Uroda 18 lipca 2012

Taki sobie ból brzucha…

No oki, czasem bolało, to sobie coś łyknęłam i przestawało. No to dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Niestety, łykana od 23.00 do 4.00 mieszanka no-spa –  ketonal nie pomaga. Ból sobie rośnie i rośnie, w końcu mnie przerasta. Ledwo słyszalnym głosem proszę o wezwanie pogotowia. Taka informacja to dla męża nic innego jak „jest gorzej niż źle”, toteż wyskakuje z łóżka niczym z procy.

Przyjeżdża sympatyczny starszy pan doktor, daje dwa zastrzyki, nie pomagają,  daje trzeci. Mówi, że jak nie przejdzie to niestety szpital. No i wykrakał. Dzień jakoś leci, ale kolejna noc znowu jest ciężka. Dokładnie po dwudziestu czterech godzinach mąż ponownie wzywa pogotowie. Nawet dosyć szybko przyjeżdżają, dużo dłużej zakładają mi wenflon, nie wiem po co, bo nic przez niego nie wlewają. Ratownicy to mają dziwne obowiązki.  Ledwo mogę chodzić z bólu, a pochylić się to już w ogóle dramat, ale robię ten wysiłek i dotykam delikatnie rączki Duśki, nie chcę jej budzić, ale chcę się pożegnać. Na myśl, że się obudzi a mnie nie będzie chce mi się podwójnie płakać. Podwójnie bo i tak mi łzy z bólu lecą.

Nasz powiatowy szpital raczej nie jest bogaty, przyjeżdżam z bólami brzucha i zero szans na USG. Izba przyjęć nie posiada takiego wynalazku. Badanie odbywa się metodą tradycyjną, walenia po nerkach i brzuchu. Od tego czasu już wiem co to jest szokujący ból – niby coś tam mi się leje po twarzy, ale dopiero jak młoda i skądinąd sympatyczna pani doktor mocno wali w mój  brzuch żeby sprawdzić reakcję, wybucham płaczem którego nie powstydziłby się głodny noworodek.

Jedna, druga kroplówka, dwa zastrzyki – nic, boli jak bolało. Dodatkowo ściska w żebrach, koło 7.00 mówię pielęgniarce, że kiepsko mi się oddycha, podłącza mi tlen. W sumie śmieszne uczucie. Zastanawiam się czy ja jeszcze samodzielnie oddycham, sprawdzam czy mi żebra chodzą. Chodzą, owszem, ale słabo, udusiłabym się gdybym się miała w ten sposób dotleniać, a tu proszę, tlen z rureczki do noska i super. Niestety bólu to nie uśmierza.

Na wyniki standardowych badań trzeba czekać klika godzin, w końcu mijają. Pani doktor mówi, że wyniki wskazują na wątrobę i prosi o konsultację chirurga. Chirurg z miejsca pyta czy się godzę na operację. Godzę się na wszystko, tylko niech przestanie boleć. Dzwonię do męża, że zostaję w szpitalu. I że być może mnie pokroją. Nawet przez telefon widzę, że jest w szoku. Obiecuję w kilka godzin załatwić opiekę do Duśki i przyjechać. Szybciej się nie da, sama o tym dobrze wiem, jak się w tych kilku godzinach zmieści to dobrze.

Przychodzi jakaś kobieta w niebieskim fartuchu i opryskliwym głosem pyta czy mam piżamę. Kurcze, nie mam siły jej powiedzieć co o niej myślę, no kto nosi piżamę w torebce? Jasne, że mogłam przyjechać w piżamie, ale liczę na to że mnie rano wypuszczą. W piżamie mam przez miasto paradować? To przecież znowu pogotowie mnie zabierze tylko zupełnie inne. Za chwilę przynosi mi kilka koszul nocnych do wyboru, wszystkie flanelowe! Mamy akurat falę upałów, a ona mi flanelę. Nie mam wyboru, zakładam. Natychmiast dzwonię do męża z instrukcją co ma mi przynieść.

Na chirurgi okazuje się, że nie ma dla mnie łóżka, jest kilka wolnych owszem, ale na salach męskich. Komunikacja między izbą przyjęć a chirurgią ewidentnie nie działa dobrze o ile w ogóle działa. Proponują mi żebym na chwilę usiadła na krześle na korytarzu. Oszaleli! Nie mogę siedzieć, wtedy ból jest naprawdę nie do zniesienia. Spaceruję sobie po korytarzu, dzwonię do męża po raz kolejny, w tym czasie oddział przechodzi reorganizację na moją cześć. Trafiam sama na trzyosobową salę i natychmiast dostaję kolejną kroplówkę. Ta wreszcie trochę pomaga, czuję lekką ulgę. Na oddziale mają nawet USG, tutaj postęp w medycynie dotarł. No i co? Kamienie, a cóż by innego? Woreczek żółciowy wypełniony aż miło. Mentalnie przygotowuję się do operacji. Jednak nie, decydują że mnie nie pokroją, bo nie jestem szczepiona na żółtaczkę. Za to pakują mi czwartą kroplówkę i w ramach kolejnej reorganizacji wystawiają z łóżkiem na korytarz. Jest mi kompletnie wszystko jedno. Niech i tak będzie, tylko niech już przestanie boleć! Właściwie i tak nie wiem co się dokoła mnie dzieje, loguję się do szpitalnego Wi-Fi i włączam komunikator. Resztkę energii poświęcam na klikanie. Po godzinie trafiam na inną salę, nawet nie jest tak źle, na tej jest łazienka.

