Taki sobie ból brzucha…


No oki, czasem bolało, to sobie coś łyknęłam i przestawało. No to dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Niestety, łykana od 23.00 do 4.00 mieszanka no-spa –  ketonal nie pomaga. Ból sobie rośnie i rośnie, w końcu mnie przerasta. Ledwo słyszalnym głosem proszę o wezwanie pogotowia. Taka informacja to dla męża nic innego jak „jest gorzej niż źle”, toteż wyskakuje z łóżka niczym z procy.

Przyjeżdża sympatyczny starszy pan doktor, daje dwa zastrzyki, nie pomagają,  daje trzeci. Mówi, że jak nie przejdzie to niestety szpital. No i wykrakał. Dzień jakoś leci, ale kolejna noc znowu jest ciężka. Dokładnie po dwudziestu czterech godzinach mąż ponownie wzywa pogotowie. Nawet dosyć szybko przyjeżdżają, dużo dłużej zakładają mi wenflon, nie wiem po co, bo nic przez niego nie wlewają. Ratownicy to mają dziwne obowiązki.  Ledwo mogę chodzić z bólu, a pochylić się to już w ogóle dramat, ale robię ten wysiłek i dotykam delikatnie rączki Duśki, nie chcę jej budzić, ale chcę się pożegnać. Na myśl, że się obudzi a mnie nie będzie chce mi się podwójnie płakać. Podwójnie bo i tak mi łzy z bólu lecą.

Nasz powiatowy szpital raczej nie jest bogaty, przyjeżdżam z bólami brzucha i zero szans na USG. Izba przyjęć nie posiada takiego wynalazku. Badanie odbywa się metodą tradycyjną, walenia po nerkach i brzuchu. Od tego czasu już wiem co to jest szokujący ból – niby coś tam mi się leje po twarzy, ale dopiero jak młoda i skądinąd sympatyczna pani doktor mocno wali w mój  brzuch żeby sprawdzić reakcję, wybucham płaczem którego nie powstydziłby się głodny noworodek.

Jedna, druga kroplówka, dwa zastrzyki – nic, boli jak bolało. Dodatkowo ściska w żebrach, koło 7.00 mówię pielęgniarce, że kiepsko mi się oddycha, podłącza mi tlen. W sumie śmieszne uczucie. Zastanawiam się czy ja jeszcze samodzielnie oddycham, sprawdzam czy mi żebra chodzą. Chodzą, owszem, ale słabo, udusiłabym się gdybym się miała w ten sposób dotleniać, a tu proszę, tlen z rureczki do noska i super. Niestety bólu to nie uśmierza.

Na wyniki standardowych badań trzeba czekać klika godzin, w końcu mijają. Pani doktor mówi, że wyniki wskazują na wątrobę i prosi o konsultację chirurga. Chirurg z miejsca pyta czy się godzę na operację. Godzę się na wszystko, tylko niech przestanie boleć. Dzwonię do męża, że zostaję w szpitalu. I że być może mnie pokroją. Nawet przez telefon widzę, że jest w szoku. Obiecuję w kilka godzin załatwić opiekę do Duśki i przyjechać. Szybciej się nie da, sama o tym dobrze wiem, jak się w tych kilku godzinach zmieści to dobrze.

Przychodzi jakaś kobieta w niebieskim fartuchu i opryskliwym głosem pyta czy mam piżamę. Kurcze, nie mam siły jej powiedzieć co o niej myślę, no kto nosi piżamę w torebce? Jasne, że mogłam przyjechać w piżamie, ale liczę na to że mnie rano wypuszczą. W piżamie mam przez miasto paradować? To przecież znowu pogotowie mnie zabierze tylko zupełnie inne. Za chwilę przynosi mi kilka koszul nocnych do wyboru, wszystkie flanelowe! Mamy akurat falę upałów, a ona mi flanelę. Nie mam wyboru, zakładam. Natychmiast dzwonię do męża z instrukcją co ma mi przynieść.

Na chirurgi okazuje się, że nie ma dla mnie łóżka, jest kilka wolnych owszem, ale na salach męskich. Komunikacja między izbą przyjęć a chirurgią ewidentnie nie działa dobrze o ile w ogóle działa. Proponują mi żebym na chwilę usiadła na krześle na korytarzu. Oszaleli! Nie mogę siedzieć, wtedy ból jest naprawdę nie do zniesienia. Spaceruję sobie po korytarzu, dzwonię do męża po raz kolejny, w tym czasie oddział przechodzi reorganizację na moją cześć. Trafiam sama na trzyosobową salę i natychmiast dostaję kolejną kroplówkę. Ta wreszcie trochę pomaga, czuję lekką ulgę. Na oddziale mają nawet USG, tutaj postęp w medycynie dotarł. No i co? Kamienie, a cóż by innego? Woreczek żółciowy wypełniony aż miło. Mentalnie przygotowuję się do operacji. Jednak nie, decydują że mnie nie pokroją, bo nie jestem szczepiona na żółtaczkę. Za to pakują mi czwartą kroplówkę i w ramach kolejnej reorganizacji wystawiają z łóżkiem na korytarz. Jest mi kompletnie wszystko jedno. Niech i tak będzie, tylko niech już przestanie boleć! Właściwie i tak nie wiem co się dokoła mnie dzieje, loguję się do szpitalnego Wi-Fi i włączam komunikator. Resztkę energii poświęcam na klikanie. Po godzinie trafiam na inną salę, nawet nie jest tak źle, na tej jest łazienka.

Na obiad marchwianka, matko co za świństwo! Ale zjadam, normalnego obiadu mi nie dadzą. Ścisła dieta! O dziwo marchwianka pomaga, czuję dużą ulgę. Przychodzi mąż i przynosi mi różne potrzebne drobiazgi. Wreszcie mogę się wykąpać i założyć na siebie coś normalnego. Ulga niesamowita. Zdążam w porę, bo zaraz przychodzi pielęgniarka z kolejną kroplówką. I tak do wieczora ciągle coś mi płynie w żyłę. Na kolację kleik. Zjadam tylko dlatego, że ciepły. Dostaję za to informację, że mam nie jeść śniadania bo rano jakieś badanie na czczo. Jakie? Pielęgniarka nie wie. Nawet pić mi nie pozwalają, masakra jakaś.

Tęsknie za Duśĸa jak nie wiem co. Każą mi leżeć i wypoczywać a ja nie umiem, chcę do domu, do dziecka.

O 22.00 cisza nocna, nic z tego, zasypiam jakieś cztery godziny później, a już od 5.00 salowe się tłuką po korytarzu. Nie wiem czym, chyba wózkami na brudy, hałas jest naprawdę nieziemski. Taki rodzaj pobudki widocznie, bo zaraz potem przychodzi pielęgniarka z termometrem. Poza tym jest tak gorąco, że nie ma mowy o spaniu. Dobrze że mam książkę. Jedynym niezaprzeczalnym plusem szpitala jest to, że mogę czytać, w domu mi się nie udaje czytać tak długo jednym ciągiem.

Wpada jakiś lekarz, gniecie mi brzuch i pyta czy boli. Nie boli. Śniadania zgodnie z nakazem nie biorę, za to dostaję kolejną kroplówkę. Przez głowę przelatuje irracjonalna myśl, że w końcu się uzależnię od tych kroplówek. Przychodzi drugi lekarz i pyta jak się czuję. Super, bo nie boli. Mówi mi, że w takim razie idę do domu. Wyściskałabym go gdyby nie ta kroplówka. Potem przychodzi banda lekarzy i pielęgniarek i to się nazywa obchód. Pytam ich o to badanie co miałam mieć, nie wiedza o co chodzi. No super, a ja się z głodu zwijam, eehhh. Za chwilę salowa przynosi mi spóźnione śniadanie. Moja sąsiadka z sali mówi mi, że na tym polega oszczędność, wmawiają pacjentom, że muszą być na diecie, bo to taniej wychodzi. A teraz sio do domu, żebym się na obiad nie załapała. Zaczynam się śmiać i to jest cudowne uczucie, mogę się śmiać i nic nie boli.

Dzwonię do męża i mówię mu żeby po mnie przyjechał. I wiecie co? On mnie naprawdę kocha!

Kochane czytelniczki, starałam się jak mogłam żeby nie było ponuro, ale wielu rozrywek w tym szpitalu nie zaznałam, i w ogóle nie jest to miejsce do którego warto byłoby trafić. Dlatego apeluję do Was, dbajcie o siebie, róbcie okresowe badania, słuchajcie co mówią do Was Wasze ciała, nie lekceważcie żadnych objawów, żadnych sygnałów. Choroba może zacząć się niewinnie, a skutki bywają różne. A my już nie należymy tylko do siebie, a naszym dzieciom należą się zdrowe sprawne i uśmiechnięte matki, to nie tylko nasze prawo, to nasz obowiązek –  dbać o siebie. Obiecujecie?

Następnym razem napiszę Wam jak to zawirowanie zniosła moja córeczka.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Mirella napisz proszę jak dalej sobie z tymi kamieniami radzisz mam ten sam problem:(

  2. Zgadzam się z Tobą, my mieliśmy z mężem podobną sytuację ale wyszliśmy z tego, przy pomocy starszego pana lekarza”niech spoczywa w pokoju”:) żeby nie ten pan doktor to mój mąż by nie miał nogi, taki jest nasz NFZ. Sami nie wiedzą co leczą. Trzymaj się i wiem, że teraz jak coś się dzieje są konkretne badania.Pozdrawiam i ucałuj córcię:)

  3. Poczytaj sobie o http://magnet-medic.pl/ to unikniesz podobnych niespodzianek w przyszłości :)

    1. Mirello chodziło mi oczywiście o niespodzianki związane z nagłymi bolesnymi atakami kamieni żółciowych. Bo jeżeli chodzi o polską służbę zdrowia to niestety czasami będziemy narażone na tego typu sytuacje w szpitalach. Ale polecam tą stonkę bo znajdziesz na niej fajną propozycję na bolączki Twoje a nawet córeczki:)))
      Pozdrawiam

      1. miejmy nadzieje ze jak sie juz ma usuniete kamienie to juz wiecej sie one nie pojawią :)

  4. nasza służba zdrowia pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Niby płacimy za to wszystko a jak przychodzi iść do szpitala to człowiek jeszcze gorzej się czuję niż przyszedł:(

    1. Dlatego najlepsze wyjście u nas to po prostu nie chorować :/ Tylko prawdą jest, że człowiek nie ma na wszystko wpływu

  5. Z niecierpliwością czkam na dalszy ciąg i wiadomość o poprawie :) no i oczywiście jak Duśka dała radę z tatą :)
    Życzę zdrówka :*

  6. Hmm, jak sobie radzę z kamieniami? Rozpoczęłam cykl szczepień na żółtaczkę i pewnie pójdę na operację, a póki co piję oliwę z oliwek bo to ponoć ma pomóc. No cóż, nie pomoże – nie zaszkodzi. Poza tym jestem na koszmarnej diecie bo od leków, które brałam po wyjściu ze szpitala, żołądek się zbuntował :(
    Za zdrówko dziękuję, przyda się :)) Wzajemnie życzę Wam tego samego :*

  7. Ja dopiero co wczoraj wyszłam ze szpitala. Na opiekę nie narzekałam ale ta tęsknota… W szpitalu byłam 2 dni. Dzieciaki były przy mnie po cztery godziny dziennie i jeszcze nie chciały jechać do domu. I tylko przytulanie i “mamo KOCHAM CIĘ!” na okrągło. Miałam zabieg prawej ręki – zespół cieśni nadgarstka i teraz nic nie mogę robić. Jeszcze jakieś kilka miesięcy mam z głowy prace domowe. Straszne. Ryczeć mi się chce, nie umiem sobie zrobić nawet głupiej fryzury żeby jakoś normalnie wyglądać. :( Szkoda gadać!
    Życzę zdrówka i oby ta operacja nie była potrzebna!

  8. Angelikaludwicka

    ehh Mirela straszne to co przeżylaś… moj m ma kamienie w nerkach i ostatnio dostal atak w szpiutalu byl cala dobe i nic nie zrobili tak jak u Ciebie oprócz kolosalnej ilości kroplowek

  9. oj oj wiem c czulas bo ja przechodzilam przez to podobnie.. ale teraz bedzie juz tylko lepiej, pozdrawiam :*

  10. aż mam ciarki na plecach….

  11. Dzięki Bogu ze szpitalem jak na razie do czynienia miałam tylko podczas mojego porodu :)
    Teraz jak tam pojadę to role się lekko zamienią to ja będę rodzić.
    Wizyty nie zazdroszczę.

  12. Dwa pobyty w szpitalu przy okazji porodów wspominam bardzo dobrze. Szczególnie ten drugi. Ale to był znany i dobry szpital położniczy w stolicy. Później pojechałam na 1-dniowy zabieg do szpitala pod Warszawą i tam już nie było tak wesoło. Nie chodzi o personel, ale o to, jak ten szpital wyglądał. Spędziłam tam zaledwie 4 godziny i chciałam stamtąd uciekać…

  13. Niestety tak wygląda sytuacja w naszych polskich szpitalach. Moja kuzynka była dwa dni trzymana przed podorem, na skurczach, dopiero po dwóch dnaich zdecydowali sie na przyspieszenie porodu i cesarkę, kolejnej żle została określona waga dziecka, córka miała ważyć 4 kg a ważył 5 kg! Z racji że ma bardzo wąskie biodra dziecko nie mogło się urodzić.
    Wracając do tematu, bóle brzuch to uciążliwa sprawa;/ szczególnie te kobiece:P zazdroszczę tym które mają lekki ból brzucha;/ ostatnio czytałam artykuł na http://vivalavita.pl/artykul/naturalnezapobieganieskurczom-883.html zacznę to stosować, co prawda przytoczony jest skurcz łydek, ale tak naprawdę ból menstruacyjny to też skurcz. Zmiana w diecie może pomoże:) Trzymacie kciuki:)
    Agata

  14. Pingback: Rozłąka matki z dzieckiem, tęsknota za matką. | W Roli Mamy

  15. do Agata: No widzisz, niestety polskie realia są dziwne, czasem prozaiczne, nie wiedząc czemu jest tak, a nie inaczej.
    Co do http://vivalavita.pl/artykul/naturalnezapobieganieskurczom-883.html także zgadzam się z tym, że nic nie zapewni skurczów tak jak naturalnie występujące skurcze u kobiety w jej organizmie. Trzeba zawsze być naturalną i nigdy nie stać w sprzeczności z tym;)

    pozdrawiam
    J.

  16. Mam nadzieję że artykuł się przydał;) I chociaż troszeczkę pomógł. Ja niestety mam czasami tak mocny ból brzucha że nawet tabletki nie pomagały.
    Wystarczyło że trochę zmieniłam dietę i rzeczywiście było lepiej, skurcze nie były takie mocne. Także dziewczyny, morał taki, że musimy uważać co jemy i jak jemy;)
    Agata

  17. Święte słowa, że suplementy diety, medykamenty nigdy nie zastąpią oczywistych efektów – lepiej zawsze postawić na zdrowe odżywianie, z głową, z rozsądkiem. Przynosi to sowite efekty, i to nie trzeba długo czekać na jakiekolwiek rezultaty.
    Np ile z nas tak naprawdę jada takie specjały http://vivalavita.pl/public/przepis/salatkagrecka-563.html
    szczerze powiedziawszy, mało osób- niestety nie wiedzą co tracą, same witaminy oraz sylwetka zawsze traci na smukłości, kiedy jadamy “syte obiady” – inną sprawą jest czasem siedzący tryb życia, a czasem praca. Ale wszystko zależy też od upodobań dietetycznych;)

  18. Co do nocnych bólów niestety…czasem to co jemy na dzień wychodzi w nocy;) To tak samo jak niektórych boli bo coca-c. brzuch, inni nie mogą zjeść mleka z nabiałem, etc. uwarunkowania osobiste. Podobnie jest z dieta, nigdy nie ma jednej- dla ogółu- zawsze będzie to kwestia uwarunkowana indywiduum.

  19. Pingback: Wizyta u dentysty z osobą towarzyszącą : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Mama Aniołka…


Dziecko jest największym darem, jaki dwoje ludzi może otrzymać od  losu. Wnosi w nasze życie sens istnienia. Sprawia, że możemy się śmiać i płakać, rozwijać, dojrzewać, jest naszą przyszłością.

Jesteśmy już szczęśliwą rodzinką 2 + 1, ale zawsze chcieliśmy mieć więcej niż tylko+ 1. Kiedy pojawiły się dziwne objawy, zrzucałam je na karb mojego wielkiego pragnienia posiadania kolejnego dziecka i nie docierało do mnie, że mogę być w ciąży.  Tak przypadkiem kupiłam test ciążowy, który zamierzałam zrobić następnego dnia. Jednak po kolejnej fali lekkich mdłości udałam się do łazienki. Jakże wielkie musiały być moje oczy, jak spojrzały na test, na którym w tempie błyskawicy zarysowały się dwie grube krechy. Bez zbędnych ceregieli postanowiłam pokazać test mężowi. W trzęsących się rękach i na miękkich nogach obwieściłam dobrą nowinę. Nasze zaskoczenie było ogromne, a radość jeszcze większa. Trochę czasu zajęło mi przekonanie się, że nasza rodzina się powiększy.

Potem wszystko toczyło się już błyskawicznie. Wizyta u lekarza – potwierdzenie ciąży. Przekazanie informacji najbliższym oraz w pracy. Mijały kolejne dni, a ja planowałam przyszłość. Jednakże czułam się inaczej, od samego początku miałam jakieś wątpliwości, obawy, przy pierwszej ciąży nawet mi takie myśli do głowy nie przychodziły.

Nadszedł czas kolejnej wizyty. Wszystko szło pomyślnie, karta ciąży czekała na wypisanie. Kolejne USG, chwila niepewności, ciszy i… wyrok. Serduszko przestało bić…

Jakie uczucia towarzysza takiej chwili? Jakie myśli przychodzą do głowy? Chyba żadne. Nie wiem czy człowiek w ogóle myśli.

Rozmowa, wyjaśnienie lekarza. Decyzja o zabiegu. Przekazanie wiadomości mężowi. Płacz i koszmarna noc. Następnego dnia było już po wszystkim. Została pustka, żal, łzy i kolejne koszmarne wieczory. Chwile, w których chcesz się zwinąć w kłębek i wyć… Niby dookoła otaczają Cię ludzie, a tak naprawdę jesteś z tym wszystkim sama…

Nie brałam zwolnienia lekarskiego, stawiłam się do pracy. Tam nie było łez, ale ja byłam w innym świecie. Myśli krążyły zupełnie gdzieś indziej. Jednak prawdziwe załamanie przyszło 3 dni po zabiegu.  Serce, umysł, psychika i ciało zupełnie się wykluczają w tej kwestii. Każde funkcjonuje odrębnie.

Serce kocha bezgranicznie, umysł próbuje zareagować racjonalnie, ale nie panuje nad tym, psychika to temat rzeka, a ciało jeszcze nie wie, że coś się zmieniło.

Tak maleńkie szczegóły, na które reaguję jakbym była w ciąży, a po chwili dochodzi sygnał, że już nie muszę uważać, że już za późno… Widok kobiety w ciąży przywodzi smutek, żal, zazdrość i … radość. Kobieta staje się mieszanką wybuchową uczuć, reakcji a w jej głowie panuje niewytłumaczalny i w żaden sposób nie do ogarnięcia chaos.

Kolejne załamanie nadeszło na dwa tygodnie po zabiegu. … Powróciły kolejne koszmarne wieczory. Znowu niby stanowię jedno ciało, ale poszczególne jego elementy się rozmijają. Do tego pojawiła się miesiączka, którą jednak odbieram jako punkt zwrotny. Teraz mam nadzieję, że wszystko się wyreguluje i będzie wiadomo, kiedy można rozpocząć starania o kolejnego dzidziusia. Nie poddamy się!

Minęło 18 dni i widzę światełko w tunelu. Zaczynam myśleć pozytywnie. Co nie oznacza, że zapomniałam, że następne dziecko będzie jakąś rekompensatą, czy też zajmie jego miejsce. Absolutnie nie! O Moim Maleńkim Skarbie nie zapomnę nigdy!! Jego miejsce jest w moim sercu na zawsze.

Jednakże musimy sobie uzmysłowić, że czas biegnie dalej a my musimy iść razem z nim do przodu. Stojąc w miejscu tak na prawdę się cofamy i nie osiągniemy nic na co zasługujemy.

Ja wierzę, że tam gdzieś w górze, ktoś już zaplanował moje losy i nic nie dzieje się bez przypadku. Ta myśl pomaga mi iść do przodu i akceptować to co daje mi los.

Wcześniej wszyscy się uśmiechali, gratulowali – teraz milczą, odwracają wzrok jak gdyby nic się nie stało, jak gdyby tego dziecka nie było… A ono BYŁO…  JEST… w innym, lepszym świecie… w świecie Aniołków…

Jesteś tak maleńki a tak ważny….

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Poryczałam się strasznie. Bardzo Ci współczuję a jednocześnie podziwiam, że się nie poddajecie i życzę Wam żeby wszystko się udało. A Wasz mały Aniołek na pewno na Was patrzy z góry :)

  2. OJ TAK, WIEM COŚ O TYM…SPODZIEWAŁAM SIĘ BLIŹNIĄT- JEDNEMU SERDUSZKO PRZESTAŁO BIĆ W 14TYM TYG.TO JEST NIE DO OPISANIA CO SIĘ CZUJE WTEDY,DRUGIE MALEŃSTWO JEST CAŁE I ZDROWE ZA 4 DNI SKOŃCZY ROCZEK A JA MYŚLĘ WCIĄŻ O TYM DRUGIM- NASZYM ANIOŁKU:)POZDRAWIAM

  3. Popłakałam się niczym mały dzidziuś..

    Trzymaj się Madziu! Mam nadzieję, że niedługo poinformujesz nas o kolejnej ciąży i że Majeczka będzie miała młodsze rodzeństwo! ;) :*

  4. miałam tak trzy razy więc wiem o czym mowa :(

  5. Madziu Kochana po pierwsze to cieszę się ogromnie, że napisałaś ten tekst, przede wszystkim dla samej siebie.
    Po drugie z całych sił zaciskam kciuki żebyś już niedługo znowu zobaczyła dwie kreseczki na teście :)
    Całym serduchem jestem z Tobą i ściskam Cię mocno :*

    1. Annaleksandra

      Madziu. Może nir powinnam się odzywać-nie przeżyłam czegoś takiej tragedii i nawet nie potrafię wyobrazić sobie bezmiaru Twojego bólu o rozpaczy. Pisze jednak ponieważ twoja historia przypomina mi przeżyciaojrj koleżanki,która dwa lata temu zaszla w ciążę z drugim dzieckiem. Czekala na ten moment pare lat. Niestety. Serduszko malenstwa przestało bic po paru tygodniach. Wielka rozpacz i kolejne starania. Mijał miesiac miesiacem. Jedno niepowodzenie za drugim. Byliśmy swiadkami wielu łez ,chwil zwątpienia. Po ponad roku dziewczyna powiedziala dosc. Widocznie synek będzie jedynakiem. Ale jak to bywa nieraz, szczęście wkrótce sie uśmiechnęło za parę tygodni ma swiat przyjdzie jej córeczka.

      Magdo Twoje nienarodzone dziecko zawsze będzie miećmiejsce w Twoim sercu. Ale życzę Ci zebys szyvko musiała tam pomieścić uczucia dp jeszcze jednej istotki.

      Trzymam kciuki.

  6. smutne ale takie prawdziwe ….

  7. Straszne przeżycia, nie wiem sama nawet co napisać. Życzę dużo siły i szybkiego powiększenia rodzinki! Mocno trzymam za Was kciuki!!! :)

  8. Ojej… Współczuję z całego serca Magdaleno! Jakie to smutne, że na świecie muszą się zdarzać takie rzeczy… Trzymam jednak mocno kciuki, aby starania o dzidziusia zakończyły się sukcesem, aby już teraz wszystko było dobrze od początku do końca. Najważniejsze to wierzyć, a Ty wierzysz i nie poddawaj się!

  9. Pamietaj, że zawsze możesz na mnie liczyć :*:*:* buziaki kochana, już niedługo będziesz się cieszyć ciążą i rodzeństwem dla Majeczki, tym razem do szczęśliwego rozwiązania :) wiem to :*:*

  10. RIP Aniołku.
    Jesteś dzielną kobietą.

  11. Trzymam kciuki Madziu. Mam nadzieję, że niedługo będziesz cieszyła się z rodzeństwa dla Majeczki. Ściskam i jestem z Tobą całym sercem :*

  12. być mamą Aniołka jest bardzo trudne.Wiem coś o tym :(

  13. Minęło już dwa lata, a jak gdziekolwiek powraca temat Aniołków to łzy cisną mi się do oczu.. Uczucie, którego nie zrozumie ten kto tego nie przeżył. Ciężko znaleźć nawet słowa by opisać to, co się czuje w takich chwilach…
    Bądźcie silni i nie poddawajcie się!:**

  14. Magdalena446

    Kochane dziękuję za wszystkie komentarze. Dla mnie są bardzo ważne. Pojawiły się, oznaczają, że nie jestem sama, że warto mówić o sprawach trudnych i ważnych choć tak osobistych. Wiem, że jeszcze nie jedno załamanie przede mną, ale myślę, że z każdym będę silniejsza.

  15. Przykra sprawa……. nie wiem nawet co napisać…… na pewno jeszcze uśmiech zagości na twarzach ,gdy pojawi się kolejna nadzieja nowego życia. Ściskam i “uszy do góry” !

  16. Współczuję Wam dziewczyny z całego serca

  17. ja też przeżylam coś podobnego wiem co czujesz hmm chociaż nie nie wiem bo każda mama czuje sie w takiej sytuacji inaczej i nie mozna porównywać takich sytuacji, bardzo Wam współczuje i trzymam za Was kciuki

  18. U mojego brata była podobna sytuacja, więc w pewnym sensie rozumiem Ciebie. On jako 37 letni mężczyzna chcąc bardzo mocno mieć dziecko wraz z ukochaną, los chciał,że w pewnym okresie ciąży przestało bić serduszko.
    My w jakiś sposób staraliśmy mu podnieść się z rozpaczy, ale dopiero uzmysłowił sobie po 4 miesiącach że tak nie da się żyć.
    Zrobiło mi się bardzo przykro, aż z dalszą chęcią chciałabym dowiedzieć się jak Ty to wszystko przeszłaś i jak dalej sobie radzisz?, Magdo, mam nadzieję że znajdziesz w sobie jeszcze tyle siły i uczucia na następnego Aniołka w życiu. Każde dziecko nie narodzone jest pięknym skarbem i cząstką każdej Matki.Życzę Tobie wszystkiego dobrego:)

  19. ale się poryczałam………… :(( musiałam poczekać z komentarzem chyba 5 minut bo nic nie widziałam. Jesteś niesamowicie silna.!! ale tak niestety tej pustki NIKT NICZYM I NIKIM nie zastąpi, kolejne dziecko będzie kochane i wyczekiwane ale nie załata tej dziury;(

  20. I pomyśleć, że tyle kobiet uważa, że do 3 miesiąca nie maja w sobie człowieka tylko zlepek komórek.
    Moje kondolencje

  21. mysle ze jakby ludzie chcieli dalej z Toba rozmawiac na ten temat to mogliby rozdrapywac rany.. czasem potrzeba wiecej czasu niz nam sie wydaje.. i tak podziwiam ze wiara w Tobie nadal trwa.. niech nigdy sie nie konczy.. pozdrawiam

  22. o tak też podziwiam tą wiare i siłe…

  23. Moje kondolencje dla wszystkich…. ;(

  24. ostatnie zdanie “Wcześniej wszyscy się uśmiechali, gratulowali – teraz milczą, odwracają wzrok jak gdyby nic się nie stało, jak gdyby tego dziecka nie było… A ono BYŁO… JEST… w innym, lepszym świecie… w świecie Aniołków” bardzo dobrze rozumie przezyłam strate mojego aniołka i chyba jeżeli ktoś tego nie przezyje to tak naprawdę nie wie jak to jest. mojemu Aniołkowi serduszko przestało bić 23 lipca 2012 data do niezapomnienia. To co opisałaś to tak jakbym czytała o sobie o swoich odczuciach, przemyslenia identyczna sytuacja.

  25. Współczuje, nawet sobie nie wyobrażam co możesz czuć, bardzo to smutne:(… ja sama nie wyobrażam sobie życia bez mojej córeczki.

  26. znam to. 28.10 mój aniołek miałby 3 lata. Ale mam teraz dwoje ślicznych i cudownych dzieci, starszy ma w grudniu 3 a młodsza ma roczek. sa wspaniałe, cudowne, kochane – całe nasze życie ale wiem, że w sercu mam Hanię, teraz już nie myślę tak często, ale kiedyś nie było dnia żebym nie myślala. Bardzo szybko zaszłam w ciążę bo w miesiąc po zabiegu, ale nie była to “rekompensata” nie zapomniałam – wręcz przeciwnie walczył mój rozum i moje serce. Udało się, mam dwa szkraby, ale Hania jest w moim sercu – zawsze będzie !!!

    Źyczę spokoju ducha!!

  27. Ani mnie nie jest ten temat niestety obcy… Z wielu powodów, po pierwsze moja mama dwa razy poroniła, okropnie to przeżywała, ale teraz jesteśmy 4 dziewczyny i każda piszemy swoją historię “w roli mamy”. Ja na szczęście obie ciąże przeszłam bez większego szwanku, druga była wprawdzie zagrożona, ale nie musiałam przynajmniej leżeć w szpitalu… Teraz córeczka kończy trzy latka a synek ma 7 miesięcy i pierwszy ząbek.
    O kim jednak chciałam wam opowiedzieć, to moja starsza siostra. Z tego co wiem – a nie muszę wiedzieć wszystkiego, bo to jednak trudny temat, do jest mamą 3 Aniołków. Podziwiam ją i jej męża. Długo starali się o dziecko, jeździli po badaniach, w końcu udało się – spodziewali się dzieciaka, imię robocze – Fasolka. Niestety ciąża przestała się rozwijać, poronienie, smutek, łzy… ale nie tracą wiary i starają się dalej. Wkrótce kolejna nadzieja – tym razem Nemo (domyślacie się, że w tym czasie w kinach szalała bajka o przygodach małej dzielnej rybki…). A tu znowu dowiaduję się, że siostra “musi wracać do pracy” – kolejna rozpacz, kolejna rana, która nigdy się raczej całkiem nie zabliźni.
    Gdy zdradzili nam, że znowu spodziewają się Dziecka, wierzyliśmy wszyscy, że tym razem musi się udać – powiedzieli nam później, kiedy już ryzyko poronienia nie było takie duże. Siostra była pod ciągłym nadzorem lekarzy, wszystko układało się w ich życiu pomyślnie, udało im się nawet kupić i wyremontować wymarzony dom… 18.9.2006 urodziła się Tereska – poród był bardzo trudny, ale rodzice byli szczęśliwi – nie przyszło im nawet na myśl, że tak krótko będzie im dane cieszyć się wspólnym szczęściem. W tym dniu miałam egzamin z prawa cywilnego, między innymi z prawa rodzinnego – czułam, że nawet jak nie zdam, to i tak to bez znaczenia, bo przecież właśnie zostałam ciocią! Po egzaminie włączyłam komórkę, zadzwoniłam do domu i dowiedziałam się, że Tereskę trzeba było przetransportować to szpitala do Pragi, najlepszego w całym kraju. Pielęgniarka zauważyła, że jest jakaś “niebieskawa” – i skończyły się żarty… Reanimacja, helikopter, po przywiezieniu do Pragi – kolejna reanimacja. Lekarze walczyli o jej życia, Ona też się nie poddawała, ale jej kruche ciało nie wytrzymało, zmarła cztery dni później. Zobaczyłam ją tylko na zdjęciu, podłączoną do kroplówki i respiratora… Kruszynka, która miała zostać moją chrześnicą… Nigdy jej nie przytuliłam, nie pogłaskałam, nie powiedziałam, z jakim utęsknieniem czekali na nią wszyscy… Ale Tereska na pewno o tym wie, przecież Aniołki zostają z nami. Na zawsze…
    Los chciał, że prawie w tym samym czasie kuzynka męża urodziła dziecko, też córeczkę – zawsze gdy ją widzę to wyobrażam sobie, jak by teraz wyglądała Tereska…
    Teraz siostra ma dwójkę dzieci, Kubusia i Natalkę, oraz trójkę Aniołków… A ja, chociaż jestem “tylko” ciocią owych Aniołków, to i tak nadal płaczę na każdą myśl o nich…

    Madzia, każdy na swój sposób przeżywa utratę tego najcenniejszego, życia Dziecka. Jesteście oboje z mężem doświadczeni takim okropnym przeżyciem, a jednak wiele zyskaliście przez to – teraz już wiecie na pewno, że cokolwiek stanie na waszej drodze, to poradzicie z tym sobie. Macie Maję, siebie nawzajem i całe życie przed sobą. Oraz Aniołka, który będzie już na zawsze z wami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Jak ona to robi


Piątkowy wieczór, dziecko już słodko śpi, mąż w delegacji, przede mną weekend sam na sam z dzieckiem i moja lista spraw. Jest ich tak wiele, że nie wiem od czego zacząć. Kiedy dziecko zasnęło, padłam dosłownie na kanapę, nagle napięcie z całego dnia opadło, a ja choć na chwilę spokojnie mogłam usiąść.

 Po chwili w mojej głowie pojawiały się zadania: wyprać namoczone ubranka, posprzątać kuchnię, podlać kwiaty na balkonie, zrobić album rodzinny dla malucha, zjeść kolację, wypełnić ankietę do GUSu, itd. Odnoszę wrażenie, że moja lista nie ma końca.

 Choć na chwilę móc się zatrzymać, zwolnić. Nic się nie stanie, jak brudne naczynia poleżą trochę dłużej w zlewie, kwiatki mogę podlać rano, na kolację idealny będzie mleczny koktajl z świeżych truskawek, a ankieta, dziś czy jutro nie będzie dużą różnicą – byle do poniedziałku.

 Tak uzbrojona resztą sił i koktajlem i ogromną ochotą na komedię romantyczną, włączyłam film ‘Jak ona to robi”. Tytuł może mylić, ale dla mnie trafiony, i to w dziesiątkę. Bohaterka jest matką dwójki dzieci, żoną wspaniałego faceta, i można rzec karierowiczką. Film ukazuje jej perypetie godzenia świata zawodowego z rodzinnym – więcej wam nie opowiem, tylko zachęcam do obejrzenia

Film ten nakłonił mnie do refleksji, nad swoim życiem, tym jaką jestem matką, żoną, przyjaciółką. Mija już prawie rok, od kiedy zostałam Mamą. Nie było jeszcze nocy abym mogła się wyspać – moje maleństwo pomimo wielu prób, nadal przebudza się w nocy, raz rzadziej, raz częściej. Są chwile, kiedy chciałabym wyłączyć głośnik, gdy moje dziecko piszczy wysokimi tonami widząc psa, lub inne zwierzę. Z drugiej strony nie mogę się napatrzyć, jak się bawi, jak coś odkrywa, doświadcza. Nie potrafię przejść obojętnie obok rąk wysuniętych do góry z prośbą „proszę, weź mnie na ręce”. Wieczorami gotuję obiadki, kaszki, deserki, czasem zastanawiam się, jak ja się z tym wszystkim wyrabiam? Jak udaje się mi to pogodzić?

Pół roku temu wróciłam do pracy na pełny etat. Początkowo szefowa poszła mi na rękę i dwa dni mogłam pracować w domu. Pamiętam, jak duża była to dla mnie ulga. Z czasem został już tylko jeden dzień pracy w domu, a już wkrótce będę tylko przez dwa dni w domu. Dlaczego czuję wyrzuty sumienia? Mimo 7 godzinnego trybu pracy, dodając dojazdy, to od poniedziałku do piątku widuję moje maleństwo z rana (max godzinkę), a popołudniu 2 do 3 godzin. Czy jestem złą matką? Czuję jak wiele mnie omija, próbuję być dla niego, poświęcając mu choć ten krótki czas. Dlatego kiedy wracam z pracy, zmęczenie, frustrację, ból zostawiam za drzwiami.

Trochę więcej czasu udaje się znaleźć dla męża, choć bywa to trudne, gdyż oboje pracujemy w domu. Kiedy nasz syn już zaśnie, ja odrabiam godziny, które „wiszą’ mi za ten dzień pracy w domu, a mój mąż przygotowuje się do zajęć. Więc, czy przesiadywanie przy jednym biurku, sprawia, że codzienne relacje są ok, że wypełniamy swe obowiązki żony i męża, powiernika wspólnego życia? Czasem brakuje mi choć pięciu minut, podczas których moglibyśmy pogadać o nas, lub po prostu być ze sobą. Ostatnio nasze życie zawodowe przybrało takie tempo, że mijamy się na dworcu przekazując sobie dziecko pod opiekę. Dokąd nas to zaprowadzi?

Nie wiem. Wiem jedno, bardzo kocham mojego męża i syna i każdą wolną chwilę, chcę spędzić z nimi, lista spraw do załatwienia może poczekać.

A jak wy Drodzy Rodzice ogarniecie swoje codzienne życie?

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ostatnio będąc na spacerku w parku z córeczką (4miesięczną) i mężem stwierdziłam, że nie mam sił spacerować i że usiądę na ławkę chwilkę odpocznę a mój mąż zwolennik chodzenia a nie siedzenia poszedł dalej. Mój odpoczynek trwał zaledwie a może aż 5 minut bo po tym czasie zobaczyłam męża niosącego córkę na rękach domagającą się już cycusia. Na co dzień sama jestem z córeczką całymi dniami bo mąż pracuje od rana do wieczora, nikt mnie z niczego nie wyręcza i wcale się o to nie ubiegam. Wynagrodzeniem za to jest obserwacja rozwoju mojego dziecka. Cieszenie się z każdego nowego postępu córeczki a jest ich z dnia na dzień co raz więcej. Niebawem trzeba będzie wrócić do pracy. Będę pracować od 7 do 14 więc cieszę się, że chociaż te pół dnia zostaje dla mnie i córci. Ale martwi mnie fakt, że mimo wszystko dużo mnie może ominąć. Zastanawiam się też skąd będę czerpać siły na pracę zawodową i “pracę” w domu. W jednej i drugiej trzeba dać z siebie 100 % ale czy teraz w pracy domowej nie daję z siebie wszystkiego. Pewnie, że daję i to pomimo czasem nieprzespanych nocy więc dam radę ze wszystkim, zwłaszcza dla córeczki z którą chcę spędzać każdą wolną chwilę. A wolne dni zawsze spędzamy rodzinnie, mąż może też wtedy mnie powyręczać z niektórych obowiązków :) Kobieta chyba już tak ma że musi i potrafi poradzić sobie ze wszystkim nie wiedząc w gruncie rzeczy jak tego dokonała :)

  2. Jak to będzie wyglądać u nas tego jeszcze nie wiem, jak na razie czekamy na maleństwo. Zdaje sobie jednak sprawę, że będę miała kolejne ciężkie decyzje do podjęcia. Czy będą właściwe myślę, że czas pokaże a na razie trzeba dawać z siebie 100% co nie zawsze jest łatwe.

  3. Nasz tatuś pracuje w Holandii. Ja na co dzień jestem z małą w domu (ma 17mies.). jestem na zasiłku jeszcze przez 2 mies. Potem nie pójdę do pracy bo nie mam żadnej babci, cioci z którą mogłabym zostawić małą. Żłobek, a i owszem jest ale tylko dla mam które pracują. Błędne koło się zamyka bo do pracy nie pójdę bo nie mam z kim małej zostawić a do żłobka jej nie przyjmą bo nie pracuję;(

  4. u nas jest troche inaczej ale też mało czasu ostatnio spędzamy razem ja siedzę z Amelką sama w domu mąż pracuje sam mnie o to prosił żebym nie szła do pracy przez 3 lata bo chciałby żebym miała dobry kontakt z nią (czego jemu brakowało z własną mamą) karmiłam długo bo rok i 10 miesięcy nasze relacje są świetne niestety mąż dużo pracuje praktycznie się nie widujemy nawet w weekendy nie mamy dla siebie już nawet niedzieli tak jest w wakacje bo to sezon jego pracy w zimę nadrabiamy, ale czy on nadrobi ten czas z córką? czy jej to wynagrodzi? myślę że nie. wiem jak mu przykro jak dzwoni i słyszy roześmianą Amelkę albo jak mówię mu że Amelka już sama siada na nocnik a on tego nie widzi…. Czasami rzuca wszystko i idzie z nami na rower nawet na godzinę ale to czas bezcenny. więc polecam czasami nie dać się zwariować i wciągnąć w ten wir i spędzić miło czas z rodziną na wspólnym spacerze albo nawet na pieczeniu ciasta;)
    przynajmniej tą jedną godzinę ;) poprawi to nie tylko relacje ale i nastrój dodatkowo naładuje akumulatory!

  5. u nas podobnie jak u Ani.. maz pracuje bardzo duzo zeby nam niczego nie brakowalo, ja siedze w domu. Maluszek ma dopiero 2,5 msca ale tatus juz zapowiedzial ze wolalby abym siedziala w domu, ze lepiej jak synek bedzie przy mamusi a nie w zlobku. Tak wiec zapowiada sie siedzenia w domu do czasu az Franio pojdzie do przedszkola. Moze ima racje tylko szkoda mi meza bo niestety on kontakt z malym bedzie mial slaby pracujac za nas dwoje:( Bardzo chcialabym aby dziecko mialo tyle samo mamy co taty ale tak sie nie da :( Ja nie zarobie tyle co on i nie mam z kim zostawic dziecka.. czasem tez nie mamy dla siebie nawet weekendu.. niestety zycie nie jest kolorwe.. mam jednak ogromna nadzieje ze moj synek bedzie mimo wszystko kochal swojego tate najbardziej na swiecie i bedzie on jego najwiekszym autorytetem :) pozdrawiam was dziewczyny

  6. No cóż, każda z nas pokonuje maratony każdego dnia, i za sam fakt że dajemy radę, należą nam się brawa. I to nie tylko perfekcyjnym mamuśkom ;) I cudnie by było, gdyby tak każdy tatuś mógł i chciał się zaangażować w to “zwyczajne” domowe życie :)

    1. Jestem przykładem wychowania przez tatę, to on był z nami gdy mama pracowała. Oceniam, jego pracę na 5+ :)

  7. Natalia! oczywiście że będzie go kochał!! to zawsze będzie tatuś szkda taty żę nie widzi jak mały robi postępy tak jak u nas… ale mimo wszystko staramy się spędzać czas tak żeby Amelce to wynagrodzić wiesz basen rower jakiś piknik;) POWODZENIA!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Natalia Minge: Przeciętny rodzic kocha swoje dziecko i pragnie sprawiać mu przyjemność i pokazywać świat [wywiad]


Niemal każdy rodzic marzy o wychowaniu swojej pociechy w  „najlepszy” – możliwy i osiągalny dla siebie – sposób. Jednak codzienne trudy rodzicielstwa, często utrudniają  realizację wspaniałych planów, stawiając przed nami wyzwanie: jak pogodzić obowiązki w pracy, domu z opieką nad dzieckiem – i to  opieką, która pozytywnie wpłynie na kształtujące się dziecko, otworzy przed nim drzwi do rozwoju szeroko pojętych „zdolności”. Choć często wydaje nam się, że rosną przed nami mury nie do pokonania, że nie znajdziemy już nawet ani minuty więcej na to, aby jeszcze oprócz tego wszystkiego rozpocząć wczesną „edukację” naszych największych Skarbów, jesteśmy w błędzie (a z takich „błędów” można się tylko cieszyć). Na szczęście to jedynie złudzenie, bo przecież każdego dnia uczymy nasze dzieci i wspieramy ich rozwój. Często nie przywiązując uwagi do codziennych czynności czy zabaw, które im proponujemy. Warto jednak zagłębić się w temat, aby móc wspólnie spędzony czas jak najlepiej wykorzystać!

O to jak kreatywnie wspierać rozwój dziecka i nie tylko zapytałam moich rozmówców: Panią Natalię Minge – mamę, psychologa prowadzącego poradnię dla rodziców Hipokampus, współautorkę poradnika „Jak kreatywnie wspierać rozwój dziecka? Wspólne gry i twórcze zabawy, dzięki którym rozwiniesz jego zdolności.”

H.S.: Wielu rodziców staje przed dylematem jak najlepiej rozwijać zdolności swoich dzieci, kiedy rozpocząć naukę i w jaki sposób. Na naukę nigdy nie jest za późno – jak mówi jedno z przysłów – ale czy również nigdy nie jest za wcześnie? 

Natalia Minge: Na uczenie się nigdy nie jest za wcześnie, gdyż dziecko jeszcze w łonie matki wciąż uczy się nowych rzeczy – słyszy dźwięki z wewnątrz i zewnątrz maminego ciała, rozróżnia smaki. Nauka odbywa się nieprzerwanie niemal od pierwszych chwil istnienia. Dziecko przez pierwsze lata musi nauczyć się niemal tak samo dużo, jak przez resztę swego życia – opanowuje język, a nawet kilka, uczy się funkcjonować w społeczeństwie. Dziecko uczy się cały czas. Trudno, zatem stwierdzić, że na naukę mogłoby być zbyt wcześnie.

H.S.: Czy niemowlę jest „pilnym uczniem”? Czy przeciętny rodzic jest w stanie ćwiczyć z tak młody człowiekiem?

 N.M.: Niemowlę nie jest uczniem i nigdy nie powinniśmy tak o nim myśleć, bo niesie to szkolne konotacje, a my w żadnym wypadku nie chcemy zamieniać domu w szkołę. Niemowlę jest nieskończenie ciekawym świata małym człowiekiem, który ma wielkie pragnienie poznawania swego otoczenia. Jeżeli za pilnego uznamy kogoś, kto chce się uczyć i komu sprawia to przyjemność, to rzeczywiście możemy je nazwać pilnym.

Przeciętny rodzic kocha swoje dziecko i pragnie sprawiać mu przyjemność i pokazywać świat. Dlatego oczywiście jest w stanie w ten, czy inny sposób uczyć swoje dziecko. Z reszta cokolwiek by nie robił, dziecko cały czas się od niego uczy.

 H.S.: Czy jest „sens” ćwiczyć z małym dzieckiem? Dlaczego warto np.: uczyć języka obcego kilkulatka – skoro nabywając umiejętność pisania i czytania starsze dziecko ten sam materiał opanuje o wiele szybciej?

 N.M.: To nieprawda. Wraz z upływem czasu nie uczymy się szybciej, lecz wolniej.  Dziecko przez pierwsze trzy lata swego życia opanowuje język w stopniu niemalże doskonałym. Starszemu dziecku zajmie to więcej czasu, a dorosły nigdy nie opanuje go doskonale. Poza tym małego dziecka nie trzeba uczyć. Wystarczy zorganizować jego otoczenie tak, by dziecko miało możliwość kontaktu z językiem i używania go. Wystarczy się z nim bawić (z resztą nawet dorosły szybciej uczy się w zabawie). Co do ćwiczeń. Dla małego dziecka są zabawą i sprawiają mu radość. Jeżeli jest inaczej, zdecydowanie nie ma sensu tego robić. Dom to nie szkoła, rodzic nie nauczyciel, a dziecko nic nie musi. Co więcej, pisanie i czytanie wcale nie jest konieczne, by posługiwać się językiem. Jest raczej odwrotnie. Najpierw trzeba poznać język, by później nauczyć się w nim czytać i pisać.

 H.S.: Kreatywność – w dobie konsumpcjonizmu nabiera nowego znaczenia. Wielu rodziców zastanawia się, ile kosztuje współczesna „kreatywność”- czy do ćwiczeń wspomagających rozwój małych dzieci są potrzebne szczególne rekwizyty, zabawki edukacyjne z wyższej półki? Czy naprawdę możemy liczyć na efekty zdając się na siebie samych?

N.M.: Drugi człowiek jest najbardziej kreatywną i wielofunkcyjną zabawką, jaką tylko można sobie wyobrazić, więc na dobrą sprawę, dzieci są w stanie obyć się i dobrze rozwijać całkowicie bez zabawek, co z resztą jeszcze niedawno było normą. Patyk, kapsle od butelek, i dzieciaki potrafiły bawić się tygodniami na tysiąc różnych sposobów. Paradoksalnie zabawki „edukacyjne” są zazwyczaj zaprzeczeniem kreatywności. Można się nimi bawić tylko w jeden – zaplanowany przez producenta sposób. Zabawki prawdziwie kreatywne to pusta kartka papieru, która może stać się czymkolwiek, plastelina a nawet fasola, czy gotowane ziemniaki. To one pobudzają kreatywność, poszerzają horyzonty. Nie twierdzę oczywiście, że zabawki, to coś złego. Jest wiele świetnych, mądrych zabawek, ale posiadanie żadnej z nich nie jest warunkiem tego, by dziecko dobrze się rozwijało, było pomysłowe i umiało się bawić.

 H.S.: Co powiedziałaby Pani sceptykom? Czy w najgorszym wypadku spędzą miło czas z dziećmi? Czy też wczesna nauka języka obcego, matematyki lub czytania może nieść za sobą negatywne dla dziecka skutki?

 N.M.: Moja odpowiedź pewnie Panią zdziwi. Może nieść negatywne skutki, ale tylko wtedy, gdy rodzic postawi sobie za cel, że jego dziecko musi coś opanować w określonym czasie. Jeżeli ambicje rodzica są dla niego ważniejsze, niż dobrostan dziecka, jeżeli nauka przestaje być zabawą, a staje się przymusem, to konsekwencje mogą być tylko negatywne. Mało, że dziecko nie spełni oczekiwań rodzica, to jeszcze zniechęci się do nauki. Jeżeli nauka miałaby wprowadzać w relację między rodzicem a dzieckiem element przymusu, czy wręcz agresji, to lepiej z niej całkowicie zrezygnować. Jeżeli natomiast rodzic będzie wsłuchany w swoje dziecko i jego potrzeby, jeżeli będzie gotów za nim podążać, jeżeli będzie darzył swego potomka głębokim szacunkiem nauka okaże się nie tylko skuteczna, ale także przyczyni się do budowania więzi między dzieckiem, a rodzicem. Koniecznym jest jednak, by te warunki zostały bezwzględnie spełnione.

Sceptykom powiedziałbym, by po prostu przyjrzeli się własnym dzieciom w sytuacji innej, niż przed telewizorem. Dzieci, gdy tylko im to umożliwimy dążą do tego, by się uczyć. A jeżeli chcą, to dlaczego im tego nie umożliwić.

 H.S.: Obecnie panuje moda na „zajęcia dodatkowe” – i nie byłoby w tym nic nienaturalnego, gdyby nie ilość zajęć, jakimi rodzice coraz częściej obarczają swoje dzieci. Czy jest granica? Jakie jest Państwa zdanie na ten trudny temat?

 N.M.: W zajęciach dodatkowych nie ma nic złego, o ile są dozowane z umiarem, zwłaszcza w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Dziecko w tym wieku bardziej, niż lekcji baletu, jazdy konnej, 3 języków, malowania pod czyimś kierunkiem, potrzebuje kontaktu z rodzicami i swobodnej zabawy. Oczywiście, jeżeli tych zajęć jest jedno, dwa tygodniowo, to dziecku nie stanie się krzywda, zwłaszcza, jeżeli lubi je i uczęszcza na nie z przyjemnością. Jeżeli jednak musi ono codziennie po przedszkolu pędzić z zajęć na zajęcia, to nie ma, co liczyć na pozytywny efekt. Budowanie więzi to nie tylko pierwszy rok życia, aby ją utrzymać trzeba być razem, nawet, jeżeli wspólne bycie będzie się ograniczało do rozmowy przy obieraniu ziemniaków. Dzieci bardziej, niż dodatkowych lekcji, potrzebują rodziców, ich czasu i uwagi, a czas spędzony na tylnym siedzeniu samochodu to najczęściej czas całkowicie stracony. Biegać, skakać, czy lepić z gliny można również z rodzicem. I takie wspólne spędzanie czasu jest z pewnością lepszą inwestycją w przyszłość, a niżeli jeżdżenie z zajęć na zajęcia.

 H.S.: Do niedawna słowo „pedagog” budziło wśród rodziców grozę – zazwyczaj kojarzone z „panią od szkolnych wycieczek” lub ewentualnie ze „szkolnym karcerem dla niesubordynowanych łobuziaków” – coraz częściej daje się poznać w innym, lepszym świetle. Coraz chętniej rodzice szukają fachowej porady psychologów i pedagogów, coraz częściej udają się do poradni. Dlaczego warto zadbać o taką wizytę, jeśli nasze dziecko ma trudności lub wręcz przeciwnie jest szczególnie uzdolnione? 

N.M.: Warto wybrać się do specjalisty zawsze, gdy rodzic odczuwa niepokój o rozwój swego dziecka już choćby, dlatego, że podejrzliwe przypatrywanie się własnemu dziecku bardzo źle wpływa na relację i buduje nieufność ze strony dziecka. Wizyta w poradni bardzo często pomaga rozwiać wątpliwości. Niezwykle często rodzice potrzebują usłyszeć po prostu, że zachowanie, które ich martwiło, to coś zupełnie normalnego, co przeminie. Tak jest w bardzo wielu przypadkach. W tych, w których rzeczywiście podejrzenia rodziców się sprawdzają, dzięki radom psychologa, czy pedagoga mogą oni przekuć swe lęki w działanie. Nie chodzi, bowiem, o to, by nazwać to, co się z dzieckiem dzieje, lecz o to, by pomóc mu przezwyciężyć kryzys i udzielić koniecznego wsparcia. 

Dziękuję w imieniu naszych Czytelników za rozmowę, za cenne wskazówki jak razem z dzieckiem „być dla siebie” nawzajem, a nie obok siebie. Często boimy się tego co nieznane i tajemnicze, warto więc sięgnąć po poradę lub zasięgnąć literatury tematu, a na pewno znajdziemy prawdziwy skarb: złote dukaty wiedzy i klejnot wsparcia. Mam nadzieję, że każdy rodzic z takim orężem będzie mógł wyruszyć ze swoim dzieckiem na wyprawę w świat – świat, który czeka na wspólne odkrycie!

Z Natalią Minge rozmawiała

Hanna Szczygieł

Przeczytaj recenzję książki
Jak kreatywnie wspierać rozwój dziecka

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Zgadzam się z Panią Natalią Minge w każdym stopniu a tylko dlatego, że My jesteśmy dla dziecka a nie on dla nas. Mam dwu letniego synka i gdy pokazałam dla męża wasz blog i przeczytał artykuł ze wszystkim byliśmy zgodni, to co odpowiedziała Pani Minge. Mamy nadzieję,że jeszcze będzie okazja aby mozna było przeczytać taki świetny artykuł na taki temat, dla nas przydał się bardzo. dziekujemy:)

  2. Kolejna pozycja na lekturę :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku