Oczekiwanie na trzecie dziecko – nie ma już ekscytacji, fajerwerków i szampana…


Oczekiwanie na trzecie dziecko  znacznie różni się od tego, które przeżywałam za pierwszym i drugim razem. Nie ma już takiej ekscytacji, fajerwerków i szampana (bezalkoholowego ;-) )  po każdym skończonym tygodniu, miesiącu, czy oberwanym kopniaku. Czas płynie okrutnie szybko i w zapewne zanim się obejrzę, już będzie po ptakach. Albo raczej – już będę tulić kolejnego członka rodziny. 

Pamiętam jak w pierwszej ciąży odliczałam każdy skończony tydzień ciąży, jak dużo czytałam na temat poszczególnych etapów rozwoju maleństwa, jak niecierpliwie wyczekiwałam terminów wizyt u gina, bo ciekawość – co słychać u mojej fasolki? – zżerała mnie od środka.

Pamiętam, że dużą część wolnego czasu spędzałam na buszowaniu w sieci i przeglądaniu dziecięcych ubranek, pościeli, wózków, mebelków i wszystkich innych wyprawkowych gadżetów. Okropnie trudno było mi wtedy powstrzymać się przed zakupowym szałem. Ani myślałam też czekać z tym do samego końca, w myśl przesądu – żeby nie zapeszać!

Kupione malutkie ubranka od razu prałam i prasowałam (czego na co dzień nie lubię robić, a tu robiłam ochoczo), a później miliony razy oglądałam nie mogąc się doczekać, kiedy w końcu będę mogła je wykorzystać.

Tak mijały mi kolejne tygodnie, miesiące… Aż w końcu dotrwałam do półmetka i z podobną ekscytacją czekałam na finisz.

Za drugim razem też towarzyszyło mi mnóstwo emocji i sporo niecierpliwości, ale było trochę inaczej. Głównie dlatego, że nie miałam już tyle czasu wolnego i możliwości, by tak bezkarnie sobie siedzieć z nosem wciśniętym w ekran komputera. Poza tym, część wyprawki już miałam, więc nie musiałam wszystkiego kompletować od nowa.

Zdobyta wcześniej wiedza i doświadczenie pozwoliły mi również ograniczyć do minimum poszukiwanie informacji  na parentingowych portalach. A wizyty u gina, choć nadal stanowiły super okazję do podglądnięcia mojej córeczki w brzuszku, to jednak nie były już tak bardzo wyczekiwane. Po pierwsze dlatego, że mniej więcej wiedziałam już, co mnie na nich czeka i co mogę zobaczyć w obrazie USG, a po drugie mając w domu przedszkolaka, czas biegł mi zdecydowanie szybciej niż w poprzedniej ciąży, więc nawet nie miałam głowy do tego, by codziennie odhaczać kolejny (ty)dzień w kalendarzu.

Do finiszu też nie odliczałam dni, ale to raczej dlatego, że przyszedł niespodziewanie, prawie miesiąc wcześniej, więc jakby nie miałam okazji do tego nerwowego wyczekiwania ;-)

Z kolei trzecia ciąża to jest już całkiem inna bajka. Niby też się bardzo cieszę i ciekawość rychłego poznania kolejnego członka rodziny jest równie silna, ale tym razem nie mam już kompletnie czasu na to, by beztrosko sobie siedzieć pod kocykiem, w ciszy i spokoju, oddając się rozmyślaniom, planowaniu, czy odliczaniu.

Czas pędzi jak szalony, w ciągu dnia niejednokrotnie łapię się na tym, że od rana jeszcze na chwilę nie usiadłam, że zmęczenie dobija się do mnie niczym komornik do dłużnika, ale o chwili odpoczynku i drzemce mogę jedynie pomarzyć. Efekt tego jest taki, że tygodnie mijają, kartki z kalendarza spadają, brzuch rośnie, a wizyty u gina stały się tylko formalnością.

Do niczego już nie odliczam, bo nie mam do tego głowy, ani czasu. Rzadko czegoś szukam w sieci i czytam, bo wiele już wiem. Nie głaszczę obsesyjnie brzuszka, bo zazwyczaj ręce mam pochłonięte ogromem obowiązków. A ruchów maluszka zdarza mi się przez to wszystko nawet nie zauważać – no chyba, że on właśnie postanowi spróbować przebić się swoją stópką przez skórę, złamać mi żebro, albo zagrzebać nieprzyzwoicie nisko… ;-)

I generalnie rzecz biorąc, w przeciwieństwie do poprzednich dwóch razów, nie jestem zbytnio przygotowana do powitania na świecie kolejnego dzidziusia, mimo że spokojnie może to nastąpić nawet za (około) pięć tygodni!! Jak tak teraz o tym myślę, to aż się sama sobie dziwię, bo zwykle nie lubię niczego zostawiać na ostatnią chwilę.

A tu pokoik nieprzygotowany, wózek właśnie sprzedaliśmy, niby na rzecz nowego, no ale jeszcze go nie zamówiliśmy. Fotelika nie mamy (bo poszedł razem z wózkiem) więc na chwilę obecną, co uświadomił mi kilka dni temu mąż, nawet nie miałabym jak wrócić z bobasem ze szpitala do domu :-P   

Łóżeczko aktualnie zajmuje córeczka, a wypadałoby dla niej kupić nowe miejsce do spania, żeby mogła zwolnić dotychczasowe wyro dla przyszłego brata, tylko jakoś tak nam nie po drodze do sklepu meblowego. Zresztą, a propos mebli – dla maluszka mam tylko przewijak, nic więcej, więc jego rzeczy na ten moment też nie mam gdzie trzymać.

Tak prawdę powiedziawszy to mam tylko kilka ubranek, które zostały w spadku po rodzeństwie. Całą resztę muszę zorganizować. Włącznie z wyprawką dla siebie – koszuli do porodu nie mam, podkładów i podpasek też nie… No jednym zdaniem – jestem w czarnej d*pie.

Ale obiecuję sobie, że po świętach, trochę zwolnię tempo i ogarnę temat… ;-)

A na pocieszenie mogłybyście powiedzieć mi matulki, że wy też tak miałyście w kolejnych ciążach i nie jestem jedyna – nieprzygotowana ;-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. U mnie za kazdym razem te same emocje te same wariacje..kazdy ruch kazdy kopniak tak samo przezyty

  2. Nie zgadzam się z ta teoria. Znaczenie ma ile czasu minęło od ostatnich ciąż. U mnie 17 i 11. I znowu czułam to podekscytowana. Oczekiwanie nie miało końca. Zakupy mikro ubranek sprawiało radość.
    Kaźda ciąża dla mnie to ekscytujący czas.

    1. To nie jest teoria. To moje osobiste refleksje.
      Każda moja ciąża jest chciana i planowana. Każde dziecko bardzo wyczekiwane, ale jednocześnie mam coraz więcej obowiązków i coraz mniej czasu wolnego – a to siłą rzeczy, nie pozwala mi przeżywać kolejnej ciąży tak samo jak poprzednich.

    2. Ja miałam to samo. Czasem zapomniałam o tym ze jestem w ciąży – tyle obowiazkow – po narodzinach natomiast przeżyliśmy totalne zauroczenie – mam wrażenie, że poziom endorfin był podobny jak przy zakochaniu się. Cudowny, piękny czas. Świadome macierzyństwo też ma dodatkowe zalety – bardziej cieszy wszystko i mniej frustracji wywołują obowiązki i nieprzespane noce.