Na obiad marchwianka, matko co za świństwo! Ale zjadam, normalnego obiadu mi nie dadzą. Ścisła dieta! O dziwo marchwianka pomaga, czuję dużą ulgę. Przychodzi mąż i przynosi mi różne potrzebne drobiazgi. Wreszcie mogę się wykąpać i założyć na siebie coś normalnego. Ulga niesamowita. Zdążam w porę, bo zaraz przychodzi pielęgniarka z kolejną kroplówką. I tak do wieczora ciągle coś mi płynie w żyłę. Na kolację kleik. Zjadam tylko dlatego, że ciepły. Dostaję za to informację, że mam nie jeść śniadania bo rano jakieś badanie na czczo. Jakie? Pielęgniarka nie wie. Nawet pić mi nie pozwalają, masakra jakaś.

Tęsknie za Duśĸa jak nie wiem co. Każą mi leżeć i wypoczywać a ja nie umiem, chcę do domu, do dziecka.

O 22.00 cisza nocna, nic z tego, zasypiam jakieś cztery godziny później, a już od 5.00 salowe się tłuką po korytarzu. Nie wiem czym, chyba wózkami na brudy, hałas jest naprawdę nieziemski. Taki rodzaj pobudki widocznie, bo zaraz potem przychodzi pielęgniarka z termometrem. Poza tym jest tak gorąco, że nie ma mowy o spaniu. Dobrze że mam książkę. Jedynym niezaprzeczalnym plusem szpitala jest to, że mogę czytać, w domu mi się nie udaje czytać tak długo jednym ciągiem.

Wpada jakiś lekarz, gniecie mi brzuch i pyta czy boli. Nie boli. Śniadania zgodnie z nakazem nie biorę, za to dostaję kolejną kroplówkę. Przez głowę przelatuje irracjonalna myśl, że w końcu się uzależnię od tych kroplówek. Przychodzi drugi lekarz i pyta jak się czuję. Super, bo nie boli. Mówi mi, że w takim razie idę do domu. Wyściskałabym go gdyby nie ta kroplówka. Potem przychodzi banda lekarzy i pielęgniarek i to się nazywa obchód. Pytam ich o to badanie co miałam mieć, nie wiedza o co chodzi. No super, a ja się z głodu zwijam, eehhh. Za chwilę salowa przynosi mi spóźnione śniadanie. Moja sąsiadka z sali mówi mi, że na tym polega oszczędność, wmawiają pacjentom, że muszą być na diecie, bo to taniej wychodzi. A teraz sio do domu, żebym się na obiad nie załapała. Zaczynam się śmiać i to jest cudowne uczucie, mogę się śmiać i nic nie boli.

Dzwonię do męża i mówię mu żeby po mnie przyjechał. I wiecie co? On mnie naprawdę kocha!

Kochane czytelniczki, starałam się jak mogłam żeby nie było ponuro, ale wielu rozrywek w tym szpitalu nie zaznałam, i w ogóle nie jest to miejsce do którego warto byłoby trafić. Dlatego apeluję do Was, dbajcie o siebie, róbcie okresowe badania, słuchajcie co mówią do Was Wasze ciała, nie lekceważcie żadnych objawów, żadnych sygnałów. Choroba może zacząć się niewinnie, a skutki bywają różne. A my już nie należymy tylko do siebie, a naszym dzieciom należą się zdrowe sprawne i uśmiechnięte matki, to nie tylko nasze prawo, to nasz obowiązek –  dbać o siebie. Obiecujecie?

Następnym razem napiszę Wam jak to zawirowanie zniosła moja córeczka.

22
Dodaj komentarz

avatar
17 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
11 Comment authors
PurciaJadźiuniaAgataKobiecym_okiemMarta Ulińska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kaja350
Gość
Kaja350

Mirella napisz proszę jak dalej sobie z tymi kamieniami radzisz mam ten sam problem:(

sylwiagkap
Gość
sylwiagkap

Zgadzam się z Tobą, my mieliśmy z mężem podobną sytuację ale wyszliśmy z tego, przy pomocy starszego pana lekarza”niech spoczywa w pokoju”:) żeby nie ten pan doktor to mój mąż by nie miał nogi, taki jest nasz NFZ. Sami nie wiedzą co leczą. Trzymaj się i wiem, że teraz jak coś się dzieje są konkretne badania.Pozdrawiam i ucałuj córcię:)

Eve
Gość
Eve

Poczytaj sobie o http://magnet-medic.pl/ to unikniesz podobnych niespodzianek w przyszłości :)

Eve
Gość
Eve

Mirello chodziło mi oczywiście o niespodzianki związane z nagłymi bolesnymi atakami kamieni żółciowych. Bo jeżeli chodzi o polską służbę zdrowia to niestety czasami będziemy narażone na tego typu sytuacje w szpitalach. Ale polecam tą stonkę bo znajdziesz na niej fajną propozycję na bolączki Twoje a nawet córeczki:)))
Pozdrawiam

Natalia Legieć
Gość

miejmy nadzieje ze jak sie juz ma usuniete kamienie to juz wiecej sie one nie pojawią :)

malwina
Gość
malwina

nasza służba zdrowia pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Niby płacimy za to wszystko a jak przychodzi iść do szpitala to człowiek jeszcze gorzej się czuję niż przyszedł:(

Marta Ulińska
Gość

Dlatego najlepsze wyjście u nas to po prostu nie chorować :/ Tylko prawdą jest, że człowiek nie ma na wszystko wpływu

Magda Kupis
Gość

Z niecierpliwością czkam na dalszy ciąg i wiadomość o poprawie :) no i oczywiście jak Duśka dała radę z tatą :)
Życzę zdrówka :*

Mirella
Gość
Mirella

Hmm, jak sobie radzę z kamieniami? Rozpoczęłam cykl szczepień na żółtaczkę i pewnie pójdę na operację, a póki co piję oliwę z oliwek bo to ponoć ma pomóc. No cóż, nie pomoże – nie zaszkodzi. Poza tym jestem na koszmarnej diecie bo od leków, które brałam po wyjściu ze szpitala, żołądek się zbuntował :(
Za zdrówko dziękuję, przyda się :)) Wzajemnie życzę Wam tego samego :*

Basia Wawrzyczek
Gość

Ja dopiero co wczoraj wyszłam ze szpitala. Na opiekę nie narzekałam ale ta tęsknota… W szpitalu byłam 2 dni. Dzieciaki były przy mnie po cztery godziny dziennie i jeszcze nie chciały jechać do domu. I tylko przytulanie i „mamo KOCHAM CIĘ!” na okrągło. Miałam zabieg prawej ręki – zespół cieśni nadgarstka i teraz nic nie mogę robić. Jeszcze jakieś kilka miesięcy mam z głowy prace domowe. Straszne. Ryczeć mi się chce, nie umiem sobie zrobić nawet głupiej fryzury żeby jakoś normalnie wyglądać. :( Szkoda gadać!
Życzę zdrówka i oby ta operacja nie była potrzebna!

Angelikaludwicka
Gość
Angelikaludwicka

ehh Mirela straszne to co przeżylaś… moj m ma kamienie w nerkach i ostatnio dostal atak w szpiutalu byl cala dobe i nic nie zrobili tak jak u Ciebie oprócz kolosalnej ilości kroplowek

Natalia Legieć
Gość

oj oj wiem c czulas bo ja przechodzilam przez to podobnie.. ale teraz bedzie juz tylko lepiej, pozdrawiam :*

Ania Stanczak
Gość

aż mam ciarki na plecach….

Marta Ulińska
Gość

Dzięki Bogu ze szpitalem jak na razie do czynienia miałam tylko podczas mojego porodu :)
Teraz jak tam pojadę to role się lekko zamienią to ja będę rodzić.
Wizyty nie zazdroszczę.

Kobiecym_okiem
Gość

Dwa pobyty w szpitalu przy okazji porodów wspominam bardzo dobrze. Szczególnie ten drugi. Ale to był znany i dobry szpital położniczy w stolicy. Później pojechałam na 1-dniowy zabieg do szpitala pod Warszawą i tam już nie było tak wesoło. Nie chodzi o personel, ale o to, jak ten szpital wyglądał. Spędziłam tam zaledwie 4 godziny i chciałam stamtąd uciekać…

Agata
Gość
Agata

Niestety tak wygląda sytuacja w naszych polskich szpitalach. Moja kuzynka była dwa dni trzymana przed podorem, na skurczach, dopiero po dwóch dnaich zdecydowali sie na przyspieszenie porodu i cesarkę, kolejnej żle została określona waga dziecka, córka miała ważyć 4 kg a ważył 5 kg! Z racji że ma bardzo wąskie biodra dziecko nie mogło się urodzić. Wracając do tematu, bóle brzuch to uciążliwa sprawa;/ szczególnie te kobiece:P zazdroszczę tym które mają lekki ból brzucha;/ ostatnio czytałam artykuł na http://vivalavita.pl/artykul/naturalnezapobieganieskurczom-883.html zacznę to stosować, co prawda przytoczony jest skurcz łydek, ale tak naprawdę ból menstruacyjny to też skurcz. Zmiana w diecie może… Czytaj więcej »

Jadźiunia
Gość
Jadźiunia

do Agata: No widzisz, niestety polskie realia są dziwne, czasem prozaiczne, nie wiedząc czemu jest tak, a nie inaczej.
Co do http://vivalavita.pl/artykul/naturalnezapobieganieskurczom-883.html także zgadzam się z tym, że nic nie zapewni skurczów tak jak naturalnie występujące skurcze u kobiety w jej organizmie. Trzeba zawsze być naturalną i nigdy nie stać w sprzeczności z tym;)

pozdrawiam
J.

