Podróże 10 sierpnia 2018

Sinice w Bałtyku – realne zagrożenie, czy modna histeria?

– Mamusiu, widać Szwecję! – krzyknęła Duśka, gdy tylko weszliśmy na plażę we Władysławowie. No jakby słabo mi się zrobiło. Po to było wertowanie map do znudzenia, po to było wędrowanie palcem po globusie, żeby mi teraz Bałtyk do Zatoki Gdańskiej przyrównywała?!

– Dziecko, to nie jest Szwecja, co ci do głowy przyszło?

– No nie widzisz, że tam coś jest?! Sama mówiłaś, że Hel jest za nami, to to musi być Szwecja, bo co innego? Żadnych wysp na Bałtyku nie ma przecież.

Faktycznie, na horyzoncie ewidentnie było „coś”. Miało wyraźnie inny kolor, niż morze i rozciągało się na całą długość horyzontu. Gdyby nie granitowa pewność, że to nie może być ląd, pewnie sama obstawiałabym Szwecję.

– Nie wiem, co to jest, ale na pewno nie Szwecja. Złudzenie optyczne, fatamorgana, nazwij sobie, jak chcesz, ale nie gadaj głupot.

Następnego dnia owo tajemnicze „coś” zrobiło nam wątpliwą uprzejmość i podpłynęło do plaży. Nie żadna Szwecja, tylko sinice, prostytutka mać, jak słyszałam ostatnio w kabarecie. Turkusowe morze pocięte pasami w kolorze piasku nawet ładnie wyglądało, niestety razem z sinicami pojawiła się czerwona flaga. I to by było na tyle, jeśli chodzi o kąpiel.​

Internet jest zgodny co do wyglądu sinic – mają to być zielone kożuchy na powierzchni wody, przypominać glony i śmierdzieć. Powinna im towarzyszyć cuchnąca piana tworząca się przy brzegu. Wysiliłam trochę pamięć i wyszło mi, że takie zjawisko widziałam cały jeden raz na plaży w Sopocie i było to blisko trzydzieści lat temu. Nikt sobie wtedy głowy nie zawracał sinicami i na kąpielisku radośnie powiewała biała flaga. Nie wiem, czy to wynikało z lekceważenia, niewiedzy, czy też uznano w owym czasie, że sinice może nie są estetyczne, ale groźne też nie. Być może owe zielone kożuchy to jakieś ekstremalne stadium. Aha, w Kołobrzegu też morze jakieś zielsko na plażę wyrzucało, służby zbierały to co rano. Traktowaliśmy to jako wodorosty i nie zwracaliśmy uwagi, smród zwalaliśmy na upały. Jakby tak prześledzić całą moją historię wchodzenia do wody w trakcie zakwitu sinic, to dziwne, że jeszcze żyję :P

Widywane przez nas w tym roku sinice tworzyły na wodzie długie pasy w kolorze piachu. Od razu przypomniały mi się nieco młodsze czasy i Darłówko: „Zobacz, wczoraj była łacha za falochronem, dziś jej nie ma, jak to dno się szybko zmienia…”. Dwadzieścia lat temu też nikt o sinicach nie gadał. Nawet kąpaliśmy się w takiej „piaszczystej” wodzie lekko zdziwieni, że niby nie ma dużej fali, a tak piach podnosi, prądy jakieś, czy co?

sinice

Niemniej jednak nie zamierzam Was przekonywać, że sinice są bezpieczne, a cały ten krzyk wynika z ogólnonarodowej histerii i jest ukłonem w stronę ratowników, którzy mogą odpocząć, bo nikt się nie kąpie. Guzik prawda. Nasze społeczeństwo nie jest zdyscyplinowane i w upalny dzień ratownicy muszą się naprawdę napocić, żeby wygonić wszystkich kąpiących się z wody. Pytaliśmy i uczciwie przyznali, że upał i sinice to dla nich jedna z najgorszych opcji.

Czym więc są owe sinice? Cyjanobakteriami! Zabrzmiało groźnie, co nie? Na co dzień mogą egzystować praktycznie wszędzie i nie są jakoś szczególnie niebezpieczne, bez paniki. Problem pojawia się w okresie kwitnienia, kiedy mają niemiły zwyczaj wydzielać toksyny. I to właśnie owe toksyny potrafią narobić niezłego spustoszenia w naszych organizmach.

 

​Objawy skórne:

– wysypka,

– rumień,

– pokrzywka,

– zapalenie spojówek (może nie całkiem skórne, ale zewnętrzne).

 

Objawy ze strony układu pokarmowego:

– wymioty,

– biegunka,

– mdłości,

– bóle brzucha,

 

Objawy ze strony układu oddechowego:

– duszności (w skrajnych przypadkach można udusić się na śmierć, brzmi zabawnie, ale żartów nie ma).

 

Objawy ogólne:

– gorączka,

– dreszcze,

– bóle mięśni i stawów,

– zawroty głowy.

Rzadko się zdarza, by przy kontakcie z sinicami wystąpiły wszystkie objawy jednocześnie. Raczej występują wybiórczo, stąd są mylone z pospolitymi chorobami, grypą, jelitówką czy zapaleniem oskrzeli. Jeśli więc zobaczycie u siebie lub dzieci którekolwiek z wymienionych objawów, a pozwoliliście sobie na zbyt bliski kontakt z sinicami, koniecznie powiedzcie o tym lekarzowi! Nie róbcie założenia, że „lekarz powinien wiedzieć”. Nad morzem to może jeszcze się domyśli, ale w centralnej i południowej Polsce niekoniecznie.

Czy to jest groźne i czy atakuje „wszystkich jak leci”? Hmmm, jakby to… pomoru na plaży nie widziałam, więc chyba nie. Bo oczywiście w upalny dzień każdy chciał „przynajmniej zamoczyć nogi” (też to robiłam i pozwalałam Duśce) a co więksi śmiałkowie wykorzystywali chwile nieuwagi ratowników i moczyli się od stóp do głów. W Gdyni na niestrzeżonej plaży można było pływać, ile dusza zapragnie, karetka nie podjechała ani razu. Więc teoretycznie da się to przeżyć. Tylko teoria teorią, a życie życiem. To tak jak z ukąszeniem przez szerszenia. Nie wiadomo, jak zareagujemy, ale na wszelki wypadek lepiej się bać.

Żeby było jasne – opisałam tu swoje doświadczenia, obserwacje i wspomnienia. Nam sinice w kontakcie ze skórą nie zrobiły nic złego. Ale to nie znaczy, że Wam też nie zrobią i że możecie sobie włazić do skażonej wody, bo „Mirella napisała, że można”. Nigdy nie możecie być pewni, jak złośliwe sinice akurat podpłyną, ile tych toksyn wytworzą i czy to przypadkiem nie Wy lub Wasze dzieci jesteście wyjątkowo podatni na nich negatywne działanie. Zazwyczaj sinice nie tkwią przy plaży więcej niż kilka dni, da się przeżyć bez kąpieli. Wyjątkiem jest Zatoka Gdańska, gdzie potrafią się zagnieździć na dłużej.

Tutaj jest aktualizowana na bieżąco mapa, gdzie można sprawdzić, które kąpieliska są czynne, a które nie i dlaczego. Nad morzem zaglądałam do niej kilka razy dziennie, więc mogę z czystym sumieniem dać Wam słowo, że naprawdę ją aktualizują. Informacja o zamknięciu plaży w Gdyni pojawiła się na niej mniej więcej kwadrans po tym, jak ratownicy powiesili czerwoną flagę i odgwizdali koniec kąpieli.

 

Zdjęcia: Mirella

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Zdrowie 9 sierpnia 2018

Gorączka u dziecka. Jak sobie z nią skutecznie poradzić?

Urok małych dzieci polega na tym, że potrafią nas zaskoczyć różnymi rzeczami w najmniej odpowiednim momencie. Np. gorączką. Jednego dnia wszystko dobrze, kładą się spać, a w nocy impreza do białego rana – gorączka to niełatwy przeciwnik.

Sama dobrze wiem, że dzieciaki różnie sobie radzą z wysoką temperaturą ciała. Jedne (np. mój Wojtek) nie gorączkują wcale, a inne (u mnie Bartek i Olek) “piłują” ostro pod 41 stopni. Tak jest też teraz – przerabiam z niespełna dwuletnim Aleksandrem gorączkę i męczymy się, bo moje dzieci bywają oporne na działanie leków przeciwgorączkowych. Tzn. temperatura spada, ale szału nie ma – np. z 40 stopni na 38,5.  W dzień jest nam łatwiej, temperatura jest bardziej znośna, ale noce są paskudne i temperatura wędruje wyżej i trudniej ją zbić. Taka ich uroda.

Kiedy zaczyna się maraton gorączkowania, najczęściej wynikający z działania wirusów, już wiem, że przez kolejny tydzień oczu nie zmrużę. Ale ok, nie chcę marudzić, za to podzielę się arsenałem wypróbowanych środków zaradczych na gorączkę u dziecka.

Sposoby na obniżenie gorączki u dziecka:

    1. Leki przeciwgorączkowe

Dzieciom, nawet niemowlętom, można podawać dwa różne leki przeciwgorączkowe – ibuprofen i paracetamol. Leki mogą mieć różne nazwy handlowe, ale i tak należy zwracać uwagę na zawartą w nich substancję czynną. Paracetamol i ibuprofen można podawać niezależnie od siebie, stosując się do zaleceń z ulotki. Ja podaję naprzemiennie oba, żeby nie przekraczać dobowych dawek każdej z tych substancji czynnych. W apteczce mam te leki, w dwóch różnych postaciach (doustnej i doodbytniczej). Wg moich obserwacji, czopki doodbytnicze działają szybciej i skuteczniej.

  1. Okłady

Gdy już wiadomo, że jest kiepsko, a leki działają tak sobie, robię dzieciom okłady. Moczę czystą ściereczkę z mikrofibry w zimnej wodzie i okładam czoło, pachwiny i wnętrze nadgarstka, bo tu znajdują się naczynia krwionośne, którymi ochoczo popłynie w głąb organizmu wychłodzona krew. Koleżanka zdradziła mi inny sposób, żeby dziecko nie odczuwało takiego dyskomfortu, przykładam do ciała chusteczki nawilżane. Są chłodne, dobrze absorbują ciepło ciała i nic z nich nie ścieka. Jedyny minus – szybko się nagrzewają i często trzeba je wymieniać. A niektóre (zależy od firmy) mogą zostawiać lekko klejący się film na skórze.

  1. Chłodząca kąpiel

Tego z kolei ja nie lubię, bo trudno nakłonić dziecko z 40 stopniami gorączki na “relaks” w wannie o 3 nad ranem. Woda powinna być kilka stopni niższa, niż temperatura ciała dziecka. Ja robię to na czuja, tak, by dziecko czuło się komfortowo. Woda nie może być zimna, bo to prosta droga do szoku termicznego. Pozwalam się chłopcom taplać w wodzie kilkanaście minut, aż gorączka nie spadnie. Nie zdarzyło się, by chłodząca kąpiel nie zadziałała. Jej minus? Trudno nakłonić dziecko do spania po zabawach w wannie :P Wiele mam obawia się, że chłodniejsza kąpiel może przeziębić dziecko, ale szczerze powiem, że nigdy mi się to nie zdarzyło.

  1. Przepajanie dziecka

Gorączkujące dziecko musi mieć stale wodę lub inny napój do picia. Podczas gorączki malec się poci, co w wyjątkowych sytuacjach może doprowadzić nawet do odwodnienia. Szczególnie, gdy dużo płacze. Na początku pilnuję, by woda była pod ręką, a mniej więcej w trzeciej dobie, jeśli gorączka się przedłuża, sięgam po elektrolity z apteki, żeby uzupełnić to, co uciekło z organizmu wraz z potem.

  1. Nieprzegrzewanie dziecka

Nie nakrywam dzieci kołdrą po czubek nosa przy gorączce. Dbam o to, by miały na sobie lekkie piżamki z oddychających materiałów, a temperatura w pokoju nie była zbyt wysoka. Obowiązkowo wietrzę pokój przed snem.

Kiedy do lekarza? *

Pamiętajcie, że o gorączce mówimy, gdy temperatura ciała przekracza 38 stopni Celsjusza (38,5 – w odbycie). Nie ma sensu stosowanie powyższych środków w stwierdzonym stanie podgorączkowym. Ale jest kilka kryteriów, które świadczą o tym, że nie tylko leki, ale i wizyta u lekarza staje się koniecznością.

Jednym z czynników decydujących o konieczności wizyty u lekarza jest wiek dziecka. Każdego gorączkującego noworodka i małe niemowlę (poniżej 3. m. ż.) powinien obejrzeć lekarz. Jeżeli temperatura ciała niemowlęcia między 3. a 6. miesiącem życia przekracza 38,5, to również konieczna jest konsultacja lekarska.

U dzieci powyżej 6. miesiąca życia, dotychczas zdrowych, można początkowo (3–5 dni) ograniczyć się do podawania leków przeciwgorączkowych (w odpowiedniej dawce) i obserwacji, pod warunkiem, że zachowanie, wygląd, sposób oddychania, łaknienie nie budzą naszego niepokoju. U każdego gorączkującego dziecka należy wykonać badanie ogólne moczu. Gorączka może być jedynym objawem zakażenia układu moczowego, a jest to stan, który wymaga zastosowania odpowiedniego leczenia (antybiotykoterapii).

Odrębną grupę stanowią dzieci z chorobami przewlekłymi, hospitalizowane lub leczone antybiotykiem w okresie poprzedzającym gorączkę. U tych dzieci badanie lekarskie powinno odbyć się wcześniej. Podobnie należy postąpić z dziećmi, u których pojawią się jakiekolwiek niepokojące objawy (wymioty, zmiana wyglądu, zachowania, sposobu oddychania dziecka lub inne, które zaniepokoją rodziców).

Jeżeli czas trwania gorączki przekracza 5 dni lub nie ma reakcji na podawane leki przeciwgorączkowe, należy zgłosić się do lekarza, nawet jeżeli stan dziecka nie budzi niepokoju.

 

* źródło: mp.pl

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Desery 8 sierpnia 2018

Czekoladowe muffiny z nadzieniem serowym – palce lizać

Czekoladowe muffiny – niby nic specjalnego, a jednak… Są lekkie, delikatne i mięciutkie. Nie za słodkie, nie za gorzkie (choć to zależy od dobranych proporcji ;-)) A dodatek twarogu sprawia, że są nie tylko ciekawą odmianą klasycznych babeczek z owocami czy kremami, lecz smakują również wyśmienicie. 

Uwielbiam piec muffiny. Po pierwsze dlatego, że ich przygotowanie jest banalne i nie wymaga specjalnych umiejętności (z powodzeniem mogą je robić dzieci), ani poświęcenia dużej porcji czasu. Po drugie wiele (bazowych) przepisów ma tak prosty skład, że raczej zawsze mam wszystko w domu, pod ręką i nie muszę biec do sklepu z pełną listą zakupów, zanim wezmę się do pracy. A po trzecie muffiny zawsze się udają – no, chyba że nie wyłączy się piekarnika, gdy zasygnalizuje koniec czasu i zostawi tam babeczki na całą noc. Wtedy raczej przybiorą postać węgla, niż słodkiego wypieku – wiem z doświadczenia, zaufajcie mi zatem i nie sprawdzajcie, czy to prawda ;-)

Reasumując, w mojej rodzinie muffiny są zawsze mile widziane i chętnie konsumowane. Dzieciaki często o nie zagadują – obowiązkowo lądują co roku na urodzinowym stole Jasia, który zawsze na pytanie, co mu zaserwować, odpowiada – „Babeczki!!” ;-)  

Tak więc pieczemy babeczki stosunkowo często, zarówno ze starych, sprawdzonych już przepisów, jak i nowych. I właśnie całkiem niedawno odkryliśmy ciekawe połączenie czekoladowej babeczki z serowym nadzieniem. Pomysł zrodził się w zasadzie przez przypadek (trzeba było wykorzystać ser, który został przygotowany dzień wcześniej do naleśników), a wyszło wyśmienicie – Jasiek uwielbia!

Może i Wam przypadnie do gustu… ? ;-)

Składniki:
– 200 g mąki pszennej,
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
–  3 łyżki kakao,
– 150 – 200 g cukru,
– 2 jajka,
– 120 ml mleka,
– 110 ml oleju,
– 80 ml jogurtu naturalnego.

Dodatkowo:
Kilka kostek posiekanej czekolady mlecznej lub gorzkiej (pamiętaj, że w zależności od tego, jakiej czekolady użyjesz, może być konieczne dodanie lub zmniejszenie porcji cukru).

Nadzienie:
– około 250 g twarogu,
– 1 żółtko,
– 1 opakowanie cukru wanilinowego,
– 3 łyżki cukru lub miodu (bądź do smaku),
– opcjonalnie 1-2 łyżki jogurtu naturalnego lub kwaśnej śmietany.

Przygotowanie:

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej, dlatego wyciągam je i w międzyczasie przygotowuję nadzienie serowe. W tym celu miksuję ze sobą twaróg, żółtko i cukier na gładką masę. Odstawiam na bok i biorę się za szykowanie ciasta na muffiny.

Tak więc tradycyjnie składniki suche (oprócz cukru) przesiewam do jednej miski i mieszam, mokre wraz z cukrem wrzucam do drugiej i również mieszam trzepaczką, do połączenia się składników.

Siekam czekoladę.

Łączę zawartość obu misek, dodaję czekoladę i  mieszam całość. Przekładam do foremek, wypełniam je mniej więcej do ¾ wysokości, a na wierzch wykładam masę serową – lekko ją wciskając do środka.

Nagrzewam piekarnik do 170 stopni i piekę babeczki przez około 25 minut.

Finito :-)

Smacznego!



 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close