Emocje 16 sierpnia 2018

Zapach jabłek

Obracam w dłoni dorodne jabłko. Błyszczy, pięknie pachnie i wygląda… W smaku nie jest już takie wspaniałe, bardziej jak papier, niż wymarzony smakiem owoc. A u mojej babci na wsi, tam gdzie i ja lata temu mieszkałam, to dopiero były jabłka!

Stare, niemieckie jabłonie, powykręcane czy to siłą wiatru, czy przygięte do ziemi przez wiek, niosły owoce, prawdziwe i zachwycające.Tego smaku już nie ma i chyba wszystko stracone, bo najstarsi w rodzinie nie pamiętali fachowych nazw tych babcinych jabłoni, więc nijak je odzyskać. Drzewo ścięte dobrze ponad dekadę temu, po ataku zarazy, nie ma nawet jak zdjęć zrobić, żeby znawcy zapytać, więc tylko żal został, bo jak tu odzyskać smak dzieciństwa?

Nawiedziło mnie, chcę mieć taką jabłoń jak u babci, obok swojego domu, który kiedyś wybudujemy z mężem. Szukałam więc w sieci informacji o niej, ale sprawa jest trudna. Jak znaleźć jabłko, odtwarzając wygląd, smak i aromat na podstawie doznań z dzieciństwa? Bo, to co pamiętam, zawiera się w strzępkach wspomnień – niewielkie jabłka, wyjątkowo soczyste, żółciutkie z zaczerwienieniami na skórce. Ich miąższ był zwarty, chrupiący, pachnący o smaku… no właśnie, jaki to był smak? Nie umiem określić, kojarzy mi się z czymś świeżym, słodkim, pysznym.

Sama jabłoń nie była wysoka, miała gęste, ciut pokręcone gałęzie, które bardziej rozkładały się na boki, niż pięły się w górę. Pień nie był zbyt gruby, kora chropowata, na dole bielona – chyba jak u większości drzew owocowych, nie tylko jabłoni. Jabłka najlepsze były te zleżałe na ziemi, ich wysyp kojarzy mi się z końcówką sierpnia  lub wrześniem i słonecznymi dniami.

Często dopada mnie nostalgia za przeszłością, za tymi wspaniałymi jabłoniami, czereśniami, śliwami, słodko-kwaśnymi wiśniami, które trwale brudziły ubrania. Smaczne, zdrowe, ekologiczne i wpół dzikie, niezapomniane. Szukałam więc dalej zdjęć tych jabłek w google i… nie znalazłam nic idealnie pasującego wśród bardziej popularnych odmian jabłoni.

Żeby się pocieszyć i uporządkować posiadane informacje o jabłonce rosnącej na koplu, zadzwoniłam do taty. Od słowa do słowa, stworzyliśmy charakterystykę tych jabłek, bo im więcej informacji, tym większa szansa na sukces. Już miałam kończyć rozmowę, a tato nagle zaskoczył “czekaj, dziadki mówili kiedyś o niej Cukrówka, ale nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam”.

Tato może i nie był pewien, ale Google wiedział!!! Tak, to stara przedwojenna Cukrówka!!! Tyle czasu szukałam, tyle pytałam i bez efektu, aż do teraz. Przyznam, że łzy zaświeciły mi w oczach, bo można jeszcze kupić tę jabłoń, można ją przeszczepić. A dzięki temu, przywrócę wspomnienia, nie tylko o dziadku, który zasnął na wieki, zaraz po ścięciu tej jabłoni. Odeszli oboje, tak jakby odejście jednego, pociągnęło odejście tego dawnego, powojennego świata na dawnej, pruskiej wsi.

Zasadzę i Złotą Renetę i Cukrówkę, a za kilkanaście lat, podnosząc z miękkiej trawy złociste, znaczone czerwienią jabłka, znów ciepło pomyślę o świecie, do którego zawsze będzie mi tęskno.

 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Gry planszowe i nie tylko 15 sierpnia 2018

Game Over

Szukacie gry na zajęcie czasu dla maksymalnie 4 graczy w wieku od 5 do 105 lat? No to mam coś dla Was.

Game Over, czyli gra, która tytułem zachwyciła mojego starszego syna (skojarzenie z grą komputerową), ale to młodszy pokochał jej zasady. Jest to propozycja gry typu “memory”  o jasnych regułach. Rozgrywka polega na odkrywaniu poszczególnych kart, aby gracz przeszedł korytarzami labiryntu odnajdując klucz do skrzyni ze skarbami i osobno same skarby.

Zadanie wbrew pozorom nie jest takie łatwe, bo dostępu do skarbu strzegą potwory oraz smok. Aby misja się powiodła, należy wykazać się spostrzegawczością i dobrą pamięcią. Potwory (piękne, kolorowe, zupełnie niestraszne) nie są takie niepokonane – ale o tym dalej.

Każdy gracz posługuje się jedną z czterech kart z wizerunkiem rycerza oraz wybiera  jeden z czterech rodzajów broni na czas kolejki. Karty tworzące planszę rozkłada się na środku stołu tak, aby powstał kwadrat (5 kart na 5 kart). Po przeciwnej stronie w narożnikach planszy kładzie się karty z rycerzami. Aby zacząć grę, najstarszy gracz wybiera jeden rodzaj broni którym się posłuży przeciw potworom i odkrywa pierwszą kartę. Na każdym kartoniku z potworami istnieje ikona, która informuje jaka broń zadziała przeciw niemu.

Jeżeli gracz posiada potrzebną broń, kontynuuje wędrówkę i odkrywa kolejne karty. Broń można zmieniać w trakcie kolejki. Jeśli kolejna karta ze stworem ma w rogu inną broń, niż ta, którą aktualnie posługuje się rycerz, nie jest w stanie pokonać potwora i wtedy pada hasło Game Over. 

Zakrywamy wszystkie wcześniej odkryte karty, ale warto przy okazji zapamiętać co było pod każdą z zakrytych, żeby później było łatwiej wybierać kierunek wędrówki. Istnieją tu także tajne przejścia w labiryncie, które pozwalają  przemieszczać się do dowolnych komnat. Jeśli traficie na smoka to znaczy, że kończycie swoją kolejkę. Ten kto w trakcie jednej wędrówki odkrywa klucz i skarb, wygrywa! 

Wiem, że opis zasad może wyglądać skomplikowanie, ale gra jest naprawdę prosta i przyjemna. Wydawnictwo Nasza Księgarnia przygotowało instruktaż w formie wideo, który warto zobaczyć, choćby po to, by docenić niewątpliwej urody grafikę tej gry.

Moje dziecko mówi, że gra jest super, więc ja również mogę ją polecić :)

Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazania gry do recenzji.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Gry planszowe i nie tylko 15 sierpnia 2018

Fabryka robotów – recenzja gry

Szukacie gry, która będzie rozwijała koncentrację, spostrzegawczość i refleks u dziecka przedszkolnego, a do tego kosztowała poniżej 25 zł? Mam dla Was dobrą wiadomość, w asortymencie wydawnictwa Nasza Księgarnia odnajdziecie właśnie taką grę – Fabrykę Robotów.

Gra Fabryka Robotów jest genialna i mówię to ja, która nie przepada za karciankami, ale ta mnie naprawdę urzekła. Ponadto pochłonęła moje dzieci, które potrafią zniknąć w swoim pokoju na około trzydzieści minut rozgrywki. Czego chcieć więcej  :)

Fabryka Robotów jest grą rodzinną, z powodzeniem mogą grać w nią same dzieciaki, ale także dorośli odczują dreszczyk emocji.

W niewielkim pudełku znajdziecie 5 kart startowych i 50 kart robotów. Karty różnią się kształtem i kolorem robota oraz kolorem pasa transmisyjnego. Ponadto w pudełku znajduje się kartonowy przycisk stop, który należy uderzyć w momencie, gdy w fabryce zabraknie danego modelu maszyny.

Bardzo ciekawie jest rozwiązana opcja zamawiania cyborgów.  Wierzchnia strona kart wyznacza na jaki element mamy zwracać uwagę – kształt, kolor robota, czy kolor pasa transmisyjnego. W tym miejscu trzeba włączyć refleks, spostrzegawczość bo działa zasada kto pierwszy położy rękę na właściwej karcie, to wygrywa rundę i zabiera kartę do swojej kolekcji.

Mój siedmiolatek od razu załapał zasady gry i trudno było go pokonać już w pierwszej rozgrywce. Sześciolatek również powinien sobie świetnie poradzić.  Dla młodszych dzieci może być jeszcze zbyt trudna, gdyż niełatwe będzie dla nich oderwanie się od koloru, czy kształtu robota. Mimo tego gra jest fajnym ćwiczeniem na spostrzegawczość i koncentrację.

Grę polecam z czystym sumieniem, bo w naszym domu zagościła już na dobre.

Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazanie egzemplarza gry do recenzji!

Autorzy: Jason Lin, Frank Liu
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wiek: 6-106 lat
Liczba graczy: 2-6
Czas gry: 20 min

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close