Agata
Gość
Agata

Mam nadzieję że artykuł się przydał;) I chociaż troszeczkę pomógł. Ja niestety mam czasami tak mocny ból brzucha że nawet tabletki nie pomagały.
Wystarczyło że trochę zmieniłam dietę i rzeczywiście było lepiej, skurcze nie były takie mocne. Także dziewczyny, morał taki, że musimy uważać co jemy i jak jemy;)
Agata

Purcia
Gość
Purcia

Święte słowa, że suplementy diety, medykamenty nigdy nie zastąpią oczywistych efektów – lepiej zawsze postawić na zdrowe odżywianie, z głową, z rozsądkiem. Przynosi to sowite efekty, i to nie trzeba długo czekać na jakiekolwiek rezultaty.
Np ile z nas tak naprawdę jada takie specjały http://vivalavita.pl/public/przepis/salatkagrecka-563.html
szczerze powiedziawszy, mało osób- niestety nie wiedzą co tracą, same witaminy oraz sylwetka zawsze traci na smukłości, kiedy jadamy „syte obiady” – inną sprawą jest czasem siedzący tryb życia, a czasem praca. Ale wszystko zależy też od upodobań dietetycznych;)

Purcia
Gość
Purcia

Co do nocnych bólów niestety…czasem to co jemy na dzień wychodzi w nocy;) To tak samo jak niektórych boli bo coca-c. brzuch, inni nie mogą zjeść mleka z nabiałem, etc. uwarunkowania osobiste. Podobnie jest z dieta, nigdy nie ma jednej- dla ogółu- zawsze będzie to kwestia uwarunkowana indywiduum.

Emocje 15 lipca 2012

Mama Aniołka…

Dziecko jest największym darem, jaki dwoje ludzi może otrzymać od  losu. Wnosi w nasze życie sens istnienia. Sprawia, że możemy się śmiać i płakać, rozwijać, dojrzewać, jest naszą przyszłością.

Jesteśmy już szczęśliwą rodzinką 2 + 1, ale zawsze chcieliśmy mieć więcej niż tylko+ 1. Kiedy pojawiły się dziwne objawy, zrzucałam je na karb mojego wielkiego pragnienia posiadania kolejnego dziecka i nie docierało do mnie, że mogę być w ciąży.  Tak przypadkiem kupiłam test ciążowy, który zamierzałam zrobić następnego dnia. Jednak po kolejnej fali lekkich mdłości udałam się do łazienki. Jakże wielkie musiały być moje oczy, jak spojrzały na test, na którym w tempie błyskawicy zarysowały się dwie grube krechy. Bez zbędnych ceregieli postanowiłam pokazać test mężowi. W trzęsących się rękach i na miękkich nogach obwieściłam dobrą nowinę. Nasze zaskoczenie było ogromne, a radość jeszcze większa. Trochę czasu zajęło mi przekonanie się, że nasza rodzina się powiększy.

Potem wszystko toczyło się już błyskawicznie. Wizyta u lekarza – potwierdzenie ciąży. Przekazanie informacji najbliższym oraz w pracy. Mijały kolejne dni, a ja planowałam przyszłość. Jednakże czułam się inaczej, od samego początku miałam jakieś wątpliwości, obawy, przy pierwszej ciąży nawet mi takie myśli do głowy nie przychodziły.

Nadszedł czas kolejnej wizyty. Wszystko szło pomyślnie, karta ciąży czekała na wypisanie. Kolejne USG, chwila niepewności, ciszy i… wyrok. Serduszko przestało bić…

Jakie uczucia towarzysza takiej chwili? Jakie myśli przychodzą do głowy? Chyba żadne. Nie wiem czy człowiek w ogóle myśli.

Rozmowa, wyjaśnienie lekarza. Decyzja o zabiegu. Przekazanie wiadomości mężowi. Płacz i koszmarna noc. Następnego dnia było już po wszystkim. Została pustka, żal, łzy i kolejne koszmarne wieczory. Chwile, w których chcesz się zwinąć w kłębek i wyć… Niby dookoła otaczają Cię ludzie, a tak naprawdę jesteś z tym wszystkim sama…

Nie brałam zwolnienia lekarskiego, stawiłam się do pracy. Tam nie było łez, ale ja byłam w innym świecie. Myśli krążyły zupełnie gdzieś indziej. Jednak prawdziwe załamanie przyszło 3 dni po zabiegu.  Serce, umysł, psychika i ciało zupełnie się wykluczają w tej kwestii. Każde funkcjonuje odrębnie.

Serce kocha bezgranicznie, umysł próbuje zareagować racjonalnie, ale nie panuje nad tym, psychika to temat rzeka, a ciało jeszcze nie wie, że coś się zmieniło.

Tak maleńkie szczegóły, na które reaguję jakbym była w ciąży, a po chwili dochodzi sygnał, że już nie muszę uważać, że już za późno… Widok kobiety w ciąży przywodzi smutek, żal, zazdrość i … radość. Kobieta staje się mieszanką wybuchową uczuć, reakcji a w jej głowie panuje niewytłumaczalny i w żaden sposób nie do ogarnięcia chaos.

Kolejne załamanie nadeszło na dwa tygodnie po zabiegu. … Powróciły kolejne koszmarne wieczory. Znowu niby stanowię jedno ciało, ale poszczególne jego elementy się rozmijają. Do tego pojawiła się miesiączka, którą jednak odbieram jako punkt zwrotny. Teraz mam nadzieję, że wszystko się wyreguluje i będzie wiadomo, kiedy można rozpocząć starania o kolejnego dzidziusia. Nie poddamy się!

Minęło 18 dni i widzę światełko w tunelu. Zaczynam myśleć pozytywnie. Co nie oznacza, że zapomniałam, że następne dziecko będzie jakąś rekompensatą, czy też zajmie jego miejsce. Absolutnie nie! O Moim Maleńkim Skarbie nie zapomnę nigdy!! Jego miejsce jest w moim sercu na zawsze.

Jednakże musimy sobie uzmysłowić, że czas biegnie dalej a my musimy iść razem z nim do przodu. Stojąc w miejscu tak na prawdę się cofamy i nie osiągniemy nic na co zasługujemy.

Ja wierzę, że tam gdzieś w górze, ktoś już zaplanował moje losy i nic nie dzieje się bez przypadku. Ta myśl pomaga mi iść do przodu i akceptować to co daje mi los.

Wcześniej wszyscy się uśmiechali, gratulowali – teraz milczą, odwracają wzrok jak gdyby nic się nie stało, jak gdyby tego dziecka nie było… A ono BYŁO…  JEST… w innym, lepszym świecie… w świecie Aniołków…

Jesteś tak maleńki a tak ważny….

Źródło zdjęcia: Flickr

28
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magda
Gość
Magda

Poryczałam się strasznie. Bardzo Ci współczuję a jednocześnie podziwiam, że się nie poddajecie i życzę Wam żeby wszystko się udało. A Wasz mały Aniołek na pewno na Was patrzy z góry :)

Basia152
Gość
Basia152

OJ TAK, WIEM COŚ O TYM…SPODZIEWAŁAM SIĘ BLIŹNIĄT- JEDNEMU SERDUSZKO PRZESTAŁO BIĆ W 14TYM TYG.TO JEST NIE DO OPISANIA CO SIĘ CZUJE WTEDY,DRUGIE MALEŃSTWO JEST CAŁE I ZDROWE ZA 4 DNI SKOŃCZY ROCZEK A JA MYŚLĘ WCIĄŻ O TYM DRUGIM- NASZYM ANIOŁKU:)POZDRAWIAM

Bombel
Gość
Bombel

Popłakałam się niczym mały dzidziuś..

Trzymaj się Madziu! Mam nadzieję, że niedługo poinformujesz nas o kolejnej ciąży i że Majeczka będzie miała młodsze rodzeństwo! ;) :*

Joan_h
Gość
Joan_h

miałam tak trzy razy więc wiem o czym mowa :(

Agusiak
Gość
Agusiak

Madziu Kochana po pierwsze to cieszę się ogromnie, że napisałaś ten tekst, przede wszystkim dla samej siebie.
Po drugie z całych sił zaciskam kciuki żebyś już niedługo znowu zobaczyła dwie kreseczki na teście :)
Całym serduchem jestem z Tobą i ściskam Cię mocno :*

Annaleksandra
Gość
Annaleksandra

Madziu. Może nir powinnam się odzywać-nie przeżyłam czegoś takiej tragedii i nawet nie potrafię wyobrazić sobie bezmiaru Twojego bólu o rozpaczy. Pisze jednak ponieważ twoja historia przypomina mi przeżyciaojrj koleżanki,która dwa lata temu zaszla w ciążę z drugim dzieckiem. Czekala na ten moment pare lat. Niestety. Serduszko malenstwa przestało bic po paru tygodniach. Wielka rozpacz i kolejne starania. Mijał miesiac miesiacem. Jedno niepowodzenie za drugim. Byliśmy swiadkami wielu łez ,chwil zwątpienia. Po ponad roku dziewczyna powiedziala dosc. Widocznie synek będzie jedynakiem. Ale jak to bywa nieraz, szczęście wkrótce sie uśmiechnęło za parę tygodni ma swiat przyjdzie jej córeczka. Magdo Twoje… Czytaj więcej »

Agnieszka Danielewicz
Gość

smutne ale takie prawdziwe ….

Basia Wawrzyczek
Gość

Straszne przeżycia, nie wiem sama nawet co napisać. Życzę dużo siły i szybkiego powiększenia rodzinki! Mocno trzymam za Was kciuki!!! :)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Ojej… Współczuję z całego serca Magdaleno! Jakie to smutne, że na świecie muszą się zdarzać takie rzeczy… Trzymam jednak mocno kciuki, aby starania o dzidziusia zakończyły się sukcesem, aby już teraz wszystko było dobrze od początku do końca. Najważniejsze to wierzyć, a Ty wierzysz i nie poddawaj się!

Paulina Garbień
Gość

Pamietaj, że zawsze możesz na mnie liczyć :*:*:* buziaki kochana, już niedługo będziesz się cieszyć ciążą i rodzeństwem dla Majeczki, tym razem do szczęśliwego rozwiązania :) wiem to :*:*

big m
Gość
big m

RIP Aniołku.
Jesteś dzielną kobietą.

Sylwia
Gość
Sylwia

Trzymam kciuki Madziu. Mam nadzieję, że niedługo będziesz cieszyła się z rodzeństwa dla Majeczki. Ściskam i jestem z Tobą całym sercem :*

Monika Stradza
Gość

być mamą Aniołka jest bardzo trudne.Wiem coś o tym :(

Ania
Gość
Ania

Minęło już dwa lata, a jak gdziekolwiek powraca temat Aniołków to łzy cisną mi się do oczu.. Uczucie, którego nie zrozumie ten kto tego nie przeżył. Ciężko znaleźć nawet słowa by opisać to, co się czuje w takich chwilach…
Bądźcie silni i nie poddawajcie się!:**

Magdalena446
Gość
Magdalena446

Kochane dziękuję za wszystkie komentarze. Dla mnie są bardzo ważne. Pojawiły się, oznaczają, że nie jestem sama, że warto mówić o sprawach trudnych i ważnych choć tak osobistych. Wiem, że jeszcze nie jedno załamanie przede mną, ale myślę, że z każdym będę silniejsza.

Karolina Wawrzyniak
Gość

Przykra sprawa……. nie wiem nawet co napisać…… na pewno jeszcze uśmiech zagości na twarzach ,gdy pojawi się kolejna nadzieja nowego życia. Ściskam i „uszy do góry” !

malwina
Gość
malwina

Współczuję Wam dziewczyny z całego serca

Angelika Ludwicka
Gość

ja też przeżylam coś podobnego wiem co czujesz hmm chociaż nie nie wiem bo każda mama czuje sie w takiej sytuacji inaczej i nie mozna porównywać takich sytuacji, bardzo Wam współczuje i trzymam za Was kciuki

sylwiagkap
Gość
sylwiagkap

U mojego brata była podobna sytuacja, więc w pewnym sensie rozumiem Ciebie. On jako 37 letni mężczyzna chcąc bardzo mocno mieć dziecko wraz z ukochaną, los chciał,że w pewnym okresie ciąży przestało bić serduszko. My w jakiś sposób staraliśmy mu podnieść się z rozpaczy, ale dopiero uzmysłowił sobie po 4 miesiącach że tak nie da się żyć. Zrobiło mi się bardzo przykro, aż z dalszą chęcią chciałabym dowiedzieć się jak Ty to wszystko przeszłaś i jak dalej sobie radzisz?, Magdo, mam nadzieję że znajdziesz w sobie jeszcze tyle siły i uczucia na następnego Aniołka w życiu. Każde dziecko nie narodzone… Czytaj więcej »

Ania Stanczak
Gość

ale się poryczałam………… :(( musiałam poczekać z komentarzem chyba 5 minut bo nic nie widziałam. Jesteś niesamowicie silna.!! ale tak niestety tej pustki NIKT NICZYM I NIKIM nie zastąpi, kolejne dziecko będzie kochane i wyczekiwane ale nie załata tej dziury;(

Marta Ulińska
Gość

I pomyśleć, że tyle kobiet uważa, że do 3 miesiąca nie maja w sobie człowieka tylko zlepek komórek.
Moje kondolencje

Natalia Legieć
Gość

mysle ze jakby ludzie chcieli dalej z Toba rozmawiac na ten temat to mogliby rozdrapywac rany.. czasem potrzeba wiecej czasu niz nam sie wydaje.. i tak podziwiam ze wiara w Tobie nadal trwa.. niech nigdy sie nie konczy.. pozdrawiam

Ania Stanczak
Gość

o tak też podziwiam tą wiare i siłe…

Marta Ulińska
Gość

Moje kondolencje dla wszystkich…. ;(

ela
Gość
ela

ostatnie zdanie „Wcześniej wszyscy się uśmiechali, gratulowali – teraz milczą, odwracają wzrok jak gdyby nic się nie stało, jak gdyby tego dziecka nie było… A ono BYŁO… JEST… w innym, lepszym świecie… w świecie Aniołków” bardzo dobrze rozumie przezyłam strate mojego aniołka i chyba jeżeli ktoś tego nie przezyje to tak naprawdę nie wie jak to jest. mojemu Aniołkowi serduszko przestało bić 23 lipca 2012 data do niezapomnienia. To co opisałaś to tak jakbym czytała o sobie o swoich odczuciach, przemyslenia identyczna sytuacja.

Kasia Pyzik
Gość
Kasia Pyzik

Współczuje, nawet sobie nie wyobrażam co możesz czuć, bardzo to smutne:(… ja sama nie wyobrażam sobie życia bez mojej córeczki.

Magda
Gość
Magda

znam to. 28.10 mój aniołek miałby 3 lata. Ale mam teraz dwoje ślicznych i cudownych dzieci, starszy ma w grudniu 3 a młodsza ma roczek. sa wspaniałe, cudowne, kochane – całe nasze życie ale wiem, że w sercu mam Hanię, teraz już nie myślę tak często, ale kiedyś nie było dnia żebym nie myślala. Bardzo szybko zaszłam w ciążę bo w miesiąc po zabiegu, ale nie była to „rekompensata” nie zapomniałam – wręcz przeciwnie walczył mój rozum i moje serce. Udało się, mam dwa szkraby, ale Hania jest w moim sercu – zawsze będzie !!!

Źyczę spokoju ducha!!

Maria Ciahotna
Gość

Ani mnie nie jest ten temat niestety obcy… Z wielu powodów, po pierwsze moja mama dwa razy poroniła, okropnie to przeżywała, ale teraz jesteśmy 4 dziewczyny i każda piszemy swoją historię „w roli mamy”. Ja na szczęście obie ciąże przeszłam bez większego szwanku, druga była wprawdzie zagrożona, ale nie musiałam przynajmniej leżeć w szpitalu… Teraz córeczka kończy trzy latka a synek ma 7 miesięcy i pierwszy ząbek. O kim jednak chciałam wam opowiedzieć, to moja starsza siostra. Z tego co wiem – a nie muszę wiedzieć wszystkiego, bo to jednak trudny temat, do jest mamą 3 Aniołków. Podziwiam ją i… Czytaj więcej »

Emocje 12 lipca 2012

Jak ona to robi

Piątkowy wieczór, dziecko już słodko śpi, mąż w delegacji, przede mną weekend sam na sam z dzieckiem i moja lista spraw. Jest ich tak wiele, że nie wiem od czego zacząć. Kiedy dziecko zasnęło, padłam dosłownie na kanapę, nagle napięcie z całego dnia opadło, a ja choć na chwilę spokojnie mogłam usiąść.

 Po chwili w mojej głowie pojawiały się zadania: wyprać namoczone ubranka, posprzątać kuchnię, podlać kwiaty na balkonie, zrobić album rodzinny dla malucha, zjeść kolację, wypełnić ankietę do GUSu, itd. Odnoszę wrażenie, że moja lista nie ma końca.

 Choć na chwilę móc się zatrzymać, zwolnić. Nic się nie stanie, jak brudne naczynia poleżą trochę dłużej w zlewie, kwiatki mogę podlać rano, na kolację idealny będzie mleczny koktajl z świeżych truskawek, a ankieta, dziś czy jutro nie będzie dużą różnicą – byle do poniedziałku.

 Tak uzbrojona resztą sił i koktajlem i ogromną ochotą na komedię romantyczną, włączyłam film ‘Jak ona to robi”. Tytuł może mylić, ale dla mnie trafiony, i to w dziesiątkę. Bohaterka jest matką dwójki dzieci, żoną wspaniałego faceta, i można rzec karierowiczką. Film ukazuje jej perypetie godzenia świata zawodowego z rodzinnym – więcej wam nie opowiem, tylko zachęcam do obejrzenia

Film ten nakłonił mnie do refleksji, nad swoim życiem, tym jaką jestem matką, żoną, przyjaciółką. Mija już prawie rok, od kiedy zostałam Mamą. Nie było jeszcze nocy abym mogła się wyspać – moje maleństwo pomimo wielu prób, nadal przebudza się w nocy, raz rzadziej, raz częściej. Są chwile, kiedy chciałabym wyłączyć głośnik, gdy moje dziecko piszczy wysokimi tonami widząc psa, lub inne zwierzę. Z drugiej strony nie mogę się napatrzyć, jak się bawi, jak coś odkrywa, doświadcza. Nie potrafię przejść obojętnie obok rąk wysuniętych do góry z prośbą „proszę, weź mnie na ręce”. Wieczorami gotuję obiadki, kaszki, deserki, czasem zastanawiam się, jak ja się z tym wszystkim wyrabiam? Jak udaje się mi to pogodzić?

Pół roku temu wróciłam do pracy na pełny etat. Początkowo szefowa poszła mi na rękę i dwa dni mogłam pracować w domu. Pamiętam, jak duża była to dla mnie ulga. Z czasem został już tylko jeden dzień pracy w domu, a już wkrótce będę tylko przez dwa dni w domu. Dlaczego czuję wyrzuty sumienia? Mimo 7 godzinnego trybu pracy, dodając dojazdy, to od poniedziałku do piątku widuję moje maleństwo z rana (max godzinkę), a popołudniu 2 do 3 godzin. Czy jestem złą matką? Czuję jak wiele mnie omija, próbuję być dla niego, poświęcając mu choć ten krótki czas. Dlatego kiedy wracam z pracy, zmęczenie, frustrację, ból zostawiam za drzwiami.

Trochę więcej czasu udaje się znaleźć dla męża, choć bywa to trudne, gdyż oboje pracujemy w domu. Kiedy nasz syn już zaśnie, ja odrabiam godziny, które „wiszą’ mi za ten dzień pracy w domu, a mój mąż przygotowuje się do zajęć. Więc, czy przesiadywanie przy jednym biurku, sprawia, że codzienne relacje są ok, że wypełniamy swe obowiązki żony i męża, powiernika wspólnego życia? Czasem brakuje mi choć pięciu minut, podczas których moglibyśmy pogadać o nas, lub po prostu być ze sobą. Ostatnio nasze życie zawodowe przybrało takie tempo, że mijamy się na dworcu przekazując sobie dziecko pod opiekę. Dokąd nas to zaprowadzi?

Nie wiem. Wiem jedno, bardzo kocham mojego męża i syna i każdą wolną chwilę, chcę spędzić z nimi, lista spraw do załatwienia może poczekać.

A jak wy Drodzy Rodzice ogarniecie swoje codzienne życie?

Źródło zdjęcia: Flickr

8
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magda
Gość
Magda

Ostatnio będąc na spacerku w parku z córeczką (4miesięczną) i mężem stwierdziłam, że nie mam sił spacerować i że usiądę na ławkę chwilkę odpocznę a mój mąż zwolennik chodzenia a nie siedzenia poszedł dalej. Mój odpoczynek trwał zaledwie a może aż 5 minut bo po tym czasie zobaczyłam męża niosącego córkę na rękach domagającą się już cycusia. Na co dzień sama jestem z córeczką całymi dniami bo mąż pracuje od rana do wieczora, nikt mnie z niczego nie wyręcza i wcale się o to nie ubiegam. Wynagrodzeniem za to jest obserwacja rozwoju mojego dziecka. Cieszenie się z każdego nowego postępu… Czytaj więcej »

Marta Ulińska
Gość

Jak to będzie wyglądać u nas tego jeszcze nie wiem, jak na razie czekamy na maleństwo. Zdaje sobie jednak sprawę, że będę miała kolejne ciężkie decyzje do podjęcia. Czy będą właściwe myślę, że czas pokaże a na razie trzeba dawać z siebie 100% co nie zawsze jest łatwe.

malwina
Gość
malwina

Nasz tatuś pracuje w Holandii. Ja na co dzień jestem z małą w domu (ma 17mies.). jestem na zasiłku jeszcze przez 2 mies. Potem nie pójdę do pracy bo nie mam żadnej babci, cioci z którą mogłabym zostawić małą. Żłobek, a i owszem jest ale tylko dla mam które pracują. Błędne koło się zamyka bo do pracy nie pójdę bo nie mam z kim małej zostawić a do żłobka jej nie przyjmą bo nie pracuję;(

Ania Stanczak
Gość

u nas jest troche inaczej ale też mało czasu ostatnio spędzamy razem ja siedzę z Amelką sama w domu mąż pracuje sam mnie o to prosił żebym nie szła do pracy przez 3 lata bo chciałby żebym miała dobry kontakt z nią (czego jemu brakowało z własną mamą) karmiłam długo bo rok i 10 miesięcy nasze relacje są świetne niestety mąż dużo pracuje praktycznie się nie widujemy nawet w weekendy nie mamy dla siebie już nawet niedzieli tak jest w wakacje bo to sezon jego pracy w zimę nadrabiamy, ale czy on nadrobi ten czas z córką? czy jej to… Czytaj więcej »

Natalia Legieć
Gość

u nas podobnie jak u Ani.. maz pracuje bardzo duzo zeby nam niczego nie brakowalo, ja siedze w domu. Maluszek ma dopiero 2,5 msca ale tatus juz zapowiedzial ze wolalby abym siedziala w domu, ze lepiej jak synek bedzie przy mamusi a nie w zlobku. Tak wiec zapowiada sie siedzenia w domu do czasu az Franio pojdzie do przedszkola. Moze ima racje tylko szkoda mi meza bo niestety on kontakt z malym bedzie mial slaby pracujac za nas dwoje:( Bardzo chcialabym aby dziecko mialo tyle samo mamy co taty ale tak sie nie da :( Ja nie zarobie tyle co… Czytaj więcej »

sis
Gość
sis

No cóż, każda z nas pokonuje maratony każdego dnia, i za sam fakt że dajemy radę, należą nam się brawa. I to nie tylko perfekcyjnym mamuśkom ;) I cudnie by było, gdyby tak każdy tatuś mógł i chciał się zaangażować w to „zwyczajne” domowe życie :)

Marta Ulińska
Gość

Jestem przykładem wychowania przez tatę, to on był z nami gdy mama pracowała. Oceniam, jego pracę na 5+ :)

Ania Stanczak
Gość

Natalia! oczywiście że będzie go kochał!! to zawsze będzie tatuś szkda taty żę nie widzi jak mały robi postępy tak jak u nas… ale mimo wszystko staramy się spędzać czas tak żeby Amelce to wynagrodzić wiesz basen rower jakiś piknik;) POWODZENIA!

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close