Czarne ziarno

Tytuł: Czarne ziarno
Autor: Marta Zaborowska
Liczba stron: 550
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2020
Wydawnictwo: Czarna Owca

Marta Zaborowska jest królową polskiej powieści sensacyjnej. Piszę to z pełną odpowiedzialnością. Czarne ziarno to arcydzieło pod względem konstrukcji, pomysłu i sposobu przekazu. Mogłabym powiedzieć, że lepiej się nie da, ale Marta Zaborowska sama sobie podnosi poprzeczkę z każdą nową powieścią i… za każdym razem ją przeskakuje! Wiem, co mówię, mam za sobą pięć jej książek.

Jeśli nie spotkaliście się wcześniej z twórczością Marty Zaborowskiej, to odłóżcie Czarne ziarno na bok i sięgnijcie najpierw po wcześniejsze pozycje, których bohaterką jest Julia Krawiec (Uśpienie, Rajskie ptaki, Gwiazdozbiór). To taka moja przyjacielska rada. Co prawda każda książka tworzy pewną zamkniętą całość, ale życie prywatne Julii pełne jest niespodzianek i zakrętów, trochę trudno będzie to śledzić, zaczynając od czwartego tomu.

Kim jest Julia Krawiec? Samotną matką wychowującą jedenastolatkę, średnio radzącą sobie z życiem (małe, obskurne mieszkanie na dziewiątym piętrze na warszawskim Czerniakowie jest na to najlepszym dowodem), za to doskonale z pracą. Niegdyś policjantką, obecnie prywatnym detektywem. Nie ma szczęścia do mężczyzn (albo może oni do niej), ma za to matkę, która wszystko wie lepiej i która po dwudziestu latach od rozwodu znowu flirtuje z ojcem Julii, co jej samej ani trochę się nie podoba. Idzie przez życie nie oglądając się za siebie i paląc kolejne mosty. Niewątpliwie jest silną osobowością, ale gdzieś tam w głębi kryje się samotna, krucha kobieta. Kobieta, którą niejeden mężczyzna chętnie by się zaopiekował.

Czarne ziarno zaczyna się całkiem spokojnie. Ot, nowe zlecenie dla początkującej pani detektyw, która musiała opuścić szeregi policji. Zlecenie na pierwszy rzut oka mało ciekawe i raczej desperackie. Matka została aresztowana za zabójstwo syna. Sprawa nie pozostawia miejsca na wątpliwości, zresztą kobieta sama przyznała się do tej zbrodni. Jej starsza córka twierdzi, że matka nie mogła tego zrobić i zatrudnia detektyw Julię Krawiec, by ta przeprowadziła prywatne śledztwo. A Julia Krawiec, tak jak wcześniej w policji, tak i jako prywatny detektyw, nie zna słowa kompromis. Jeśli oddaje się pracy, to całą sobą. Zauważy każdy szczegół, każdą błahostkę dokładnie przeanalizuje, umie zadawać odpowiednie pytania, zna się na ludzkiej psychice i potrafi czytać między wierszami. Innymi słowy – właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jeśli ktokolwiek miałby rozwiązać sprawę zabójstwa Leona Rawskiego, to tylko ona.
Jej klientka, Maria, młodsza siostra Leona, jest tak samo zdesperowana, jak zrozpaczona. Matka nie może iść do więzienia, nie może! Na pewno jest niewinna i przecież jest jeszcze Nina, najmłodsza z trójki rodzeństwa, która ma zaledwie jedenaście lat i bardzo potrzebuje matki! Nina jest też jedynym świadkiem zbrodni, ale… nie odpowiada na żadne pytania. Przebywa w zakładzie psychiatrycznym i konsekwentnie milczy.
Z kolei matka, oskarżona o zabójstwo Arleta Rawska, przebywa w areszcie śledczym na Grochowie i nie chce widzieć nikogo z rodziny. Nie tylko córek, ale też swojej młodszej, bardzo bogatej siostry.
Julia Krawiec rozpoczyna śledztwo. Nudne i sztampowe, bo sprawa nie wygląda na rozwojową.

Jedna strona, druga, trzecia, setna, sto pięćdziesiąta, dwusetna… Niby ciągle niewiele się dzieje, tylko gdzieś z tyłu głowy powoli rodzi się napięcie, które nie pozwala odłożyć książki na bok. Kilka razy próbowałam, ale to naprawdę trudne. Słynne „to już ostatni rozdział” nie zdaje egzaminu, bo każdy kolejny kończy się tak, że nie można nie zacząć czytać następnego, a jak już się zacznie, to trzeba skończyć.

Nie wiem, w którym momencie pomyślałam, że Marta Zaborowska pisze tak samo, jak John Grisham, ale gdy to sobie uświadomiłam, uznałam, że trudno o lepsze porównanie. A jak zapewne wiecie, Grishama naprawdę sobie cenię, to mój prywatny numer jeden w rankingu amerykańskich pisarzy. Akcja prowadzona bez nadęcia, podlizywania się czytelnikowi, bez sztampowych rozwiązań, właściwie jak snuta przy ognisku powolna i niespieszna opowieść. Ale tu i tam pada o jedno, dwa słowa za dużo, które podstępnie trącają struny emocji niczym poranne krople rosy pajęczynę. Jest pięknie, ale niespokojnie. Nieopatrznie rzucone pytanie, niedopowiedzenie, sugestia, i przepadłeś Drogi Czytelniku. Już nie odłożysz tej książki tak łatwo. Będziesz połykał kolejne rozdziały niczym orzeszki arachidowe. A pamiętaj, że stron jest 550. Jeśli zaczniesz wieczorem, nie zaśniesz do rana. A gdy tylko przeczytasz ostatnie zdanie, wielkim głosem zawołasz o więcej.
Niestety na kolejny tom trzeba trochę poczekać. Na pociechę dodam, że “już się pisze”.

 

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za przekazanie egzemplarza recenzenckiego

 

PS. Czytelnicy, a zwłaszcza czytelniczki, które miały przyjemność poznać Julię Krawiec, na pewno są ciekawe, czy doktor Artur Maciejewski nadal jest obecny w jej życiu. Pozwólcie jednak, że tę informację zatrzymam dla siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close