Gry planszowe i nie tylko 24 kwietnia 2017

Śpiące królewny – karcianka nie tylko dla dziewczynek

Rynek gier dla dzieci rozwija się w takim tempie, że trudno nadążyć za nowościami. Coraz częściej rodzi się też w mojej głowie pytanie, czy kolejna gra wniesie faktycznie coś nowego do rodzinnych rozgrywek, czy raczej okaże się wałkowaniem dobrze już znanych mechanizmów i po kilku partiach będzie zbierać kurz na półce. Z tego powodu raczej nie interesowały mnie „Śpiące Królewny” – bałam się, że przemawiające do gustów dziewczynek tytuł i okładka są tylko atrakcyjną przykrywką dla przeciętnej gry. Ponieważ jednak z kilku źródeł usłyszałam, że jest całkiem ciekawa, postanowiłam dać jej szansę.

Śpiące Królewny to prosta i szybka karcianka dla 2-5 graczy (choć najlepiej gra się w 4-5 osób). Według producenta gra przewidziana jest dla osób od 8 roku życia, ale z zasadami spokojnie poradzi sobie też młodsze dziecko, które grywa już w coś bardziej skomplikowanego niż „Grzybobranie”. Tematyka królewien, rycerzy i smoków jest zdecydowanie trafiona, szczególnie dla dziewczynek, z którymi grałam.

śpiące królewny

O co chodzi w grze? Najprościej rzecz ujmując, o budzenie królewien. Jest ich w sumie dwanaście, każda daje od 5 do 20 punktów. Wygrywa gracz, który jako pierwszy zdobędzie 4 lub 5 królewien (w zależności od ilości graczy) lub odpowiednio 40 lub 50 punktów. W naszym przypadku prawie zawsze była to osoba, która zdobyła Królewnę Serc, więc walka o nią była zacięta.

Pomysłowe nazwy królewien i książąt, a także same obrazki sprawiają, że nawet mniej punktowana karta potrafi ucieszyć (na przykład Królewna Tęczy albo Deserów). Losowość jest duża, więc starsi gracze niekoniecznie mają przewagę nad młodszymi – może się jednak zdarzyć, że któreś dziecko poczuje się zniechęcone, kiedy przez kilka rund dostanie słabe karty. Jednak u nas po rozegraniu kilku partyjek każdy przynajmniej raz zakosztował zwycięstwa. Zresztą najczęściej pozostali gracze w kolejnych rozgrywkach kibicowali tym, którym wcześniej się nie wiodło i starali się im nie szkodzić

śpiące królewny

Tutaj dochodzimy do elementu, który może być zniechęcający – w grze jest negatywna interakcja: obudzone księżniczki mogą zostać ponownie uśpione albo zabrane przez innego gracza. Zdarzało się, że pojawiały się łzy albo gniewne słowa adresowane pod kątem tych, którzy właśnie komuś zaszkodzili. Nie sprawiło to jednak, że ktoś nie chciał dalej grać. W mojej opinii nie jest to też element dyskwalifikujący, bo właśnie w ten sposób dzieci mogą uczyć się radzenia sobie z negatywnymi emocjami. Mam jednak świadomość, że moje dzieci są przyzwyczajone do niejednokrotnie „ostrych” rozgrywek, więc tutaj każdy rodzic musi rozstrzygnąć sam.

Spodobał mi się system wymiany kart, który zachęca dzieci do liczenia – można wymienić pojedynczą kartę lub dwie takie same, ale można też wymienić większą ich ilość, pod warunkiem, że da się z nich stworzyć równanie (na przykład 2, 3, 4 i 9, bo 2+3+4=9). Jeżeli jednak młodsi gracze nie do końca sobie z tym radzą, to mogą po prostu wymieniać pojedyncze karty lub dublety i nie wpływa to mocno na jakość ich gry.

śpiące królewny

Mały minus za jakość kart – już po kilku tasowaniach krawędzie zaczynają się zużywać. Może warto od razu kupić ochronne koszulki lub zalaminować, ale nie wiem, czy wtedy karty nie będą się za bardzo ślizgać dzieciom w rękach.

Gra jest krótka, spokojnie można zagrać więcej rund (zresztą dzieciaki zawsze się tego domagały). Nie jest to co prawda pozycja, po którą „po godzinach” sięgną dorośli, ale na pewno mogą z dużą przyjemnością zagrać w to z dzieckiem. Jeśli chodzi o gry dla młodszych graczy jest to jedna z lepszych pozycji na rynku – łączy w sobie stosunkowo proste (ale nie banalne) zasady, przemawiającą do dzieci tematykę i ładne wykonanie, a przy tym nie zajmuje zbyt dużo czasu ani miejsca (choć pudełko jest zdecydowanie za duże w stosunku do zawartości).

śpiące królewny

Zdjęcia: Maria Podżorska

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Gry planszowe i nie tylko 23 kwietnia 2017

Niedziela – czas na granie! Time’s Up

Gry planszowe nie mogą być nudne. Coraz więcej z nich to nie tylko proste pionki i plansze. Producenci poszli o krok dalej i nieustannie zaskakują nas różnymi, ciekawymi formami tak, by planszówki nie kojarzyły się wyłącznie ze statyczną dywanową grą. Jeśli szukacie zabawy, która łączy w sobie grę karcianą, kalambury i ruch, to dobrze trafiliście. Znacie serię gier Rebel Time’s Up?

No właśnie, co to za gra? Czy Time’s Up! Family to gra dla dzieci? Z pewnością tak. Czy mogą w nią grać dzieci młodsze niż 8 lat? Z rodzinami – zdecydowanie. Czy jest to gra zespołowa? Tak, ale można zmodyfikować zasady, by cieszyć się grą w dwie lub trzy osoby.

Zielona wersja gry dedykowana jest dla graczy powyżej 8 lat. Jednak nie zwracałabym tak dużej uwagi na oznaczenie wiekowe nawiązując do tej gry. O ile w grach komputerowych przestrzeganie kategoryzacji wiekowej jest dla mnie wręcz koniecznością, tak przy grach planszowych bardziej zwracam uwagę na opis i czy umiejętności dziecka pozwolą mu w pełni swobodnie cieszyć się grą. Time`s Up! Family to przezabawna forma kalamburów, gdzie zadaniem każdego gracza jest odgadnięcie haseł zapisanych na kartach (przedmiotów, zwierząt oraz zawodów). Reguły są proste. Aby rozpocząć rozgrywkę należy utworzyć drużyny składające się co najmniej z dwóch osób. Następnie gracze powinni wybrać, czy w czasie gry będą korzystać z zielonych, czy pomarańczowych stron kart (każda karta podzielona jest na dwie wersje kolorystyczne zawierające hasło). Rozdajemy 30 kart wszystkim graczom. Ze wszystkich kart, które mamy na ręku, wymieniamy te z nich, których hasła są zbyt trudne, o nieznanej tematyce itd. Następnie przez trzy rundy będziemy się starali przekazać partnerowi z drużyny zapisane na kartach hasła – za pomocą pełnych opisów, potem pojedynczych słów, a wreszcie samych gestów. Drużyna, która odgadnie najwięcej haseł – wygrywa.

Jak już wspomniałam powyżej gra składa się z trzech tur, każda rządzi się swoimi prawami. W pierwszej możemy używać dowolnego opisu, by przedstawić zapisane na karcie hasło, a drużyna ma nieograniczoną liczbę prób, by je odgadnąć. Jedynym ograniczeniem jest kolorowy piasek przesypujący się w klepsydrze. Nie możemy do opisu hasła używać zdrobnień, odpowiedników w innym języku lub podawać szczegółowych informacji na temat słowa (np. literować hasła). Gdy drużyna odgadnie słowo, otrzymuje kartę, która oznacza zdobyty punkt. Następnie należy wziąć natychmiast następną kartę i tak do czasu gdy klepsydra przestanie odmierzać czas. Następnie kolejna drużyna przystępuje do pokazywania. Runda się kończy, gdy wyczerpie się talia słów. Wtedy należy spisać wynik każdej drużyny i podliczyć punkty.

Kolejna druga runda jest analogiczna, po przetasowaniu kart gracz musi opisać wyraz z karty za pomocą tylko jednego słowa, zaś drużyna ma jedną szansę na odgadnięcie co gracz miał na myśli. W finałowej trzeciej rundzie w ogóle nie używamy słów, ale jedynie gestykulujemy i naśladujemy dźwięki. Po jej zakończeniu liczymy punkty, wygrywa drużyna mająca ich najwięcej. Jest to najzabawniejsza runda w całej rozgrywce. Nie raz, nie dwa,brzuch Was zaboli od śmiechu.

Gra zapakowana jest w małe kompaktowe pudełko, które zawiera: woreczek, 220 kart z hasłami (po 2 na kartę), klepsydrę, notes do zapisywania punktów i instrukcję. Wszystkie elementy są dobrej jakości, słowa zapisane są czytelną czcionką (Kuba nie miał problemów z ich samodzielnym odczytaniem). Rozgrywka nie zajmuje dużo czasu i w aktywny sposób włącza każdego gracza. Opis haseł wymaga nieraz sporej pomysłowości, a i powodów do śmiechu jest dużo. Niektóre hasła mogą być zbyt trudne do zaprezentowania przez dziecko, na szczęście producent przewidział to i w instrukcji opisał możliwość wymiany kart na inne. U nas przed rozpoczęciem gry po prostu wyeliminowaliśmy karty które sprawiały Kubie trudności w interpretacji. Minusem (małym jak dla mnie) jest brak opisu reguł gry przy mniejszej liczbie graczy niepozwalającej na stworzenie przynajmniej dwuosobowych drużyn. Trzeba samemu zmodyfikować zasady na podstawie reguł z instrukcji. Nie jest to trudne, jednak wygodniejsze byłoby przeczytanie „gotowca”. Mam nadzieje, że niedługo uda nam się zagrać w Time`s Up! Family drużynowo i przyniesie to jeszcze więcej śmiechu i zabawy niż gra rozgrywana przez naszą trójkę.

Gra dedykowana dla osób z dystansem do siebie, lubiących wygłupy i kalambury 🙂

Zdjęcia: Basia Heppa-Chudy

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Zdrowie 21 kwietnia 2017

Kiedy moja córka choruje, każę jej wyjść z domu

Byłam chorowitym dzieckiem. Właściwie non stop chodziłam zakatarzona, bez przerwy mi ciekło z nosa, nie umiałam oddychać nosem przez pierwszych dziesięć lat życia, może nawet dłużej, czujecie?? Na lekarzy do dziś mam alergię… Bo to źli lekarze byli.

Pamiętacie te zimy, gdy temperatura nad ranem spadała do – 40°C? Woda w kranie nam zamarzała, czasem na noc wyłączaliśmy hydrofor, tak było bezpieczniej. Ogrzać drewniany dom nie było łatwo, węgiel kamienny miał w sobie więcej kamienia niż węgla, dobrze, że prąd był tani, można było piecyk elektryczny włączyć. Wiele to nie dawało, bo napięcie było żałośnie niskie, grzałki, które powinny być pomarańczowe, ledwo dawały radę się rozżarzyć, no ale zawsze coś. Dom trudno było ogrzać, więc i wietrzyło się mało. Okno uchylone na kwadrans to był szczyt luksusu. Spanie przy uchylonym lufciku?? A w życiu!! Myślę, że nie podusiliśmy się całkiem tylko dlatego, że te stare drewniane okna nie były naprawdę szczelne i nic nie dawało upychanie uszczelek i waty. Za to mróz na szybach… o tak, to jedyne, co miło wspominam, mimo wszystko.

Siedziałam w domu i miałam katar. Coraz większy katar. Nieznośny katar. Czasem przyplątała się jakaś nieduża gorączka. Oczywiste jest, że w takiej sytuacji mama zabierała mnie do lekarza. Pediatry albo laryngologa dziecięcego. Nie pamiętam już, dlaczego zamiennie, pewnie czymś to było podyktowane. W każdym razie leczenie zawsze przebiegało tak samo, najpierw prześwietlenie zatok (nie wiem, ile razy mi głowę napromieniowali, ale na pewno za dużo!), a potem zastrzyki z penicyliny. No i oczywiście leżenie w łóżku. Nie wiem, co takiego zbawczego miało być w tym leżeniu, ale lekarze zgodnie się przy tym upierali. A w łóżku to ja miałam pościel wypełnioną pierzem. I było ze mną coraz gorzej. Efekt? No, jak penicylina nie działa, to zwiększymy dawkę. No więc dostawałam zastrzyki rano i wieczorem. I ciągle musiałam się kisić pod pierzyną. Jak dziś o tym myślę, to mi się ciśnienie podnosi.

To były inne czasy, o alergiach nikt nie słyszał. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, że od leżenia w łóżku można chorować! Że niewychodzenie z domu może być zabójcze! A dla mnie było. Małe złośliwe roztocza dzień po dniu fundowały mi coraz większe dolegliwości. Chociaż w sumie nie mam racji, lekarze coś tam słyszeli. Nawet sugerowali, że może to alergiczne, ale tylko może, bo jednak raczej to przewlekłe zapalenie zatok… Skierowania na testy nie dał mi nikt, no bo po co, skoro na rentgenie widać, że zatoki zapchane? A jakie niby miały być?! Ja chyba cała byłam tym katarem zapchana. Pomijam taki drobiazg, że penicylina, zamiast leczyć, skutecznie osłabiała moją odporność. Cud, że nie zapadłam na wszystkie możliwe choroby naraz.

Testy na alergię zrobiłam już w liceum. I nie, nie dlatego, że mnie nagle oświeciło. Wręcz przeciwnie. Okres dojrzewania pozwolił mi się pozbyć przynajmniej części uczuleń, tak podejrzewam, bo zaczęłam oddychać przez nos. Za to przyszedł taki czas, że po jedzeniu kichałam jak głupia za przeproszeniem. Zresztą mam tak do tej pory, głównie po przetworach mlecznych, ale nie tylko. To było nowe zjawisko i pojawiło się u mnie w latach dziewięćdziesiątych, razem z konserwantami w jedzeniu. Niestety testów na uczulenie na konserwanty nie robiło się wtedy i nie robi do tej pory. Za to przy zrobionych przy okazji testach wziewnych wyszły mi ciekawe kwiatki. Trawy, drzewa, psia sierść i oczywiście roztocza! Internista jak zobaczył wyniki, od razu przepisał mi inhalatorek i kazał wdychać trzy razy dziennie. I przypominam uprzejmie, że to było już w czasie, kiedy uporczywe katary poszły w siną dal. To jakie byłyby wyniki w dzieciństwie??? Dziś uważam, że sporo moich problemów zdrowotnych ma związek z penicyliną, którą podawano mi w naprawdę końskich dawkach.

W moim domu są szczelne plastikowe okna, które otwieram przy byle okazji i bez okazji. Często robię przeciąg, nawet w zimie. Dbam o regularne odkurzanie i wycieranie kurzu. Pierze dawno zniknęło, dziś wszyscy mamy pościel antyalergiczną. Duśce dwa razy robiłam testy na alergię, skórne i z krwi. Skórne nie wykazały nic, z krwi – uczulenie na sierść konia. Mimo to co roku w sezonie wiosennym moje dziecko jest zakatarzone i zakichane. I co roku pani doktor rozkłada ręce i mówi:

– Osłuchowo czysto.

Raz czy dwa zrobiłyśmy rentgena, żeby wykluczyć bezobjawowe zapalenie płuc. Wykluczyłyśmy.

 

Dlatego ja wiem swoje.

Moje dziecko jak nic odziedziczyło skłonności alergiczne. Nie tylko po mamusi, ale i po tatusiu. Nie wiem czy wiecie, ale jak oboje rodzice są uczuleni na ten sam alergen, to ryzyko przekazania alergii dziecku wynosi aż 60%! A ja i mąż jesteśmy uczuleni na pyłki traw, także ten… Alergia na pyłki zbiera żniwo w kolejnym pokoleniu, psia ją mać! 

Kiedy widzę, że moje dziecko chodzi po domu zakatarzone, a nie ma gorączki, natychmiast wyganiam na dwór! A w domu zarządzam generalne sprzątanie i odkurzanie. Piorę zasłony, wykładzinę traktuję mopem parowym. Wprowadzam czasowy zakaz spania z pluszakami. Późna wiosna to trudny okres, który na odmianę najłatwiej znieść w domu. I lubimy, jak pada deszcz, serio. Do dziś pamiętam, jak poszłam z małą Duśką do lekarza, nakupowałam jej leków wziewnych i… nie zdążyłam podać, bo spadł ulewny deszcz i dziecko mi w jednej chwili wyzdrowiało.

Katar i kaszel to nie choroba sama w sobie, to jedynie objawy, czasem trudno dociec czego. Bez wyraźnego powodu nie podaję żadnych leków przeciwzapalnych ani tym bardziej nie zgadzam się na antybiotyki „bo nic innego nie działa”. Leczę dziecko po staropolsku, świeżym powietrzem. Kiedy Duśka kaszle i kicha mówię:

– Ubieraj się, idziemy na spacer.

 

Subscribe
Powiadom o
guest

9 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
mala-rzecz-a-cieszy.blogspot.com
mala-rzecz-a-cieszy.blogspot.com
7 lat temu

Gorzej gdy na dworze smog!

Tabiś Agnieszka
7 lat temu

A jak jeszcze ja byłam mała to banki były zawsze

W roli mamy - wrolimamy.pl

Mnie to szczęście tylko raz spotkało i źle to wspominam.

Tabiś Agnieszka
7 lat temu

I czy jej ten spacer pomaga ? Zastanawia mnie to bo moje dzieci tez z wiosna maja to samo , katar spływa po gardle i wywołuje kaszel . Zawsze osłuchowo czysto – leczę je syropem wykrztusntm i syropem przeciw alergicznym ale unikam wychodzenia

W roli mamy - wrolimamy.pl

Tak, dopóki trawa i brzozy nie wejdą w okres najwyższego pylenia spacer zawsze przynosi ulgę. Dla mnie jedynym przeciwwskazaniem do wyjścia jest gorączka.

Olga Irena Otwinowska

Nasz pediatra zaleca spacery, w domu zostajemy gdy jest gorączka.

Anna Hałuszczak
7 lat temu

A ja w dzieciństwie uwielbiałam bańki! Stawiała mi je mama – wtedy pielęgniarka. Owijala mnie szczelnie kołdrą i z tymi bańkami zasypialam 🙂 moje dzieci baniek nie znają, ale syrop z cebuli itp. i owszem 🙂

Ewa Klepczarek
7 lat temu

Biedne te nasze dzieci z tymi spacerami! 🙂

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close