Naleśniki po meksykańsku


W dzieciństwie naleśniki kojarzyły mi się jedynie z dżemem lub słodkim twarogiem. Wtedy nikt nie myślał o tym, by dodawać do nich mięso i warzywa. Teraz jest inaczej – ludzie lubią eksperymenty kulinarne przełamujące nieco tradycję. Całe szczęście, bo dzięki temu gotowanie nie musi być nudne, a jedzenie nie musi zawsze smakować tak samo!

Dziś podzielę się z Wami moim odkryciem cudownego smaku słonych naleśników. Gwoli ścisłości, pisząc „moim” nie chodzi mi o to, że ja je wymyśliłam, nie nie! ;-) Raczej mam na myśli, swoją wielką fascynację i uwielbienie do nich.

Ale do rzeczy!

Moje trzy, absolutne numery jeden (nigdy nie wiem który jest ten naj naj! :P ) to naleśniki: po meksykańsku, staropolsku i zielone – czyli ze szpinakiem oraz brokułami. Mmmmmm na samą myśl leci mi ślinka!

W dzisiejszej odsłonie zdradzę Wam tajemnicę pierwszego przepisu, tj. na naleśniki po meksykańsku.

Naleśniki (około 12 sztuk):

300 g (około 2,5 szklanki) mąki
500 ml (2 szklanki) mleka
3-4 jajka
szczypta soli
3 łyżki roztopionego masła lub oleju

Farsz:

1 cebula
4 ząbki czosnku
500 g mięsa mielonego
puszka kukurydzy (285 g)
puszka czerwonej fasoli (240 g)
papryka – osobiście lubię kolorowe dania, więc jeśli mam możliwość biorę trzy papryki: 1x czerwona, 1x  żółta, 1x zielona.
Dzisiaj niestety mam tylko jedną, czerwoną.
słoik przecieru pomidorowego

Przyprawy:

sól
pieprz
cukier
natka pietruszki
majeranek
oregano
bazylia
kolendra
papryka słodka (jeśli lubisz pikantne potrawy – papryka ostra)
opcjonalnie – przyprawa do potraw meksykańskich (ja nie mam, więc mieszam własne ulubione smaki)

Sos czosnkowy (jeśli nie lubisz, możesz oczywiście zrobić inny, np. pomidorowy)

1 duże opakowanie jogurtu naturalnego
4-5 ząbków czosnku
1 łyżka majonezu
sól
pieprz

Sposób wykonania:

1. Na dno patelni (a najlepiej wok`a – jest wygodniej) wlewam olej, podgrzewam go.

2. Cebulę kroję w kostkę, podsmażam. Dodaję szczyptę soli i cukru.

3. Czosnek kroję w plasterki. Dorzucam do cebuli.

4. Gdy cebula i czosnek „opalą się” na złoty kolor, wkładam mięso, doprawiam je solą, pieprzem, pietruszką i słodką papryką.

5. Dodaję kukurydzę, a następnie pokrojoną w kostkę, paprykę.

6. Gdy warzywa trochę zmiękną, dodaję fasolę oraz przecier pomidorowy.

7. Wszystko mieszam, ponownie doprawiam do smaku.

Moja rada – jeśli masz na patelni za dużo tłuszczu, wlej do farszu odrobinę wody (ja to robię przed dodaniem przecieru by już go nie rozrzedzać) i poczekaj aż odparuje.

Sos:

1. Jogurt przelewam do miseczki.

2. Przeciskam przez praskę czosnek, dodaję do jogurtu, razem z majonezem.

3. Doprawiam do smaku solą i pieprzem.

4. Dokładnie wszystko mieszam.

Gotowy farsz układam na naleśnikach, zawijam (ja lubię w kopertę).

Na patelni rozgrzewam trochę oleju, kładę naleśnika „kieszonką” do dołu, tak by się skleiła. Podsmażam na złoty kolor.

Moja rada – aby mieć pewność, że farsz w środku będzie ciepły i dobry do jedzenia:

a) układaj na naleśniku ciepły farsz i podsmażaj placki tylko po to by je skleić oraz zarumienić,
b) wrzuć zwinięte naleśniki na chwilę do mikrofalówki lub piekarnika, później tylko podsmaż (j.w.),

Smacznego!

 

nalesniki po meksykansku

nalesniki po meksykansku13

nalesniki po meksykansku2

Zdjęcia: Sylwia

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Poproszę 3 szt. na 13.00 dzisiaj… ech :)

    1. Gdzie je dostarczyć?? ;-)

      1. Kraków, parking przy Parku Decjusza :)
        uda się?

      2. W 1 godzinę do Krakowa będzie ciężko…… ale spróbujemy! ;-)

  2. Kamila Klimek

    Zrobiłam dziś na obiad:))) Bossssssskie:D

  3. Moim ostatnim farszem były brokuły i ser feta :)

    1. Z brokułami też uwielbiam naleśniczki! ;-)

  4. Milena Kamińska

    pychotka, nigdy nie robiłam ale wyglądają smakowicie na pewno zrobię

    1. Wyglądają i są baaaardzo smaczne!! ;-)

  5. no raczej, tylko kto zrobi :D

  6. Często je robię :-) wszystkim bardzo smakują bo na prawdę są pyyycha :-)

  7. Przecier pomidorowy czy koncentrat pomidorowy? Ile gram ma być?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Kuchenne rewolucje


Wymarzyłam sobie nową kuchnię! Plan działań wstępnych był prosty: przekonać męża, że to niezbędna inwestycja i ustalić budżet obejmujący meble i … prace remontowe. Bo choć moja wizja przewidywała tylko wymianę mebli, to na nowych szafkach się nie skończyło…

Na początku nie spałam po nocach szukając na stronach internetowych kuchennych inspiracji. Po jakimś czasie wiedziałam już dokładnie czego chcę i na czym mi zależy. Nie pozostało mi nic innego, jak trzymać kciuki by po przeliczeniu na złotówki moje pomysły nie musiały ulec modyfikacji. Oprócz mebli postanowiliśmy z mężem wymienić podłogę – i w tym miejscu zaczęły się schody. Skuwanie starych płytek wymagało opustoszenia całego pomieszczenia, a fachowiec od kafelków miał wolny termin tylko na początku lipca, natomiast na meble trzeba było czekać osiem tygodni od podpisania umowy. I tak oto rozpoczęliśmy dwa miesiące (z hakiem) koczowania bez kuchni.

Wiecie ile garnków, patelni, talerzy, miseczek, kubków, filiżanek, sztućców, dzbanków, desek, pojemników itp. mieści się w kuchennych szafkach? Zapełniłam nimi pół sypialni, tyleż samo salonu i jeszcze część przedpokoju – gdzieś trzeba było poprzenosić i poupychać te wszystkie naczynia i sprzęty i w dodatku obrać dobrą strategię organizacyjną, by wszystkie naczynia były pod ręką. Przecież nie mogliśmy się stołować dwa miesiące poza domem.

Wymarzone płytki podłogowe były o wiele tańsze w sieci niż w pobliskich salonach, więc zamówiliśmy je w sklepie internetowym. No i stres – pan od glazury był tuż tuż, a kuriera ani widu ani słychu. Szczęście w nieszczęściu konieczna była na podłodze wylewka, więc położenie płytek trochę przesunęło się w czasie – była szansa, że dotrą na czas. Uf, udało się!

W trakcie pomiaru kuchni okazało się, że trzeba będzie nieznacznie przerobić instalację wod-kan i przesunąć gniazdka elektryczne. Niby nic wielkiego, ale konieczne było znalezienie kolejnych fachowców i to takich, którzy nie byli właśnie na urlopie. Po wielu telefonach – byliśmy coraz bliżej celu.

W międzyczasie podpisaliśmy umowę z salonem meblowym, na której widniała data realizacji 18 września! Toż to cała wieczność. Miałam już powoli dość tego prowizorycznego funkcjonowania w swoim domu i wiecznego sprzątania remontowego brudu (każdy z fachowców nie odpuszczał sobie kucia!).

Szukałam plusów sytuacji – brudna część była już za nami, rozwiązana została kwestia lodówki – stara oddana w dobre ręce, nowa kupiona (choć pechowo, że między chwilą, gdy się na nią zdecydowałam, a momentem zakupu podrożała o 10%), podłoga wyglądała cudnie, a kolor na ścianach nie odbiegał od wymarzonego… Tyle już przetrwałam – dam radę jeszcze! Zresztą nie miałam wyboru ;)

W pewien poniedziałek, delektując się poranną kawą – postanawiłam skreślać grubym czarnym flamastrem dni, które pozostały do nowych mebli. Jeszcze „tylko” 10.  Kontynuując delektowanie się kawą – usłyszałam dzwonek do drzwi. Kto o tej porze koniecznie chciał mnie zobaczyć w szlafroku i wałkach na włosach?
„O, o, ooo! Dzień dobry. Panowie dziś? A przecież miało być w przyszłym tygodniu?
Nie, nie, to żaden problem!… ależ proszę zostać! Wejść! Wnieść! Zmontować! Spełnić moje marzenie! I pozwolić mi wreszcie normalnie żyć!”

No i na tym się kończy historia pewnej kuchni. Już nie pamiętam żadnych uciążliwości, nagłych zwrotów akcji, niedogodności, problemów… uwielbiam spełniać swoje marzenia!

A oto kilka funkcjonalnych kuchennych gadżetów:

genialny w swojej prostocie ociekacz do naczyń

Joseph Joseph 6

Joseph Joseph 1

funkcjonalny przybornik do przechowywania kuchennych akcesoriów do mycia

Joseph Joseph 5

Joseph Joseph 3

porcelanowe białe kubki z kolorowymi silikonowymi obręczami

Joseph Joseph 2

pojemnik na chleb

pojemnik

osłonki na storczyki

ikea Joseph Joseph

podwójna miska dla kota

Joseph Joseph 7

Joseph Joseph 8

Zdjęcia: Basia

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Widzę, że mamy kuchnię w podobnej kolorystyce!! :-)
    Dlatego zdradź mi proszę Basiu – GDZIE kupiłaś ten cudny przybornik i chlebak ?? :-)

    1. Barbara Heppa-Chudy

      Szczerze mówiąc już nie pamiętam, ale szukałam jednego sklepu, który łączyłby dobrą cenę produktów z niskimi kosztami wysyłki. Chlebak i przybornik są firmy Joseph Joseph – dostępna w wielu internetowych sklepach, a w sklepie tradycyjnym widziałam tylko raz (za to za o wiele większe pieniądze) ;)

      A co do przyborników kuchennych natknęłam się ostatnio w sklepie Tescomy na jeden, który mi się spodobał – nie jest wprawdzie kolorowy, ale też funkcjonalny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

To miał być zwykły weekend – wysypka u dziecka


To miał być zwykły, spokojny weekend w gościach. Z samego rana spakowaliśmy bagaże do autka i razem z pokrojonymi jabłkami – ulubioną przekąska młodego – ruszyliśmy na podbój stolicy Dolnego Śląska. Już w drodze trochę zaniepokoiła nas chwila, gdy nasz maluch nie mógł się powstrzymać od drapania szyi i jęczenia, a ciało zdobiła wysypka u dziecka. My na autostradzie, nie bardzo jest jak się zatrzymać, ale w końcu znaleźliśmy mały zajazd. Okazało się, że cała szyja jest czerwona i uporczywie swędzi – czyli wysypka u dziecka. Wapno zostało w domu – pierwsze podejrzenie padło na jabłka – bo kupione  w markecie. Dziecko ze zmęczenia padło w trasie, a nam udało się dojechać po 3 godzinach do celu. Humor najmłodszego się poprawił, na widok zabawek starszego o rok kolegi.

My także na chwilę zapomnieliśmy o tej sytuacji, do chwili, gdy mały zaczął drapać rączkę – a dokładnie małe 3 plamki. Wysypka u dziecka powoli się powiększała. Szybko sprawdziliśmy szyję – nic, tylko pozostał ślad po drapaniu. Znajomi poczęstowali nas wapnem i wieczór minął już spokojnie, bez jęczenia i drapania.

Następny dzień był jak co dzień. Zaczęło się wieczorem – nasz mały zaczął się uskarżać, że boli go siusiak. Sprawdzamy, a tam poważne obrzmienie, wszystko zaczerwienione – pierwsza myśl – odparzenie. Mimo posmarowania kremem, dziecko dalej się uskarżało na ból, a na jego nóżkach znów pojawiły się czerwone plamki – pokrzywka – tego byłam pewna. Największy niepokój wzbudziła w nas opuchlizna całego intymnego miejsca. Wiedzieliśmy, że nie mamy już na co czekać – jedziemy na izbę przyjęć. Nieznane nam miasto, mimo to za drugim razem udało nam się trafić na pediatryczną izbę przyjęć. Po chwili oczekiwania – byliśmy drudzy w kolejce – przypadła na nas kolej. Lekarz na widok stanu malucha skwitował nas stwierdzeniem, dlaczego nie pojechaliśmy na chirurgię? – a skąd ja mam to wiedzieć? Po wstępnym badaniu dostaliśmy skierowanie na chirurgię dziecięcą. Wyobraźnia sama się uruchomiła, i już czułam po kątach, że dzisiejszą noc spędzimy w szpitalu – ot taki weekend.

Na chirurgi przyjęto nas w trybie cito. Trafiliśmy na świetnego lekarza – specjalistę urologa – zbadał syna i stwierdził, że to nic poważnego, że to tylko alergia skórna – przepisał zyrtec i wapno. Z ulgą wróciliśmy do znajomych i mocno tuliliśmy naszego synka w nocy, dziękując Bogu, że to tylko alergia. Następnego dnia zaraz po chrzcinach ruszyliśmy do domu, mimo, że opuchlizna jeszcze nie zeszła, ale jego stan zdecydowanie się polepszył. W poniedziałek wieczorem nie było już śladu.Odetchnęliśmy z ulgą. Lekarze zapraszają nas na testy, ale dopiero, jak dziecko skończy 5 lat.

Pozostało nam tylko pytanie, co tak bardzo go uczuliło?

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Paulina Garbień

    zawsze w najmniej oczekiwanym momencie “coś” się dzieje, dobrze, że nie okazało sie to niczym poważnym, mam nadzieję, że była to tylko chwilowa reakcja organizmu i alerii żadnej nie będzie :)

  2. Milena Kamińska

    ja ostatnio też miałam przygodę związaną ze zdrowiem mojej córci,w nocy miała 40 stopni gorączki sztywnienie ciała drgawki udało mi się zbić gorączkę ale mimo to rano pojechałam do nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej , ponieaż była słaba, miała katar kaszel
    Wchodząc do budynku (córka leżała mi na rękach śpiąca) udałam się do
    rejestracji, gdzie była jedna pielęgniarka. Załatwiając dokumentacje związaną z
    przyjęciem mojego dziecka musiała iść na prośbę lekarza do gabinetu, nie było
    drugiej pielęgniarki, ta jedna musiała biegać do gabinetu zabiegowego rejestrować pacjentów i biegać do gabinetu
    lekarza. Po rejestracji kazała mi się udać do pokoju pediatry . Niestety
    tak jak zawsze , bo niestety często korzystam z tej formy pomocy nikogo tam nie
    było. Poszłam do pielęgniarki powiedzieć o sytuacji i usłyszałam że mam czekać.
    Po ok. 10 min poszłam ponownie do pielęgniarki, powiedziałam że lekarza nadal
    nie ma. Już podniesionym tonem pielęgniarka powiedziała że mam czekać, że pewnie je śniadanie. Odpowiedziałam że mam
    takiego pecha że zawsze kiedy przyjeżdżam lekarz je posiłek. Pielęgniarka
    spoglądając na zegarek zaczęła pytać ludzi i robić teatrzyk „ przepraszam, przepraszam bardzo ,czy ta pani
    czeka 2 czy 3 godz?” itp. Zaczęła się
    już wtedy wymiana zdań (krzyk), po czym pielęgniarka poszła po panią lekarz ,
    która jak się okazało nie jadła tylko rozmawiała przez tel. . Pani tą rozmowę
    kończyła na korytarzu i słyszałam że to nie była rozmowa służbowa tylko
    prywatna. Usłyszałam również słowa że musi kończyć rozmowę bo jakaś
    zniecierpliwiona czeka. Pani lekarz dodała komentarz że zawsze ze mną są
    problemy – odpowiedziałam jej że są bo zawsze kiedy przyjeżdżam jej nie ma. Po
    zbadaniu córki kazała ją położyć na łóżku które nie było niczym obleczone,
    skóropodobny materiał był zimny po za tym nie wiem kto wcześniej na nim leżał.
    Poprosiłam o ligninę ale usłyszałam że nie ma i mam położyć dziecko na drugie
    łóżko gdzie jest jakieś zielone prześcieradło. Poprosiłam o nowe bo wiem że nie
    jest zmieniane po każdym pacjencie. Nie otrzymałam nowego, wiec powiedziałam że dziecka nie położę a pani
    powiedziała że mi dziecka nie zbada, gdy będę miała na kolanach. Po groźbie
    położyłam dziecko. Pani lekarz zapytała kiedy ostatnio dziecko chorowało,
    odpowiedziałam że 2 tyg temu na zapalenie krtani, brała pulmicort i jakiś
    antybiotyk ale nie pamiętam nazwy. Usłyszałam że jak mam problemy z pamięcią to
    mam z tym cos zrobić i zapisywać na kartce. Taka uwaga moim zdaniem była naruszeniem
    mojej godności. Następnie usłyszałam że po moim wywiadzie nie jest wstanie pomóc i wypisuje skierowanie do
    szpitala. Jako “zwykły człowiek” nie widziałam potrzeby aby moja córka była
    położona na oddział dziecięcy. Podałam jej leki które miałam w domu i w poniedziałek udałam się do przychodzi do
    lekarza rodzinnego. Okazało się że córka ma zapalenie migdałków , dostała
    antybiotyk , który powinien być już przepisany w sobotę. Zapytałam również
    pediatry z przychodni o tą wysoką gorączkę i usłyszałam że tak przy gorączce
    się zdarza. Takie sytuacje się już powtarzały Tym razem postanowiłam przerwać milczenie, bo takie
    czekanie na lekarza który prowadzi towarzyskie rozmowy telefoniczne może kiedyś skończyć się dla kogoś tragedią. Poszłam do NFZ i dyrektora szpitala, sprawa jest w toku.

    1. Nie zazdroszczę. Normalnie nóż w kieszeni się otwiera. Dotychczas tylko dwa razy byłam z dzieckiem na Izbie Przyjęć – pierwszy opisany wyżej wspominam dobrze, natomiast drugi już nie najlepiej, może dlatego, że lekarz nie rozpoznał ostrego zapalenia ucha u dziecka i tak przez cały weekend myśleliśmy, że to dopiero początek zapalenia. Dopiero laryngolog mile nas potraktował i przepisał już antybiotyk. Nigdy nie zapomnę, jak przez te dni moje dziecko przelewało się przez ręce.

  3. kochani, u nas juz kolejny raz infekcja przyniesiona z przedszkola. ledwo co wyszedl syn z przeziebienia a juz mu sie jakas wyyspka pojawila i strasznie go swedzi… jak rozpoznac co to jest??

  4. Agnieszka Jelinek

    Najlepiej aby lekarz mógł zobaczyć tą wysypkę, pytanie czy pojawia się ona regularnie? Nasza córka ma uczulenie na klej, który był wykorzystywany w przedszkolu. Mam nadzieję, że to nic poważnego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Dawno, dawno temu… czyli bajki bez cenzury


 Ostatni dzień roku, czyli tradycyjnie – impreza! Taaak, tylko jak tu imprezować, jak po pierwsze nie ma z kim dziecka zostawić, po drugie dziecko chodzi późno spać, po trzecie wszyscy domownicy zakatarzeni? No cóż, impreza niejedno ma imię ;)

Moje dziecko ma cztery i pół roku i uwielbia dyskutować, no to sobie podyskutowałyśmy z końcem roku i to całkiem ostro. O czym? A o królewnie Śnieżce. Jeśli myślicie, że o bajce nie da się dyskutować to jesteście w błędzie, da się i to długo. Duśka przyniosła dwie książki z tą bajką, jedna wydana w latach sześćdziesiątych, druga kilka lat temu, moim zdaniem obie wypaczone. A czemuż to? Ano temu, ze w tych bajkach zło nie zostało napiętnowane i ukarane. Zła królowa, która zleciła zabójstwo Śnieżki (bzdurą jest, że wysłała ją do lasu, to leśniczy się zlitował) w żaden sposób nie została ukarana, ot – nic się przecież takiego nie stało, prawda? Podarowanie zatrutego jabłka to też nie powód do choćby pogrożenia palcem.

Najpierw powiedziałam dziecku jak było naprawdę. W wersji braci Grimm zła królowa kazała Śnieżkę zastrzelić, a gdy dowiedziała się że mała królewna żyje, trzy razy próbowała ją zabić, pierwszy raz za pomocą zbyt ciasno zawiązanego gorsetu, drugi – wpinając jej we włosy zatruty grzebień, trzeci – częstując zatrutym jabłkiem. Na koniec gdy wszystko się wydało, królowej przypalono pięty i wygoniono do lasu, lub w drugiej – brutalniejszej wersji – założono jej na stopy rozpalone do czerwoności żelazne buty, w których musiała tańczyć na weselu królewny tak długo, aż padła martwa na ziemię. Dziecko przyjęło do wiadomości, że królowa była złą czarownicą, nienawidziła Śnieżki, chciała ją skrzywdzić i za to spotkała ją kara. Ani razu nie powiedziała, że jej królowej szkoda, że ją bolało, ani nic takiego. Widocznie przekaz trafił – królowa była zła i za swoje złe czyny zapłaciła.

Tego kiedyś uczyły bajki, dobro wygrywało, zło było karane. Wilk z bajki o Czerwonym Kapturku został zabity, Smok Wawelski pękł, Czarownica została spalona – takie prawa rządzą w świecie baśni, moim zdaniem słuszne prawa.

Trochę wyłamywał się Andersen, u niego zawsze najmłodszy i najukochańszy brat zostawał ze skrzydłem łabędzia, kruka czy wrony zamiast ramienia, bo siostra nie zdążała upleść wystarczającej liczby koszul z pokrzyw. Wyobrażacie sobie jakie to musiało być bolesne? Andersen był zwyrodnialcem, no ale cóż – plotka głosi że był nieślubnym synem duńskiego króla, oddanym na wychowanie praczce. Jeśli to prawda to nie dziwię się, że był sfrustrowany i pisał okrutne bajki.

Zostawmy Andersena, wróćmy na nasze podwórko. Dlaczego w dzisiejszych czasach poprawności politycznej nie można otwarcie mówić że czarne jest czarne a białe białe? Dlaczego nie można wyraźnie pokazać, że zło jest złe i należy je karać? Ile lat musi skończyć dziecko, żeby się dowiedzieć, że zło nie jest bezkarne? Mam czekać do matury czy do dyplomu?

Kiedyś każde dziecko znało wierszyk o murzynku Bambo, teraz już niekoniecznie bo słowo Murzyn jest ponoć niepoprawne politycznie. To niby jak mówić na Murzynów? Czarni nie wolno, Czarnuch, Asfalt czy Brudas to rzeczywiście obraźliwe, w Europie mówić Afroamerykanin to jakby idiotyczne, Afroeuropejczyk? Jest w ogóle takie słowo? Jakoś nie zauważyłam, żeby Azjaci robili wielkie halo z faktu że są Żółci. Znacie takie słowo jak Azjoamerykanin, albo Indoamerykanin? Ja nie znam. Kiedyś byli Biali, Żółci i Czarni i jakoś nikomu to nie przeszkadzało, teraz nawet Bolek i Lolek są niepoprawni politycznie bo propagują homoseksualizm.

W bajce o kwiecie paproci na końcu ziemia się rozstąpiła i pochłonęła niedobrego syna, który nie zaopiekował się starą matką, ciekawa jestem jak to jest przedstawione w nowej wersji, ale nie sprawdzę bo nie chcę się denerwować. Ale jak wiecie, to napiszcie, może któraś z blogowych koleżanek mnie za rękę potrzyma, jak mi się ciśnienie podniesie.

Kiedyś bajki miały uczyć i wychowywać, dziś są przede wszystkim zabawiaczami, w skróconych i złagodzonych wersjach stare dobre bajki zamieniają się w… właściwie to nie wiem w co. Najbardziej pasuje mi słowo „podróba”

Ja podjęłam decyzję o wychowywaniu dziecka na takich bajkach na jakich mnie wychowano, bez oszukiwania, że na świecie nie ma zła, bez pomijania tego tematu. Zło jest i jest go coraz więcej. Jak nauczyć dziecko ostrożności nie przekazując od początku prostej prawdy, że nie każdy jest dobry?

Chyba Wam kiedyś pisałam, pamiętam z dzieciństwa kolejki w sklepach, a przed sklepami dzieci śpiące w wózkach. Ja bym się nie odważyła zostawić dziecka w wózku przed sklepem, nie te czasy… Dlatego u nas w domu baśnie braci Grimm nie przechodzą cenzury. A Mikołaj pod choinkę położył książkę z wierszami Juliana Tuwima, więc już niebawem Duśka będzie deklamowała Murzynka Bambo. Nie po to, żeby się uczyć rasizmu, ale by się nauczyć, że ludzie są różni, mają różny kolor skóry, ale nie to dzieli ich na lepszych i gorszych.

A wracając do Śnieżki, czarownica była zazdrosna, zawistna, zleciła zabójstwo, trzy razy próbowała zamordować królewnę, takie są fakty. Ile za to przewiduje kodeks karny?

No i tak właśnie minął mi Sylwester, a w Nowy Rok znalazłam w internecie wersję bajki bez cenzury i tylko taka będzie od dziś u nas w domu czytana.

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Maria Ciahotna

    Cóż, takie rzeczywiście czasy, że wszystko traktuje się “łagodnie”, “pokojowo” i “bardzo poprawnie”, choć jak słusznie zostało zauważone, bajki i baśnie są przecież od tego, by w prosty sposób pokazać walkę dobra i zła.
    U nas czytane są różne wersje bajek, w zależności od wydania – w jednej Wilk kapturkowy zostaje zastrzelony, w innej gajowy przepędzi go gdzie pieprz rośnie… Córeczka (4 latka) uwielbia te różnice, sama często bawi się czy to w kopciuszka czy w kapturka, zawsze jednak dobro jest górą – choć miewa udane próby resocjalizacji macochy i niedobrych sióstr – tłumaczy im, że powinny być grzeczne wobec kopciuszka a potem zaprasza je na bal :) ale to już inna, nasza bajka… :)
    Jeśli zaś mowa jest o Murzynku, umiała go na pamięć nim skończyła dwa latka – i od tego czasu jakoś wszyscy mieszkańcy czarnego kontynentu (tak chyba jeszcze można mówić nma Afrykę, czy już też nie wypada???) to są Bambo :)
    Moim zdaniem zależy od rodzica, jaką bajkę wybierze, bo niektóre dzieci może od samego malutkiego nie będą chciały “mrocznych baśni”. Jednak powinny wyczuwać wyraźnie, że zło musi zostać ukarane, rozumieć na czym to zło polega i wierzyć, że dobro zwycięży :)

    1. Oczywiście jak Duśka była młodsza to i bajki były w trochę łagodniejszych wersjach, ale teraz to już prawie pięciolatka i nie widzę powodu ukrywać przed nią jaki naprawdę jest świat.
      Prób resocjalizacji macochy jakoś u nas nie było, widać nie zasłużyła na drugą szansę ;)
      A czy Afryka to nadal czarny kontynent? Dla mnie tak! Nazywanie rzeczy po imieniu jest w moim pojęciu jak najbardziej na miejscu, a ta cała poprawność polityczna to czysta hipokryzja.

  2. Moim Oszołomkom podsuwam tylko stare tradycyjne wersje. Moje zdanie jest takie: w domu mają sielsko, anielsko. Nie ma przemocy, nie ma zawiści a bajki świetnie pokazują kalejdoskop charakterów, uczuć, zachowań. Ot chociażby otrucie królewny? Dzieci się na tym przykładzie uczą, czego nie powinno się robić, co to jest przykrość, rozpacz, żal itd… Poprawni politycznie niech zaczną być politycy…

    1. “Poprawni politycznie niech zaczną być politycy…” – będę to cytować! Mogę?

      1. Dziękuję ;)

  3. Moja prawie dwuletnia córeczka uwielbia wierszyk o Murzynku Bambo :) Wszystkie ludziki lego, które mają ciemniejszy kolor skóry nazywa Bambo…tak sama z siebie to skojarzyła. Natomiast kiedyś jak robiłyśmy wspólnie ciasto murzynek to też nazwała go Bambo i od tej pory pieczemy Bambo a nie murzynka :) Jesli chodzi o bajki to nrazie też jesteśmy na etapie tych spokojniejszych…, uwielbiamy wierszyki i córka coraz więcej zapamiętuje tak samo jak to się ma do pioseneczek które słuchamy i śpiewamy :) Myślę, że lepiej poprzez bajki pokazywać relacje te złe i dobre niż miała by się przekonać w rzeczywistości choć to nieuniknione niestety… najważniejsze żeby odróżniała dobro od zła :)

    1. No właśnie, nie da się dziecka ustrzec przed złem, w końcu się z nim spotka niestety; powinno być na to przygotowane, takie przynajmniej jest moje zdanie, stąd u nas bajki otwarcie i wyraźnie pokazujące dobro i zło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku