Wściekły – Maciej Kaźmierczak
Tytuł: Wściekły
Autor: Maciej Kaźmierczak
Oprawa: miękka
Liczba stron: 382
Rok wydania: 2026
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Pamiętacie film Desperado? Na pewno pamiętacie, tego nie da się zapomnieć. I tam jest taka scena, w której Banderas mówi, że jak zadzwoni po przyjaciół, to oni zrównają miasto z ziemią. W polskich realiach dokładnie to samo dzieje się, gdy do Skraju przyjeżdża Teodor Okrutny. Dziwię się, że to miasto jeszcze stoi, ale może i dobrze, można wypatrywać trzeciego tomu.
O czym jest Wściekły?
Teodor Okrutny wpada w szał. Gdybym miała opisać książkę jednym zdaniem, dokładnie tak by ono brzmiało. A szał ma to do siebie, że nie uznaje zasad, przekracza granice, nie ogląda się za siebie i prze do przodu ku jednemu celowi: w tym wypadku zemście. Bo Teodor bardzo, ale to bardzo nie lubi, gdy ktokolwiek ośmiela się krzywdzić jego bliskich.
A wszystko zaczyna się dość niewinnie. Okrutny zamierza opuścić Skraj i wrócić do Lublina, jednak przy przydrożnej kapliczce zostają znalezione zwłoki. Jeśli pomyśleliście w tym momencie, że to zbyt banalne, to… nie macie racji. Akurat banału w tej książce nie ma ani trochę. Są za to rzeczy, które na pewno nikomu się nie spodobają.
Teodor przystępuje do prowadzenia śledztwa bez entuzjazmu, ale z charakterystyczną dla niego rzetelnością. Rozwiązanie tej sprawy ma być dla niego przepustką do powrotu, ale też w pewnym sensie rozliczeniem się z przeszłością, zamknięciem spraw rodzinnych. U jego boku dzielnie trwa Edyta Santiago – lokalna posterunkowa, która w tej części dała się poznać zdecydowanie lepiej. I jakby lubię ją jeszcze bardziej. Ma kobieta jaja, mówię Wam.
Cała historia nadawałaby się na mocny i mroczny film, ale do kina bym jednak nie poszła. Co innego to sobie wyobrazić, a co innego zobaczyć wersję cudzej wyobraźni. Przy czym jak znam polskie kino, byłaby to wersja mocno przerysowana i jak dla mnie zbyt emocjonalna. To nie jest literatura niskich i miękkich lotów, kino też by nie było.
Zakończenie mi się nie podobało, jak na mój gust było zbyt… okrutne. No ale zakończenia są po to, żeby być, a nie żeby się podobać. Narzekać nie mogę, bo sama nie raz i nie dwa napisałam, że nie lubię, jak autor się podlizuje czytelnikom. No tym razem na pewno się nie podlizał.
Jak się czyta Wściekłego?
Hmmm… Powiedzcie mojej rodzinie, że nadal ją kocham, a to, że byłam wściekła przy czytaniu to tylko ich wina. Po co mi przerywali??? Są takie książki, które można odłożyć bez szkody dla wrażeń i takie, które powinno się przeczytać od początku do końca. I Wściekły zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Tu napięcie nie pojawia się nagle, narasta stopniowo, a jego poziom cały czas rośnie. I żeby naprawdę wejść w tę książkę, poczuć klimat, dać się ponieść nietypowemu śledztwu z bardzo zaskakującym zakończeniem, trzeba znaleźć czas na czytanie. Tu nie ma miejsca na przerywanie i podzielność uwagi.
Gdybym miała wycelować w jedno wrażenie, które towarzyszyło mi przy czytaniu, byłaby to niewiara. Nie wierzyłam, w to, co czytałam i nadal nie mam zamiaru wierzyć. Zbyt okrutne to było, nawet jak na Okrutnego. Nie chcę, żeby to była prawda, chociaż boję się, że przynajmniej częściowo może być. Świat niestety nie jest pastelowy i pluszowy.
Wściekły – recenzja subiektywna
Długość – 382 strony, do mojego prywatnego minimum zabrakło 18, ale może to i dobrze. Autor oszczędził czytelnikom osiemnastu stron piekła. Tak myślę.
Trupy – no są, co tu oszukiwać. I nawet spojlerem tego nazwać nie mogę.
Humor – a tego na odmianę nie ma. Nie przypominam sobie, żeby mnie coś rozbawiło. I chyba dobrze, bo szkoda byłoby jednym zdaniem rozładować tak misternie budowane przez dziesiątki stron napięcie.
Widoczność liter – żadna. O ile w pierwszej części jeszcze je widziałam, to tu weszłam do Skraju jak do siebie. I Teodor też mi się wydał jakiś bardziej przystępny przy okazji…
Bierzcie i czytajcie, ale tylko jeśli znacie pierwszą część. Inaczej to nie ma sensu.
Dla kogo jest Wściekły?
Wyłącznie dla tych, którzy znają Okrutnego i byli już w Skraju. To książka, która jest kontynuacją poprzedniej i doprawdy nie ma sensu wmawiać komukolwiek, że da się ją przeczytać jako samodzielną pozycję. Znaczy, wiecie – przeczytać się da, ale sens jest żaden. Niewiele zrozumiecie. Mieszanka kryminału i thrillera na pewno spodoba się fanom obu gatunków. Natomiast mam problem z młodzieżą. O ile bez wahania polecałam dla młodych czytelników pierwszą część, to tu bym się zawahała. Chyba nie każdy to udźwignie. Ja mam dziecko w liceum i mówię: nie. Jeszcze nie. Bo kiedyś na pewno.
