Z domowej apteki

Z domowej apteki


Żaklina Kańczucka

21 lutego 2012

Czas jesieni, zimy i wczesnej wiosny, to nie lada wyzwanie dla organizmu młodego człowieka. Wtedy przyplątują się różne infekcje, które niejednokrotnie udaje się zdusić już w zarodku domowymi sposobami, zanim trzeba sięgnąć po farmaceutyki. Ja osobiście miałam takie szczęście, że Bartek zachorował tylko raz – przeziębienie poprzedzone wysoką gorączką, dało nam ładnie w kość  i niestety samej gorączki musiałam pozbyć się odpowiednim specyfikiem. Natomiast na osłabienie, zatkany nosek i kaszelek, z odsieczą przyszły mi naturalne sposoby, które z powodzeniem stosowane były przez matki od pokoleń.

Pierwszą rzeczą, jaką zafundowałam synkowi, był swojski sok malinowy, osładzany odrobiną miodu (choć z tym ostatnim należy zachować ostrożność, gdyż potrafi silnie uczulić i nie jest zalecany dla maluchów poniżej 1 roku życia). Wiadomo, że maliny mają mnóstwo witamin i nawet jeśli częściowo zostały utracone podczas procesu pasteryzacji, sok działa wzmacniająco, rozgrzewająco i napotnie. Poza tym, mało które dziecko pogardzi tak smacznym specyfikiem? Jako ciekawostkę usłyszałam, że miód rozpuszczony w ciepłej – ale nie gorącej wodzie, gdyż traci zdrowotne walory – ma o wiele mocniejsze działanie antybakteryjne.

Kolejnego sprzymierzeńca znalazłam w czosnku, i to na dwa sposoby. Pierwszy z nich, dobry na zatkany nosek, swoista „aromaterapia”, to pokroić czosnek (ale swojski, nie żaden chiński czy meksykański), włożyć do woreczka bawełnianego – ja akurat miałam taki po ręką, ale równie dobrze można zawinąć ząbki w kawałek pociętego materiału, zawiązać, i włożyć czy przewiązać do łóżeczka malca, zapach co prawda ekspresowo rozchodzi się po domu, ale świetnie udrażnia nosek, i działa bakteriobójczo, taki swoisty “antybiotyk”. Można jeszcze, jeśli ktoś bardzo nie lubi zapachu w całym domu, to po prostu pokrojony czosnek, podstawić pod nosek maluchowi, niech wdycha na zdrowie. Drugi sposób, raczej wzmacniający, to po prostu dodatek czosnku do potraw dla dziecka, ale wiadomo, nie każdy maluch zje ze smakiem bardziej „czosnkowy” obiadek. Dodam tylko, że czosnku nie powinno gotować się dłużej niż 10 min, aby nie pozbawić go cennych składników. I nie dawać go zbyt dużo, ponieważ może obciążać wątrobę.

Inny sposób na naturalną odporność to wszelkiego rodzaju kiszonki – ogórki,  kapusty. Zawierają witaminy, i co ważniejsze, przede wszystkim naturalne bakterie kwasu mlekowego, które zasiedlając jelita malca sprawiają, że łatwiej wyłapują one szkodliwe czynniki z organizmu.

Łagodząco na lekki kaszel działa herbatka lipowa, najlepsze są suszone kwiaty, ale jeśli ktoś nie ma do nich dostępu, to lipa z herbatki w saszetkach, również nie zaszkodzi. Żałowałam, że w tym roku nie miałam tego w domu, więc musiałam „posilić się” aptecznym  syropkiem z lipą.

Ach, i grzechem byłoby pominąć domowy rosołek, niezbyt tłusty, ideałem by było oczywiście z własnego kuraka – czego akurat ja nie mam możliwości uświadczyć – warzyw z pewnego źródła (wygodnie jest zrobić sobie pomrożone porcje warzyw z działki) i oczywiście bez kostek rosołowych. Gwarantuję, że pieprz, ziele angielskie, liść laurowy, maga, sól do smaku oraz odrobina szaleństwa- czyli pieprz ziołowy i wychodzi pyszny, pożywny i rozgrzewający rosołek. I nie tylko w ramach obiadu, ale jako napój, ot tak, z kubeczka.

Do babcinych sposobów,  można zaliczyć również inhalację zatkanego noska, ale u mnie nie zdała ona egzaminu, bo Bartuś ani myślał pochylać twarz nad parującym naczyniem, choć trzymałam go nad nim na rękach. Z woreczkami z czosnkiem przy jego poduszce poszło mi łatwiej ;)

No i na koniec również sprawdzona rada, choć od pediatry, aby nie przegrzewać malca, ja przykręciłam kaloryfer, tak aby było 20 stopni w pokoju, i powiesiłam na kaloryferze kamionkę z wodą, aby nawilżała pomieszczenie. Wodę należy zmieniać codziennie, alby nie namnażały się w niej bakterie. Zamiast kamionki, można położyć dobrze wypłukany z detergentów mokry ręcznik, albo kupić specjalny nawilżacz powietrza.

Te sposoby wypróbowałam z moim dzieckiem, ze wsparciem pediatry i bardziej doświadczonych kobiet z mojej rodziny. Chciałabym zaznaczyć, że Bartuś ma rok i 2 miesiące, więc mogłam to wszystko bezpiecznie zastosować, a z młodszymi dziećmi zawsze lepiej domowe kuracje konsultować ze specjalistą. Podzieliłam się swoimi sposobami na wzmocnienie malucha i przegonienie przeziębienia, a jeśli Kochane Mamy macie swoje pomysły, jak pomóc maluchowi, liczę że podzielicie się nimi ze mną oraz innymi Mamami na łamach naszego bloga.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Stosujemy się właściwie do wszystkiego co jest tu napisane :) My jeszcze robimy (właściwie to Kuba sobie robi sam) taką niby lemoniadę – wyciska sok z połówki cytryny, do tego dodajemy łyżeczkę lub dwie miodu i zalewamy wodą :) Słodkie i zdrowe :) Nie wiele osób o tym wie i pamięta (o czym zostało wspomniane), że nie należy miodku dodawać do gorącego napoju. Moja babcia tak robiła prawie całe życie :P
    My kiszonki przerabiany – tzn. Kuba ogórki to mógłby wcinać na okrągło (moja mama lubi np. wypijać też z nich sok), a kapustkę albo wcinamy (że tak powiem) prosto z woreczka, albo (najczęściej) robimy surówkę (kapusta, marchewka, jabłko i cebulka).
    Czosnek… mój syn śmierdzi czosnkiem – niestety – zjada go dosyć chętnie – co może dziwić, ale oczywiście nie je go w całości (tak jak potrafi dobrać się do cebuli i chrupać ją jak jabłko). Co dzień zjada pół albo cały ząbek (jeżeli jest mały) rozdrobniony i podany w masełku na chlebku, albo w mini sosie czosnkowym, który uwielbia. (Oczywiście sos zawsze świeży i tylko domowej roboty).
    Co do wspomagania odporności mogę dodać jeszcze ruch na świeżym powietrzu oraz dużo warzyw i owoców a jak najmniej słodyczy :)

  2. Podpisuję się pod tym obiema rękoma :-)

  3. Oj Żaklina witaj w klubie! :) Też jestem zagorzałą fanką „domowej apteki” :) Uważam, że natura dała nam tyle dobroci, że spokojnie można sobie radzić bez sklepowych medykamentów :)

    Do Twoich propozycji dodałabym jeszcze:
    -płukankę z roztworu soli na obolałe i obrzmiałe gardło – ohydne!!Ale bardzo skuteczne! ;)
    -syrop z cebuli – na kaszel (smak mojego dzieciństwa :P )
    -sok z cytryny, ewentualnie z grejpfruta / pomarańczy z dodatkiem miodu – najlepiej pić codziennie, ma działanie wzmacniające i uodparniające
    …..

