Bliźnięta z lodu

Tytuł: Bliźnięta z lodu
Autor: S. K. Tremayne
Liczba stron: 331
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2020
Wydawnictwo: Czarna Owca

Czy może być coś gorszego dla rodziców niż utrata dziecka? Nie wiem i nie chcę się dowiadywać. Podejrzewam jednak, że nie.
Sara i Angus mieli dwie śliczne córeczki – Kristie i Lydię. Do czasu. Pewnego dnia jedna z nich podczas wakacji spadła z balkonu. Dlaczego? Kto nie dopilnował dzieci? I czy faktycznie sześciolatków nie spuszcza się z oka nawet na chwilę?

Od tej pory nic już nie było takie samo. Banał, ale prawdziwy. Ciężko jednocześnie przeżywać żałobę i wychowywać drugie dziecko, próbując mu zapewnić przynajmniej w miarę normalne dzieciństwo. A jeśli to dziecko na dodatek jest jedną z bliźniaczek, sprawa się komplikuje. Bo oto pewnego dnia, niemal rok po tragicznych wydarzeniach, Kristie mówi:
– Mamusiu, czemu nazywasz mnie Kristie. Przecież ja jestem Lydia.

Czy to możliwe? Czy rodzice mogą się aż tak bardzo pomylić? Bliźniaczki były bardzo podobne do siebie, ale czy identyczne? I skąd właściwie wiadomo, że to Lydia spadła? Kristie tak powiedziała, ale czy to była Kristie? Już wcześniej dziewczynki miały zwyczaj zamieniać się imionami, więc…? W jaki sposób zdobyć stuprocentową pewność, która z bliźniaczek przeżyła. Kto ma rację? Mama, tata, pies czy psycholog dziecięcy, specjalista od bliźniąt? Czy wyraźna zmiana w zachowaniu Kristie jest próbą zrekompensowania sobie braku siostry, czy czymś więcej?

(Tak na marginesie: ostatnie badania dowiodły, że nawet jednojajowe bliźnięta nie mają identycznego genotypu i bardzo specjalistyczne testy są w stanie je jednoznaczne zidentyfikować. Najwyraźniej autor napisał swoją książkę wcześniej i nieświadomie popełnił błąd, twierdząc, że to niemożliwe).

Przeprowadzka na Torran ma wszystko zmienić. Torran to mała i bezludna wyspa, na której stoi domek odziedziczony przez Angusa. Prywatna wyspa u wybrzeży Szkocji. Czy może być coś piękniejszego? Aha, zapomniałam dodać, że tuż obok stoi latarnia morska.

Wyspy nie łączy ze stałym lądem żaden most. Trzeba mieć łódź. Nie ma na niej szkoły. Nie ma sklepu. Nie ma nic. Nawet internetu! A nie, przepraszam, są szczury. Właściwie nikt normalny nie chciałby tam mieszkać i wychowywać dziecka. Jakby tego było mało, dom jest w tragicznym stanie i wymaga gruntownego remontu. Sara w przeprowadzce upatruje szansy na uspokojenie trudnych rodzinnych emocji. Dla Angusa wyjazd na Torran jest ucieczką i sposobem na chronienie rodziny. Przed czym?

Tego Wam nie powiem. Za to mogę Wam zdradzić, że wyspa okazała się tyleż piękna, co nieokiełznana i groźna. Miało być romantycznie, a było… narzuca się tragicznie, do rymu, ale to nie jest właściwe słowo. Było mrocznie, chwilami mistycznie, nierealistycznie i niesamowicie. I wciągająco. Poświeciłam na tę książkę całą niedzielę i wciągnęłam niczym narkoman kreskę kokainy.

Czy było warto? Moim zdaniem tak. Ale uczciwie uprzedzam, Bliźnięta z lodu to nie jest książka dla wszystkich. Jest chwilami bardzo trudna i na pewno nie nadaje się dla typowych wrażliwców. Zakończenie jeży włosy na głowie i chociaż mnie mocno zdegustowało, bo sięgnęło w obszary, które mnie osobiście wydają się zbyt wydumane, to podejrzewam, że wiele osób będzie usatysfakcjonowanych takim rozwiązaniem zagadki: które dziecko umarło i dlaczego.

Komu mogę polecić tę książkę? Na pewno wielbicielom thrillerów psychologicznych stawiających na nostalgiczno-mroczny klimat powieści. Trudno tu doszukać się wielu optymistycznych akcentów. Więcej jest realizmu podszytego grozą. Niemniej warto dać tej powieści szansę. Pozwala inaczej spojrzeć na wiele spraw, między innymi na własne rodzicielstwo.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za przekazanie egzemplarza recenzenckiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close