Córka Leonarda da Vinci – Greta Drawska
Tytuł: Drugie życie Elizy
Autor: Greta Drawska
Oprawa: miękka
Liczba stron: 348
Rok wydania: 2026
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
A gdyby tak Leonardo da Vinci miał córkę, to jaka ona by była? Cicha i pokorna jak na piętnastowieczną niewiastę przystało, czy przeciwnie – wszędobylska, ciekawa świata, odważna, a momentami zuchwała? A co by było, gdyby przy okazji była podróżniczką w czasie? Greta Drawska w brawurowej kontynuacji powieści Drugie życie Elizy zabiera czytelników do Mediolanu u schyłku XV wieku i podejmuje próbę odpowiedzi na te pytania. A że jest to próba czysto literacka, to możliwe jest absolutnie wszystko. Jesteście gotowi?
O czym jest Córka Leonarda da Vinci?
Wbrew pozorom nie mamy do czynienia z powieścią historyczną ani próbą dopisania brakujących rozdziałów biografii renesansowego geniusza. Córka Leonarda da Vinci z prawdą historyczną ma niewiele wspólnego, za to z prawdziwą literacką ucztą całkiem sporo.
Eliza Angielczyk, znana czytelnikom z książki Drugie życie Elizy podróżniczka w czasie, tym razem przenosi się do Mediolanu, by nawiązać kontakt z Leonardo da Vincim. Kierują nią motywy czysto osobiste, Leonardo bowiem ma być renesansowym alter ego jej ojca. Ale nie chodzi tu o taki banał jak poznanie tatusia. Nie. Leonardo będzie musiał pomóc Elizie ocalić jej dzieci, które mają się narodzić w XXI wieku.
Jakby komplikacji było mało, to Eliza pojawia się na dworze Ludwika Sforzy jako dama dworu i akuszerka. Musi sumiennie wypełniać swoje obowiązki i liczyć się z ograniczeniami, których w XXI wieku nikt nie zna. A że jest świadkiem wydarzeń, które mogą wstrząsnąć włoskim dworem, czuje się w obowiązku działać. I to działać nie całkiem tak, jak piętnastowiecznej białogłowie przystało.
Jak się czyta Córkę Leonarda da Vinci?
Przeorała mnie Greta Drawska, oj przeorała! Ten Mediolan z czasów Leonarda był okropny! Jawi mi się jako miejsce ciemne, brudne, pełne spisków i ukradkiem przekazywanych z rąk do rąk dukatów. Inkwizycja ma się całkiem dobrze, a widmo spalenia na stosie niewinnej kobiety wcale nie jest nierealne. Wszak z ich zdaniem nikt się nie liczył, wiary ich słowom też nikt nie dawał. Strach przed śmiercią w płomieniach był na tyle realistyczny, że Eliza bała się pokazywać światu swoje rude włosy. Wszak wiadomo – jak ruda to czarownica. Ale to tak na marginesie.
Mógł mi się ten Mediolan nie podobać, ale nie mogę nie złożyć głębokiego ukłonu przed ogromną pracą Grety Drawskiej. Opisać to wszystko tak, jak było, stworzyć na nowo Leonarda, ale pozwolić mu być takim, jakiego wszyscy znamy, rozeznać się w tamtych prawach, obyczajach, zasadach, języku… Ta książka jest tak wiarygodna właśnie dlatego, że przenosi czytelnika sześć wieków wstecz, a nie tylko opowiada o wydarzeniach. Trudno powiedzieć, jak to się czyta, skoro tak naprawdę wszystko się przeżywa. W każdym razie bardzo szybko mi poszło 😉
Córka Leonarda da Vinci – recenzja subiektywna
Długość – 348 stron to może nie jest bardzo dużo, ale już niemało. W każdym razie wystarczająco, by zmieścić wszystkie niezbędne wyjaśnienia. Domyślam się, że te, których zabrakło, znajdę w trzecim tomie, na który już ostrzę pazurki.
Trupy – tak siedzę i dumam, czy jakimś tam był. W końcu sobie przypomniałam. Jak się domyślacie, nie ludzkie śmierci są tu na pierwszym planie.
Humor – a i owszem, co może zaskakiwać, bo minione wieki zwykliśmy postrzegać jako poważne i rzeczowe. Może nie śmiałam się na co drugiej stronie, bo też nie jest to powieść komediowa, ale kilka razy zdarzyło mi się uśmiechnąć.
Widoczność liter – absolutnie żadna, co chwilami było irytujące. Doprawdy widoku rodzącej z komplikacjami księżnej Beatrycze autorka mogła mi oszczędzić. Jakby bolesne to było.
Dla kogo jest Córka Leonarda da Vinci?
Zdecydowanie dla tych, którzy czytali Drugie życie Elizy. Nawet nie będę próbowała Wam wmawiać, że dacie radę zacząć od drugiego tomu i wszystko zrozumiecie. No nie. Trzeba znać początek tej historii, żeby móc za nią podążać. Córka Leonarda da Vinci to fikcja literacka, która bogato czerpie zarówno z historii, jak i z fantastyki. I powiem Wam, że jak nie jestem fanką żadnego z tych gatunków, to ich połączenie w wykonaniu Grety Drawskiej zaowocowało czymś naprawdę smakowitym. Nie ośmielę się napisać, że jedynym i niepowtarzalnym, bo zwyczajnie nie wiem. Nie sięgam po fantastykę, ale dla tej minimalistycznej wersji robię wyjątek. Naprawdę warto.