  3. Inaczej jest za każdym razem – nie tylko ciąże są różne, tak samo ja byłam już trochę inna. Może było mniej ochów i achów przy kolejnych ciążach, ale znowu pojawiały się inne wspaniałe rzeczy – kiedy dzieci dowiadywały się o rodzeństwie, snuły plany, czego będą bobasa uczyć… Po trzeciej ciąży (w przeciągu 4 lat urodziła nam się trójka dzieci) aż żal mi było, że to już koniec… Dlatego czwartą ciążą cieszyłam się tak, jak gdyby była pierwszą (oczywiście na ile tylko się dało). :D

    1. Racja – my kobiety też się zmieniamy. Z każdą kolejną ciążą dojrzewamy, a przez to inaczej przeżywamy – i nie chodzi o to, że gorzej, po prostu inaczej.
      P.s. Troje dzieci w 4 lata – wow! :) Jesteś cudowna :) :*

    2. tak jakoś wyszło ;) trzecie było w planie kiedyś później, jednak pojawienie się dwóch kresek było cudowną niespodzianką :D a czwarta dziecinka super uzupełniła naszą rodzinkę :D

    3. córcie trzy, synek jeden – razem drużyna nie do pokonania :)

  4. dla mnie było mega wyczekiwanie gdyż po 10 latach od ostatniej ciąży :) czułam się super zajarana tym faktem :)

    1. Noo po 10 latach to co innego :) U mnie przerwa jest znasznie krótsza ;)

  5. W czerwcu urodziłam trzeciego syna. Najstarszy ma 15 lat, średni 9 lat. To było coś po tylu latach. Ciąża całkiem spoko, nawet chyba najlepiej ze wszystkich. Mój mały Wojtek eh… Co tu dużo pisać.

    1. Różnica wieku dosyć duża – to w jakimś stopniu ma wpływ na przeżywanie. U mnie różnica wieku będzie zdecydowanie mniejsza :)

  6. Nieprawda czeka się za każdym razem w stanie euforii i radosci

    1. Po pierwsze – to są moje OSOBISTE refleksje, dlatego nie rozumiem skąd wniosek, że napisałam nieprawdę?
      Po drugie – nie napisałam, że trzecia ciąża mnie nie cieszy, wręcz przeciwnie! Chodzi jedynie o to, że mając już 2 małych dzieci mam tyle obowiązków i pracy przy nich, że najzwyczajniej w świecie brakuje mi czasu na to by każdego dnia rozmyślać o ciąży i przeżywać ją w taki sam sposób jak poprzednimi razy.

    1. Skąd wniosek, że moje OSOBISTE przemyślenia są kłamstwem??
      To nie jest teza postawiona wobec wszystkich kobiet, to są moje refleksje…

  7. Kazda kolejna ciaza jest na innym etapie naszego zycia i to tez wplywa na to jak odczuwamy ciaze

  8. A ja sie ciesze, jak przy kazdej ciazy, czekam na kazda wizyte u lekarza z motylkami w brzuchu, ale… brak czasu na odpoczynek odbija sie na mnie tak, ze czasem zapominam, ze jestem w ciazy
    Najstarsza ma 3 lata, mlodsza poltora roku, a jestem w 13tc.

    1. No właśnie – ja też czasem zapominam, że w ciąży jestem, choć bliżej mi do finału niż początku :P

    2. Hihi. No to ja jeszcze mam prawo😂

  9. To chyba pisał ten artykuł ktoś kto dzieci niema

  10. Ekscytacja ta sama, tylko obaw ciut mniej ;)

  11. Ekscytacja, odliczanie, rozmowy z synkiem, głaskanie… Z czwartym, piątym i szóstym dzieckiem podobnie

  12. Trzecie dziecko było trochę zaskoczeniem (miało być, ale trochę pozniej;)) ciąża trochę inna od pozostałych bo nie było szans na odpoczynek itp kiedy wokół biega roczny maluch. Ale dzidziuś bardzo wyczekiwany a uparciuch urodził się po terminie

  13. Tak samo oczekiwane i tak samo udane

  14. Przy pierwszej ciąży miałam tak samo . Oczekiwanie odliczanie itd. Za drugim razem już nieco mniej czasu wiadomo. Za trzecim razem to już wgl czasu brak. Wszystko na ostatnią chwilę było przygotowane. Trzeba było ubranka kompletować,bo maleństwo okazało się chłopakiem a w domu już 2 dziewczyny ;) były.kazda ciąża inna,poród inny. Za każdym razem gorszy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Cukrzyca w ciąży – co powinnaś o niej wiedzieć


Cukrzyca ciążowa to choroba, która może stanowić poważne zagrożenie dla płodu. Choć dotyka stosunkowo niewielką ilość przyszłych mam i nie zawsze pojawia się w każdej ciąży (w przypadku wieloródek), to jednak trzeba mieć świadomość, że taka przypadłość istnieje i jakie ryzyko za sobą niesie. Dlatego należy bacznie obserwować swój organizm w ciągu tych 9 miesięcy, by w razie czego szybko wykryć problem i podjąć odpowiednie działania.

Czym jest cukrzyca ciążowa?
Cukrzyca ciążowa, jak sama nazwa wskazuje, pojawia się tylko u kobiet ciężarnych i zwykle ustępuje niedługo po porodzie. Przyczyny jej pojawienia się są złożone i nie do końca wyjaśnione, lecz z pewnością w jej rozwoju kluczową rolę odgrywają zmiany hormonalne zachodzące w organizmie kobiety. W wielkim skrócie można by rzec, że wzrost niektórych hormonów, typu progesteron, prolaktyna, czy estrogeny, blokują działanie insuliny. Dochodzi więc do zachwiania równowagi i podwyższenia poziomu glukozy we krwi ponad normę.

Czynniki ryzyka rozwoju cukrzycy w ciąży:
– nadwaga,
– mała aktywność fizyczna,
– wiek powyżej 35 roku życia,
– cukrzyca występująca w rodzinie,
– przebyta cukrzyca ciążowa w poprzedniej ciąży,
– duża masa ciała dziecka w poprzedniej ciąży (powyżej 4 kg).

Objawy cukrzycy ciążowej
U wielu ciężarnych cukrzyca rozwija się potajemnie i przebiega bezobjawowo, dlatego testy na poziom cukru we krwi powinno się przeprowadzić kilkakrotnie. Czasami objawy mogą być typowe dla okresu ciąży, co znacznie utrudnia jej rozpoznanie i szybką reakcję. Jednak są pewne sygnały wysyłane przez organizm, które powinny wzbudzić czujność przyszłej mamy. Należą do nich:
– zawroty głowy,
– omdlenia,
– silne pragnienie,
– częste oddawanie moczu,
– sucha skóra,
– senność i ciągłe zmęczenie.

Zagrożenie płynące z choroby
Większość kobiet chorujących na cukrzycę w ciąży rodzi zdrowe dzieci. Należy mieć jednak świadomość, że nierozpoznana, niekontrolowana i źle leczona cukrzyca zwiększa ryzyko poronienia, porodu przedwczesnego, urodzenia martwego dziecka oraz wad wrodzonych ( serca, nerek, układu nerwowego, oddechowego, przewodu pokarmowego). Ponadto niewykryta lub zlekceważona choroba może doprowadzić do nadmiernego wzrostu masy ciała dziecka, co z kolei może stanowić zagrożenie (dla matki i dziecka) podczas porodu naturalnego i wskazanie do cesarskiego cięcia.

Diagnoza – test obciążenia glukozą
Testy na poziom cukru we krwi przeprowadza się kilka razy. Pierwszy już na samym początku ciąży, by sprawdzić, czy przyszła mama nie choruje na cukrzycę typu 2 nieświadomie (nierozpoznaną przed ciążą) lub cukrzycę typu 1, która rozwija się podczas ciąży.

Drugi test wykonuje się między 24 a 28 tygodniem ciąży. Polega on na tym, że najpierw pobiera się ciężarnej kobiecie krew, później podaje do wypicia roztwór sporządzony z 50 g lub 75 g glukozy rozpuszczonej w 250 ml wody. Następnie po upływie 1 godziny (w przypadku 50 g glukozy) lub 2 godzin (po spożyciu 75 g glukozy) oznacza się stężenie glukozy we krwi.

Leczenie cukrzycy w ciąży
Jeśli wynik testu okaże się nieprawidłowy, niezbędna jest pilna konsultacja z lekarzem ginekologiem oraz diabetologiem, który ustali jak należy dalej postępować. Konieczna na pewno będzie odpowiednia dieta z ograniczeniem cukrów prostych, regularna kontrola poziomu glukozy we krwi, a w najgorszym razie trzeba będzie włączyć terapię insuliną – jeżeli stężenie glukozy oznaczane za pomocą glukometru przekracza 5 mmol/l (90 mg/dl) i/lub stężenie poposiłkowe wynosi >6,7 mmol/l (120 mg/dl).

Zmiany i postępowanie w przypadku cukrzycy ciążowej
Po zdiagnozowaniu cukrzycy ciążowej, niezwłocznie należy zmienić swój dotychczasowy styl życia i nawyki żywieniowe. Najważniejsze zalecenia dla ciężarnej to:
– spożywanie kilku niewielkich posiłków, w równych odstępach czasu,
– wyeliminowanie z diety cukrów prostych,
– zwiększenie ilości produktów zbożowych, bogatych w błonnik i białko, roślin strączkowych, warzyw i owoców (choć z nimi też należy uważać),
– ograniczenie w diecie soli,
– regularna aktywność fizyczna, która sprzyja „spalaniu” glukozy (przynajmniej 30 minut spaceru każdego dnia, najlepiej po posiłku),
– picie dużych ilości wody.

Pamiętaj, wczesne zdiagnozowanie i odpowiednie leczenie cukrzycy w ciąży może zapobiec wystąpieniu wielu poważnych powikłań i zakończyć ciążę szczęśliwie. Nie lekceważ więc żadnych symptomów, badań lekarskich i wizyt u specjalisty/ów! Wiedz też, że cukrzyca ciążowa to nie dożywotni wyrok i po porodzie Twój organizm powinien wrócić do swojej równowagi oraz zdrowia.

Więcej o cukrzycy ciążowej można przeczytać również na stronie www.zdrowystartwprzyszlosc.pl

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Miałam cukrzycę w drugiej ciąży. Na początku próbowałam dietą, ale niestety cukier na czczo był za wysoki. Dostałam insulinę na noc. Do końca ciąży byłam na diecie cukrzycowej, i dzięki niej przytyłam tylko 6 kg,
    Córka urodziła się zdrowa, 3,4kg. Najgorsze są zawsze początki kiedy człowiek nie wie co, z czym, jak.
    Bardzo pomocna jest strona slodkiemamy.edu i grupy na fb

  2. Ja miałam cukrzyce w pierwszej (i jedynej ciąży) ze względu na rodzinne obciążenie robiłam test z glukoza dwa razy (pierwszy w 18 tc i wyszedł dobrze). Początkowo dieta ale cukry były bardzo wysokie a ja nie jadłam pawie nic. Potem insulina na noc i po posiłkach. Przed ciąża ważyłam 68 kg w dniu porodu 70. Córeczka urodziła się zdrowa i bez zaburzeń glikemii. Ja mimo iż jestem już ponad 2 lata po porodzie badam się wyrywkowo glukometrem. Na razie jest dobrze ☺

  3. Miałam cukrzycę w ciąży. Udało mi się całą ciążę prowadzić dietę i uniknąć insuliny córka zdrowa jak ryba, 3670g

  4. W pierwszej ciazy mialam cukrzyce. Dieta. I wszystko bylo ok. Corka w 38 tyg.zdrowa 3310. Przy drugiej ciazy nie mialam cukrzycy.

  5. Ja miałam w pierwszej i trzeciej ciąży przy corkach. Pierwsze udalo sie dieta wyeliminować wysoki poziom cukru a przy trzeciej ciazy już musialam dostawać insulinę przy każdym głównym posiłku oraz na noc z każdym tyg dawka insuliny wzrastala

  6. U mnie po pierwszym porodzie, neonatolog podejrzewała nierozpoznaną w ciązy cukrzycę. W drugiej ciąży cukrzycę stwierdzono i sklasyfikowano jako ciązową, dostalam insulinę i generalnie lekarze lekko podeszli do tematu i moje obawy o możliwe powikłania kwitowali tym, ze najwyżej dziecki będzie duże i zrobią cc. Syn urodził się z cięzkimi powiklaniami i wrodzonym zapaleniem płuc spowodowanym infekcją wewnatrzmaciczną! Sprawa oczywiście zamieciona pod dywan. Okazało się że choruję na cukrzycę typu 1, LADA tzn późno rozpoznawaną. Wystarczyło zrobić badania na ilość c-peptydu we krwi można mnie bylo leczyć inaczej. Na szczęście z synkiem już jest w porządku, ale polecam dopytywać o wykonanie tego badania.

  7. Też miałam cukrzycę ciążową za wysoki cukier więc dostałam insulinę do każdego posiłku i na noc ,niunia urodziła sie duża i zdrowiódka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Książka, po której nic nie będzie takie samo


Właściwie nie wiem, na co liczyłam, wypożyczając tę książkę. Na jakieś pikantne sekrety? Na krew w żyłach mrożące tajemnice? Na ciekawostki ze świata, który jest mi całkowicie obcy? Pewnie na wszystko po trochu. Ale na to, co mnie spotkało, nie byłam ani trochę przygotowana.

Zaczęło się w małej wiosce w Indiach, co samo w sobie trochę mnie zaskoczyło, bo książka jest napisana w pierwszej osobie, a autorka jest ponoć Polką. Ponoć, bo pisze pod arabskim pseudonimem. Ale to nieważne.

No więc zaczęło się w małej wiosce w Indiach. Bieda, głód i obyczaje całkowicie obce naszym. Kobieta nie ma nic do powiedzenia do tego stopnia, że jej córkę wydał za mąż jakiś wujek. Bez wiedzy i zgody matki! I nie dało się tego odkręcić. Dziewczynka też nie miała nic do powiedzenia. Chyba nawet nie do końca wiedziała, co się dzieje i po co ten cały cyrk. Miała dwanaście lat. Dwa lata później została matką. Ale to i tak nic.

W Indiach nie ma pracy. Po prostu nie ma. Kobiety, żeby utrzymać rodzinę, wyjeżdżają do pracy do Kuwejtu. Pół biedy jak są dorosłe. Jakoś przetrwałam opis rozpaczy pięciolatki, która musiała pożegnać się z mamą na kilka lat. Jakoś, bo łatwo nie było. Ale gdy ta sama pięciolatka pięć lat później została wysłana z domu do Kuwejtu na służbę, coś we mnie pękło. Dziesięć lat! Niewiele więcej niż Duśka! Małe, żałosne dziesięć lat. Do pracy! Do obcego kraju, bez języka, bez znajomych twarzy, bez pieniędzy, bez… no bez niczego w sumie. Przecież to jeszcze dziecko!

Powiem wam, że serce mnie bolało, jak to czytałam. W głowie rodził się bunt, że przecież to niemożliwe, że tak się nie robi, że nieprawda, wymyślone! Niestety nie. Byłam bliska odłożenia tej książki gdzieś na półkę, byle dalej ode mnie. Ale to nie takie proste. Tak naprawdę nie mogłam się od niej oderwać.

Arabskie obyczaje są skrajnie różne od naszych. Przekaz, jaki do nas dociera na ich temat, też mocno różni się od tego, co można przeczytać w książce. Dość powiedzieć, że w kraju, w którym za cudzołóstwo kobiety karze się śmiercią, bogobojne muzułmanki prowadzą bogate życie erotyczne. Tak, te fragmenty były nawet ciekawe. Podobnie jak opis obyczajów panujących w kuwejckich pałacach. Ale już to, co działo się na pustyni i pod nią, mroziło krew w żyłach. Pod nią znaczy dokładnie pod nią, piachy pustyni skrywają wiele tajemnic, o których się nie mówi.

Hinduskie małżeństwa są kojarzone przez rodziny. Nawet jeśli państwo młodzi uczciwie sobie powiedzą, że się nie kochają i mają inne plany, to to i tak nie ma znaczenia. Podporządkowanie się obyczajom i rodzinie jest bardzo głęboko zakorzenione w świadomości mieszkańców Indii. I właśnie dlatego nasza bohaterka wychodzi za mąż za człowieka, który jest jej kompletnie obojętny. Mało tego. Którego nawet nie zna! Chociaż i tak trzeba jej przyznać, że wykazuje przy tym sporą odwagę, bo poślubia nie tego, którego wybrała jej rodzina. Za to potem musi być mu posłuszna, utrzymywać go i oddawać mu wszystkie zarobione pieniądze. Musi także oczywiście z nim współżyć, czy jej się to podoba, czy nie.

Wojnę w Iraku i Kuwejcie nawet pamiętam. Telewizja i gazety sporo na ten temat trąbiły. Internetu jeszcze nie było, a jeśli był, to niedostępny przeciętnym zjadaczom chleba, więc może i faktycznie nie wiedziałam za dużo. Ale wystarczyła ta jedna mała książeczka, żebym zaczęła widzieć prawdziwą tragedię dotkniętych nią ludzi. Masakra nad masakrami. Koszmar. Dramat. Tragedia. Nie, nie znam odpowiedniego słowa.

Kiedy kobieta wyjeżdża z Indii do pracy w Kuwejcie, nigdy nie wie, gdzie trafi. Może do domu dobrych i uczciwych ludzi, a może do kogoś, kto ją zamknie w komórce bez okien i będzie noc w noc gwałcił. Jest ryzyko, są pieniądze. Albo ich nie ma. A jak nie ma pieniędzy, to rodzina w Indiach głoduje. Czasem staje się bezdomna. I to nie są bajki wyssane z palca.

I jak się po tym wszystkim trafia na taki cytat:

to w pierwszym odruchu człowiek myśli, że przecież to prawda, mamy powody do narzekania. Ale zaraz po tym przychodzi refleksja. Może i żyjemy w trudnych czasach, może i sytuacja polityczna nie jest najciekawsza, może jest trudno związać koniec z końcem. Ale póki co, nie musimy wysyłać małych dzieci do pracy tysiące kilometrów dalej. Nie musimy ich sprzedawać pośrednikom bez gwarancji, że kiedykolwiek wrócą do domu. Nie traktujemy garstki ryżu w kategoriach luksusu. I nie jesteśmy niczyimi niewolnikami.

Przeczytajcie jeszcze przed świętami. Inaczej popatrzycie na otaczający was świat i na cały ten marketingowy bełkot dokoła. Laila Shukri „Byłam służącą w arabskich pałacach”.  

 

P.S. Kiedy pokazałam ten tekst moim redakcyjnym koleżankom, Fizinka w rewanżu pokazała nam to. Zaskoczone byłyśmy wszystkie jednakowo. Ale to tylko dowodzi prawdziwości mojej teorii. Po tej książce nic nie jest takie samo.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

G*wno, to g*wno, co za różnica?


  • Co pan?
  • A sram, jak pani pies! – kojarzycie ten nieśmiertelny dialog z kultowego “Dnia Świra”???

Jeśli tak, domyślacie się już chyba, co nie po raz pierwszy wyprowadziło mnie z równowagi…

Nie do pomyślenia. Cywilizowany kraj, XXI wiek a mentalność rodem z zabitej dechami peerelowskiej wsi… Niezależnie od pory roku i dnia, kochani właściciele wyprowadzają swoje równie kochane małe psy na trawnik pod oknami bloków. To porażające, gdy leniwy właściciel oparty o klatkę schodową, albo pali papierosa relaksując się na świeżym powietrzu, albo zwyczajnie otwiera kundlowi drzwi i znika w czeluściach klatki schodowej.

A co dalej? Łatwo się domyślić – pieseczek szcza i sra pod oknem, na zielonej trawce. Dobry Boże, ja też mam psa, ale zawsze, choćby nie wiem co, zabieram go na drugą stronę, do lasu albo na łąki (40m od osiedla!) tam pies załatwia swoje potrzeby. Nie na trawniku, nie na chodnikach. Dzięki temu nikt w gówna po moim psie się nie pakuje, a ja nie dokładam kupki smrodu, której być nie powinno.

Ale… lenistwo wygrywa z dobrym wychowaniem i zasadami współżycia społecznego. Jeśli wydaje się wam, że szanowny właściciel schyla się po gówno swojego pupilka, by je uprzątnąć, jesteście w błędzie. Ja sprzątałam ze dwa, czy trzy razy odchody plus wymiociny, i szybko nauczyłam psa higieny poza trawnikami. Poza tym są woreczki na psie odchody i nie kosztują one majątku! Nawet sikać pod blokiem nie pozwalam, wystarczy mi, że inne psy nagminnie obszczywają ławki i śmietniki, co wybitnie czuć latem, gdy opary unoszą się w powietrzu.

Co ciekawe, zauważyłam, że właściciele większych psów są o niebo bardziej zdyscyplinowani. Zwierzak na smyczy jest  wyprowadzany poza osiedle, tam załatwia swoje potrzeby. Właściciele małych psów tego zdają się w większości nie zauważać. Szkoda dupy ruszyć dalej, to wypuszczają psy na trawnik pod oknem i dawaj, poranna toaleta.

A ja mam takie pytanie do “swobodnych” posiadaczy Yorków i im podobnych – czy gówno małego psa śmierdzi mniej, niż gówno dużego wyprowadzanego gdzieś dalej??? A może inaczej ląduje w nim stopa małego dziecka, które nieopatrznie wejdzie na zielony trawniczek czy pobliski chodniczek? A może rower, który nie wyminął tej mini bomby biologicznej, zostawia mniej syfiasty ślad po małym gównie małego psa? Nie, nie musicie odpowiadać, wystarczy, żebyście pomyśleli.

P.S. Przy okazji dedykuję tę kultową scenę z Dnia Świra wszystkim leniwym właścicielom kundli i rasowców, które srają i sikają nagminnie pod oknami bloków na moim osiedlu.Może znajdzie się ktoś odważny i też wam nasra na trawnik. Gówno, to gówno, co za różnica? :)

https://www.youtube.com/watch?v=WUgI6XPK22A

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. milena Kaminska

    Ja niejednokrotnie miałam ochotę pozostawić odchody sąsiadowi pod bramą. Mieszkam w domku jednorodzinnym, wokół mnie domki.jednorodzinne a psy wypuszczane a nawet wyprowadzane. Niejednokrotnie przed bramą było brzydko mówiąc nasrane. Dzwonienie do gminy mało daje. Złapali jednego psa który był wielki i agresywny przeskakiwal przez siatkę strach było dzieci na podwórko puścić. Problem też z kotami, których osobiście nie lubie, ale gdy przebieglby mi raz na jakiś czas jeden kotek byłabym wstanie to znieść. No ale sąsiad dobra dusza postanowił dokarmiac kotki z całej wsi i czasami w ogrodku gdzie rosły zdrowe warzywka dla moich dzieci wylegiwalo się ok 10 kotów, moja wycieraczka przed domek to wychodek no i oczywiście piaskownica przeznaczona tylko i wyłącznie dla moich dzieci. A najlepsze gdy wieczorkiem leżąc na kanapie siedzi na tarasie kilka kotow i świeci swoimi.oczetami patrząc na mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku