako osoba, która przez cały rok ma katar, muszę je mieć zawsze przy sobie.

Szlafrok

Miękki biustonosz do karmienia x 1 sztuka – co jak co, ale nie lubię paradować z „dyndającym” biustem przy obcych ludziach. I nie mam tu na myśli personelu, czy koleżanek z sali, a ich rodziny/znajomych, którzy tłumnie przybywają w odwiedziny.

Skarpetki x 1 para.

Poduszka typu „jasiek” lub tzw. rogal – przydadzą się do spania (wolę spać na swojej poduszce niż szpitalnej) i do karmienia maluszka.

Maść na brodawki (Bephanten) – sprawdzona przeze mnie dwukrotnie, skuteczna, pełniąca funkcję 2 w 1, bo nadaje się na popękane brodawki mamy oraz do pielęgnacji delikatnej pupy noworodka, nie trzeba więc kupować dwóch produktów. 

Pomadka nawilżająca – podczas długiego porodu usta „uwielbiają” wysychać, dając uczucie dużego dyskomfortu (czego nie znoszę!), dlatego koniecznie musi być pod ręką.

KOSMETYCZKA, a w niej:

Szczoteczka + pasta do zębów.

Woda różana + płatki bawełniane (kilka sztuk) i krem do twarzy – spotkałam się z twierdzeniem, że to zbędne kosmetyki w szpitalu, ale tak się składa, że dla mnie mycie twarzy i wklepanie w nią ulubionego kremu to podstawa w pielęgnacji i konieczność, taka sama jak codzienne szczotkowanie zębów.

Żel pod prysznic.

Szczotka do włosów + gumki/spinki.

Ponadto…

DOKUMENTY (karta ciąży, grupa krwi, wynik GBS, dowód osobisty)!

Telefon + ładowarka.

Naczynia (kubek, sztućce, talerzyk).

Przekąski typu herbatniki, biszkopty, czekolada… – nigdy nie wiadomo jak długo będzie trwał poród, warto więc mieć ze sobą coś co zaspokoi głód i doda nieco sił. Poza tym jeśli urodzi się po kolacji, na posiłek trzeba czekać do rana – o czym przekonałam się przy pierwszym porodzie i na co niestety nie byłam przygotowana ;-)

Woda niegazowana  – przynajmniej 2/ 3 niewielkie butelki, koniecznie z „dziubkiem”.

To by było na tyle. Wszelkie laktatory, wkładki laktacyjne, czy książki, choć często spotykane na tego typu listach wyprawkowych, osobiście uważam za zbędne. A jeśli okażą się jednak potrzebne, to zawsze można poprosić męża o dowiezienie.

TORBA DLA DZIECKA – tutaj lista będzie zdecydowanie krótsza, bo noworodek tak naprawdę niewiele potrzebuje. Szczególnie jeśli dużą część wyprawki  na sam pobyt oferuje szpital. Co prawda w naszym przypadku raczej trzeba mieć w większości swoje akcesoria,  ale i tak pakuję tylko kilka rzeczy:

Pampersy typu newborn x 1 małe opakowanie.

Chusteczki nawilżane x 1 opakowanie.

Ubranka: body z krótkim rękawem + pajacyk x 3 sztuki – po jednym komplecie na dzień, plus jeden dodatkowy. Moim zdaniem taka ilość w zupełności wystarczy, a przynajmniej nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym wielokrotnie w ciągu jednego dnia przebierała dziecko i potrzebowała więcej ubranek.

Cienka bawełniania czapeczka x 1 sztuka.

Niedrapki lub skarpetki x 1 sztuka/para – na wypadek gdyby maluszek miał długie pazurki, którymi może się podrapać.

Ręcznik z kapturkiem – teoretycznie nie planuję kąpieli dzieciątka w szpitalu, ale wychodzę z założenia, że lepiej mieć swój ręcznik, niż pożyczać cudzy ;-)

Pieluszki tetrowe x 2 sztuki – do odbijania maluszka po karmieniu, wycierania buźki, jeśli uleje się mleko i ewentualnie do podkładania pod głowę dziecka.

Cienki kocyk lub otulacz – w szpitalu, szczególnie na oddziale noworodkowym zazwyczaj jest bardzo ciepło, dlatego cienki kocyk lub modne ostatnio otulacze, w zupełności wystarczą by okryć i owinąć maluszka.

Kosmetyków nie zabieram, bo w pierwszych dniach życia maluszka są raczej zbędne. A te, które są lub mogą być potrzebne, jak np.  octenisept do pępuszka, posiada szpital, więc po co je zabierać? ;-)

O maści do pupy też nie piszę, bo wspominałam o niej wyżej, w wyprawce dla mamy – maść na brodawki – więc gdyby była mi potrzebna, będę ją miała pod ręką.

Smoczka nie biorę, bo nie mam – ani jedno, ani drugie moje dziecko nie „ciągnęło smoka”, więc zakładam, że trzecie też nie będzie. A jeśli wyjątkowo okaże taką chęć, to wyślę męża do sklepu ;-)

TORBA NA WYJŚCIE – przygotowana dla taty,  żeby nie musiał sam główkować co naszykować mamie i dziecku, a sobie oszczędzić niepotrzebnych nerwów, że wziął nie to co trzeba ;-)

Ubrania dla mamy – w związku z tym, że trzeci raz rodzę zimą, potrzebny mi będzie ten sam zestaw co zawsze, czyli: spodnie, bluzka, sweter, skarpetki, buty i kurtka, ewentualnie czapka i szalik.

Ubrania dla dziecka – dres, kombinezon, ciepła czapka.

Fotelik – koniecznie, bo bez niego ani rusz! ;-)

To by było na tyle. Niby nie dużo, a jednak trochę się uzbierało. Wydaje mi się, że o wszystkim pomyślałam i niczego nie powinno mi zabraknąć. Ale może jednak coś przeoczyłam i pominęłam?

Jeśli tak koniecznie napiszcie w komentarzu (co wy zabieracie/łyście do szpitala), najwyżej jeszcze coś dopakuję – póki mam czas ;-)

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Rodzina na rowerze – jak podróżować z niemowlakiem?


Jazda na rowerze to jedna z moich ulubionych form aktywności i spędzania wolnego czasu. A ponieważ mój pierworodny szybko nauczył się jeździć na dwóch kółkach (w wieku 4 lat) i niemal od razu dał się zarazić sympatią do jednośladów, swoją radość mogę dzielić i na przejażdżki jeździć z rodziną.

Skoro więc miałam dwóch dzielnych kompanów (męża i syna) do wspólnych wycieczek, gdy zaszłam w drugą ciążę nie chciałam zrezygnować z roweru. Dlatego tak długo, jak mogłam, pozwalałam sobie na przejażdżki, pozostając dzięki temu w formie i humorze, mimo rosnącego brzuszka i przybywających kilogramów.

Jednak im bliżej było do rozwiązania, tym częściej głowę zaprzątała mi myśl, że jak już moja córka pojawi się na świecie, najprawdopodobniej będę zmuszona odstawić rower w kąt. Bo kto jak kto, ale matka karmiąca piersią, w pierwszym półroczu życia swojego dziecka nie ma wiele czasu dla samej siebie. W zasadzie wolność ogranicza się jedynie do przerw między karmieniami, a z doświadczenia wiem, że zazwyczaj nie są one dłuższe niż 2 godziny. Wycieczki rowerowe bez niemowlaka „pod pachą”  były więc z marszu wykluczone.

Z kolei wizja by (z zazdrością i łzami w oczach) patrzeć, jak mąż wraz z synem oddają się przejażdżkom, podczas gdy ja siedzę w domu, z dzieckiem przyczepionym raz do jednej, raz do drugiej piersi, była dla mnie niezwykle dołująca!

Dlatego coraz częściej rozmyślałam o zakupie przyczepki rowerowej, która wydawała się dla mnie idealnym rozwiązaniem. Co prawda ceny takich rowerowych gadżetów nie są małe – przeciętny koszt oscyluje w granicach dwóch tysięcy złotych (i wzwyż) – ale…

Po pierwsze, w tej cenie kupujemy porządną przyczepkę (nie chiński badziew) posiadającą  certyfikaty i testy bezpieczeństwa spełniające obowiązujące wymagania i normy.

Po drugie, z przyczepki możemy korzystać o wiele dłużej niż z tradycyjnego fotelika rowerowego – właściwie dobrych kilka lat, czyli do czasu aż dziecko nauczy się samodzielnie jeździć na własnym rowerku i będzie na tyle sprawne/wytrzymałe, by pokonywać zadowalającą nas ilość kilometrów. Tak więc koszt można sobie podzielić na długi okres użytkowania oraz ilość dzieci, które potencjalnie będą podróżować w przyczepie. Wówczas cena wcale nie jest taka straszna, na jaką wygląda.

Te dwa argumenty okazały się znaczące zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża, którego udało mi się namówić na dodanie tego gadżetu do wyprawkowej listy ;-)

A ponieważ na rynku dostępne są również specjalne leżaki (hamaki) dla niemowlaków, które pozwalają podróżować z nieumiejącymi jeszcze siedzieć maluszkami, na rodzinne wycieczki mogliśmy sobie pozwolić bardzo szybko – w przypadku zwykłego fotelika przyszłoby mi czekać zdecydowanie dłużej, co również stanowiło dla mnie ważny argument przy podejmowaniu decyzji.

Poza tym, przyczepki rowerowe znanych i szanujących się firm są wykonane naprawdę solidnie, z porządnych materiałów – nieprzemakalnych i nieprzepuszczających promieniowania UV, dzięki czemu podróżowanie możliwe jest niemal w każdych warunkach atmosferycznych. Niezależnie od tego, czy świeci słońce, wieje wiatr, pada deszcz czy śnieg, wystarczą tylko chęci rodzica, który musi pociągnąć własnymi siłami dodatkowy balast ;-)

Co ważne dla dobrej widoczności na drodze i bezpieczeństwa, pokrycia renomowanych przyczepek z każdej strony posiadają elementy odblaskowe (my dodatkowo doczepiamy tradycyjne lampki rowerowe) oraz długą chorągiewkę. Natomiast dzieci zapinane są w pięciopunktowe pasy bezpieczeństwa.

Wielkość przyczepki zależna jest oczywiście od wybranego modelu – może być jedno lub dwuosobowa. My, mając już dwoje dzieci i wiedząc, że w bliżej nieokreślonej przyszłości będziemy mieć jeszcze jedno, wybraliśmy drugą opcję. Jasiek co prawda mało z niej korzystał, bo jako 5-latek doskonale radził sobie na swoim rowerze, więc Pola w dużej mierze podróżowała sama. Ale niebawem pojawi się na świecie nasza trzecia pociecha, więc w najbliższym sezonie rowerowym przyczepka będzie w pełni wykorzystana. I po same brzegi, bo im więcej dzieci, tym więcej bagaży, jakie trzeba zabrać na wycieczkę ;-)

A propos – kolejną zaletą podróżowania z przyczepką rowerową jest jej pakowność, ponieważ poza miejscami siedzącymi dla maluchów, ma też odpowiednią przestrzeń na to, by wrzucić do niej wszystko, co niezbędne podczas wypadu z dziećmi.

Dla przykładu nasza przyczepka zawsze woziła:
– dwa koce (by móc zrobić sobie przerwę na łonie natury),
– ręczniki – w okresie letnim, podczas wypadów nad Wisłę,
– dodatkową odzież na zmianę pogody (bluzy, kurtki, czapki, rękawiczki, etc.),
– niezbędnik niemowlaka, tj. pieluchy na zmianę, chusteczki nawilżane, zapasowe ubranka, itp.,
– suchy prowiant (kanapki, owoce, łakocie, …),
– zapas(y) wody,
– książeczki i zabawki dla Poli, żeby jej się nie nudziło w trakcie jazdy, no i dla nas na czas pikniku, np. piłkę ;-)
– apteczkę pierwszej pomocy,
– krem z filtrem UV,
– kamizelki odblaskowe,
– lampki dla dodatkowego oświetlenia przyczepki po zmroku,
– latarki,
– różnego rodzaju mapy,
– akcesoria do ewentualnej naprawy rowerów.

Jak widać, lista jest długa, bagaż spory, ale nigdy nie mieliśmy problemu, by się z tym wszystkim zabrać – bez przyczepki byłoby nam zdecydowanie trudniej.

Fajną opcją w przyczepkach rowerowych jest możliwość korzystania z nich również jako ze zwykłych wózków (w naszym modelu wystarczy doczepić z przodu kółko). Biegacze mogą uprawiać z nimi jogging, a miłośnicy śnieżnych wypraw mogą zamontować narty i śmigać po śniegu, ale to już wyższa półka ;-)

Reasumując, gdy odkryje się wszystkie atuty posiadania przyczepki rowerowej, z pozoru wysoka cena, staje się znacznie niższa. A to z kolei oznacza, że warto w nią zainwestować. Osobiście nigdy nie żałowałam tego zakupu i polecam go każdemu rodzicowi, który lubi aktywnie i rodzinnie spędzać czas. A także każdemu kto, tak jak ja, uwielbia jeździć na rowerze i nie chce rezygnować z podróży jednośladem, tylko dlatego, że ma małe dziecko/i.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja jeżdżę od wiosny do jesieni – dwoje dzieci (bliźniaki, 4 lata) w przyczepce + sześciolatek w foteliku. Zanim kupiłam przyczepkę było dosyć hardkorowo – jedno dziecko w foteliku na bagażniku, drugie w wiklinowym siodełku na kierownicy, trzecie w chuscie na plecach. Spojrzenia przechodniów bezcenne

    1. Mama “hiroł”! 😅
      Szacun! :)

    2. Oj, przyznaję że dosyć ciężko się jeździ, ale im częściej jeżdżę, tym jest łatwiej.

    3. Ja niebawem też będę dwoje wozić w przyczepce 😊😍

  2. Ja też kocham rowery! Mamy dwie córki które do 2017 jeździły w przyczepce. Od 2017r mlodsza (3l) w foteliku a starsza (6l) na swoim śmiga ;) na dalsze trasy mamy hak holowniczy :) już czeeekam na wiosnę!

  3. Bardzo ciekawy artykuł, super sprawa taka przyczepka rowerowa, a gdyby ktoś szukał bagażnika i haka do samochodu, żeby przewozić rowery to polecam swoje dziecko https://www.dobrehaki.pl/ i gwarantuję fajne rabaty dla mam :)

    1. Oooo to mi się przyda, bo póki co nie mamy jak przewozić rowerów, a marzą mi się dalsze wypady :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku