List otwarty do Facebooka

List otwarty do Facebooka


Mirella

23 grudnia 2016

Kochany Facebooku!
Wiesz, w zasadzie nie zasługujesz na ten nagłówek, no ale święta idą, mogę być dla Ciebie przez chwilę miła. Tylko przez chwilę, bo wcale nie zamierzam Cię chwalić. Przeciwnie. Chcę Ci powiedzieć, że wkurzasz mnie coraz bardziej.

Właściwie nigdy Cię nie lubiłam. Wiesz o tym, więc nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Jednak na początku, czyli jakieś pięć lat temu, może nawet pięć i pół, szło się z Tobą dogadać. Chwilami nawet byłeś miły i pomocny. Wydawało mi się, że zależy Ci na mnie i na ludziach, których skupiasz. Teraz już wiem, że jesteś ni mniej, ni więcej, tylko podstępną świnią.

Drogi Facebooku, jak już mi się udawało przyzwyczaić do mojej tablicy, to wprowadzałeś tam zmiany, rzekomo dla mojego dobra. W praktyce musiałam się przyzwyczajać na nowo do układu strony. Teraz wiem, o co Ci chodziło. Zaraz Ci powiem. To samo zrobiłeś na tablicach społecznościowych i to mnie wkurza znacznie bardziej. Wiesz, ja lubiłam te dwie kolumny w kanale wiadomości. Można było sobie przypiąć post, a i tak było widać, co nowego na danym profilu słychać. Teraz już nic nie wiadomo. Na górze strony nawaliłeś tyle śmieci, że nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać, czy za głowę łapać. Czytelne to to nie jest ani trochę. No ale w końcu o to Ci chodziło, czyż nie?

Drogi Facebooku, z przykrością muszę Ci powiedzieć, że skasowanie list zainteresowań było świństwem, którego nigdy Ci nie wybaczę. Co Ci przeszkadzały te wewnętrzne zakładki? Naprawdę tak obciążały serwery? Przebolałam jakoś, że skasowałeś informację czy są nowości na listach zainteresowań. Trochę więcej klikania, ale dało się to znieść. Ale żeby tak całkiem te listy pokasować? Nosz kurzy kuper, co Ci one przeszkadzały?!

Drogi Facebooku, ponieważ zabrałeś mi listy zainteresowań, postanowiłam nie aktualizować aplikacji w smartfonie, bo tylko tam te listy jeszcze mam. Jakoś zniosę, że codziennie mi przypominasz, że mam nieaktualną aplikację. Nie wiem, co Cię to obchodzi, w końcu czy to Twoja sprawa? Czepiasz się. I wiesz co? To, że zablokowałeś mi możliwość dodawania zdjęć z nieaktualnej aplikacji, uważam za cholernie złośliwe. Chętnie napisałabym bardziej dosadnie, no ale wiesz, nie wypada, dopowiedz sobie.

Drogi Facebooku, czy Ty myślisz, że ja jestem naiwna? Że nie wiem, po co to wszystko? Głupi jakiś jesteś, czy co? Czy Tobie naprawdę kasy brakuje? Przecież ja nie jestem ślepa. Zabrałeś mi listy zainteresowań, zabrałeś dwie kolumny na tablicach w jednym tylko celu – żebym na tych Twoich zakichanych stronach przebywała dłużej. Jedną kolumnę przegląda się dłużej niż dwie, a wyszukiwanie ręcznie wszystkich profili, które kiedyś sobie obserwowałam, też trochę trwa. Potem lecisz do reklamodawcy i chwalisz się, jakie to masz fajne statystyki i jak długo internauci przebywają na Twoich stronach. I oczywiście podnosisz ceny reklam. Cwany jesteś. I pazerny.

A propos reklam, naprawdę musisz mi ich tyle pakować na moją tablicę? Ja ich nie chcę. Nie chcę. Rozumiesz? Nie obchodzi mnie, że ktoś Ci zapłacił. Ja nie chcę, żebyś mi robił śmietnik. Czy nie tak się umawialiśmy? Miałeś mi pokazywać informacje ze stron przeze mnie polubionych i nowości z grup, a nie jakieś sponsorowane badziewia. No weź, trochę przystopuj.

Prowadzenie strony firmowej u Ciebie to też droga przez mękę. Nie wiem, co Ci odbija. Mógłbyś się zdecydować, to by człowiek jakąś strategię opracował. Ale Ty nie. W jednym tygodniu zasięgi szaleją, by w następnym spaść na łeb na szyję. I oczywiście propozycja: wpłać cztery, sześć, dwanaście złotych, to oddam Ci zasięg. Nie uważasz, że to brzmi jak wymuszenie haraczu? Nie wiem, czy wiesz, ale w Polsce haracze są nielegalne, uważaj. Tak poza tym wiem, że o te drobne kwoty prosisz tylko na początku. Jak ktoś się da nabrać to przepadł, już nie cztery tylko czterdzieści, nie sześć a sześćdziesiąt, a jak ktoś da sześćdziesiąt to pewnie i o sześćset się upomnisz. Nieładnie, oj nieładnie!

Drogi Facebooku, może nie zauważyłeś, ale to nie Ty jesteś dla nas, to my jesteśmy dla Ciebie. Bez nas Ciebie nie ma. Wiesz, ja nawet pamiętam czasy, gdy Cię nie było i ludzie świetnie dawali sobie radę. Możesz sobie mieć wypasiony portal na wypasionych serwerach, ale jeśli zrazisz do siebie internautów, to upadniesz, jak niejeden internetowy gigant.

Drogi Facebooku z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci, żebyś sobie przypomniał, jakie były Twoje pierwotne cele i założenia i po co w ogóle powstałeś. I życzę Ci jeszcze, żebyś był chociaż trochę bardziej ludzki, bo z takim bezdusznym automatem nie daje się gadać.

 

P.S. Matka karmiąca piersią to nie jest pornografia, naprawdę.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Świąteczna gorączka – po polsku, krok po kroku

Świąteczna gorączka – po polsku, krok po kroku


Fizinka

22 grudnia 2016

Święta to rzekomo magiczny czas i trudno się z tym spierać skoro zewsząd dociera do nas takie zdanie. Zresztą ja się z tym zgadzam, bo lubię ten okres, ale od lat nie opuszcza mnie wrażenie, że świat wtedy szaleje, a ludzie głupieją na punkcie przedświątecznych przygotowań. Czasem nawet zastanawiam się – jak udaje im się doczekać świąt cało i zdrowo, nie padając przy tym na twarz, wprost do wigilijnego barszczu?

Świąteczne przygotowania – niepisane polskie tradycje, krok po kroku:

Sprzątanie

Zwykle świąteczne przygotowania zaczynają się od sprzątania. Właściwie to od WIELKICH porządków. Bo nie wystarczy wtedy odkurzenie całego mieszkania, zmycie podłóg i wrzucenie kostki toaletowej do klozetu. Ten jeden raz w roku przeprowadza się akcję „Generalnych porządków”, co oznacza: mycie okien, pranie firan, trzepanie dywanów, szorowanie tapicerki kompletu wypoczynkowego w salonie, mycie lodówki i kuchennych szafek. Segregowanie ciuchów i wyrzucanie tych, które czekają aż schudniesz. Pranie, prasowanie, szorowanie łazienki, aż po sufit i klasyk gatunku – mycie kryształów…

Wszystko to czeka na Ciebie przez 11 miesięcy, bo nikt normalny przecież nie robi tego typu porządków, na co dzień i bez okazji. Logiczne wydaje się więc, że te „przedświąteczne porządki” wypadałoby zacząć z początkiem grudnia, żeby zdążyć. Ale przeciętny Polak wychodzi z założenia, że nie ma co się spinać i zdąży tę akcję przeprowadzić w krótszym terminie, czyli na kilka dni przed upływem deadline`u, np. dziś.

Zakupy

Spędzanie czasu wolnego na zakupach i gromadzenie zapasów żywności na wypadek gdyby miało go zabraknąć najpierw na naszym stole, a następnie na sklepowych półkach – to drugi obowiązkowy punkt przygotowań przedświątecznych. Myślę, że najlepiej by było gdyby co najmniej jeden przedstawiciel rodziny zrezygnował w tym okresie z wszelkich zajęć dodatkowych, a kto może, nawet z pracy, na rzecz robienia owych zakupów. Pamiętajcie, święta są tylko raz w roku, można się więc trochę poświęcić, by później z satysfakcją zasiąść za suto zastawionym stołem, a może i nawet w spiżarni by dumnie gapić się na swe świąteczne zdobycze.

Gotowanie

Apropo suto zastawionego stołu, czy się to komuś podoba czy nie, 12 wigilijnych potraw to tradycja, której nie można zmienić. Tak więc, mimo iż zapewne nie wiesz już w co ręce włożyć, jako (nie)perfekcyjna pani domu, musisz sprostać temu zadaniu, nie przejmując się zbytnio tym, że zostały ci już tylko dwa dni i cała masa innych obowiązków. Nie muszę chyba wspominać o tym, że wszystkie potrawy powinny być domowej roboty?

I z góry uprzedzam, niech Ci nie przychodzi na myśl, by prosić kogoś o pomoc! Podjęłaś wyzwanie, zaprosiłaś do siebie całą rodzinę, to teraz dla nich gotuj. Naprawdę nie jest w dobrym tonie najpierw spraszać gości, a później sugerować im, żeby nie przychodzili do ciebie z pustymi rękami! I nie martw się, w przyszłym roku się odwdzięczysz. No chyba, że jesteś mamą-babcią, to całkiem prawdopodobne, że w kolejnych latach również będziesz panią domu. Trudno, jakoś to przeżyjesz. W końcu święta są tylko raz w roku…

Prezenty

Istnieje prawdopodobieństwo, że również tę kwestię zostawiasz sobie na ostatnią chwilę i pewnie jutro będziesz jeszcze biegać w popłochu po centrach handlowych, w poszukiwaniu ostatnich podarków. Pocieszę Cię – jeśli jutro nie skompletujesz prezentów, będziesz mieć ostatnią szansę w wigilię, wszak sklepy są czynne mniej więcej do 14.00 – powinnaś więc zdążyć.

I pamiętaj – każdy lubi dostawać prezenty, aczkolwiek nie każdy ucieszy się z kolejnej pary skarpetek, bokserek czy innych rękawiczek. Wysil się więc trochę i nie szczędź każdej złotówki. Oszczędzać będziesz po świętach, tak samo jak odpoczywać po tej gonitwie i odchudzać się po obżarstwie.

A teraz tak zupełnie poważnie….

Kogo, w święta, obchodzą świeżo umyte okna i wyprane dywany? Kto normalny sprawdza czy wypastowałaś podłogi i wypolerowałaś deskę sedesową? Kto bawi się w detektywa i sprawdza czy te uszka co pływają w barszczu zostały ulepione Twoimi palcami, czy może zostały nabyte w sklepie? A sernik, makowiec i piernik – to z cukierni, czy twojego piekarnika? Co za różnica?!

Nikt normalny nie biega przed wieczerzą z białą rękawiczką w poszukiwaniu zakurzonych zakątków twojego mieszkania. Nikt nie szpieguje, nie ocenia i nie krytykuje. Nikt nie liczy prezentów (no poza dziećmi ;-) pod choinką, bo jakież to wszystko ma znaczenie?

W świętach nie o to chodzi by się gonić i urabiać po pachy, a potem czekać na ich koniec by móc wreszcie odetchnąć i zwolnić. Najważniejszy jest bowiem czas spędzony wspólnie z rodziną. A to czy będziesz mieć brudne okna i nieodkurzone kryształy, czy przygotujesz wieczerzę samodzielnie lub z czyjąś pomocą – kogo to do diabła obchodzi?!?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja sama ulepiłam pierożki, sama pieke ciasta, sama robie sledziki, sałatki , cwikle i inne potrawy jedyne co w tym roku kupuje gotowe to barszcz czerwony zawsze sama gotowałam ale.u znajomych sprobowałam krakusa taki w kartonie bomba trzeba troche po swojemu doprawić

  2. już od dobrych kilku lat nie daję się ponieść…. :D

  3. Dokładnie ja sie tym nigdy nie przejmowalam i nie przejmuję

    1. Nie dość, że człowiek zdrowszy, bo spokojniejszy, to jeszcze zdąży nacieszyć się tym świątecznym czasem ;-)

  4. A u nas też jest na luzie, w domu trwa remont, więc niby się sprząta, ale i tak zawsze można by było bardziej… zamiast tego odwiedziła nas dziś siostra z dziećmi, wczoraj dzieci miały koncert, w piątek spotkanie ze znajomymi – i uważam to za lepiej spędzony czas niż przy pucowaniu wszystkiego na glanc i gotowaniu godzinami ;) no bo ile można zjeść przez te trzy dni???

  5. Mamy też jeszcze fajną tradycję, spotykamy się (kiedyś u babci mojej) całą rodziną u kuzynki, jakieś 30 osób, i dzielimy się przygotowaniami – każdy coś, w sumie i tak się zawsze tego sporo uzbiera – ale najważniejszy jest wspólnie spędzony czas i fajne pamiątkowe zdjęcia – to oto jest akurat sprzed dwóch lat, od tego czasu przybyły trzy kruszynki ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Byle do wiosny czyli koci sposób na nudę

Byle do wiosny czyli koci sposób na nudę


(nie)Magda(lena)

20 grudnia 2016

Zimowe wieczory, wymagają dokładnej organizacji czasu wolnego najmłodszych domowników – bo jak tu inaczej przetrwać do wiosny? Jak oderwać ich od telewizji, tabletów czy innych konsoli? To proste – wystarczy wywołać Kotostrofę!

Kotostrofa to odmiana znanego wszystkim Piotrusia – gracze muszą pozbyć się wszystkich swoich kart. Jednak nie jest to takie proste – przeszkadzają w tym między innymi Harry Kotter, Batcat czy Hrabia Kotula.

Śmiało można powiedzieć, że gra ta wymaga umiejętności strategicznych. Kart możemy pozbywać się na dwa sposoby: ten sam kolor lub taka sama wartość kart. W drugim przypadku nasza decyzja wywołuje efekt specjalny, np. 8+8 wymusza na następnym graczu wylosowanie od nas trzech kart zamiast jednej, a 1+1 pozwala na odrzucenie wszystkich kart o wartości 1 lub zmienia kierunek gry. Oczywiście nie obejdzie się bez karty nie do pary czyli Kotrusia. Kto zakończy rozgrywkę z tą kartą – przegrywa! Na szczęście jest kilka sposobów by się jej pozbyć w trakcie gry.

Dlaczego Kotostrofa?

Jest to dość prosta gra, przeznaczona dla 3 do 5 graczy, składająca się z 46 pięknie ilustrowanych, kwadratowych kart z kocimi bohaterami, 5 kart pomocy gracza – ze „ściągą” oraz karty wskazującej kierunek gry. Choć dedykowana jest dzieciom w wieku 7+, uważam że początkowo potrzebne jest wsparcie osoby dorosłej lub przynajmniej potrafiącej sprawnie przeczytać podpowiedzi z karty „ściągi”. Każda kolejna rozgrywka sprzyja przyswojeniu zasad, więc z czasem pomoc nie będzie potrzebna.

Kiedy gra na chwilkę się znudzi lub będzie brakować wymaganej ilości graczy, Kotostrofa może zamienić się w grę memory – szukanie par takich samych kart świetnie ćwiczy pamięć i zabija nudę. A może mała wojna? Kocie karty idealnie nadają się do tej gry!

Niewątpliwą zaletą jest poręczność Kotostrofy oraz jej metalowe pudełko. Dzięki temu można zabrać ją właściwie wszędzie i mieć w pogotowiu, na przykład podczas przedłużającej się podróży. To idealny sposób na nudę!

Gra ta nie należy do tych najczęściej wybieranych w naszym domu, ale kiedy chcemy rozegrać szybką partię przed kolacją sięgamy po “kocie karty”, idealnie się do tego nadają. Poza tym jest to najlepsza i najciekawsza odmiana Piotrusia jaką kiedykolwiek udało mi się spotkać – jej nieprzewidywalność może zaskoczyć i zmienić przebieg gry. Kotostrofa to jedna z tych gier, w którą musi zagrać każde dziecko, w końcu to klasyk choć w nowej odsłonie.

Zdjęcia – Paulina Garbień

Wpis jest elementem współpracy z Rebel.pl

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Czy karmienie piersią to tylko karmienie?

Czy karmienie piersią to tylko karmienie?


19 grudnia 2016

O karmieniu piersią w Polsce ostatnio robi się coraz głośniej. I dobrze. Bo choć statystyki GUSU nie pozostawiają złudzeń (wciąż jest źle – bo w zależności od rejonu Polski, wyłącznie piersią do 6 m.ż. karmi do 33% kobiet.), i wciąż społeczeństwo niedostatecznie sprzyja karmieniu piersią (głośne przypadki w restauracjach wypraszania mam do toalety), to badania pozostają bezwzględne – karmienie piersią to najlepsze, co matka może dać swojemu dziecku w pierwszych latach życia i nic, co człowiek stworzył do tej pory, nie dorówna temu pokarmowi.

Wymieniane są korzyści zdrowotne dla kobiety i dla dziecka, finansowe w prowadzeniu gospodarstwa domowego, oszczędnościowe w perspektywie państwowej opieki zdrowotnej, a także, czasem, te emocjonalne. Głównie jednak nacisk kładziony jest na wpływ hormonów na dobre samopoczucie matki oraz uspokajający wpływ na dziecko podczas choroby.

Jak dowiedziałam się ze swojego już prawie 2 letniego doświadczenia, karmienie piersią w znacznie większej ilości sytuacji, niż jest to głośno przez media omawiane, ma faktycznie niewiele z samym karmieniem wspólnego. Dzięki niemu dziecko czuje się bezpiecznie w nowym dla niego świecie, koi nerwy w stresowych sytuacjach.

Każda z nas doskonale na pewno pamięta wiele okoliczności, w których dziecko wołało o pierś, ale niekoniecznie kończyło się to jedzeniem. Chciało potrzymać, possać, dotknąć. A dokładniej?

Chciało poczuć:

  • ciepło skóry matki,
  •  jej zapach,
  •  miękkość piersi,
  • delikatną skórę matki
  • bicie serca matki,
  • jej głos w ciele,
  • jej oddech na swojej twarzy.

Chciało też:

  • przytulić się w swój ulubiony sposób (to już starsze dzieci) i z tej bezpiecznej, znanej sobie perspektywy móc oceniać otoczenie,
  • schować przed światem,
  • upewnić się, że mama jest blisko,
  • upewnić się, że jest bezpieczne.

I kiedy tak robiło? Kiedy przechodziło przez skok rozwojowy i nabywało nowe zdolności – te fascynujące, ale i nieznane, czasem niepokojące, które zaskakiwały jego samego; kiedy dostrzegało swoją odrębność od matki, postrzeganej do tej pory jako jedno ciało ze swoim własnym, i w grupie ludzi czy w dużych przestrzeniach czuło się nieswojo; kiedy miało około dwulatkowe wybuchy emocji, które się w nim kumulowały, po których chciało sprawdzić, czy świat nadal jest taki sam, gdy się przewróciło i zakręciło mu się w głowie, a do tego bolało je kolano.

Czy smoczek, butelka czy zabawka potrafią to zastąpić?

I życie matek usiane jest miliardami takich „drobnych” sytuacji, które bywają czasem spłaszczane mianem posiadania płaczliwych czy rozpuszczonych dzieci przyzwyczajonych do ssania piersi. Miliardy sytuacji w życiu dziecka sprawiają, że ono dojrzewa, uczy się, usamodzielnia. I tym, co mu  pomaga, jest poczucie bezpieczeństwa – poczucie, że najbliższa mu osoba jest przy nim.

I jak w takiej perspektywie postrzegać karmienie piersią jako „wyłącznie” karmienie? Można by przecież rzec, że karmienie piersią, to także przyjaciel, który wspiera, dodaje odwagi, asekuruje, trzyma za rękę – wtedy, gdy dziecko tego potrzebuje i się po pierś zgłasza. Pierś mówi językiem dziecka – intuicją i instynktem, gdy nie rozumie ono jeszcze innego języka.

I o tym jest książeczka .CYNIO. – o miłości do bliskości. O emocjonalnym wymiarze karmienia piersią. Napisałam ją w oparciu o doświadczenia łączące mnie w karmieniu piersią z moją córką, aby wesprzeć inne mamy, które miewają wątpliwości związane z karmieniem. Dziewczyny – warto karmić piersią, warto o to walczyć nawet mimo problemów! Znam mamy, które karmiły 4 lata i dłużej i mimo powrotu do pracy na pełen etat, pozostawiły karmienie piersią jako rytuał na początku i na końcu dnia. To bardzo dużo dla dziecka.

Na początku roku ruszy zbiórka na druk książki na Polak Potrafi. Zapraszam!

Dominika Naborowskaautorka książki .CYNIO. – o miłości do bliskości, mama 20-miesięcznej córki

www.fb.com/cynioksiazka

www.polakpotrafi.pl/projekt/cynio

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Karmiłam przez 22 miesiące i żałuję że synek się odstawił bo to byl najpiękniejszy okres w moim życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku