Chodź, pokażę Ci świat… Opolskie zoo


Odkąd sięgam pamięcią, zawsze byłam towarzyską osobą. Wybitnie nie lubiłam samotności, nudy i bezczynnego siedzenia w domu. Bywało tak, że zjawiałam się w hacjendzie tylko po to by się umyć, przebrać i wyspać, co niektórzy (złośliwi lub zazdrośni) często kwitowali, że traktuję dom jak hotel.

Cóż, może czasami tak to właśnie wyglądało, ale co z tego?? Byłam wówczas młoda, wolna i bez zobowiązań. Zawsze mówiłam – To jest MÓJ czas. Jak nie teraz, to kiedy?!
Dziś jestem żoną i mamą, ba! Powiem więcej – wciąż jestem młoda i otwarta na nowe przygody! A w związku z tym, że mój syn – ekstrawertyczny mały odkrywca, wykazuje podobne cechy charakteru, chciałabym zaszczepić w Nim miłość do podróży, sportu i aktywnego spędzania czasu wolnego.

Ponieważ sama dużo czytam i szukam wszelakich informacji o tym gdzie i jak można fajnie spędzić czas z rodziną, co wbrew pozorom bywa trudne (albo ja źle się rozglądam albo temat ten jest mało popularny, przynajmniej na Śląsku…?), pomyślałam że dam coś od siebie i podzielę się z innymi swoimi pomysłami oraz turystycznymi doświadczeniami ;-)

I tak oto dziś, polecę Wam Ogród Zoologiczny w Opolu!
Ogród znajduje się na Wyspie Bolko, a jego powierzchnia zajmuje około 20 ha (!), więc jest gdzie spacerować ;-) Nam obejście całego parku zajęło jakieś trzy i pół godziny (bez pośpiechu i zbędnego zatrzymywania się).

To co bardzo przypadło mi do gustu, to fakt, iż zoo zostało podzielone na tzw. „krainy zoogeograficzne”, dzięki czemu zwierzęta pochodzące z różnych kontynentów nie są ze sobą wymieszane.

Po krótce przedstawię Wam jak wyglądają wspomniane poszczególne krainy parku..:

1. ŚWIAT MAŁP – zobaczysz tutaj biegające po linach i skaczące po drzewach Gibony białorękie oraz Siamangi, bardzo przyjazne i ruchliwe Sajmiri, najmniejsze małpy świata Uistiti Białouche i Tamaryny, a także jedną z większych atrakcji – Lemury, bliżej znane jako Król Julian ;-)
Przyszłym zwiedzającym podpowiadam, że od poniedziałku do piątku na teren Lemurów jest wstęp wolny i można stanąć z nimi oko w oko! W weekendy zagroda jest zamknięta, ponieważ przybywa za dużo turystów i jedna Pani, która zajmuje się owymi zwierzętami, nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego sama, no i niestety my nie mogliśmy przybić piątki Królowi, bo na wycieczkę wybraliśmy się w niedzielę.

zoo2

2. GORYLE – w ilości trzech sztuk, nam jednak dane było zobaczyć tylko jednego (jego koledzy chyba przespali nasze zwiedzanie) i powiem Wam – wiedziałam że są to wielkie zwierzęta, ale żeby aż tak!?! Strach się bać myśląc co by było gdyby stanął tuż obok.. :-)
A najlepiej, pewną wielką część ciała przedstawiciela goryli,  skwitował mój 2-letni syn.. –„Ale pupusia!” (czyt. pupa) ;-))

zoo3

3. PŁAZY – płazów niestety nie pooglądaliśmy ponieważ w grudniu 2012 roku spłonęła część budynku, w którym się znajdowały i większość zginęła, a część którą uratowano również w późniejszym czasie padła :-(
Jako ważną informację dodam, iż płazy to gatunek zwierząt, którym grozi wyginięcie!! Miejcie to na uwadze..

4. WYBIEG POŁUDNIOWO – AMERYKAŃSKI – w centralnej części tego obszaru, znajduje się wielka woliera (pomieszczenie dla ptaków odgrodzone siatką), którą zamieszkują przepiękne różnokolorowe papugi, między innymi: Ara, Amazonka, Araona i Patagonka.
Z tego co dowiedziałam się już po naszej wycieczce, wynika, że można wejść do takiej części, gdzie nie ma żadnego ogrodzenia i w każdej chwili wielka papuga może usiąść komuś na ramieniu ;-) My niestety tego nie doświadczyliśmy i śmiem twierdzić, że sytuacja jest podobna do tej z Lemurami, czyli bezpośredni kontakt ze zwierzętami możliwy jest jedynie w tygodniu, kiedy przyjeżdża mniej turystów.
Prócz ptaków, zobaczyć możesz także tutaj: największego drapieżnika Pumę, Jaguara oraz przekomicznie wyglądającego Mrówkojada (swoją drogą, zastanawiam się, jak tak duże zwierzę może odżywiać się głównie mrówkami i termitami…?!).
Z mniej znanych zwierząt znajdują się tu: Tapiry Anta, Kapibary – największe gryzonie świata, Mary Patagońskie – do złudzenia przypominające zające olbrzymy ;-) Nandu – największe nieloty Ameryki, które wyglądają jak Strusie ;-) a także Lamy i Wikunie – należące do wielbłądowatych.

zoo5

5. STAWONOGI – w tej części ogrodu oglądać można pochodzące z różnych stron świata bezkręgowce, takie jak: żuki, skorpiony, szarańczaki, kraby czy pająki, np. Ptaszniki.
Dodam, że miejsce to jest zaaranżowane w niezwykle mrocznym stylu – w ciemnym pomieszczeniu, z rozsypanym torfem na podłodze, wszechobecnymi stalaktytami i stalagmitami, co w połączeniu z moją arachnofobią nie pozwoliło mi na zwiedzenie tego miejsca ;/ Weszłam tam tylko, rzuciłam okiem i z pierwszym dreszczem przeszywającym moje ciało czmyhnęłam!

6. AUSTRALIA – chyba nikogo nie zadziwię, jak powiem, że na australijskim wybiegu można zobaczyć kangury ? ;-) Ale oprócz nich, znajdują się tam również: emu – wielkie, nielotne ptaki lądowe oraz poturu – malutkie zwierzątka, nazywane kanguroszczurami.

zoo6

7. SAWANNA AFRYKAŃSKA – podziwiać można tutaj zebry, żyrafy – najwyższe zwierzęta lądowe na świecie, strusie – największe ptaki świata, nosorożce, hipopotamy karłowate, antylopy a także surykatki – wbrew pozorom, są to bardzo niebezpieczne zwierzęta.

8. AZJATYCKI STEP – w tej części znajdują się między innymi: wielbłądy, kułany – dzikie osły, rysie – największe europejskie koty, daniele, pawie, żurawie, pelikany i kormorany.

9. WYBIEG UCHATEK – czyli drapieżnych ssaków morskich, eksponowanych w wielkim basenie. Można je obserwować zarówno z góry – z mostka, jak i z dołu (pływające i nurkujące) – przez szyby, znajdujące się poniżej poziomu wody.

zoo7

Jak widać, zwierząt jest całe mnóstwo – przy każdym wybiegu znajdują się tabliczki z ciekawymi informacjami o nich, ale żeby atrakcji na jeden dzień nie było za mało, na terenie parku znajdują się również: place zabaw, park linowy, punkty gastronomiczne, liczne ławeczki i stoliki gdzie można przycupnąć i zjeść małe co nieco oraz ogrom pięknej zielonej trawy, na której można urządzić cudowny piknik! Nam nikt wcześniej o tym nie powiedział, więc nie byliśmy przygotowani na takie lechniuchowanie ;-( Wam jednak podpowiadam – koniecznie weźcie ze sobą kanapki, napoje i koce, by móc odpoczywać na łonie natury (park naprawdę jest ogromny i można się troszkę zmęczyć, szczególnie kiedy jest się małym, kilkuletnim człowieczkiem.. ;-) )!

zoo8

Nie mogę nie wspomnieć również o tym, iż o wyznaczonych godzinach można pooglądać pokazy karmienia: lemurów, pelikanów, goryli, wydr i uchatek !! Warto więc tak zaplanować zwiedzanie by pojawiać się w danych miejscach o wyznaczonych godzinach.
Osobiście polecam karmienie uchatek, ponieważ jest to niesamowite widowisko! Zwierzęta machają na przywitanie płetwą, podają piłkę, pokazują widzom, że mają uszy,…. ;-)

To co może Was jeszcze interesować przed rozpoczęciem spaceru po parku, to z pewnością cena biletów – moim skromnym zdaniem jest bardzo przystępna (w weekend, za jedną dorosłą osobę zapłaciłam raptem 10,00 zł), dzieci do lat trzech – oczywiście wstęp wolny.
Na terenie parku znajdują się również całkiem przyzwoite toalety, z miejscami na przewijanie dzieci.
Jako (kolejną) praktyczną radę dodam, abyście wzięli ze sobą coś na komary, ponieważ ze względu na dużą ilość oczek wodnych, wodospadów i kaskad, nie można się czasami od nich opędzić!

Więcej szczegółów, takich jak: adres, godziny otwarcia czy cennik, znajdziecie na stronie internetowej parku zoologicznego: http://www.zoo.opole.pl/strona/1/aktualnosci.html

Naprawdę gorąco polecam!

P.S. Jeśli znacie jakieś inne fajne miejsca, gdzie można miło i aktywnie spędzić czas (najchętniej na świeżym powietrzu) to piszcie! Razem z moim Bąblem, chętnie je odwiedzimy!

Zdjęcia: Igor Chudy

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Mateusz Biedronka

    A my tak stopniowo wybieramy się tutaj http://zoosafari.com.pl/ ale teraz przekonałaś nas jeszcze do tego Opola wiec moze odwiedzimy i to i to miejsce :)

    1. Barbara Heppa-Chudy

      O Zoo Safari pod Łodzią nie słyszałam. Jak się wybierzecie, dajcie znać, czy warto.

  2. Wow, to Śląski Ogród Zoologiczny bida z nędzą… Ze swojej strony polecam Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu Zawodziu – koniecznie kupić karmę dla sarenek przy kasie – karmi się z ręki a zwierzaki chodzą swobodnie między ludzmi ;)

    1. Barbara Heppa-Chudy

      Niestety Ewa, Śląskie zoo okres świetności ma już za sobą, chociaż w porównaniu z okresem jak mój Aleks miał roczek (czyli 4 lata temu) i tak jest o niebo lepiej. Wtedy to się popłakałam z rozpaczy, bo pamiętałam to zoo z dzieciństwa (wtedy przepiękne).

      Natomiast opolski ogród jest cudowny – warto sprawdzić godziny karmienia zwierząt. I cena bardzo zachęcająca.

      Leśny Park Niespodzianek w Ustroniu też ciekawe miejsce – koniecznie musimy przedstawić relację z oglądania leśnych zwierząt.

  3. Uwaga na zamek w Malborku. Ostatnio byłam świadkiem jak mama próbowała wytłumaczyć maluchowi że duch i duchowny to nie jest to samo :D młody szedł w zapparte :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Jak nauczyć dziecko jazdy na rowerze – szybko i łatwo z FirstBike


Istnieje szeroki wachlarz ambitnych (i kosztownych) dyscyplin sportowych. Ale pewne formy aktywności są tak naturalne, że chcemy, aby nasze dzieci nauczyły się ich możliwie szybko. Jedną z nich z całą pewnością jest jazda na rowerze. Chyba każdy z nas ma swoją historię o tym, jak nauczył się jeździć  – jak się przy tym namęczył i jak wysilali się jego rodzice. Aby uniknąć niezbyt miłych wrażeń, lepiej zastanowić się zawczasu, na jaki pojazd chcemy posadzić nasze dziecko.

Podejście tradycyjne – czyli przestarzałe

Trzy lub czterolatek siedzi na lśniącym rowerku z bocznymi kółkami. Ojciec tuż przy nim, pełen zapału i nadziei. Padają instrukcje: „trzymaj nogi na pedałach”, „do przodu, nie do tyłu”, „nie dotykaj hamulca, bo przekoziołkujesz przez kierownicę”, „pchaj mocniej, bo nie pojedzie…”. Biedny dzieciak nie sięga nawet stopami podłoża. Nie ma wystarczająco siły, aby wprawić koła w ruch. Ostatecznie rower rusza dzięki pchnięciu ojca, kołysząc się niepewnie z lewej na prawą, lądując na bocznych kółkach. Tatuś jest lekko zirytowany  – oczekiwał trochę bardziej spektakularnych rezultatów ze strony potomka. Syn też nie bawi się dobrze. W efekcie następnym razem wezmą na spacer trójkołowy motorek, a ten ciężki rower pójdzie w odstawkę.

A może rowerek biegowy?

Dwulatek bez trudu podnosi rower z ziemi, siada w zagłębionym siodełku i opiera stopy o ziemię. Zaczyna ostrożnie iść. Próbuje odpychać się od ziemi, tak jak na swoim trójkołowym motorku, ale tu jest inaczej – ten rowerek ma dwa kółka.  Nogi przejmują kontrolę – służą jako podpórka i hamulec, dopóki malec nie nauczy się obsługiwać hamulca ręcznego. Po jakimś czasie marsz to za mało. Brzdąc przechodzi w trucht, wreszcie bieg. W końcu zbiera się na odwagę – rozpędza rower i unosi stopy nad ziemię. Teraz płynie w powietrzu delektując się prędkością. I nawet nie zdaje sobie sprawy, że właśnie nauczył się utrzymywania równowagi. Bez żadnej ingerencji, instrukcji, presji. Jak to możliwe, że dwulatek samodzielnie jedzie na rowerze? Proste – to First BIKE – rower bez pedałów.

FirstBikeDve0056_small

Fakty, fakty, fakty

Ta metoda nauki jazdy, początkowo „alternatywna”, coraz szybciej rozprzestrzenia się i obecnie wypiera ciężkie rowerki z bocznymi kółkami. W Polsce na rowerek bez pedałów mówi się rowerek biegowy, po angielsku to „run bike” albo „balance bike”, po niemiecku „Laufrad”. Dzięki niskiej wadze pozwala dzieciom nawet wjeżdżać pod górkę – ewolucja nie do pomyślenia dla przedszkolaka na rowerze z bocznymi kółkami. Wśród wielu obecnie dostępnych na rynku można wybrać model z hamulcem i ograniczonym kątem skrętu kierownicy. Te cechy zwiększają bezpieczeństwo. Wyprofilowane jak do jazdy konnej siodełko i rama z trwałego oraz elastycznego tworzywa zapewnią maluchowi wygodę i odciążą kręgosłup.

Pokonanie kilku kilometrów bez wysiłku na takiej biegówce to nie problem. A co najważniejsze – dzieciaki mają niesamowitą frajdę z takiej jazdy. Dla nich to znakomita zabawa, w czasie której niepostrzeżenie i intuicyjnie uczą się utrzymywania równowagi – umiejętności, którą dzisiejsi rodzice musieli w dzieciństwie  okupić takim trudem. Rowerek biegowy to nie pomysł na jeden sezon – może być używany przez okrągły rok i jest odpowiedni dla dzieci w wieku od 2 do 5 lat. Pięciolatek będzie już dostatecznie duży i silny, aby spróbować sił na większym rowerze z 16-calowymi kołami i pedałami. I boczne kółka staną się kompletnie niepotrzebne.

FirstBIKE-on-the-beach-2

 

First BIKE przyciąga uwagę dzięki charakterystycznemu wzorowi i wysokiej jakości. Jego rama i widelec mają w składzie włókno szklane, co zapewnia taką trwałość, że objęte są dożywotnią gwarancją!
First BIKE spełnia  także najwyższe standardy bezpieczeństwa co potwierdza certyfikat Safe Toys. W ubiegłym roku rowerki te otrzymały aż 12 nagród organizacji parentingowych i konsumenckich w USA.

Więcej o tym jak to działa na www.firstbike.pl oraz https://www.facebook.com/First.Bike.Polska

www.dianadomin.com

 

Koniecznie zobaczcie co te rowerki potrafią

A tu kolejny filmik potwierdzający fakt, iż rowerkom z bocznymi kółkami mówimy NIE!

Wpis jest elementem współpracy z firmą FirstBike

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ela Kuźmińska

    Syn w zeszłym roku jeździł na rowerku biegowym, trzy miesiące temu skończył 3 lata i na wiosnę planujemy go posadzić na tradycyjny rowerek.
    Córka skończyła w lutym roczek, jest bardzo sprawna i zastanawiam się czy mógłby rozpocząć naukę na rowerku biegowym?

    1. Magdalena Marczuk Romanowska

      To kiedy zaczniemy dziecko przysposabiać do rowerka czy biegówki, jest sprawą niesłychanie indywidualną. Ja zaczęłam dopiero jak Maja miała 2 latka. Była drobniutka i nieco wystraszona. Jeśli dziecko jest tym zainteresowane, chce to jak najbardziej można spróbować. Co do możliwości, to polecam właśnie FirstBike a to dlatego, że dzięki dodatkowemu uchwytowi obniżającemu ramę, może on posłużyć już bardzo szybko. Polecam recenzję https://wrolimamy.pl/recenzja/rowerek-biegowy-firstbike/ I szerokiej drogi;))

  2. Zdecydowanie polecam biegowy! Dzieci w naturalny sposób uczą się balansu-równowagi, potem przesiadka na zwykły to już bułka z masłem. No i nie ma męczącego dla rodzica biegania za rowerkiem. Wypróbowane na córce, teraz w jej ślady idzie syn. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Tylko w Twoich rękach…


Jak zaczęła się nasza historia…. zwyczajnie, choć z przerwą. Nie szukałam miłości, sama mnie znalazła. Wyznawałam zasadę, co ma być to będzie. Na początku nie było gromu z jasnego nieba, strzały Amora i motyli w brzuchu. Wszystko przyszło z czasem. Ale zacznijmy od początku.

Były wakacje, jak co dzień umówiłam się z przyjaciółką na tenisa stołowego. Stoły do gry były zajęte wiec usiadłyśmy na pobliskich stolikach do szachów, by poczekać na ich zwolnienie. Po jakimś czasie podeszło do nas dwóch starszych chłopaków. Zapytali czy mogą się dosiąść.  My, lekko speszone 14 – latki, zgodziłyśmy się. Nawiązała się rozmowa. Jeden z nich zaproponował, że odprowadzi mnie po grze do domu. Było blisko wiec się zgodziłam, choć trochę niepewnie.  Wyprzedzę wasze pytanie … nie to nie był mój przyszły mąż. Od tego momentu spotykaliśmy się codziennie.  Nowy znajomy stał się członkiem naszej paczki. Czy to lato czy zima razem spędzaliśmy czas. Pewnego dnia mój nowy znajomy przyszedł z kolegą. Jak się dowiedziałam swoim przyjacielem. Szliśmy akurat paczką na koncert wiec im więcej ludzi tym lepie – raźniej i weselej.  Nowo poznany chłopak nie przypadł mi do gustu, jakiś taki małomówny był.  A może nie zwracałam na niego uwagi, bo zwyczajnie nie szukałam chłopaka. Minęły wakacje kontakt się urwał.

Owego cichego chłopaka spotkałam ponownie po 3 latach przypadkiem (tak myślałam) na 18 u koleżanki z klasy. Okazało się, że są znajomymi. Usiadł obok mnie. Wiedziałam, że jedynymi osobami, które znał w tym gronie była solenizantka, ja i moja przyjaciółka. By nie czuł się głupio postanowiłam zapoznać go z resztą. Tak zaczęła się nasza rozmowa. Nie był to ten sam chłopak, którego pamiętałam. Mimo, że się dobrze nie znaliśmy rozmowa kleiła się w jedna spójną całość. Miałam wrażenie, że czyta w moich myślach. Pamiętam jego uśmiech i wspólne tańce. Po imprezie miałam wracać z kolegą z klasy. Plany uległy zmianie. Odprowadzał mnie P., bo miał ponoć po drodze (oczywiście okazało się to nieprawdą). Trasa szybko nam minęła. Rozmawialiśmy chyba o wszystkim jak dobrzy znajomi.  Pod klatką zastanawiałam się, czy poprosi mnie o numer telefonu. Nie zrobił tego, a ja nie byłam z tych dziewczyn, które pierwsze go podają. W poniedziałek w szkole koleżanka powiedziała, że ma dla mnie 2 wiadomości. Mój bodyguard poprosił ją o mój numer, a drugi znajomy chciał iść ze mną na studniówkę. Fajnie tylko obaj w tym samym dniu chcieli się ze mną umówić. No i masz babo placek. Nie chciałam stracić 2 okazji, wiec w sobotę poszłam na studniówkę, a pizzę z P. przełożyłam na niedzielę.  Kobieta przedsiębiorcza, upiekła 2 pieczenie prawie na 1 rożnie.

Jak się domyślacie nie była to jedyna pizza, którą wspólnie zjedliśmy. Po niej były kolejne. Wspólne wypady do kina i spacery wieczorem w towarzystwie gwiazd.  Po jakimś czasie, gdy byliśmy już parą dowiedziałam się, że nasze spotkanie na 18-ce nie było przypadkowe. P. miał w ogóle nie przychodzić, ale dowiedział się że ja tam będę i zmienił plany. Podobałam mu się wcześniej, ale jakoś nie miał odwagi i bał się, że nie zechcę starszego o 5 lat chłopaka.

Dziś śmiać mi się chce, gdy przypomnę sobie jak tak uparty przychodził po 2-3 razy dziennie tylko po to by towarzyszyć mi nawet zimą w spacerze z psem, który potrafił trwać tylko 15 minut, bo mały pies szybko marzł. Mój chłopak szedł do mnie 30 min w jedną stronę, by pospacerować wspólnie chwilę i znów wracać. Tłumaczyłam mu, że to bez sensu.  On mówił, że każda chwila ze mną jest ważna, nie mają znaczenia wszystkie, w których mnie przy nim nie ma. Mile wspominam wiersze, które mi pisał, te motyle w brzuchu i walenie serca, gdy nadchodził czas spotkania, pierwszy pocałunek…

Minęła szkoła średnia, nadeszły studia. Początkowo mieszkaliśmy w innych miastach widywaliśmy się, co dwa tygodnie. Codziennie wisieliśmy wieczorami na telefonach. Komórki zapalały się do czerwoności. Później ja rozpoczęłam pracę u nas w mieście i dojeżdżałam weekendami na uczelnię.  P. również pracował na miejscu, wiec po pracy dzień był nasz.

Pół roku temu minęło 9 lat od czasu, gdy jesteśmy razem, prawie 4 lata po ślubie.  A ja nadal kocham tego mojego wariata z duszą romantyka, choć nie raz mnie denerwuje i mam ochotę mu przyłożyć. Mimo, że dzieli nas 5 lat różnicy od początku stanowiliśmy zgrana parę. Oczywiście sprzeczamy się jak każde małżeństwo, mamy ciche dni i chwile zwątpienia. Mieliśmy po drodze małe zawirowania w związku. Pojawiły się one jakiś czas po powiększeniu naszej rodziny. Na szczęście minęły, a my na nowo nauczyliśmy się siebie. Każde z nas musiało odnaleźć się w nowej sytuacji.  Przez tę prawie dekadę widzę jak się zmieliliśmy, wspólnie dojrzeliśmy, dotarliśmy. Może związek trochę stracił na spontaniczności zachowań – z dzieckiem jednać trzeba niektóre rzeczy planować – to nadal darzymy się tym samym uczuciem i szacunkiem jak na początku. Nie raz potrafimy siebie nawzajem zaskoczyć i pomimo nie łatwego życia we dwóję walczymy by się nie zgubić.  Nie wyobrażam sobie życia u boku innego mężczyzny. Wiem, że ten mój niedoskonały mąż, mający swoje wady jak każdy to najcudowniejszy prezent od losu. Przy nim czuje się prawdziwą kobietą. Akceptuje mnie taką jaka jestem.

Dziś nie raz patrząc na naszego synka śmiejemy się, że gdy ja byłam w jego wieku mój mąż już chodził do szkoły: uczył się pisać i liczyć a ja dopiero mówić.  Fajnie można tak porównać tę różnicę wieku, która w dorosłym życiu nie jest już taką milową przepaścią.

Liczę, że w przyszłości mój synek znajdzie też osobę bliską sercu, z którą będzie dzielił troski i radości życia codziennego. A patrząc na nią nie będzie żałował lat wspólnie spędzonych lat, tylko czekał na kolejne.

Mam nadzieję, że Wy także czasem z uśmiechem na ustach wspominacie początek waszej wspólnej drogi. Często to robicie? Jak dawno temu los skrzyżował Wasze drogi?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Ciasto z kwaśnymi owocami – odcinek: „Porzeczki”


Sezon owocowy w pełni, działkowicze już mogą cieszyć się pierwszymi plonami prosto z krzaka. Porzeczki i agrest zachwycają swoim wyjątkowym i zdecydowanym smakiem. Jednak tak specyficzne owoce nie każdemu smakują w ilości „przemysłowej”. Pełne witamin i słońca, lecz dość kłopotliwe w obróbce…

Dlatego świetnym rozwiązaniem na dodanie im uroku jest wyczarowanie ciasta :) Z pewnością pomoże przekonać dzieci do odkrywania kwaśnych smaków!

Ciasto jest dość proste i choć pochłania nieco więcej czasu niż przysłowiowe 15 minut – jedynym minusem pracy nad nim jest ubrudzenie dwóch (a nie jednej) misek.

Stary przepis firmowany przez moja babcię i jej koleżanki „udaje się” nawet takim leniom jak ja ;) Więc serdecznie go polecam!

Składniki:

Ciasto
3 szklanki mąki krupczatki
5 łyżek cukru
1 masło roślinne/margaryna do pieczenia
5 jaj
1 cukier waniliowy
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2-3 łyżki śmietany

Masa
1 szklanka cukru
2 opakowania  budyniu waniliowego lub śmietankowego
75 dkg owoców(porzeczki lub inne kwaśne owoce: agrest, wiśnie itp.)

Przygotowanie

Ciasto: Wymieszać suche składniki: mąkę, cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia i margarynę. Rozdzielić żółtka od białek jaj (białka zostawiamy w drugiej większej misce). Dodać 5 żółtek i śmietanę, zagnieść ciasto. Ciasto powinno mieć dośc luźną konsystencję.

1/5 ciasta włożyć do lodówki. Resztę ciasta rozwałkować na blasze.

Położyć umyte i obrane z ogonków owoce – moje lenistwo pomija ten etap, więc mieszam owoce z gotową masą.

Masa: Ubić pianę z białek, dodać cukier – ubić, dodać suchy budyń, wymieszać. Dodać owoce i delikatnie wymieszać lub wylać na owoce ułożone na spodzie. Masa powinna mieć konsystencję gęstej piany.

Ciasto z lodówki pokruszyć na masę. Na zdjęciach możecie zaobserwować efekt pracy twórczej 3 – latka. Jeśli jednak chcecie, aby efekt końcowy był bardziej wytworny polecam odłożyć ciasto do zamrażalnika lub lodówki na minimum 2 godziny i zetrzeć na tarce, na grubych oczkach. Wersja dla wyjątkowych  pracusiów to rozwałkować pozostałe ciasto pokroić w cienkie pasy i ułożyć z nich na górze np. kratę. Szczególnie efektowane są paski wykrojone narzędziem z ząbkami (piorunujący efekt zygzaka!) Zachęcam do eksperymentów!

Piec ok. 30 minut w temperaturze 150 oC, potem ok. 30 minut w temperaturze 175 oC  – uwaga lepiej piec na najniższych temperaturach nieco dłużej, masa składająca się głównie z piany może powoli się suszyć (unikniecie przypalenia). Oczywiście kontrolujecie sytuację, stare piekarniki lubią płatać figle ;)

Smacznego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zdjęcia: Hanna Szczygieł

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku