Niedziela – czas na granie! Time’s Up


Gry planszowe nie mogą być nudne. Coraz więcej z nich to nie tylko proste pionki i plansze. Producenci poszli o krok dalej i nieustannie zaskakują nas różnymi, ciekawymi formami tak, by planszówki nie kojarzyły się wyłącznie ze statyczną dywanową grą. Jeśli szukacie zabawy, która łączy w sobie grę karcianą, kalambury i ruch, to dobrze trafiliście. Znacie serię gier Rebel Time’s Up?

No właśnie, co to za gra? Czy Time’s Up! Family to gra dla dzieci? Z pewnością tak. Czy mogą w nią grać dzieci młodsze niż 8 lat? Z rodzinami – zdecydowanie. Czy jest to gra zespołowa? Tak, ale można zmodyfikować zasady, by cieszyć się grą w dwie lub trzy osoby.

Zielona wersja gry dedykowana jest dla graczy powyżej 8 lat. Jednak nie zwracałabym tak dużej uwagi na oznaczenie wiekowe nawiązując do tej gry. O ile w grach komputerowych przestrzeganie kategoryzacji wiekowej jest dla mnie wręcz koniecznością, tak przy grach planszowych bardziej zwracam uwagę na opis i czy umiejętności dziecka pozwolą mu w pełni swobodnie cieszyć się grą. Time`s Up! Family to przezabawna forma kalamburów, gdzie zadaniem każdego gracza jest odgadnięcie haseł zapisanych na kartach (przedmiotów, zwierząt oraz zawodów). Reguły są proste. Aby rozpocząć rozgrywkę należy utworzyć drużyny składające się co najmniej z dwóch osób. Następnie gracze powinni wybrać, czy w czasie gry będą korzystać z zielonych, czy pomarańczowych stron kart (każda karta podzielona jest na dwie wersje kolorystyczne zawierające hasło). Rozdajemy 30 kart wszystkim graczom. Ze wszystkich kart, które mamy na ręku, wymieniamy te z nich, których hasła są zbyt trudne, o nieznanej tematyce itd. Następnie przez trzy rundy będziemy się starali przekazać partnerowi z drużyny zapisane na kartach hasła – za pomocą pełnych opisów, potem pojedynczych słów, a wreszcie samych gestów. Drużyna, która odgadnie najwięcej haseł – wygrywa.

Jak już wspomniałam powyżej gra składa się z trzech tur, każda rządzi się swoimi prawami. W pierwszej możemy używać dowolnego opisu, by przedstawić zapisane na karcie hasło, a drużyna ma nieograniczoną liczbę prób, by je odgadnąć. Jedynym ograniczeniem jest kolorowy piasek przesypujący się w klepsydrze. Nie możemy do opisu hasła używać zdrobnień, odpowiedników w innym języku lub podawać szczegółowych informacji na temat słowa (np. literować hasła). Gdy drużyna odgadnie słowo, otrzymuje kartę, która oznacza zdobyty punkt. Następnie należy wziąć natychmiast następną kartę i tak do czasu gdy klepsydra przestanie odmierzać czas. Następnie kolejna drużyna przystępuje do pokazywania. Runda się kończy, gdy wyczerpie się talia słów. Wtedy należy spisać wynik każdej drużyny i podliczyć punkty.

Kolejna druga runda jest analogiczna, po przetasowaniu kart gracz musi opisać wyraz z karty za pomocą tylko jednego słowa, zaś drużyna ma jedną szansę na odgadnięcie co gracz miał na myśli. W finałowej trzeciej rundzie w ogóle nie używamy słów, ale jedynie gestykulujemy i naśladujemy dźwięki. Po jej zakończeniu liczymy punkty, wygrywa drużyna mająca ich najwięcej. Jest to najzabawniejsza runda w całej rozgrywce. Nie raz, nie dwa,brzuch Was zaboli od śmiechu.

Gra zapakowana jest w małe kompaktowe pudełko, które zawiera: woreczek, 220 kart z hasłami (po 2 na kartę), klepsydrę, notes do zapisywania punktów i instrukcję. Wszystkie elementy są dobrej jakości, słowa zapisane są czytelną czcionką (Kuba nie miał problemów z ich samodzielnym odczytaniem). Rozgrywka nie zajmuje dużo czasu i w aktywny sposób włącza każdego gracza. Opis haseł wymaga nieraz sporej pomysłowości, a i powodów do śmiechu jest dużo. Niektóre hasła mogą być zbyt trudne do zaprezentowania przez dziecko, na szczęście producent przewidział to i w instrukcji opisał możliwość wymiany kart na inne. U nas przed rozpoczęciem gry po prostu wyeliminowaliśmy karty które sprawiały Kubie trudności w interpretacji. Minusem (małym jak dla mnie) jest brak opisu reguł gry przy mniejszej liczbie graczy niepozwalającej na stworzenie przynajmniej dwuosobowych drużyn. Trzeba samemu zmodyfikować zasady na podstawie reguł z instrukcji. Nie jest to trudne, jednak wygodniejsze byłoby przeczytanie „gotowca”. Mam nadzieje, że niedługo uda nam się zagrać w Time`s Up! Family drużynowo i przyniesie to jeszcze więcej śmiechu i zabawy niż gra rozgrywana przez naszą trójkę.

Gra dedykowana dla osób z dystansem do siebie, lubiących wygłupy i kalambury :)

Zdjęcia: Basia Heppa-Chudy

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Zobacz kolejny artykuł

Kiedy moja córka choruje, każę jej wyjść z domu


Byłam chorowitym dzieckiem. Właściwie non stop chodziłam zakatarzona, bez przerwy mi ciekło z nosa, nie umiałam oddychać nosem przez pierwszych dziesięć lat życia, może nawet dłużej, czujecie?? Na lekarzy do dziś mam alergię… Bo to źli lekarze byli.

Pamiętacie te zimy, gdy temperatura nad ranem spadała do – 40°C? Woda w kranie nam zamarzała, czasem na noc wyłączaliśmy hydrofor, tak było bezpieczniej. Ogrzać drewniany dom nie było łatwo, węgiel kamienny miał w sobie więcej kamienia niż węgla, dobrze, że prąd był tani, można było piecyk elektryczny włączyć. Wiele to nie dawało, bo napięcie było żałośnie niskie, grzałki, które powinny być pomarańczowe, ledwo dawały radę się rozżarzyć, no ale zawsze coś. Dom trudno było ogrzać, więc i wietrzyło się mało. Okno uchylone na kwadrans to był szczyt luksusu. Spanie przy uchylonym lufciku?? A w życiu!! Myślę, że nie podusiliśmy się całkiem tylko dlatego, że te stare drewniane okna nie były naprawdę szczelne i nic nie dawało upychanie uszczelek i waty. Za to mróz na szybach… o tak, to jedyne, co miło wspominam, mimo wszystko.

Siedziałam w domu i miałam katar. Coraz większy katar. Nieznośny katar. Czasem przyplątała się jakaś nieduża gorączka. Oczywiste jest, że w takiej sytuacji mama zabierała mnie do lekarza. Pediatry albo laryngologa dziecięcego. Nie pamiętam już, dlaczego zamiennie, pewnie czymś to było podyktowane. W każdym razie leczenie zawsze przebiegało tak samo, najpierw prześwietlenie zatok (nie wiem, ile razy mi głowę napromieniowali, ale na pewno za dużo!), a potem zastrzyki z penicyliny. No i oczywiście leżenie w łóżku. Nie wiem, co takiego zbawczego miało być w tym leżeniu, ale lekarze zgodnie się przy tym upierali. A w łóżku to ja miałam pościel wypełnioną pierzem. I było ze mną coraz gorzej. Efekt? No, jak penicylina nie działa, to zwiększymy dawkę. No więc dostawałam zastrzyki rano i wieczorem. I ciągle musiałam się kisić pod pierzyną. Jak dziś o tym myślę, to mi się ciśnienie podnosi.

To były inne czasy, o alergiach nikt nie słyszał. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, że od leżenia w łóżku można chorować! Że niewychodzenie z domu może być zabójcze! A dla mnie było. Małe złośliwe roztocza dzień po dniu fundowały mi coraz większe dolegliwości. Chociaż w sumie nie mam racji, lekarze coś tam słyszeli. Nawet sugerowali, że może to alergiczne, ale tylko może, bo jednak raczej to przewlekłe zapalenie zatok… Skierowania na testy nie dał mi nikt, no bo po co, skoro na rentgenie widać, że zatoki zapchane? A jakie niby miały być?! Ja chyba cała byłam tym katarem zapchana. Pomijam taki drobiazg, że penicylina, zamiast leczyć, skutecznie osłabiała moją odporność. Cud, że nie zapadłam na wszystkie możliwe choroby naraz.

Testy na alergię zrobiłam już w liceum. I nie, nie dlatego, że mnie nagle oświeciło. Wręcz przeciwnie. Okres dojrzewania pozwolił mi się pozbyć przynajmniej części uczuleń, tak podejrzewam, bo zaczęłam oddychać przez nos. Za to przyszedł taki czas, że po jedzeniu kichałam jak głupia za przeproszeniem. Zresztą mam tak do tej pory, głównie po przetworach mlecznych, ale nie tylko. To było nowe zjawisko i pojawiło się u mnie w latach dziewięćdziesiątych, razem z konserwantami w jedzeniu. Niestety testów na uczulenie na konserwanty nie robiło się wtedy i nie robi do tej pory. Za to przy zrobionych przy okazji testach wziewnych wyszły mi ciekawe kwiatki. Trawy, drzewa, psia sierść i oczywiście roztocza! Internista jak zobaczył wyniki, od razu przepisał mi inhalatorek i kazał wdychać trzy razy dziennie. I przypominam uprzejmie, że to było już w czasie, kiedy uporczywe katary poszły w siną dal. To jakie byłyby wyniki w dzieciństwie??? Dziś uważam, że sporo moich problemów zdrowotnych ma związek z penicyliną, którą podawano mi w naprawdę końskich dawkach.

W moim domu są szczelne plastikowe okna, które otwieram przy byle okazji i bez okazji. Często robię przeciąg, nawet w zimie. Dbam o regularne odkurzanie i wycieranie kurzu. Pierze dawno zniknęło, dziś wszyscy mamy pościel antyalergiczną. Duśce dwa razy robiłam testy na alergię, skórne i z krwi. Skórne nie wykazały nic, z krwi – uczulenie na sierść konia. Mimo to co roku w sezonie wiosennym moje dziecko jest zakatarzone i zakichane. I co roku pani doktor rozkłada ręce i mówi:

– Osłuchowo czysto.

Raz czy dwa zrobiłyśmy rentgena, żeby wykluczyć bezobjawowe zapalenie płuc. Wykluczyłyśmy.

 

Dlatego ja wiem swoje.

Moje dziecko jak nic odziedziczyło skłonności alergiczne. Nie tylko po mamusi, ale i po tatusiu. Nie wiem czy wiecie, ale jak oboje rodzice są uczuleni na ten sam alergen, to ryzyko przekazania alergii dziecku wynosi aż 60%! A ja i mąż jesteśmy uczuleni na pyłki traw, także ten… Alergia na pyłki zbiera żniwo w kolejnym pokoleniu, psia ją mać! 

Kiedy widzę, że moje dziecko chodzi po domu zakatarzone, a nie ma gorączki, natychmiast wyganiam na dwór! A w domu zarządzam generalne sprzątanie i odkurzanie. Piorę zasłony, wykładzinę traktuję mopem parowym. Wprowadzam czasowy zakaz spania z pluszakami. Późna wiosna to trudny okres, który na odmianę najłatwiej znieść w domu. I lubimy, jak pada deszcz, serio. Do dziś pamiętam, jak poszłam z małą Duśką do lekarza, nakupowałam jej leków wziewnych i… nie zdążyłam podać, bo spadł ulewny deszcz i dziecko mi w jednej chwili wyzdrowiało.

Katar i kaszel to nie choroba sama w sobie, to jedynie objawy, czasem trudno dociec czego. Bez wyraźnego powodu nie podaję żadnych leków przeciwzapalnych ani tym bardziej nie zgadzam się na antybiotyki „bo nic innego nie działa”. Leczę dziecko po staropolsku, świeżym powietrzem. Kiedy Duśka kaszle i kicha mówię:

– Ubieraj się, idziemy na spacer.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. I czy jej ten spacer pomaga ? Zastanawia mnie to bo moje dzieci tez z wiosna maja to samo , katar spływa po gardle i wywołuje kaszel . Zawsze osłuchowo czysto – leczę je syropem wykrztusntm i syropem przeciw alergicznym ale unikam wychodzenia

    1. Tak, dopóki trawa i brzozy nie wejdą w okres najwyższego pylenia spacer zawsze przynosi ulgę. Dla mnie jedynym przeciwwskazaniem do wyjścia jest gorączka.

  2. A jak jeszcze ja byłam mała to banki były zawsze

    1. Mnie to szczęście tylko raz spotkało i źle to wspominam.

  3. mala-rzecz-a-cieszy.blogspot.com

    Gorzej gdy na dworze smog!

    1. Paradoksalnie smog nie dusi tak, jak roztocza ;/

  4. Nasz pediatra zaleca spacery, w domu zostajemy gdy jest gorączka.

  5. A ja w dzieciństwie uwielbiałam bańki! Stawiała mi je mama – wtedy pielęgniarka. Owijala mnie szczelnie kołdrą i z tymi bańkami zasypialam :) moje dzieci baniek nie znają, ale syrop z cebuli itp. i owszem :)

  6. Biedne te nasze dzieci z tymi spacerami! :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Zobacz kolejny artykuł

Psycholog dziecięca: Czy wiesz, ile ruchu potrzebuje Twoje dziecko każdego dnia?


– Aktywne dzieci lepiej pracują w grupie, lepiej radzą sobie z porażkami, wykazują się większą cierpliwością i rozumieją, że na nagrodę za wysiłek trzeba czasem trochę poczekać – mówi Magdalena Chorzewska, znana psycholog dziecięca i specjalistka ds. żywienia.

Choć łacińska wersja sentencji „w zdrowym ciele zdrowy duch” wywodzi się ze starożytnego Rzymu, to dziś jej przesłanie jest aktualne jak nigdy dotąd, ale też zachęcenie dzieci do ruchu jest trudne jak nigdy przedtem.

Jak pokazują międzynarodowe badania, problemem występującym niemal we wszystkich krajach rozwijających się jest hipoaktywność, czyli zbyt niski poziom aktywności fizycznej u dzieci i młodzieży w stosunku do ich potrzeb. Co ciekawe, ten problem dotyka w sposób szczególny bogatsze społeczeństwa, które mogą korzystać z lepiej rozwiniętej infrastruktury sportowej.

Co zatem zrobić, aby zachęcić dzieci do ruchu oraz jakie korzyści daje najmłodszym aktywność fizyczna – zapytaliśmy znaną psycholog dziecięcą i specjalistkę ds. żywienia, Magdalenę Chorzewską.

Czy możliwe jest określenie optymalnego poziomu aktywności fizycznej u dzieci? Albo inaczej – ile wysiłku i w jakiej formie potrzebuje dziecko w różnym wieku?

Magdalena Chorzewska: Według wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia, dziecko w wieku 5-17 lat potrzebuje minimum 60 minut różnorodnego wysiłku dziennie. Ponadto 5 razy w tygodniu powinno wykonywać przez pół godziny bardziej intensywny wysiłek, po którym pojawi się uczucie zmęczenia. W przypadku młodszych dzieci, WHO zaleca 15 minut takiego wysiłku 3 razy w tygodniu.

Jeżeli chodzi o formę aktywności, wszystko zależy od możliwości dziecka i ewentualnych ograniczeń. Szczególnie zaleca się jednak ćwiczenia ogólnorozwojowe, które są dobre dla wszystkich. Mam tu na myśli np. pływanie, które nie obciąża układu kostno-stawowego, a przy tym rozwija wszystkie cechy motoryczne. Przebywanie w wodzie i trenowanie w takich warunkach dodatkowo hartuje organizm poprzez zmianę środowiska. Oczywiście wszystko powinno odbywać się w konsultacji z trenerem pływania.

A inne przykłady dyscyplin, w których kładzie się nacisk na ćwiczenia ogólnorozwojowe?

– Na pewno mogę polecić judo czy gimnastykę. To dyscypliny, w których jest dużo ewolucji gimnastycznych, co przygotowuje organizm ogólnorozwojowo. Dzieci, które je uprawiają, w przyszłości będą miały świetną bazę do uprawiania każdego sportu.

Z pewnością wiele zależy od wieku dziecka, stanu jego zdrowia i warunków życiowych. Czy istnieje prosta i skuteczna recepta na to, jak zachęcić młodego człowieka do sportowego trybu życia?

– Najlepiej poprzez modelowanie, czyli uczenie dziecka na własnym przykładzie. Trudno jest opowiadać podopiecznemu o zbawiennym wpływie sportu na nasze życie i zachęcać do jego uprawiania, jeśli sami prowadzimy kanapowy tryb życia i narzekamy, kiedy trzeba wejść po schodach na drugie piętro.

Ważne jest, aby dziecko przez cały czas aktywności fizycznej dobrze się bawiło. Wtedy wysiłek nie będzie przykrym obowiązkiem, a nagrodą i wyczekiwanym momentem w ciągu dnia. Trzeba oczywiście pamiętać też o częstym uzupełnianiu płynów, w czym może pomóc wygodna butelka z korkiem niekapkiem.

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę, zachęcając dziecko do ruchu?

– Ważne jest motywowanie do sportu poprzez dawanie dziecku pozytywnej informacji zwrotnej, na zasadzie „świetnie ci idzie, tak trzymaj!”. Powinniśmy też umożliwiać podopiecznym uprawianie sportu w przyjaznym środowisku czy otoczeniu. Istotne jest też wsparcie grupy, w której dziecko ćwiczy. Warto też poszukać wspólnie z dzieckiem jego sportowego wzoru, autorytetu i pokazanie na jego przykładzie, jak ważna jest aktywność i co wnosi w nasze życie.

We wszystko to, o czym Pani mówi, idealnie wpisują się takie akcje jak „Rusz się z Kubusiem!”, w ramach której marka Kubuś mobilizuje dzieci i wspiera ich mamy w propagowaniu ruchu oraz aktywnego i  szczęśliwego dzieciństwa. Przykładem dla najmłodszych są właśnie ich idole, piłkarze – Kamil Grosicki, Bartosz Kapustka i Michał Pazdan, którzy zostali ambasadorami akcji, a ich wizerunek jest też dostępny na specjalnej wodzie smakowej Waterrr Sport, idealnej np. na trening.

– Dokładnie tak. Jeśli brakuje nam inspiracji, nie bójmy się skorzystać z wiedzy specjalistów i idoli. Warto śledzić tego typu akcje i szukać w nich tego, co zainteresuje nas i nasze dziecko. Myślę, że piłkarze mogą dawać dzieciom bardzo dobry przykład: ważny jest ruch każdego dnia i jest on dobrą zabawą, a zmiany naszych przyzwyczajeń zależą tylko od nas.

A czy Pani ma swój pomysł jak dotrzeć do rodziców, a może raczej nauczycieli i zredukować rosnącą liczbę zwolnień z lekcji WF-u?

­- Jeżeli chodzi o coraz większą liczbę zwolnień z lekcji wychowania fizycznego, trzeba odwołać się do przyczyn takiego stanu rzeczy. Często jest tak, że na prośbę o zwolnienie wpływają nudne lekcje i nauczyciel, który nie ma pomysłu na zajęcia, a także przyzwolenie rodziców. Kluczowy jest też wiek, w którym dzieciaki zaczynają unikać ćwiczeń – niechęć pojawia się najczęściej około 12-13. roku życia. Często dzieje się tak z powodu narastającego lęku społecznego, strachu przed wyśmianiem, oskarżeniami o niezdarność itp. Żeby usunąć przyczynę, trzeba odwołać się do źródła. Atrakcyjnie prowadzone lekcje i motywujący nauczyciel mogą zdziałać cuda. Korzystanie z pomocy ekspertów może być nieocenionym źródłem wsparcia dla rodziców i nauczycieli w tym zakresie.

Dobroczynny wpływ aktywności fizycznej na nasze ciało jest dość oczywisty. Uprawianie sportu wpływa jednak nie tylko na poprawę kondycji ruchowej, ale także intelektualnej. Liczne publikacje z zakresu medycyny i psychologii potwierdzają tę tezę. A jak teorie naukowe przekładają się na życie codzienne?

– O wpływie aktywności z punktu widzenia psychologii jest bardzo dużo publikacji. Mowa w nich o pozytywnym wpływie uprawiania sportu na funkcje poznawcze – myślenie, zapamiętywanie, przetwarzanie informacji, koncentrację uwagi.

Sport ma także wpływ na kształtowanie postaw i zachowań. Aktywne dzieci lepiej pracują w grupie, lepiej radzą sobie z porażkami, wykazują się większą cierpliwością i rozumieją, że na nagrodę za wysiłek trzeba czasem trochę poczekać. Z mojego doświadczenia wynika dodatkowo, że rzadziej trafiają do mnie dzieci z diagnozą zaburzeń nastroju, które aktywnie uprawiają sport.

Miałam kiedyś 12-letniego pacjenta, który czynnie uprawiał pływanie i trenował po dwa razy dziennie 5-6 razy w tygodniu. Chłopiec miał niezwykle silną wewnętrzną motywację, nikt go do tego nie zmuszał.

Trudno jest oddzielić przymuszanie od motywowania? Co by Pani podpowiedziała w tej sprawie rodzicom? Bardzo często jest niestety tak, że rodzice przekładają swoje niespełnione ambicje na dzieci i nieumiejętnie motywując, skutecznie zniechęcają swoje pociechy do sportu.

– Motywacja działa wtedy, kiedy odwołuje się do wewnętrznej motywacji dziecka. To znaczy, że zadziała wtedy, kiedy to „coś” będzie faktycznie ważne dla naszego dziecka. Będąc rodzicem należy skupiać się na pozytywach, pokazywać plusy i chwalić, gdy malec wróci zmęczony z treningu. Powinniśmy podkreślać, że podoba nam się to, co robi i zauważać progres – chwalić, gdy dziecko przebiegnie 6 okrążeń, zamiast zwyczajowych 3 – a także podkreślać pozytywny wpływ aktywności. Tak jak mówiłam, najważniejsza jest pozytywna informacja zwrotna.

***

Podczas ruchu niezwykle istotne jest również prawidłowe nawadnianie organizmu. Marka Kubuś wyszła naprzeciw potrzebom młodych sportowców, wprowadzając nową wodę witaminową Kubuś Waterrr Sport.

Kubuś Waterrr Sport jest dostępny w trzech pysznych smakach (Citrus-Mix, Jagoda oraz Malina-Granat), w poręcznych i wygodnych opakowaniach, z wizerunkami ambasadorów akcji „Rusz się z Kubusiem!” Kamila Grosickiego, Bartosza Kapustki i Michała Pazdana na etykietach.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. 8 lat, pływanie i łucznictwo :)

  2. 6,5 roku – piłka nożna i pływanie, 3,5 roku- póki co „zabawa” na basenie plus piłka nożna :)

  3. Syn (niecałe 7 lat) od 4 roku życia trenuje piłkę nożną :-) ⚽

  4. Prawie 6 lat – karate i rower, najmłodszą rowerek biegowy zamiast wózka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Zobacz kolejny artykuł

Jeśli nie wiecie jak się zachować, zachowajcie się przynajmniej przyzwoicie


Nie jestem matką Teresą, nie udzielam się dla innych bardziej, niż każe mi zwykła ludzka przyzwoitość. Ale nigdy, przenigdy nie ominęłabym człowieka, bez upewnienia się, że nie potrzebuje on pomocy.

W drugi dzień Świąt Wielkanocnych wychodziłam po 22.00 z psem na spacer. W przedsionku klatki schodowej siedział człowiek, od którego było czuć alkohol. Zapytałam czy wszystko dobrze, bo nie powinien tu siedzieć. Odpowiedział, żebym pozwoliła mu tu zostać albo podała adres noclegowni, bo on nie jest pijany tylko „wczorajszy”, życie mu się zawaliło i nie ma dokąd pójść, a jest mu bardzo zimno. Faktycznie, nie był może wymuskany, ale na menela też nie wyglądał.

Zadzwoniłam do centrum kryzysowego po adres przytuliska, okazało się, że nie przyjmują tam poza zimą. Przekazałam to jemu i poprosiłam, by jednak wrócił do domu, bo klatka schodowa to nie miejsce na spanie.

Po kwadransie wracałam z psem, a facet wyglądał jakby gorzej, nie miał siły siedzieć. Zapytałam go ponownie, czy nie potrzebuje pomocy. Poprosił o szklankę wody. Przyniosłam mu ją, a on ze łzami  przyznał, że dziś wcale nie pił, tylko wczoraj zapijał smutki, bo on nie ma po co żyć, nie ma już do kogo wracać. Poza tym jest cukrzykiem i od wczoraj rana nie przyjmował insuliny. Myślał po prostu, że zaśnie i się nie obudzi jak się zapije, bo nie miał ani dokąd pójść ani odwagi zrobić sobie krzywdy.

Po prostu zamarłam i w jednej chwili facet z “menela” przeistoczył się w człowieka, który na chwilę zgubił sens życia. Wezwałam pogotowie, mężczyzna zgodził się przyjąć pomoc medyczną i karetka zabrała go do szpitala. Szczerze mam nadzieję, że się jakoś pozbiera. Jaki by nie był, to zawsze człowiek, o czym niestety nie każdy pamięta.

Gdy próbowałam mu pomóc, mijały mnie dwie osoby, jedna spojrzała z niechęcią w naszą stronę a druga udała, że nas nie widzi. Ja rozumiem, że można się bać obcych ludzi, nie wiadomo, co w człowieku siedzi. Sama miałam sytuację, gdy latem natknęłam się w lesie z psem, na pijaczka leżącego na ścieżce, który wyglądał na mocno obitego. Dobrze, że miałam psa na smyczy (bez ujadającego Morrisa raczej nie zbliżyłabym się do niego), bo na moje pytanie o pomoc, facet z rozwalonym nosem wybełkotał stek przekleństw, pozbierał się z ziemi, zabrał butelkę i potoczył się dalej.

Uważam jednak, że moralnym (i chyba nawet prawnym) obowiązkiem każdego z nas, jest udzielić pomocy, gdy istnieje taka konieczność. W takich sytuacjach, gdy się boicie o siebie i to was powstrzymuje przed udzieleniem pomocy, warto poprosić kogoś by był z wami. Znajomy, sąsiad czy ktokolwiek inny, byle razem było raźniej. O własne bezpieczeństwo należy zadbać przede wszystkim.

Ja nie wyobrażam sobie, bym miała rano natknąć się na martwego faceta, bo nocą ominęłam go na klatce dla własnego spokoju. Taka jestem, po prostu.

P.S. Koleżanka, którą prosiłam o pomoc, napisała mi smsa, czy adoptowałam już tego bezdomnego. Pół żartem, pół serio odpisałam, że raczej kupiłam sobie bilet do nieba, pomagając człowiekowi.

Jeśli nie wiecie jak się zachować, zachowajcie się przynajmniej przyzwoicie.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Klaudia Sobantka

    Ja też kiedyś miałam taką sytuację. Wychodziłem wieczorem z psami a koło sklepu pod domem leżał człowiek. Nie mogłam do Niego podejść ponieważ moje psy nie lubią zawierać nowych znajomości. Ciężko z odległości było ocenić czy jest pijany czy zasłabł a jego głowa była niebezpiecznie blisko krawężnika. Zadzwoniłam na 112 i wytłumaczyłam jak wygląda sytuacja więc przełączono mnie na pogotowie. Niestety zamiast zrozumienia dostałam opiernicz od Pani z pogotowia czemu nie dzwonię na straż miejską. Myślałam, że mnie krew zaleje tyle się mówi żeby nie przechodzić obojętnie a jak człowiek chce pomóc to jeszcze obrywa za to. Na szczęście Straż Miejska była bardziej wyrozumiała i przyjechali błyskawicznie. W tym przypadku mężczyzna miał chyba po prostu zły dzień, ale było zimno. Sumienie nie dałoby mi spokoju jakbym przeszła obojętnie.

    1. Brawo za podejście. Szkoda, że pani na pogotowiu też miała „zły dzień”. Najważniejsze to mieć ludzki odruch i trochę wyobraźni

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top
W Roli Mamy na Facebooku