    A jeśli chodzi o Twoją ostatnią radę – również jestem jej zwolenniczką!! :)
    Od samego początku, od pierwszych dni życia NIE PRZEGRZEWAM syna! Jeszcze będąc w szpitalu jako jedyna odwinęłam Go z tych wszystkich powijaków i pozwoliłam swobodnie leżeć w JEDNEJ warstwie ubranek :) W domu zawsze mam otwarte przynajmniej jedno okno, a wychodząc ubieram syna mniej więcej tak jak ubieram samą siebie!
    Oczywiście nie raz, nie dwa słyszałam „głupie” uwagi w stylu:
    -nie otwieraj okna / balkonu przy dziecku,
    -nie wychodź na dwór bez czapki,
    -załóż długie spodnie i bluzę bo w krótkim na pewno jest dziecku zimno,
    -odkręć kaloryfery,
    -do spania zakładaj taką piżamę żeby zakrywała stópki,
    -do spania koniecznie przykrywaj, a najlepiej ZAWIJAJ dziecko w kołdrę!
    -………….itp. itd.
    Nigdy do powyższych rad się nie stosowałam, zawsze robię to co uważam za słuszne. Generalnie traktuję i ubieram syna tak jak siebie!
    I dodam tylko, że syn za 3tyg. skończy rok i jeszcze NIGDY (odpukać!) nie był chory!! :)

  4. ja się stosuję do zasady- nie oszczędzaj na jedzeniu (nie o ilość chodzi :D), bo później zaoszczędzone pieniądze wydasz na leki ;)

  5. Zdrowa dieta i rozsadek w ubieraniu malucha to podstwa, zbyt wiele (szczegolnie babc)przegrzeawa maluchy sugerujac sie zimnymi stopkami, i ubieraja po dwie pary skarpetek na rozgrzewke. Nie wspomne juz o nastepnej warstwe ubran, a dziecko. zagotowane i spocone wcale nie jest bardziej zabezpieczone przed choroba.

  6. Magdalena446

    Ja uważam, że domowe sposoby są najlepsze!!! I o ilekroć tańsze!!

    Fizinko, dobrze to ujęłaś „natura dała nam tyle dobroci…” więc dlaczego z niej nie korzystać?
    Moja mała odkąd zaczęła jeść stałe pokarmy, wcina po troszku czosnku i cebulki w obiadkach. A mąż czasem się śmieje, że jesteśmy jak staruszki, ponieważ wieczorem zalewamy miód letnią przegotowaną wodą i rano pijemy taki eliksir. Czasem dodajemy świeżo wyciśnięty sok z cytryny. A jeśli już czujemy, że jakieś wirusy atakują – my też rozpoczynamy atak. Do małego naczynia dajemy rozdrobniony czosnek + sok z cytryny + miód. I tak rano i wieczorem po łyżeczcze lub dwóch sobie smakujemy.
    Ostatnio słyszałam, że na ból gardła należy possać świeży imbir i przechodzi. Jeszcze nie próbowałam tego sposobu, ale nie omieszkam z niego skorzystać.
    A do roztworu soli z wodą dodaję jeszcze parę kropelek wody utlenionej.

    Natomiast co do diety preferuję zdrowe, racjonalne odżywianie. W myśl zasady – jesteś tym co jesz!

    Uważam, że mamy dożo możliwości naturalnej obrony przed chorobami i wzmocnienia organizmu, wystarczy tylko trochę chęci i pomysłowości.

  7. O tym imbirze na ból gardła też nie słyszałam, ale za to wiem że można ssać goździka :)

    1. ssać goździka!? to pomaga?

  8. Jeżeli chodzi o nawilżanie powietrza, to jest to naprawdę bardzo ważne. Dużo lepiej śpią maluchy w pomieszczeniu, gdzie powietrze nie jest suche i to nie tylko wtedy, kiedy są przeziębione. Warto o to dbać na co dzień.

  9. Oczywiście domowe sposoby dominują u nas w leczeniu przeziębienia i grypy Jako, że jestem w błogosławionym stanie tej zimy miałam do dyspozycji wyłącznie czosnek, cebulę, cytrynę, mleko i miód i…pomogło! Myślę sobie, że często po prostu idziemy na łatwiznę faszerując siebie i domowników od razu tabletkami czy proszkami. Być może leczenie trwa wtedy krócej, ale naturalne sposoby są nie mniej efektywne, a jak sama nazwa wskazuje – naturalne. Warto najpierw zawsze próbować sposobów z domowej apteczki – oczywiście przy lekkich przeziębieniach czy grypie.

  10. Weronika Militowska

    Sposoby sprawdzone przez co najmniej trzy pokolenia… Jak najbardziej przydatne… My podpieramy się homeopatią… Maleńki nie może brać antybiotyków,więc naturalne „leki” są u nas wskazane :-)

  11. też jestem za domowymi sposobami ;)) mama tez mnie takimi leczyła syropek z cebuli z pigwy sok z malin ;)) a ja zainwestowałam dodatkowo w miód MANUKA i jestem bardzoo zadowolona ;)!

  12. Milena Kamińska

    wyżej opisane sposoby są mi bliskie.Ja zawsze robię własnej robótki syropy z malin, mleczu, sosny, cebuli, czosnku pigwy i od niedana zaczęłam robić z czarnego bzu, rewelacjaaaaa, leki to ostateczność. Lekarz nawet mówil że wszystkie te syropki są ok ale najlepszy jest z czarnego bzu i mam go nie żałować więc pijemy go całą rodziną. Oszem można kupić takie syropki w aptekach ale to nie to samo, bo trzeba spojrzeć na skład ile tak naprawde mają np czarnego bzu a ile dodatków. ważne tylko żeby zrywać go w dzikich miejscach z dala od zanieczyszczeń, ponieważ on wszystkie brudy chłonie, często rośnie nad rzeką.w prezencie dałam koleżance której córa bardzo chorowala co chwila antybiotyki, po podaniu syropku wszystko sie zmieniło, do tej pory pamiętam jej telefon z podziękowaniami i prośbą o przepis, teraz robi go sama i dalej przekazuje w prezencie innym :-)

  13. Milena Kamińska

    Syrop z kwiatu czarnego bzu
    *20-40 baldachów czarnego bzu
    *1 kg cukru
    * sok z 1 cytryny
    *1 litr wody
    Wykonanie:
    Kwiaty
    należy zbierać w suchy, słoneczny dzień (najlepiej takie, które są w
    początkowej, a nie w końcowej fazie kwitnięcia). Zrywamy je delikatnie i
    delikatnie układamy je w misie. Należy pamiętać, by nie zrywać zbyt
    wielu kwiatostanów z tego samego drzewa. Po przyniesieniu ich do domu
    rozłożyć delikatnie kwiaty bzu na papierze, aby wyszly robaczki Nie
    należy potrząsać baldachami, bo można wytrząsać pyłki.
    Następnie,
    bezpośrednio nad naczyniem w którym będziemy przygotowywać syrop,
    odcinamy kwiaty bzu tak, by zachować jak najmniejsze części zielonych
    gałązek (to one bowiem mogą nadać syropowi gorzkiego posmaku). Im więcej
    mamy kwiatów, tym mocniejszy będzie nasz produkt końcowy, jednak nawet z
    10-15 dużych baldachów otrzymamy aromatyczny, delikatny syrop.
    Po
    oberwaniu kwiatów przygotowujemy zalewę : zagotowujemy wodę z cukrem
    sokiem z cytryny i wrzątkiem zalewamy kwiaty (wszystkie muszą być
    zakryte syropem), przykrywamy i odstawiamy na 2-4 dni, delikatnie
    mieszając zawartość naczynia mniej więcej raz dziennie. Następnie
    dokładnie filtrujemy syrop i przelewamy do wyparzonych butelek; jeśli
    chcemy przechowywać go dosyć długo, trzeba syrop zapasteryzować..

    Syrop z jagód czarnego bzu

    Zbieramy
    jagody tylko dojrzałe, zielone i czerwone odrzucamy. Pamiętajmy, że
    nie wolno jeść świeżych owoców (ani kwiatów) czarnego bzu, bo zawierają
    toksyczny składnik zwany sambunigryną.
    1 kg owoców zasypujemy 0,5 kg cukru oraz dodajemy około 1 szklanki wody.
    Całość gotujemy, aż do uzyskania syropu, nie dopuszczając do zbyt długiego wrzenia.
    Rozlewamy do przygotowanych uprzednio naczyń, przecedzając nasiona i resztki po owocach.

    Syropy
    te podaje się jako środek witaminizujący i wzmacniający w dni możliwej
    choroby, jako środek lekko napotny przy przeziębieniach po 2 łyżki na
    szklankę dwa razy dziennie.
    Można również stosować jako środek uśmierzający ból lub migrenę.
    Działa też jako środek moczopędny.
    Podawany także na zapalenie migdałów i grypę.

  14. ja robię syropy z cebuli, ale dziecko trochęzaczęło protestować, wiec przerzucilam sie na zupy i gulasze z dużą ilością czosnku i cebuli :D :P udaje mi się trcohę przemycić, osatnio robiłam gulasz z grypoodporni.pl i nawet mąż zjadł, chociaż uważa sięza mistrza gulaszu :P hehe

    1. Mój starszak syropu z cebuli do ust nie wziął, nawet ociupinki nie chciał spróbować :/

  15. Czosnek, czarny bez sos z pigwy a kilka dni temu dostałam podobno rewelacyjny specyfik na odporność będę robić i dam znać czy działa

    1. Zdradź sekret co to za specyfik :)

    2. trzeba obrać 5 główek czosnku każdy ząbek przekroić na pół wrzucić do słoika i zalać 1 litrem soku z kiszonych ogórków. ma to stać 2 tygodnie i później codziennie po 1 łyżeczce rano i wieczorem, wiele osób które się na to skusiły są zachwycone więc próbuje. i uorparnia ale można też stosować gdy jest się przeziębionym,

    3. To ja robię wspomniany syrop czosnkowo-cytryowo-miodowy i codziennie po 1 łyżeczce.

  16. tak samo, do tego mleko z czosnkiem i witamina C lewoskrętna :)

  17. Nie wypiją soku np z cebuli , ratujemy się miodem…

    1. moi też nie, nawet miodem gardzą… ale wolę kombinować tak, niż ładować w nich od razu chemię

  18. Wszystkim polecam syrop z czarnego bzu

    1. prawda, moja mama robiła, pyszny i bardzo zdrowy

  19. Polecam na goraczke: oklady wody z octem w proporcji3:1 na lydki pachwiny, oliwe z wycisnietym czosnkiem zostawic na kilka godz.nastepnie nasmarowac nogi oliwa zalozyc skarpetki porzadnie przykryc i spac tak cala noc, oraz metoda skora do skory. Na zatkany nos polecam do wrzatku dodac majeranek i postawic blisko dziecka lozeczka tak by wdychal te opary. Na bolace gardlo polecam plukanie woda z woda utleniona 2:1lub z soda ewentualnie z sola. Dla starszaka cieple mleko z maslem i miodem (mozna wycisnac zabek czosnku). Przy bolacym uchu przykladam cieple ugotowane jajko lub ziemniaka i zakraplam po dwie kropelki wody utlenionej (choc nie probowalam z ta woda utleniona). Na kaszel robie syrop z buraka. Z racji tego ze syn czesto choruje korzystam z tych metod niestety dosc czesto. Pozdrawiam i zycze duuuuzo zdrowia.

    1. Biorąc pod uwagę, że w każdym kraju poza naszym nie używa się już wody utlenionej po badaniach o jej szkodliwości dla tkanki zdrowej to świetne metody

    2. No i wyjątkowo skuteczne skoro piszesz, że dziecko choruje często.

  20. Stary poczciwy syrop z cebuli :)

  21. Do wody z sokiem dodaję syrop z kwiatu czarnego bzu, syrop z sosny , syrop z malin…

  22. Pod nos maść majerankowa. Na poduszke krople amolu. Do kąpieli kilka kropel olejku sosnowego/eukaliptusowego/anyzowego…

  23. Wieczorem mleko z miodem i masłem i pod kołdrę- wypocić się…

  24. Na kaszel inhalacje i oklepywanie…

  25. Zdrówka życzę My długo się trzymalismy ale niestety dopadło i nas mąż od tygodnia na antybiotyku i nadal chory ja z bolem gardła i corka z krtaniowym szczekającym kaszlem tragedia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Podróże małe i duże

Podróże małe i duże


Hanna Szczygieł

18 lutego 2012

Gdy pojawia się dziecko – nasz świat staje na głowie. To czas zmian i często odważnych decyzji. To czas kiedy zaczynamy patrzeć inaczej – również na przyziemne sprawy, a to „patrzenie” jest w stanie permanentnych i płynnych ewolucji. Gdy brzuszek rośnie i prawie sięga już nosa przyszłej mamy pojawia się pytanie…
…Nowy członek rodziny…? Ale o kim mowa?

Często pojawia się dwóch nowych członków naszej rodziny: Maluch i nowe auto. Samochód zaczyna zmieniać swoją „pozycję”- to co wcześniej zajmowało stanowisko udogodnienia czy oznaki luksusu w naszej hierarchii, przybiera nowe imię „konieczność”? Wyjście do sklepu, lekarza, czy podróż do rodziny – zmieniają swoją nazwę na „wyprawę”.  Czy to magia? Bynajmniej, to życie! Więc jeśli tylko nasz portfel pozwala nam na adopcję „czterokołowego przyjaciela” – chętnie jej dokonujemy!

Dlaczego? Ilość rzeczy, które nagle powinniśmy mieć zawsze przy sobie urasta do rangi małego sklepowego magazynu, a potrzeby i oczekiwania zmieniają się jak w kalejdoskopie – wraz ze wzrostem naszej Pociechy. Czy nowe samochody to konieczność? To już musicie sami ocenić – na pewno warto przemyśleć tę kwestię – samochód musi być bezpieczny! I dobrze byłoby nie spacerować po drodze szybkiego ruchu, z niemowlęciem pod pachą, w poszukiwaniu serwisu lub holowania.

Małe jest piękne… czyli na szybki slalom do przedszkola!

Małe samochody?
Co to oznacza? To już zależy od naszych osobistych preferencji – jednak dla wielu z nas mały samochód oznacza – niedrogi. Niedrogi również w utrzymaniu – co dla większości rodziców jest priorytetem! Niewielki oznacza również wygodny – wygodny w mieście na szybki slalom do przedszkola w porannych korkach i ekspresowe zakupy po pracy – znacznie zmniejsza ryzyko walki wręcz o skrawek parkingowego miejsca!

Jednak jeśli planujecie sporą rodzinę i dalekie wyprawy, może lepiej zastanowić się nad nieco większym członkiem rodziny?
Duże podróże = duże potrzeby!
Wakacje? Święta z rodziną? A może liczna rodzina, duży pies i góra bagaży?

Obecnie  mamy idealne rozwiązanie: duże samochody rodzinne. To naprawdę szeroki wachlarz możliwości, do wyboru, do koloru – można pokusić się o stwierdzenie, że jedynym ograniczeniem zdaje się  być kondycja naszego portfela.

Jednak jak sami doskonale wiecie podróże z dzieckiem to nie tylko kwestia wyboru samochodu –  wraz z „Małym pasażerem” pojawiają się inne wyzwania.

Przede wszystkim fotelik!!! Myślę, że nie ulega wątpliwości, że jest to zestaw obowiązkowy!!! Pytanie tylko czy „samochodowy tron” i brzdąc przypadną sobie do gustu? To w dużej mierze kwestia przyzwyczajenia – jeśli od samego początku, dużo jeździmy z dzieckiem – staje się to sytuacją naturalną. Jeśli natomiast „podróż” z dzieckiem jest sytuacją wyjątkową w naszym życiu – warto zaprzyjaźnić dziecko z fotelikiem „na sucho”.  Najłatwiej zacząć z malcami – swoją drogą pierwszy fotelik, to świetna pomoc dla mamy i taty w domu – może pełnić rolę bujaczka lub krzesełka (oczywiście nigdy nie zapominajcie o zapięciu pasów – również w domu, czasem wystarczy dosłownie sekunda, żeby maluch postanowił wybrać się na wycieczkę).

Przyjemność czy droga przez mękę?

Kierowca musi wykazać się nie lada koncentracją uwagi – zwłaszcza gdy wiezie swój najcenniejszy Skarb! Tyle, że ten Skarb, nie zawsze ułatwia to zadanie! Jak wiemy wysokie natężenie hałasu w ograniczonej przestrzeni nie sprzyja dobremu samopoczuciu, że o koncentracji nie wspomnę!

I co z tym fantem? To już zadanie dla każdego rodzica – trzeba znaleźć „ten” sposób na swoją Marudę:) Postaram się dać Wam kilka podpowiedzi:).

Wersja utopijna podróży ma następujący przebieg – dziecko zasypia i śpi jak kamień całą drogę, a my prowadzimy samochód ze śpiewem na ustach (podobno zdarzają się takie cuda). Warto jednak zadbać o taki cud – z pewnością pomoże nam nastrojowa muzyka (jeśli jednak istnieje szansa, że to nie dziecko, a Wy zaśniecie – stanowczo odradzam), ulubiona Przytulanka, najlepiej żeby Maluch rozpoczął podróż z pełnym brzuszkiem – dobrym humorem.

Wersja awaryjna o zabarwieniu restauracyjnym – warto mieć argumenty np. w postaci ulubionej przekąski (u nas doskonale sprawdzają się chrupki kukurydziane i banany) Pamiętajcie jednak, że najlepiej na chwilę się zatrzymać – żeby dziecko się nie zakrztusiło podczas jazdy. Kubeczek z wodą tez jest potrzebny – szczególnie przy włączonym ogrzewaniu, dziecko będzie się chciało pić.

Wybierając ten wariant, warto w trosce o nasz samochód i komfort podróży Malca wybierać jedzenie „nie-” lub ” małobrudzące”.

Ostatnim wariantem ułatwiającym podróż jest ZABAWA! Istnieje sporo zabawek przeznaczonych do użytku w samochodzie (np. montowane na foteliku lub oparciu siedzenia), które umilą podróż każdemu Szkrabowi. Warto skorzystać również z towarzystwa domowych ulubieńców – jednak zawsze kierujcie się zasadą – PRZEDE WSZYSTKIM BEZPIECZEŃSTWO! Ja zawsze zabieram tylko miękkie lekkie zabawki, które nie mają małych części – w przypadku kolizji lub wypadku pluszowa piłka uderzająca naszą pociechę znacząco różni się od np. drewnianych klocków!

Ze starszymi dziećmi zabawa zmienia nieco charakter – i zależy już od inwencji Rodziców – wspólne śpiewanie piosenek, zabawy i gry słowne z pewnością umilą podróż. Nie zapominajmy o prostych zabawach ćwiczących spostrzegawczość, liczenie, rozpoznawanie kolorów np.: kto pierwszy zobaczy czerwone auto, zwierzątko na polu, policzy domy, drzewa – korzystajmy z zabaw, które czekają za oknem samochodu!

Nie możemy oczywiście zapomnieć o technologii ratunkowej – czyli samochodowych odtwarzaczach DVD lub przenośnych konsolach gier dla starszych dzieci! Takich mobilnych przyjemności jest coraz więcej na rynku i cieszą się coraz większą popularnością.

A czy Wy dużo podróżujecie? Jak radzicie sobie z nudą w podróży?  Może macie niezawodny sposób na podróż miłą dla wszystkich jej uczestników? Opiszcie swoje sprawdzone sposoby i … SZEROKIEJ DROGI!!!

Wpis jest elementem współpracy z firmą Chevrolet.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. odkąd jesteśmy w Dublinie nie posiadamy jeszcze auta, więc wszelkie zakupy czy wypady do miasta to niestety jazda autobusami, szczerze tęsknię za posiadaniem auta i jak tylko będzie to mozliwe to zaopatrzymy się w ten środek lokomocji, bo mimo, że autobusów jest tutaj dużo i nie ma większych problemów z przemieszczaniem się po mieście to jazda nimi z wózkiem jest męcząca

  2. a my z dziećmi robimy tysiące kilometrów, najbliższe 2000 w jedna stronę na swięta… bedzie dobrze – jak zawsze, grunt to wygodny fotelik… nasze dziewczyny uwielbiaja swoje „tobiki”…, pewnie za jakiś czas potrzebne bedzie jakieś DVD, ale na razie radzimy sobie bez…

  3. A u nas było właśnie tak jak na początku tekstu. Kupiliśmy nowy samochód przed narodzinami Aleksa po to, żebyśmy nie musieli się martwić przeglądami, częściami, naprawami. Koledzy namawiali mnie na kombi, ale moim zdaniem byłby to przerost formy nad treścią i zdecydowałem się wersję hatchback. Z sukcesem udało nam się wyjechać kilka razy w góry zabierają fotelik ,sanki, duży wózek, pampersy, ciuchy, itd.
    W zeszłym roku byliśmy w Chorwacji – 1100 km w jedną stronę w 3 dorosłe osoby i Aleks – i cała podróż minęła bezproblemowo.
    Oczywiście, że więcej miejsca czy mocniejszy silnik przydałyby się na takiej trasie, ale z drugiej strony spalanie było bardzo niskie, a na co dzień z samochodu korzysta sam i do tego poruszam się po mieście :)

    Natomiast fotelik to podstawa – od początku mówiłem mojej Żonie, że nie będziemy na tym oszczędzać i jeśli trzeba będzie kupić najdroższy fotelik na rynku to tak zrobimy. Czytałem sporo testów, przeglądałem wyniki ADAC i wybrałem jeden z najbezpieczniejszych modeli z tamtego okresu.

    Co do samych podróży – Aleks nie sprawiał nam większych problemów, ale mieliśmy kilka płyt które wszyscy znaliśmy na pamięć :) A i przekąski, które zajadał w trakcie jazdy były raczej sypkie niż lepkie, więc sprzątanie ograniczało się do odkurzania samochodu ;)

    Na większe i szybsze auto przyjdzie czas, nie trzeba kupować VANa czy terenówki tylko dlatego że ma się jedno dziecko :) A mam takich znajomych, którzy mając dwójkę dzieci kupowali 7-miejscowe amerykańskie SUVy, a potem płakali, że pali tyle, ile mały pociąg :)

  4. A u nas było właśnie tak jak na początku tekstu. Kupiliśmy nowy samochód przed narodzinami Aleksa po to, żebyśmy nie musieli się martwić przeglądami, częściami, naprawami. Koledzy namawiali mnie na kombi, ale moim zdaniem byłby to przerost formy nad treścią i zdecydowałem się wersję hatchback. Z sukcesem udało nam się wyjechać kilka razy w góry zabierają fotelik ,sanki, duży wózek, pampersy, ciuchy, itd.
    W zeszłym roku byliśmy w Chorwacji – 1100 km w jedną stronę w 3 dorosłe osoby i Aleks – i cała podróż minęła bezproblemowo.
    Oczywiście, że więcej miejsca czy mocniejszy silnik przydałyby się na takiej trasie, ale z drugiej strony spalanie było bardzo niskie, a na co dzień z samochodu korzysta sam i do tego poruszam się po mieście :)

    Natomiast fotelik to podstawa – od początku mówiłem mojej Żonie, że nie będziemy na tym oszczędzać i jeśli trzeba będzie kupić najdroższy fotelik na rynku to tak zrobimy. Czytałem sporo testów, przeglądałem wyniki ADAC i wybrałem jeden z najbezpieczniejszych modeli z tamtego okresu.

    Co do samych podróży – Aleks nie sprawiał nam większych problemów, ale mieliśmy kilka płyt które wszyscy znaliśmy na pamięć :) A i przekąski, które zajadał w trakcie jazdy były raczej sypkie niż lepkie, więc sprzątanie ograniczało się do odkurzania samochodu ;)

    Na większe i szybsze auto przyjdzie czas, nie trzeba kupować VANa czy terenówki tylko dlatego że ma się jedno dziecko :) A mam takich znajomych, którzy mając dwójkę dzieci kupowali 7-miejscowe amerykańskie SUVy, a potem płakali, że pali tyle, ile mały pociąg :)

  5. A u nas było właśnie tak jak na początku tekstu. Kupiliśmy nowy samochód przed narodzinami Aleksa po to, żebyśmy nie musieli się martwić przeglądami, częściami, naprawami. Koledzy namawiali mnie na kombi, ale moim zdaniem byłby to przerost formy nad treścią i zdecydowałem się wersję hatchback. Z sukcesem udało nam się wyjechać kilka razy w góry zabierają fotelik ,sanki, duży wózek, pampersy, ciuchy, itd.
    W zeszłym roku byliśmy w Chorwacji – 1100 km w jedną stronę w 3 dorosłe osoby i Aleks – i cała podróż minęła bezproblemowo.
    Oczywiście, że więcej miejsca czy mocniejszy silnik przydałyby się na takiej trasie, ale z drugiej strony spalanie było bardzo niskie, a na co dzień z samochodu korzysta sam i do tego poruszam się po mieście :)

    Natomiast fotelik to podstawa – od początku mówiłem mojej Żonie, że nie będziemy na tym oszczędzać i jeśli trzeba będzie kupić najdroższy fotelik na rynku to tak zrobimy. Czytałem sporo testów, przeglądałem wyniki ADAC i wybrałem jeden z najbezpieczniejszych modeli z tamtego okresu.

    Co do samych podróży – Aleks nie sprawiał nam większych problemów, ale mieliśmy kilka płyt które wszyscy znaliśmy na pamięć :) A i przekąski, które zajadał w trakcie jazdy były raczej sypkie niż lepkie, więc sprzątanie ograniczało się do odkurzania samochodu ;)

    Na większe i szybsze auto przyjdzie czas, nie trzeba kupować VANa czy terenówki tylko dlatego że ma się jedno dziecko :) A mam takich znajomych, którzy mając dwójkę dzieci kupowali 7-miejscowe amerykańskie SUVy, a potem płakali, że pali tyle, ile mały pociąg :)

  6. U nas jest różnie z podróżami. Czasami jest bezproblemowo, czasem dzieci są marudne. Gdy rok temu jechaliśmy znad morza w góry (11 godzin jazdy), córeczce wystarczyły jej zabawki i książeczki. Gdy było bardzo źle, pomagały krążki ryżowe i paluszki.
    Z młodszym synem jest gorzej – jest dość niecierpliwy i marudny, ale można go zabawić i rozśmieszyć w aucie, a potem to już z górki :)
    A w kwestii fotelików – też patrzałam na testy i wybrałam te, które były w grupie najbezpieczniejszych. Co jak to, ale nie warto oszczędzać na bezpieczeństwie dzieci. Mogę nie kupić im kolejnej zabawki czy ubranka, ale muszą cało i zdrowo dotrzeć do celu.

  7. Zanim Tomuś pojawił się na świecie, moim autem był hatchback :)
    W niecałe 3 miesiące po porodzie, hatchback’a sprzedałam i kupiłam kombi :)
    Moim zdaniem jest dużo wygodniejsze i pojemniejsze :) No i wersja 5 drzwiowa ratuje nasze kręgosłupy, bo wcześniejsze auto było 3-drzwiowe ;)
    Jeśli chodzi o fotelik, to kupiłam (a raczej kupiliśmy-bo dokładali się wszyscy dziadkowie) z firmy Recaro. Tomuś+fotelik=częste wycieczki ;)
    Co do zabaw, to u nas są jak na razie zbędne. Tomek niedługo po zapięciu pasów w foteliku usypia i budzi się praktycznie po dojechaniu na miejsce :) chociaż… jest jedna rzecz, która ratuje nam „uszy” :P Jest to pieluszka tetrowa, z którą Tomcio usypia :D:D:D:D:D
    A tak poza tym, to paluszki, pałeczki kukurydziane itp ;)
    ps: jak Tomcio nie śpi, to zaczynam mu śpiewać. Ciekawa jestem dlaczego tak szybko usypia, jak tylko zacznę śpiewać, hmm? :D:D:D :P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Walentynkowa niespodzianka

Walentynkowa niespodzianka


Sylwia

16 lutego 2012

Jak każda mama od początku ciąży nie odpuszczałam sobie badań obowiązkowych i tych mniej obowiązkowych, pytałam, studiowałam w wolnym czasie książki  i strony internetowe poświęcone rozwojowi dziecka i macierzyństwu. Dbałam o swój „ładunek”. Starałam się jak najlepiej przygotować do roli mamy, a przede wszystkim porodu.

W sumie nie bałam się samego porodu. Tłumaczyłam sobie to tak: wiadomo będzie boleć jak „cholera”, ale nie rodziłam więc nie znam natężenia tego bólu. Obawiałam się bardziej o zdrowie synka i komplikacji w czasie i po porodzie. Denerwowały mnie pytania „chcesz CC czy SN?”. Jakby to ode mnie zależało, czy to koncert życzeń!? Jedyne, co chciałam to urodzić szczęśliwie nie ważne już jak.

Pewnego dnia miałam dziwny sen. Śniłam, że nagle rodzę sama w łazience. Wchodzę do niej i zaczynają się bóle, a po chwili na szybkiego, w popłochu sięgam po ręczniki i przyjmuję sama swój poród. Przerażona wołam męża i karze mu dzwonić po Pogotowie. On wystraszony ledwo numer wybiera. Do dziś jak przypomnę sobie ten sen widzę przerażoną minę męża.

Kilka dni po nocnym porodowym koszmarze (13 stycznia 2011 r.) miałam kontrolną wizytę u swojego lekarza. Standardowe pytania „Jak się Pani czuje?”, „Jak minął miesiąc?”. Mówię, że od kilku dni pobolewa mnie podbrzusze, ale to pewnie od tego, że synek już naciska mnie główką na spojenie łonowe. Ginekolog śmieje się, że dziś wszystkie pacjentki mają podobne objawy i z uśmiechem na twarzy zaprasza mnie na fotel. Ledwo się wgramoliłam, leże patrzę w sufit i nagle cisze przerywa okrzyk lekarza: – „O cholera. O cholera…!” Zdenerwowana pytam, co się stało. Lekarz odpowiada Pani rodzi, mamy 3 cm rozwarcia. Proszę zejść robimy szybkie USG i na porodówkę. Ledwo zeszłam, na miękkich nogach, w szoku idę do męża i mówię: „Jedziemy do szpitala, rodzę”.  Mąż chyba bardziej zdziwiony ode mnie. Pomaga dojść do kozetki. USG wskazuje wagę 1800 g, 32 tc.

W domu nie spakowana torba leży pusta w pokoju. Miałam ją spakować po tej wizycie. Siedzę w samochodzie i przez komórkę dyktuję mężowi, co ma włożyć do torby. Po 20 min od wizyty jesteśmy na Izbie Przyjęć. Mój lekarz już ich powiadomił, czekali. Znów badanie na fotelu, już 4 cm rozwarcia. Wywożą mnie na wózku z diagnozą: rozpoczęta przedwczesna akcja porodowa. Siedzę zapłakana na wózku, głaskam brzuszek i mówię do synka: “Poczekaj jeszcze chwilkę, za wcześnie, jeszcze nie czas”. Powtarzam to jak mantrę. Położne podłączają kroplówki, łykam leki. Mąż mimo później godziny siedzi przy łóżku i trzyma mnie za rękę. Do szpitala przyjeżdzają zaniepokojeni teściowie. Mąz zawiadamia telefonicznie moich rodziców i siostrę. Żegnam męża i jadę na porodówkę. Maż w domu szykuje wyprawkę dla synka i czeka na informację, kiedy ma się zjawić, by być przy porodzie.

Całą noc przeleżałam na porodówce, nieustanne KTG, kroplówki, zastrzyki. Źle się czuję mdli mnie, później zaczynam wymiotować jakąś czarną wydzieliną i tak do rana. Nie zmróżyłam oka, nie jadłam od 16 godzin. Lekarze nie wiedzą skąd wymioty czy to reakcja uczuleniowa na leki czy jakiś wrzód mi pękł (nie miałam wrzodów). Wyczerpana leżę i błagam synka by zestopował. Na szczęście akcję porodową zatrzymano.

Nad ranem badanie i decyzja jedziemy na patologię ciąży. Przewożą mnie na łóżku ze wszystkimi sprzętami. Wzbudzam niezłą sensację na korytarzu. Po obchodzie już wiadomo- 0 chodzenia nawet do WC, siedzenia. Musiałam przemóc się i korzystać z basenu, codzienna toaleta – mycie się przy pomocy pielęgniarki lub męża. Nadal wymiotuję, nie mogę jeść.

Od 5.00 do 24.00 na zmianę kroplówki, leki, zastrzyki, KTG, mierzenie tętna dziecka. Ledwo leżę. Upokarza mnie wołanie o basen i mycie przez kogoś. Nie mam na nic siły, wyczerpana wymiotami. Nadal lekarze spodziewają się porodu w każdej chwili. W głowie 1000 myśli na minutę. Strach, przerażenie, panika.  Mijają godziny za godziną, dzień po dniu. Za każdy dzień w dwupaku dziękuję Bogu. Lekarze nie mogą mnie badać na fotelu ginekologicznym,  ponieważ widać pęcherz płodowy – jak opisuje mi to ordynator. Na Patologii leżałam 2 tyg.

Pewnego dnia okazało się, że znów miałam skurcze…. których nie czułam a wyszły na KTG (70-90%) – jedynie widziałam jak w czasie badania brzuch się napinał, badanie ginekologiczne i okazuje się…. pełne rozwarcie!! Szybka decyzja wieziemy na porodówkę. W pośpiechu dostaję jakąś kroplówkę, dzwonię do męża. Zwalnia się z pracy i szybko pojawia się w szpitalu.

Blok porodowy. Leże na sali przedporodowej i czekam na rozwój akcji a tu nic, znów spokój. Skurcze były i odchodziły i tak 2 tyg. W 36 tc lekarze postanowili odstawić leki. Tyle ich dostałam, że zanim urodzę to ciąża będzie donoszona – tak mi mówią. Ja mam inne przeczucie.

Przeddzień odstawienia leków pozwolono mi chodzić.. Chodzić, wreszcie mogłam SAMA CHODZIĆ. Co z tego jak nie dawałam rady? Czułam się jak małe dziecko, mąż trzymał mnie pod pachami i prowadził. Chciałam iść w prawo, a nogi mnie nie słuchały i zataczały się w lewo. Jakby mój mózg nie miał nad nimi żadnej władzy.

14 lutego 2011 r.  pierwszy dzień bez leków. Pakuję torbę, mam przeczucie, że dziś wieczorem urodzę. Położne śmieją się, że raczej długo jeszcze poleżę. Od rana boli mnie kręgosłup, nie wiem czy to skurcze czy to od chodzenia po tak długim leżeniu. Po obiedzie coś zaczyna się dziać. Czuje jakby skurcze miesiączkowe i coraz większy ból w krzyżu, ale spaceruję zawzięcie. Spotykam starszą lekarkę która mówi, abym się położyła, bo jak spaceruję to jeszcze wody mi odejdą i pępowina wyleci. Grzecznie idę do łóżka. No i się zaczęło. O 15.00 dzwonię do męża i rzucam hasło: “To już!”. Skurcze mam co 5-7 min. Za jakiś czas już co 3 min. Dzwonie po położną, leżę i zalewam się łzami. Maż wpada na salę 30 min po telefonie, a ja mam już bóle parte. Ledwo powstrzymuję się by nie przeć. Szybko wiozą mnie na porodówkę. USG, przebicie pęcherza płodowego, kroplówka i po 15 min parcia widzę synka. Kuba Rozpruwacz jest z nami.

Ksywką Rozpruwacz uraczył go tatuś, gdy położne zapytały o imię malucha – tak mu się nasuneło w nawiązaniu do porodu.  W czasie porodu nie myślałam o komplikacjach, których tak się obawiałam. Jedne co miałam w głowie to: “przyj, przyj z całych sił, a szybciej urodzisz, już nie będzie bolało”. Nie krzyczałam, mocno zacisnęłam zęby, zamknęłam oczy i parłam z całych sił. Mąż podtrzymywał głowę, nawilżał usta, przypominał o oddechu i zamykaniu oczu.

16.15, 2650g, 10  pkt. Moje małe, niecierpliwe Szczęście wreszcie zobaczyło świat, który tak szybko chciało zobaczyć. Nie słyszałam płaczu, pierwsze, co synek zrobił to rozejrzał się uważnie po sali i dopiero zapłakał. Tata przeciął pępowinę, a ja mogłam przytulić i pogłaskać mojego synka. Nasza Walentynkowa niespodzianka.

Minął rok od czasu niespodziewanego trafienia do szpitala. Czasami o tym myślę, wspominam… Zastanawiam się czy kolejna ciąża też tak mnie zaskoczy, czy będą podobne komplikacje. Do dziś nieznane są przyczyny rozpoczęcia przedwczesnej akcji porodowej. Po porodzie mój lekarz ginekolog mówił, że wszyscy zakładali, iż urodzę w przeciągu 1-2 tyg. miesiąc był dla nich zaskoczeniem. Medycyna i determinacja matki potrafią jednak zaskoczyć. Szczerze powiedziawszy ciężko było zebrać się i to napisać, ale teraz jakoś lżej na sercu. Swoim wspomnieniem nie chcę straszyć, czy rozsiewać paniki. Na razie pożegnałam ją – tak mi się wydaje.  Chcę tylko podzielić się pewnymi przeżyciami, a może znaleźć zrozumienie mam, o podobnych doświadczeniach.

Wiem, że nie jestem jedyną kobietą z takim przebiegiem ciąży, że jest kilka mam, które przeżyły to co ja.  Czy w tej chwili potraficie śmiać się z własnych przeżyć, często o nich myślicie, czy raczej czas zaciera te wspomnienia?  Zastanawiacie się jak przebiegać będzie kolejna ciąża a może boicie się ponownego zajścia w ciążę?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. chyba nie mogę czytać w trakcie ciąży takich opowieści – zapłakałam się ze wzruszenia.. Gratuluję!!

    1. Dziękuje. Dla dziecka mama zniesie wszystko. Dla mojego synka zniosłabym to jeszcze raz.

  2. Jeszcze nie dawno, jak wspomniałam sobie mój poród to łzy same cisnęły się do oczu. A jeszcze jak oglądałam zdjęcia, to dopiero :P
    Wspomnienia Cc powodowały u mnie dreszcze. Synek w inkubatorze przez 3 tyg i zakaz dotykania go! Masakra :(
    Na dzień dzisiejszy mogę z uśmiechem na twarzy wspomnieć poród i miesięczny pobyt w szpitalu po porodzie :) Dlaczego z uśmiechem? Bo wytrwałam i wszystko robiłam dla synka :)
    Nie raz, nie dwa położne i pielęgniarki dawały w kość ;)
    Czy jestem gotowa na kolejną ciążę i poród? Niestety nie.

  3. Dziewczyny, każda mama jest dzielna, ale Wy jesteście moimi bohaterkami

  4. A ja mówiłam never ever żadnych dzieci :) A dziś mam dwójkę w wieku 2,5 r oraz 4 msc… Zarzekałam się tak, że aż się kurzyło :)

    1. Drugie dziecko – synek, przyszedł na świat przez CC w 36 tc – chyba już nie mogłam wytrzymać i zadziałała podświadomość; nie cierpię być w ciąży.

      1. Zastanawiałam się nad Twoim stwierdzeniem „nie cierpię być w ciąży”. I odkryłam, że coś w tym jest. Mam jedną ciążę za sobą – książkową, brak większych dolegliwości itp. I nawet ciało było piękne – bo zaokrąglało się tylko tam, gdzie powinno, żadnych niepotrzebnych kg. I wszyscy byli troskliwi i mili… I ta myśl, że spełnia się marzenie, że wkrótce synek będzie na świecie.

        Ale… strasznie się stresowałam – czy wszystko z dzidziusiem jest w porządku. I ten lęk własnie sprawiał, że wcale nie było fajnie być w ciąży. I chciałam żeby już było po wszystkim, żeby maluszek był z nami, a nie w moim brzuchu.
        Pamiętam noce, szczególnie te pod koniec ciąży, gdy budziłam się i czekałam, aż kopnie. A jak spał, to stukałam delikatnie w brzuszek, by go zbudzić i poczuć, że jest cały i zdrowy – i dopiero, gdy dał znak, mogłam znów spokojnie zasnąć.

  5. Mimo, że nie pierwszy raz czytam tę opowieść…kolejny raz się wzruszyłam! Podziwiam :*

  6. Anna Rutkowska

    jestem w ciąży i właśnie najbardziej boję się nie porodu ale leżenia. tej bezsilności, ciągłej opieki kogoś. Miałam zagrożoną ciąże i musiałam na początku leżeć. nienawidzę tego, boję się że trafię za szybko na porodówkę i bede tam leżeć w mękach jak Ty tygodniami, albo że po porodzie będę leżeć w domu i dochodzić do siebie za długo. Przebiega mnie fala gorąca gdy myślę o tym leżeniu, mąż mówi, że sobie za mocno wkręcam, wiem że tak jest, ale jak to usunąć z głowy i przestać o tym myśleć? przestać się tego bać?

    1. Ja prawdę mówiąc w ogóle nie myślałam że wcześniej urodzę. Na początku ciąży do 12 tyg. brałam leki na podtrzymanie, musiałam się oszczędzać. Później było wszystko jak w książce medycznej do pewnego dnia… Nie myśl o tym, nie nakręcaj się aby podświadomie nie dawać może jakiś impulsów. Ciesz się ciążą i tym że teraz jest wszystko w porządku :) Mąż ma rację mówiąc żebyś się nie nakręcała. Wiem, że ciężko wyrzucić to z głowy, ale spróbuj.
      Po porodzie byłam „na chodzie” już po 5 godz. i robiłam wszystko przy sobie i synku. Z racji wcześniactwa synka na całą noc zabrano na dokładne badania i o 6.00 przywieziono mi moje małe zawiniątko :)
      Na kiedy masz termin?

  7. Niesamowita historia… podziwiam i gratuluję, musiało być ciężko…
    ja na szczęście rodziłam „jak z bajki”, chociaż bolało jak cholera, po porodzie myślałam że wszystko ok i zemdlałam pod prysznicem, miałam zakaz podnoszenia się przez całą noc – ale to nic, bo córeczka była przez ten czas na oddziale dla noworodków… ale w porównaniu z Twoją historią – pikuś…
    Teraz zbliża się powtórka z rozrywki, mam nadzieję, że znowu wszystko się ułoży pomyślnie i za jakieś 6 tygodni przywiozę do domu małą kruszynkę – oby zechciała zaczekać do swojego terminu…

  8. Lepszego prezentu na Walentynki nie mogłaś sobie zażyczyć! ;) :P A najlepsze jest to że będziesz się nim cieszyć do końca swych dni! :)
    Jeszcze raz – GRATULUJĘ!! ;)

  9. Poryczałam się…:):):)

  10. Ja 14 lutego dowiedziałam się, że jestem w ciąży

  11. Super walentynki pamiątka na całe życie

  12. Regina Adamiec-Babula

    Wzruszyłam się czytając… Ja też rodziłam rok temu, ale 26 lutego i choć poród był bardzo długi i z komplikacjami urodziłam zdrowego synka… Dziś znów jestem w ciąży… Chcianej i planowanej i już nie boję się porodu, może nawet być taki jak poprzednio – byle tylko maluszek był zdrowy. Ja wiem, że dla Niego zniosę wszystko…

    1. Regina Adamiec-Babula

      Weszłam przeczytać jeszcze raz i się zorientowałam, że to nie historia z przed roku… Ale to nic i tak wzrusza…

  13. Czytam to po raz któryś i chylę czoła :* Nasze pociechy mają juz 4 latka. To dzięki Tobie i Kubusiowi jesteśmy tutaj, razem my „marcóweczki” za co BARDZO WAM DZIĘKUJĘ :*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Babcia i Dziadek – niezastąpiona instytucja

Babcia i Dziadek – niezastąpiona instytucja


Magdalena

14 lutego 2012

Niejednych tytuł ten może bulwersować. Babcia i Dziadek jako instytucja!! Zgadza się, w dzisiejszych czasach Dziadkowie to niemal „instytucja społeczna” umożliwiająca, a w niektórych przypadkach warunkująca, rodzicom powrót do pracy. Wielu młodych rodziców, nie wyobraża sobie życia codziennego bez ich zaangażowania i wsparcia.

My sami jesteśmy teraz rodzicami i radzimy sobie sami, z czego jestem bardzo dumna, jednakże przychodzą takie chwile, w których bez pomocy Dziadków nie dalibyśmy rady. Jako, że oboje z mężem pracujemy w jednej firmie, by móc zająć się naszą córką, musimy tak wymieniać dyżury, by zupełnie się mijać. Jednak mimo wszystko bywają dni, w których razem pracujemy, wówczas do akcji wkracza „Babcina instytucja”. Jakże spokojniejsza jestem, wiedząc że dzieckiem zajmuje się Babcia czy Dziadek, a nie obca osoba. Mam pewność, że córka jest bezpieczna, najedzona, przewinięta i …. szczęśliwa.

Zdarza się nam, że przez to nasze mijanie, przepływ informacji pomiędzy mną a mężem jest niepełny. Pewnego wieczoru stwierdziliśmy, że jutro razem pracujemy!! A z kim zostanie Maja? Szybki telefon do Babci, która oczywiście nigdy nie odmówi pomocy. Dzwonimy o 22.00, a po 6.00 rano w drzwiach staje Babcia, obładowana świeżymi owocami i warzywami z własnego ogródka, słoiczkami z najlepszymi przetworami, bo wnusia musi mieć wszystko co najlepsze. W nasze progi wkracza drobna osóbka z ogromnym sercem, nieskończoną cierpliwością, z opowieściami, bajkami, piosenkami i uśmiechem, który załagodzi każdego nowego guza i ukoi spłakane oczka. Utuli i ukołysze do snu sprawiając, że te będą spokojne i kolorowe.

Zostawiając Maję pod opieką Dziadków, możemy być pewni, że nie zabraknie jej atrakcji i czasu, poświęconego tylko jej. Zadba o to Dziadek, bo to najlepszy kompan wspólnych zabawa, wypraw i opowieści. Jego wyobraźnia nie ma granic, a szaleństwo końca. Bo dziadek jest najlepszym przyjacielem Majki.

Sama wspominając swoich Dziadków, odczuwam ciepełko na sercu. Nigdy nie zapomnę kojącego głosu Dziadka. Jego opowieści, wspólnych przejażdżek rowerowych i słodyczy, które Dziadzio zawsze miał gdzieś schowane. Moja Babcia była żwawą, rozgadaną kobietką, pełną energii i pomysłów. Jej ciasteczka i gorąca kawa zbożowa to smaki, których nie da się zapomnieć. Zawsze służyli mądrą radą, ciepłym słowem. Mimo, że nie nacieszyłam się nimi zbyt długo, czuję ich obecność gdzieś blisko mnie. Mam nadzieję, że czuwają nad moją rodziną, a ich “instytucja Pradziadków” działa non stop. I chyba, tak naprawdę dopiero gdy dorosłam, zdałam sobie sprawę jakimi byli cudownymi ludźmi.

Mamy to szczęście, że możemy liczyć na pomoc Dziadków, o każdej porze dnia i nocy. Dziadkowie służą wsparciem, radą, dobrym słowem oraz są naszymi „uspokajaczami”, gdy coś się dzieje.

A czy są od rozpieszczania?? Skłaniam się ku stwierdzeniu, że troszkę tak. Mają więcej czasu, doświadczeni, i niewyczerpane pokłady cierpliwości, którą obdarowują wnuczęta. Wszystko jednak musi być zgodne z naszymi zasadami, Dziadkowie wiedzą na ile mogą pozwolić wnukom, bo wytyczyliśmy im granice (chociaż i tak wiem, że czasem dają sobie wejść na głowę).

A czy są od wychowania?? Stanowczo nie!! Mogą pokazywać świat dzieciom, dzielić się z nami swoimi doświadczeniami – czasem warto skorzystać z doświadczeń starszego pokolenia, ale od wychowania są rodzice.

Póki co dajemy sami radę i takie sytuacje zdarzają się nieczęsto, ale w niektórych rodzinach instytucja ta pełni dyżur niemalże 24h przez 7 dni w tygodniu.

Ciekawa jestem jak jest u Was. Czy możecie liczyć na pomoc Dziadków? Jak u Was pracuje „Instytucja” i czy z niej korzystacie?

I czy dziś z okazji Walentynek Dziadkowie pełnią dyżur?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. „A czy są od wychowania?? Stanowczo nie!! Mogą pokazywać świat dzieciom, dzielić się z nami swoimi doświadczeniami – czasem warto skorzystać z doświadczeń starszego pokolenia, ale od wychowania są rodzice.” – zgadzam się w 100%!!

    Ja póki co nie pracuję zawodowo więc zajmuję się synem sama (z mężem oczywiście! ;) ) bez pomocy dziadków. I szczerze mówiąc na chwilę obecną nie czuję potrzeby oddawania dziecka dziecka po to żebym mogła sobie odpocząć.
    Ale myślę, że kiedyś przyjdzie taki czas że będziemy podrzucać syna dziadkom, żeby mogli trochę pobyć ze sobą :)

    Sama również miło wspominam swoich dziadków! I mimo iż rodzice mamy już odeszli :( to zostali mi jeszcze rodzice ojca, którzy mogą teraz cieszyć się swoim pierwszym prawnukiem! :)

    1. Magdalena446

      My nie zostawiamy Maji aby odpocząć, ale żeby móc pracować. Choć jak będzie większa, lub kiedy powiększy się nam rodzina, myślę że będziemy jej robić krótkie (bo długo nie wytrzymam bez mojej Królewny;-))”wakacje” u Dziadków.

      1. A ja taki argument (o odpoczywaniu) słyszałam już nie raz, nie dwa i co dziwne – tylko z ust rodziny męża….. :P

  2. Możliwość korzystania z pomocy Dziadków jest nieoceniona. Jednak zapatruję się na ten problem nieco inaczej (jak zwykle z resztą ;D). Uważam, że jeśli tylko można, to powinno się korzystać z pomocy i uprzejmości dziadków, nie dla własnej „wygody”, nie dla budowania więzi między dziadkami a wnukami (co niewątpliwie jest też bardzo ważne), ale dla tego, by dziecko przyzwyczajało się do obecności innych ludzi, żeby nie było dla niego traumą zostanie gdziekolwiek bez rodziców (głównie bez mamy). Ja tak ja Fizinka radzę sobie doskonale bez pomocy, ale z chęcią korzystam z możliwości zostawienia córki na 2-3 godziny u babci. Są to sporadyczne jej wypady, ale się zdarzają. Dzięki temu mam pewność, że jeśli zdarzy się wypadek losowy i będę musiała wyjechać czy trafię do szpitala nie będę zaprzątała sobie głowy czy moje dziecko nie przeżywa osobistej tragedii, że zostało porzucone. Niestety Tatuś nie zawsze będzie mógł zostawić firmę samą sobie, by w takiej chwili zająć się dzieckiem w pełnym wymiarze czasowym ;)
    Skąd moje zdanie? Byłam klasycznym przykładem dziecka, które na samą myśl, że mamy nie ma w pobliżu miało łzy w oczach, nie wspominając „samodzielnych” wakacji u dziadków czy kolonii! Wiem doskonale co przeżywa dziecko w takich chwilach i nie chcę by moja córka musiała przezywać to samo.

