Emocje 31 maja 2019

Parada równości w parku rozrywki w Paryżu

Paryż od zawsze był postępowym miastem. Taką światową stolicą mody i trendów wszelakich. Przy tym miastem artystów, miastem miłości i miastem wolności. Francuskie hasła rewolucyjne przeniosły się do codzienności, a wolność, równość i braterstwo chyba zaczęto traktować dosłownie. Zbyt dosłownie. Parada równości w Disneylandzie to moim prywatnym zdaniem krok za daleko.

Parada równości w parku rozrywki w Paryżu

Do faktu, że istnieją parady równości, zdążyłam się przyzwyczaić. Nie do końca wiem, po co one są organizowane, ale oki, ludzie chcą głośno mówić, z kim uprawiają seks, ich sprawa. Nie widzę w tym sensu, bo jakby ludzka seksualność jest sprawą bardzo intymną i nie powinna być wywlekana na światło dzienne. Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć, że geje, lesbijki i osoby transseksualne chcą, podobnie jak osoby heteroseksualne, publicznie okazywać sobie uczucia. I nie chcą być za to kamieniowane. Jednak jest różnica między paradami równości organizowanymi na ulicach miast i adresowanych do dorosłych, którzy są już świadomi swojej orientacji seksualnej, a paradą organizowaną w parku rozrywki, czyli miejscem, gdzie dzieci jest wyjątkowo dużo. Mało tego. Termin też nie został wybrany przypadkowo. „Magiczna duma” (taką nazwę ma nosić event, przyznaję dobrze dobrana marketingowo, w końcu które dziecko nie lubi magii?), ma się odbyć ni mniej, ni więcej tylko 1 czerwca, czyli w Międzynarodowy Dzień Dziecka. Mało tego, organizują ją władze parku.

Cieszę się, że nie mieszkam w Paryżu i że nie stać mnie na podróż do owego miejsca. Bo co innego świat dorosłych, a co innego świat dzieci. Osobiście uważam, że przekonywanie dzieci, że małżeństwo homoseksualne jest równe heteroseksualnemu, jest nieodpowiednie dla jego słabej psychiki i kompletnie nieukształtowanego światopoglądu. Co nie znaczy, że czuję potrzebę ukrywania przed dzieckiem, że takie związki istnieją.

Tolerancja wobec LGBT, czyli właściwie co?

Powiem Wam, że nie lubię słowa tolerancja. Nie lubię, bo ono właściwie nic nie znaczy. O ile pamiętam, słownik tłumaczy je jako „niechętną akceptację”, ale to też niewiele znaczy. No ale idąc tropem słownikowego tłumaczenia, mogę tolerować muzykę zza ściany. Przez godzinę, bo dłużej nie wytrzymam. Potem dzwonię do mojej młodocianej sąsiadki i proszę o litość. Natomiast nie znoszę słowa tolerancja w stosunku do osób homoseksualnych, transseksualistów i innych, zbierających się pod wspólną flagą środowisk LGBT. Żeby kogoś tolerować, to trzeba go najpierw nie akceptować. Tymczasem ludzi jako takich akceptuję. Mogłabym powiedzieć, że nie akceptuję ich seksualności, byłoby to bliższe prawdy. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że najbardziej denerwuje mnie ich chęć epatowania ową odmienną seksualnością, organizowania wszelakich parad równości (jakoś nie ma w nich miejsca dla osób heteroseksualnych, więc ta równość jest trochę wybrakowana) i przekonywania całego świata i okolic, że ich zachowanie jest normalne. I tę agresywną kampanię równości naprawdę ciężko mi tolerować. Jestem jej przeciwna.

Co wie na ten temat moje dziecko?

Już kiedyś próbowaliście mnie zjeść za szczerą wypowiedź na ten temat, więc od razu powiem: moje dziecko wie, że zdarzają się sytuacje, w których pani kocha panią, a pan pana. Wie też, że zdarzają się takie przypadki, w których pan czuje się jak kobieta, albo pani jak mężczyzna. I że niezależnie od tego, są takimi samymi ludźmi jak my, więc należy im się szacunek. Nie można ich przezywać ani wyśmiewać. Wie też, że takie przypadki nie są normą. Po prostu się zdarzają. Duśka ma dziesięć lat i uważam, że na razie tej wiedzy jej wystarczy.

 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close