Związek 25 października 2013

Z facetami nigdy nie jest nudno. I czysto…

Taka sytuacja…..
Wtorkowy obiad zostaje do środy. W środę należy go tylko podgrzać, nic więcej. Mój małżonek, jako że na 14.00 jedzie do pracy, obiad chciałby zjeść najpóźniej o 13.00. Ale wyjątkowo nie dziś. Obiadu nie podgrzewa, bo do 13.00 grał na komputerze i już nie ma czasu. Robi kanapki.

Kolejnego dnia, tj. w czwartek nie szykuję nowego obiadu bo dziecko zje w żłobku, ja sobie jakoś poradzę, a na męża wciąż czeka to czego nie zjadł wczoraj. Obrałam mu tylko kartofle, żeby nie było, że już całkowicie o niego nie dbam i totalnie NIC nie robię.

Nie wiem czy to ma jakiś związek, ale w nocy chyba mnie jakaś mucha tse-tse użarła w głowę, bo od samego rana sprzątałam na cycuś glancuś dom, włącznie z szorowaniem na kolanach(!) podłóg, myciem okien i prasowaniem – czego nienawidzę!

A ta menda jedna, mój małżonek, chcąc dotrzymać mi kroku, od rana grał na komputerze. I wierzcie mi bądź nie, ale ZNOWU zszedł łaskawie o 13.00 do kuchni, wyciągnął chleb i zaczął robić kanapki!

No niech mnie chudy Mojżesz strzeli! Jak walnęłam szmatą o podłogę to aż się zatrzęsła, a woda w klopie rozstąpiła!

– Przecież jest obiad! Od wczoraj czeka, czemu go nie jesz?!
– Bo myślałem, że to dla was…
– To nie myśl! Od myślenia ja tu jestem! …. Wystarczy go podgrzać, ot cała filozofia!
– Myślałem, że… (znowu to robił, wariat jeden!) –  jak coś to… żona mi go podgrzeje.
– Ooooo mój drogi! Hola hola! To ja zapierdzielam od rana z jęzorem na wierzchu, żeby doprowadzić do porządku to, co ty, razem z tym drugim, małym smarkiem  wywracacie do góry nogami, a Ty sobie siedzisz bezproduktywnie i grasz… i jeszcze mi mówisz, że mam Ci obiad podgrzać?! No bez przesady…

No to zagrzał. I zjadł. Ale talerz zostawił. Bo zmywarka jest za nisko. Na dodatek, przecież się do pracy spieszy…

Też tak czasem macie, baby?  :-)

Błagam, powiedzcie,  że nie tylko u mnie takie kabarety odchodzą! ;-)

Subscribe
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Milena Kamińska
Milena Kamińska
6 lat temu

Niesamowite :-) oj nie jest z nimi nudno . Mój często doprowadza mnie do takiego szału i nie wiem dlaczego zamiast płakać „leje ze śmiechu”, ręce opadają. On myśli że talerze po obiedzie same pójdą ze stołu do zmywarki, ubrania same wskoczą do kosza na brudna bieliznę ,itd… Początki były ciężkie i z biegiem lat nauczyłam go podziału obowiązków, Jak mi mówił że” jaki on jest zmęczony a ja to powinnam być wypoczęta bo przecież pralka sama pierze, kuchnia gotuje …. ” to postanowiłam przeprowadzić eksperyment : nie uprałam ubrań, w których były również ubrania do pracy bardzo potrzebne. mąż… Czytaj więcej »

Marta Nowak
Marta Nowak
6 lat temu

taaa! dom się sam sprząta- to odkrycie mojego męża, widocznie sprzątam prędkością światła i mnie nie widać ;p ale ja też mam w planach strajk ;) i to już po świętach;) ale będzie zdziwienie :p

Anna Kotas
Anna Kotas
5 lat temu

Jak dobrze wiedzieć, ze nie tylko ja jestem „wariatką” :) Mój mąż twierdzi, że sprzątanie to moje hobby, a on nie potrafi np. wycierać podłogi i tego robił NIE BĘDZIE ! I trzeba szczegółową listę robić, bo potem jest : ale o tym mi nie mówiłaś.. Walczymy z tym :)

Fizinka
Fizinka
5 lat temu
Reply to  Anna Kotas

Witaj w klubie :) … w kupie raźniej ;)

Anna S.
Anna S.
5 lat temu

Bosz! czytam czytam już drugi raz… mam wrażenie że to ja ten tekst napisałam! wypisz wymaluj mój mąż! jedyne czego sie uczę to to, że On naprawde nie zauważa, że jest tcoś nie zrobione…. przestałam prasować jego rzeczy… nosi takie pogniecione :) nie paruje mu skarpet, grzebie w szufladach i szuka co rano pary.. a jak zostawi skarpety brudne na podłodze to wkładam mu do szuflady bo „myślę że skoro tu leżą to są czyste, przeceież brudne wkłada się do kosza”.nie marudzi a ja mam mniej roboty :)

Fizinka
Fizinka
5 lat temu
Reply to  Anna S.

Heheh mam to samo! :) Czyste pranie, które ściągam z suszarki, segreguję na: moje, dziecka i szanownego męża :) Po czym, moje oraz małolata rzeczy składam i zanoszę tam gdzie trzeba, a małżonka zanoszę na jego krzesło (sprzed komputera) i zostawiam by sam sobie poskładał, „poparował” skarpety i zaniósł na miejsce :P – choć jak można się domyślić, zwykle tego nie robi…. :P Ale to już nie mój problem! ;)

Kulinaria 23 października 2013

Jabłkowe chipsy

Przyszła jesień, która obfituje w najróżniejsze smakołyki, do jej darów na pewno możemy zaliczyć jabłka, z których można wyczarować całe mnóstwo rzeczy. Ale co jeśli nie chcemy piec, gotować, pasteryzować, a chcemy mieć coś pysznego pod ręką?

Ja znalazłam sposób – jabłkowe chipsy. Pomysłowe, banalnie proste i przepyszne! Doskonałe jako „zaspokajacz” nagłej zachcianki na coś słodkiego – taka przekąska jest idealna dla osób dbających o linię jak i dla małych łasuchów. Świetny dodatek do świątecznego kompotu z suszu, ozdoba choinkowa, składnik innych dań.

Składniki:
-12-16 jabłek,
– suszarkę do owoców, piekarnik lub ciepły kaloryfer,
– trochę czasu,
– odrobinę chęci,
– nieco cierpliwość.

Sposób wykonania:

1. Jabłka myję, obieram ze skórki, chociaż można również suszyć ze skórką, wówczas będa miały ładną kolorową otoczkę. Kroję na plasterki ok. 2 mm grubości. Ja robię to za pomocą krajalnicy – idzie bardzo szybko, a plasterki są idealnie równe. Omijam środki, by nie mieć w chipsach twardych części i pestek.

2. Rozkładam w suszarce, tak by zakryć jej powierzchnię pojedynczą warstwą. Jeśli plasterki będą na siebie nachodzić, to nic, lecz musimy pamiętać aby po jakimś czasie suszenia, mniej więcej 2-4 godzinach, poruszać nimi, odkleić od siebie.

Włączam suszarkę na 2 godziny, po czym robię przerwę, tak kilkanaście rund i mamy jabłkowe chipsy gotowe.  Jeśli suszycie w suszarce, pamiętajcie by poziomy przekładać miedzy sobą, ponieważ te najniżej suszą się najbardziej.

Jeżeli korzystać z piekarnika, najlepiej użyć tych półek, które zapewnią odpowiednią cyrkulację powietrza, można użyć również sita. Ważne jest by temperatura nie była za wysoka, może oscylować pomiędzy 50-70 stopni i co ważne – piekarnik musi być uchylony! Nie może być zamknięty, ponieważ nasze jabłkowe plasterki się upieką.

Jest też sposób dla cierpliwych – rozłożyć plastry na ściereczce i położyć na kaloryferze. Pozostaje tylko czekać na efekty, tylko czy plasterki dotrwają?

Podczas suszenia jabłkowe plastry pięknie pachną, wypełniając aromatem cały dom. Po wysuszeniu można zamknąć w szczelny słoik, pudełko i cieszyć się zdrową przekąską.

SONY DSC

SONY DSC

Zdjęcia: Magdalena

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Maria Ciahotna
Maria Ciahotna
6 lat temu

znamy, robimy – pycha, palce lizać!!! Choć ostatniej jesieni zabrakło nam czasu na ich robienie, to w tym roku na pewno znowu się skusimy :)

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
6 lat temu

Zdrowe i pyszne. Miła odmiana dla śmieciowych przegryzek.

Emocje 20 października 2013

Jabłko od jabłoni…

…podobno pada niedaleko. Inna wersja: jaka matka taka natka :) I ja obserwując Duśkę widzę, że jest w tym sporo racji – jest do mnie podobna. I nie o fizyczne podobieństwo mi chodzi, bo tego akurat jest niewiele. Tu nastąpił podział, zewnętrznie jest podobna do tatusia, natomiast charakter wzięła po mnie. Jest tak samo jak ja uparta, tak samo dociekliwa, tak samo konsekwentna i tak samo nieprzewidywalna. Tak jak ja lubi komputery i muzykę klasyczną. Całą ciążę słuchałam Mozarta, warto było. Tego, że siedzenie przy komputerze w ciąży zaowocuje jej sympatią do tego sprzętu nie przewidziałam. Ale pewnie by mnie to nie powstrzymało przed buszowaniem w sieci.

I tak samo jak ja nie chce jeść mięsa. I to nawet nie o to chodzi, że ktoś jej na talerzu położy, tego na bank nie ruszy. Ale nigdy nie dała się oszukać w kwestii słoiczków: warzywny, owocowy, z rybką proszę bardzo, z mięsem stanowczo nie i koniec. Ja nie jem mięsa od dziewiętnastu lat, nie jadłam w ciąży i nie jadłam gdy karmiłam piersią. Można powiedzieć, że niechęć do mięsa moje dziecko wyssało z mlekiem matki.

A co przyszło jeszcze wcześniej?

Początek ciąży u mnie oznaczał przede wszystkim nadmierną senność, jak nie mogłam usnąć po południu to byłam nie do życia, no koszmar normalnie. Koło godziny szesnastej szłam spać, ot, taka dwugodzinna drzemka. Kiedy Duśka miała koło roku i zaczęła spać tylko raz dziennie, było to dokładnie w tych samych godzinach. Przypadek?

No to inny przykład. W ciąży codziennie o piątej rano budziłam się, szłam do kuchni i zjadałam jogurt. Jak Duśka się urodziła piąta rano była porą karmienia, często-gęsto nie zdążała się obudzić, karmiłam przez sen. Jak nie obudziłam się w porę to mogłam liczyć na pobudkę, piąta rano była świętością, na szczęście jej to przeszło ;)

Kiedy już moje dziecko zaczęło harcować w moim brzuchu nigdy nie robiło tego w nocy, noc to była pora spania i jak się urodziła było tak samo, żadnych pobudek co dwie trzy godziny, nigdy mi nie robiła, właściwie od początku przesypiała noce, czyli spała minimum pięć godzin bez przerwy. Jeżeli udało mi się zdążyć z karmieniem zanim się obudziła spała dłużej.

O ile to wszystko co powyżej da się jakoś logicznie wytłumaczyć, to jest jedna rzecz, która wyjaśnienia nie ma – żółta poducha. Pod koniec ciąży, kiedy trudno znaleźć sobie dobrą pozycję do spania, wkładałam ją sobie między nogi, niesamowita ulga ;) Jak Duśka się urodziła poduszka poszła w odstawkę, nie była do niczego potrzebna. A nie, przepraszam, czasem podkładałam pod ramię przy karmieniu jak moja córeczka była maleńka. Ale krótko to trwało. Duśka od początku miała swoją poduszkę, mojej nie potrzebowała, zresztą za duża by dla niej była. I sama nie wiem kiedy żółta poducha stała się ukochaną poduszką, przytulanką i towarzyszką życia Duśki. Mało tego, potrafi zasypiać trzymając ją między nogami! Ktoś da radę mi to wyjaśnić?

A Wy drogie mamy, zaobserwowałyście takie podobieństwa między Wami i Waszymi dziećmi?

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close