    1. Z tym przyzwyczajaniem do innych osób, a raczej do braku mamy w zasięgu wzroku – to święta prawda – nasza mała potrafi zostać prawie z kimkolwiek, kto poświęci jej trochę uwagi, nie robi scen przy pożegnaniu, czasami nawet jest mi z tego powodu nieco żal :)

  3. My również radzimy sobie sami. Tyle że u nas nie mamy możliwości zostawienia synka u dziadków. Teściowe pracują a zaraz po pracy mają obowiązki w gospodarstwie, które jest oddalone od naszego miasta i muszą tam dojechać. Zostają na noc i rano jadą do pracy. Moi rodzice są zagranicą. Radzimy sobie jak możemy sami, choć czasami potrzebujemy załatwić jakąś sprawę sami i nie mamy jak tego zrobić. Wszystko planujemy z dużym wyprzedzeniem czasu by teściowie mogli na spokojnie zostać z wnukiem chociaż na godzinkę. Wiem, że dużo mają pracy w gospodarstwie, obrządek zwierząt czas zajmuje a po pracy też są zmęczeni. Dlatego rozumiem ich brak czasu i nie mam im tego za złe. Kiedy sytuacja jest awaryjna, zawsze zostaną z wnukiem choćby po nocy mieli coś robić w gospodarstwie.
    Od wychowania są rodzice. Nasi dziadkowie nie wtrącają się do tego. Owszem udzielą jakiś rad, ale nie robią na przekór naszym zasadom. Dziadkowie są od wspólnej zabawy :) Do dziś pamiętam opowieści swojego dziadka, pichcenie z babcią ciasteczek :)

    1. U nas podobnie, dziadkowie 400km od nas i bywa czasem trudno, bo nie mamy komu powierzyć naszego szkraba. odkąd wróciłam do pracy coraz częściej brakuje nam tej „instytucji”, i niestety ciężko nawet w awaryjnych sytuacjach. pozostają opiekunka lub sąsiedzi.

  4. Także ,radze sobie sama i bardzo dobrze mi to wychodzi:) chociaz mogla bym skorzystac z pomocy babci(mojej mamy)prababci ,ale dlaczego ja mam odpoczywac skoro tego nei potrzebuje (no chyba ze by mnie praca przycisla) ciesze sie z kazdej chwili spedzonej z nim :) i nic innego sie nei liczy. Czasami mi sie zdarza ze podrzuce dziecko mamie trzeba . Dobrze jest miec tez kogos kto pomoze jak potrzeba. Chcialam dziecko to je wychowuje.

  5. U nas dziadkowie zajmowali się przez rok naszą córeczką, gdy mąż i ja byliśmy w pracy. Potem zaszłam w drugą ciążę i chwilę przed urodzeniem synka wróciłam do domu, by teraz siedzieć z maluszkami. Karolcia kocha babcię i dziadka jak nikogo! To oni mogli poświęcić jej cały swój czas. My – rodzice – musimy też zająć się domem, zrobić zakupy, planować bieżące życie. A dziadkowie? Oni są tylko od zabawy i spędzania czasu z dzieckiem. Czegóż maluch może chcieć więcej?
    Tylko potem rodzice borykają się z korygowaniem wyuczonych przez dziadków zachowań u dzieci. No ale cóż… coś za coś ;)

  6. A my właśnie dziś mogliśmy skorzystać z odwiedzin „instytucji” i pójść do kina :) Ot, taka odskocznia. Niestety zarówno dziadkowie jak i cała rodzina mieszkają jakieś 400 km stąd, więc maluch czy chce czy nie chce jest na nas skazany ;) – nie narzekamy! Wychowujemy bez krytycznych spojrzeń czy uwag…jednak żal mi relacji jaką mógłby syn mieć z babcią czy dziadkiem, bo czy Skype lub telefon może zastąpić prawdziwą zabawę i czułości?!
    Gdybym miała pójść znów do pracy i synek zostałby z dziadkami – to nie miałabym wątpliwości! Nie mamy jednak takiej możliwości – a o OBCEJ osobie – sam na sam z moim dzieckiem – jakoś nie mam ochoty myśleć…

  7. Tak się szczęśliwie składa, że nasza córeczka oprócz ma nie tylko dziadków i babcie, ale również prabacię i dwóch pradziadków – Ci wprawdzie nie udzialają się z racji wieku za często, ale i tak pomagają jak mogą. Natomiast mama męża, po pierwsze dltego, że mieszka jakieś 15 minut na piechotę od nas, po drugie – jest na emeryturze, ale nadal pełna życia – bardzo często nam pomaga – niby jestem na urlopie wychowawczym, i to płatnym, ale udało mi się złapać też pracę „z domu”, więc bywają dni, których bez jej pomocy było by bardzo ciężko. A teraz, kiedy jestem w ciąży, niekiedy przyda się wolne popołudnie, oficjalnie po to, by trochę odsapnąć (Magdusia jest lekko zwariowaną dwulatką…), ale z reguły w tym czasie i tak pracuję, przed komputerem czy w domu…
    Moja mama jeszcze pracuje, więc nie ma tyle czasu, ile by chciała, ale jak już nas odwiedzi, to jest zawsze pomocna i opowiada córeczce niestworzone historie. Nejbardziej cieszę się, gdy przyjedzie z już gotowym obiadem (gotowanie to nie jest moja pasja…) A tata wymyślił sobie comiesięczny „dzień dziadka” – rano zawozimy mu Magdzię a wieczorem odbieramy ją :) Wiemy że będzie miała wszystko, czego potrzebuje.
    Dziadkowie (i babcie tym bardziej) potrafią być najlepszymi opiekunami, czasami sami odkrywają, że dla własnych dzeci nie mieli tyle czasu, że nie ciąży na nich ta odpowiedzialność za wychowanie, za zapewnienie wszystkiego… A gdy rozmawia się z nimi otwarcie o tym, jak chcemy wychowywać swoje dziecko czy czego sobie nie życzymy, to wszystko gra :) A jeżeli jest taka możliwość, i nie robi się tego co tydzień, to czemu nie zrobić sobie czasami wieczoru wolnego, wyjść odwiedzić znajomych, pobawić się na bal czy na imprezę, gdy dziecko samo prosi, by zostać u babci na noc? Na początku serce mi się krajało i każde 5 minut sprawdzałam telefon, czy aby coś się nie stało, ale teraz już wiem, że mogę dziadkom ufać :) i cieszę się, że ich mam :)

  8. U mnie niestety sytuacja wygląda nieco gorzej .Pomocy ze strony dziadków nigdy nie miałam gdyż moi rodzice pracują i wnuczke widują tylko podczas odwiedzin .Rodzice meża faworyzują tylko wnuki ze strony swojej córki.Raz tylko poprosiłam o zostanie teściowej z małą a było to wtedy gdy robilismy zakupy na chrzciny .Teściowa odmówiła mówiąc że akurat myje okna i nie ma czasu.Od tamtej pory nigdy wiecej nie poprosiłam o jakąkolwiek pomoc.

  9. Czarna_oliwka

    I u mnie,jak u koleżanki Beaty,pomocy babć(teść nie żyje,mojego taty nie ma w Pl) nie ma.I mimo,że jedna mieszka 100metrów dalej,druga 3kilometry,moja córeczka widzi babcie od wielkiego święta i to raczej jak do nich pójdziemy w odwiedziny.Obie pracują,teściowa do 13,moja mama do 17.Fizycznie moją małą nie mogą się zająć.Moja mama po pracy zajmuje się bratanicą,a teściowa pierwszą wnuczką(córką córki),mnie serce się kraje,że w ich życiu nie ma dla mojej niuni miejsca,ale cóż…
    Póki co siedzę w domu,a jak pójdę do pracy będę miała dwa wyjścia-żłobek lub niania.

  10. Oj, dziadkowie! Julka uwielbia babcie i dziadka! A oni ją – to pierwsza i na razie jedyna wnuczka moich rodziców, a więc oczko w głowie!:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku