Ciężarówką przez Irlandię


Wbrew pozorom nie zmieniamy profilu bloga, a wpis nie dotyczy przeżyć kierowcy tira mknącego w rytm muzyki przez autostrady „Zielonej Wyspy” ;)

Owa ciężarówka to Ja – Mama Adiego, która niewiele myśląc, pod wpływem zwykłego (a może niezwykłego) impulsu przy współudziale równie impulsywnego męża, zaszła w drugą ciążę.

No cóż, ciąża jak każda inna, pisano o niej już tyle, że pewnie nic nowego wymyślić nie można, dlatego pragnę się z Wami podzielić tym, jak przebiega to w warunkach i realiach irlandzkich.

Czego przyszła mama może oczekiwać od lekarza?
Co i kiedy się jej należy?
Gdzie się udać w razie problemów?
Jak przebiega poród i czego można w jego trakcie oczekiwać?

Postaram się jak najpełniej odpowiedzieć na te i inne pytania, w kilku wpisach, które w miarę przebiegu mojej ciąży będę zamieszczać, aby przybliżyć Wam różnice i podobieństwa między polską i irlandzką opieką nad przyszłą mamą i jej maleństwem.

Zacznijmy od początku.

Przede wszystkim, zanim zdecydowaliśmy się na ciążę, czytałam trochę z ciekawości jak to wszystko tutaj wygląda, rozmawiałam z koleżankami. Nie lubię być zaskoczona, a ponieważ wiedzieliśmy, że będziemy chcieli prędzej czy później mieć drugie dziecko, to chciałam wiedzieć jakie muszę spełnić warunki, żeby zostać objęta opieką medyczną w ciąży.

Najważniejsze dla każdego tutaj jest to, że opieka medyczna jest płatna, chyba że posiada się kartę medyczną, która przysługuje bezpłatnie jedynie najuboższym. Wyjątkiem są np. kobiety ciężarne, które mogą zostać objęte specjalnym programem, w ramach którego przysługują im bezpłatne wizyty u lekarza ogólnego tzw. GP (General Practicioner) oraz w szpitalu. Oczywiście wszystko w określonej ilości, chyba że stan zdrowia wymaga częstszych wizyt.
Dla nas ważne jest też to, że w odróżnieniu od Polski przed ukończeniem 12 tygodnia ciąży nie ratuje się jej tutaj, pozostawiając to naturze. Pewnie dla wielu jest to straszne, ale ja od początku byłam pozytywnie nastawiona i podchodziłam do wszystkiego ze spokojem, wiedząc, że skoro nie mam wpływu na to co się stanie – szkoda moich niepotrzebnych nerwów. Decydując się na ciążę tutaj warto od razu zdawać sobie z tego sprawę by uniknąć później trudnej sytuacji.

Jak już wspomniałam,można zostać objętym bezpłatnym programem dla ciężarnych. W tym celu należy udać się do swojego lekarza pierwszego kontaktu i wraz z nim wypełnić specjalny formularz, który później lekarz lub przyszła mama wysyłają do odpowiedniego urzędu. Po rozpatrzeniu zgłoszenia urząd ten w ciągu ok. 6 tygodni wysyła na podany przez Nas adres informację o przyłączeniu do programu. Z otrzymanym listem należy zgłosić się ponownie do lekarza. Ten powinien wystawić nam specjalne pismo skierowujące do szpitala, który wspólnie z lekarzem powinnyśmy wybrać.

Ważne jest to, że ciążę w Irlandii prowadzi nie ginekolog a GP czyli lekarz pierwszego kontaktu, w polskich klinikach są udogodnienia i często wizyty odbywają się u ginekologa, dla wygody i spokoju pacjentek.

Zdziwi Was pewnie też to, że przez ogromną większość okresu ciąży nikt nie będzie Nam „tam zaglądał” gdyż ogólna zasada jest taka, że im mniej zaglądania tym lepiej i zdrowiej. Lekarze tutaj uważają, ze badanie przez pochwę może przynieść więcej szkody niż pożytku. Dlatego jeśli mamy przeczucie, że możemy mieć jakąś infekcję, należy to samemu zgłosić lekarzowi wtedy ten pobierze wymaz do badania i przepisze nam odpowiednie leki. W przeciwnym wypadku nie zostanie to wyleczone.

Wizyty w szpitalu to częściowo spotkania z położną a częściowo z lekarzem. To tutaj robione są badania dzięki temu wszystkie wyniki są w posiadaniu szpitala i jadąc do porodu nie musimy o tym pamiętać. Kolejnym plusem wczesnego wyboru szpitala jest fakt, że „Sto pytań do…” czyli ankieta, którą wypełnia położna w Polsce wraz z położnicą w trakcie skurczów, jest przeprowadzona już przy pierwszej wizycie. Szpital jest przygotowany na to, że taka pacjentka zgłosi się do nich do porodu, jest w posiadaniu wszystkich informacji o niej i jej maleństwie, więc kiedy przyjeżdżamy rodzić trafiamy od razu na salę porodową bez dodatkowych zbędnych formalności. Wspominając narodziny Adiego i jazdę do szpitala w środku nocy, cieszę się, że uniknę tej wątpliwej przyjemności czekania, aż wszystko zostanie wpisane w odpowiednie rubryki ;)

Dla wszystkich tych, którzy nie są zbyt biegli w języku angielskim, lub po prostu boją się, że zawiłe lekarskie terminy będą niezrozumiałe mam dobrą wiadomość. Umawiając się na wizytę w szpitalu można poprosić o obecność tłumacza, który wyjaśni nam wszelkie wątpliwości po polsku. Gdy ciąża przebiega prawidłowo może się zdarzyć, że w czasie wizyt w szpitalu tłumacz nie będzie obecny, ale jeśli sobie tego życzymy na pewno będzie nam towarzyszył w trakcie porodu, bo tu nie da się przewidzieć rozwoju wypadków.

Ja obecnie jestem na etapie oczekiwania na list potwierdzający przyjęcie mnie do programu. Nie mogę już doczekać się wizyty u lekarza, żeby sprawdzić czy wszystko u mojej kruszynki w porządku.
Zaraz po wizycie w szpitalu opiszę Wam swoje wrażenia i opowiem co słychać u maleństwa, być może poznamy już płeć :)

Zaglądnij do pozostałych części:

Ciężarówką przez Irlandię cz. 2
Ciężarówką przez Irlandię cz. 3
Ciężarówką przez Irlandię cz. 4

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Witam, fajnie ,że poruszony został taki temat:) ja od 8 lat mieszkam w Irlandii, urodziła tu dwójkę dzieci, -posiadam trójkę ale pierworodny był rodzony w Polsce- , to prawda,że jesli ciąża przebiega bez problemów to jest łatwiej -tak miałąm przy drugim dziecku – pierwszym rodzonym w Irl.wszystko było ok, ale jeśli już coś się dzieje to nie jest takie proste…moja ciąża ostatnia była bliźniacza i pokomplikowało się trochę, nie narzekam na opiekę szpitalną bo jest moim zdaniem dobra, ale … nie podoba mi się to,że na pierwsze usg trzeba czekać tak długo – u mnie to był 18 tydzień, gdyby nie wcześniejsze prywatne wizyty w polskiej klinice to bym nie wiedziała jak sprawy się mają, niestety w szpitalu w 18 tyg.dowiedziałąm się o obumarciu jednego dzidziusia i moje pytanie było co dalej?co teraz?co z drugim? i jak wspomniano wyżej w poscie – w Irl. do pewnego tygodnia nie ratuje się ciąży – u mnie powiedzieli że do 24 tyg.nie są w stanie uratować dziecka więc musimy “modlić się i trzymać kciuki”…to co dalej nastąpiło to nie życzę nikomu, ale muszę przyznać jedno – zajęli się mną- skierowali tam gdzie trzeba i udało się donosić i urodzić całą i zdrową dziewczynkę:), podsumowując…opieka mnie zadawala, aczkolwiek tak jak pisałam usg pierwsze powinno być wcześniej,żeby stwierdzić jaka jest ciąża i jak ją dalej prowadzić.pozdrawiam:)

    1. ja tez gdyby nie wizyta u mojego lekarza podczas pobytu w polsce też nie wiedziałabym co z moim maleństwem, teraz niecierpliwie czekam na kolejne USG już tutaj, zeby zobaczyć czy wszystko ok :) myślę, że jeśli juz sie człowiek zdecydował na ciąże i poród tutaj to przede wszystkim trzeba zaakceptować te zasady a wtedy chyba będzie łatwiej, bez tego bedziemy sie denerwować i stresować a to na pewno maleństwu nie pomoże…

  2. Rowniez uwazam, ze jesli ktos decyduje sie urodzic w ie powinien zaakceptowac sposob, w jaki prowadza tutaj ciaze. Moze nie jest to idealny sposob i pozostawia duzo do zyczenia, ale przez lata jakos to dziala i kobiety rodza, a dzieciaczki maja sie dobrze, no i jakby nie bylo przyrost naturalny w ie jest dosc spory ;) Zgadzam sie tez z tym, ze duuuuzo latwiej jest w tym systemie sie odnalezc jesli ciaza jest bezproblemowa. Ale ten brak problemow przeciez jakos mocno od nas juz nie zalezy, niestety. Natura jest bezwgledna :/
    @Basia, strasznie mi przykro, ze Cie spotkalo cos takiego. Mysle, ze dla kobiety to chyba najbolesniejszy cios, jaki moze sie jej przytrafic :( Doceniajmy zdrowko naszych dzieciakow i kochajmy je mocno, bo to chodzace szczescia! :))

  3. Tak odbiegając od tematu ciąży…. mnie się od dawna marzy podróż do Irlandii!!!!!! :) Chciałabym na własne oczy zobaczyć czy ona faktycznie jest taka piękna? :) Zielona? :) Czy zwierzątka blokują “wsiowe” uliczki (jak na filmach :) ) ? :) ……chciałabym na żywo posłuchać prawdziwej irlandzkiej muzyki!! :) Wypić irlandzkie piwko :) i zjeść coś dobrego-swojskiego! :)

    …..Paulina mogę Cię odwiedzić?????????????????????? :)))))))))))))))))))))))))))))))))

    1. CZEKAM Z NIECIERPLIWOŚCIĄ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :):):):)
      zapraszam :)

  4. Witam! Też jestem przyszłą mamusią w Irlandii i mam świeży pogląd na sprawę. W moim przypadku mamy z mężem kartę na wizyty do GP więc na żaden list nie musieliśmy czekać aby nas przyjęto do programu a lekarka wypełniła nam druk który wysłaliśmy do szpitala i pierwsze USG zostało ustalone na 12 tydzień nie mniej jednak w szpitalu wylądowaliśmy troszkę wcześniej bo w 9 tc pojawiło się dość obfite krwawienie i tak jak dziewczyny piszą ciąży się do 12tc nie ratuje więc zostałam pozostawiona sama sobie, jedynie zostałam umówiona na kolejne USG w 10tc w celu sprawdzenia czy z dzidzią jest ok. Zwolnienie lekarskie to też śmiech na sali w Irlandii bo dostałam tylko na tydzień a po tygodniu kazano mi wracać do pracy, sama się czasem zastanawiam czy to dobrze czy źle choć miałam niesamowitego stracha w pracy. Później przebiegało wszystko prawidłowo i bez zarzutów poza naszym USG połówkowym ale to wina ewidentnie niekompetentnej położnej na szczęście po tygodniu zrobiliśmy prawidłowe USG w PL więc byłam spokojna. Schody się zaczęły na początku 31 tc, dostałam bóli jak na okres do tego dzidzia zrobiła się mniej aktywna a tydzień wcześniej miałam śluz z krwią więc przerażeni z mężem pojechaliśmy do szpitala na patologie (jak na razie nie dostaliśmy żadnego rachunku więc podejrzewam że w tak zaawansowanej ciąży jest to bezpłatne). Zatrzymano mnie na noc w celu sprawdzenia dzidziusia i podano mi zastrzyk na rozprężenie płucek aby w razie wcześniejszego porodu dzidziuś był gotowy. Miałam robione co rusz KTG aby sprawdzić czy nie ma żadnych skurczy i czy z maluszkiem wszystko w porządku. Na drugi dzień rano zostaliśmy wypisani do domku a na kolejny dzień umówiono nas na USG w celu sprawdzenia co z dzidzią. Na całe szczęście wszystko jest ok bóle się zmniejszyły więc może doczekamy do rozwiązania ;)
    Podsumowując jeżeli coś się dzieje przed 12tc olewają to totalnie i pozostawiają przerażoną kobietę samą sobie ale jak się jest już w zaawansowanej ciąży i coś się dzieje nie można narzekać. Miałam konsultacje z 2 lekarzami którzy tłumaczyli że zastrzyk dzidzi nie zaszkodzi a pomoże i że chcą mnie zatrzymać aby w razie czego mogli interweniować także naprawdę muszę przyznać że zajęli się nami wzorowo.

  5. w UK GP jest bezplatny. Generalnie przez cala ciaze ANI RAZU nie bylam ogladana przez ginekologa w srodku. tylko raz przez obstriciona – masaz szyjki macicy mi zrobil tuz przed porodem. cala moja ciaze prowadzili hematolog (mam maloplytkowosc) oraz polozna..
    a co do USG jest identycznie u Was jak i u nas z tego co sie orientuje… sa dwa (bezplatne?): pierwszy 7 tyg a drugi 20.
    trzymam za Was kciuki i gratuluje Córuni!!!!

    1. tak jeśli nie ma konieczności to dwa USG są wykonywane, choc jeśli jest taka potrzeba to oczywiście bezpłatnie robią w szpitalu kolejne, w środku też nie badaja, bo uważają, ze moze to bardziej zaszkodzic niż pomóc mamie i dziecku, ale skoro to u nich działa od dawna to może coś w tym jest… no cóż co kraj to obyczaj ;)

  6. Rodzilam w Irlandii i jedyne co musiałam zrobić na początku to udać sie do GP i tyle on wysyłał list do szpitala a szpital wysłał mi termin pierwszej wizyty i pierwszego USG .jesli chodzi o infekcje to i w szpitalu badają za każdym razem mocz tak samo GP to robi .

  7. Czesc Dziewczyny! Rowniez jestem w ciazy z blizniakami! 15 tydzien! Przed swietami mialam usg w rotundzie (12.tydz.)- lekarka stwierdzila jedno dziecko, chociaz ja czulam ze to blizniaki i nawet pytalam ja czy nie ma drugiego malucha;)! Tydzien pozniej, juz w Polsce na scanie wyszly blizniaki! Ale jako ze to moja druga ciaza w Irlandii moge powiedziec ze jestem z ich opieki bardzo zadowolona. Z prowadzenia ciazy, porodu i opieki po porodzie. Pierwsza wizyta u GP bezplatna. Moja zajela sie wszystkimi papierami, zapytala tylko czy wybralam szpital. A w pierwszej ciazy bylam pare razy na emergency w szpitalu i oczywiscie nic sie za to nie placi, wiec jesli cos niepokoi to trzeba jechac. Wczoraj bylam u GP powiedziec o tej ciazy mnogiej, czyto cos zmienia i powiedzial ze wysle list do szpitala, wiec oczekuje na wczesniejsza wizyte. Mialam miec drugi scan 12.2 ale mysle ze bede tam przed ta data:)! Pozdrawiam wszystkie Dziewczyny! Zycze zdrowiutkich maluszkow!!!

  8. Pingback: Nowe zasady przyznawania becikowego 2013 2014 | W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

W Twoich ramionach…


„Usłyszałam niedawno od mojej siostry – można rzec zaprawionej w boju mamy dwójki pociech – kawał. Prawda, czy fałsz?
Co robisz gdy Twoje PIERWSZE dziecko połknie pięciozłotówkę?
– dzwonisz po pogotowie.
Co robisz gdy Twoje DRUGIE dziecko połknie pięciozłotówkę?
– czekasz cierpliwie aż „odda”.
Co robisz gdy Twoje TRZECIE dziecko połknie pięciozłotówkę?
– potrącasz mu z kieszonkowego!

Jakby nie podchodzić to tego dowcipu, w każdej historii czy plotce jest źdźbło prawdy.
Na początku nowej drogi w roli Mamy, jeszcze tak nieznanej i krętej z przejęciem wręcz zamykamy nasze dziecko w ochronnej bańce. Z czasem uczymy się coraz bardziej otwierać granice – z jakim skutkiem? Bardzo różnym. Pierwsze wdrapywanie na kanapę przyprawia o palpitacje serca, a równocześnie cieszy w najbardziej skrytych zakamarkach umysłu – moje dziecko już to potrafi! A jednak coraz mniej mnie potrzebuje…

Pierwszy guz na czole okupiony często krokodylimi łzami – nie dziecka a naszymi, a przecież będą ich jeszcze setki! Pierwsze zdarte kolano, pierwszy upadek – to tak naturalne, porządek dzienny, wydaje się z perspektywy dłuższego czasu, a jednak te pierwsze kilka razy wręcz wpychało siłą w nasze głowy pytanie „Czy mogłam temu zapobiec?!”, a po chwili, „Czy w ogóle powinnam temu zapobiegać?!”

I znowu bycie mądrym rodzicem, staje na pograniczu zdrowego rozsądku – reprezentującego swego rodzaju naturalną kolej rzeczy, a z drugiej strony rozterki filozoficzne na iście naukowej płaszczyźnie!
Zawsze, bez względu na to, co sobie wyobrazimy i zaplanujemy, pojawia się niepokonane ALE…
„Jak się nie przewróci, to się nie nauczy!” Mówi przysłowie, ALE…. Jeżeli stanie się coś strasznego – nie zdarte kolano, a coś znacznie gorszego?
„Nie przeżyję za moje dziecko Jego życia!” niejednokrotnie zaklinamy w naszych głowach, ALE… po co ma cierpieć przecież jestem po to by je chronić!

I chyba jedynym wyjściem z tak patowej sytuacji jest zdać się na instynkt – instynkt matki, lecz jak każdy i on potrafi gorzko zawodzić. Nie zamykajmy w szklanej bańce, ale nie zostawiajmy decyzji w rękach przypadku i losu. Słuchajmy głosu serca, ale dajmy szansę głosowi rozsądku – a samo życie i czas pomogą nam trafić na naszą drogę!

Czy możemy „zapobiegać” – chyba wręcz musimy – bo jesteśmy po to by chronić nasze dzieci! Jednak dopuszczajmy do siebie myśl, że nasza ochrona nie może krzywdzić i hamować. To chyba najcięższe zadanie.
Czy kiedykolwiek na naszej półce stanie statuetka „Grand Prix Matki Idealnej” – za idealne i „bezbłędne” wychowanie, oraz wyróżnienie dla „Królowej Złotego Środka”?

NIE!!! I nie jest to przejaw pesymizmu! Być może kluczem do naszego małego sukcesu na tu i teraz jest pogodzenie się z tym – jednak nie oznacza to że nie mamy się starać! Nasze starania i chęć dążenia do ideału – jest tak naturalna jak nasze rozterki – bo chodzi o nasze dzieci, dla których chcemy wszystkiego co najlepsze, dla których chcemy być najlepszymi Mamami! I całe szczęście, że każda Mama jest najlepsza dla swojego dziecka i nie musi stawać z nikim w konkury!

A czy znieczulenie będzie działać wraz upływem czasu, trochę tak! Przecież nie zabijemy swoich obaw jednym postanowieniem, ale każda kolejna sytuacja będzie nas przybliżać do stanowiska zrównoważonego obserwatora! Jednak zawsze może zdarzyć się coś co jest dla nas i naszych dzieci nowością – wtedy mamy nasze ramiona – najlepszy parasol ochronny na świecie, bo działa i na ciało i na duszę!

A Wy jaki nosicie “Parasol” nad swoimi dziećmi? Czy też podejmujecie walkę w swoich głowach? Jak radzicie sobie z pytaniami bez odpowiedzi?

Źródło zdjęcia: SXC

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Rzeczywiście nie jest łatwo samej sobie, jako mamie, wytyczyć granice, w których będzie się rozkładać ten “parasol bezpieczeństwa”… Ja staram się jednak dawać córce jak najwięcej samodzielności i swobody, ale bywa, że też jestem przewrażliwiona na punkcie jej bezpieczeństwa… Teraz mam już drugiego maluszka i w związku z przytoczonym kawałem sądzę, że faktycznie drugie dziecko zmienia perspektywę – bo my jako rodzice też się uczymy, ile wolności dziecku można dawać.

    1. Olu! Drugie dziecko? Czyli Twój maluszek trochę się pośpieszył i jest już z Wami?
      Opowiadaj nam szybciutko, co i jak?

      1. Basiu, Szymonek przyszedł na świat 5 dni przed terminem – 24.04. o 2:55 :) Syneczek waży 3390 i ma 55 cm:)

      2. Hanna Szczygieł

        Gratulacje!!! :D

  2. Joanna Pawlińska

    Ja pamiętam dwulatkę wspinającą się po drabinkach i stałe hasło: Mamo akuresuj mnie. Bardzo długo upierałam się przy asekuracji na wysokości. Uprzedzałam wszystkie możliwe sytuacje i wymuszałam samokontrolę. Jeśli podbiegła zbyt blisko huśtawek, wołałam i kazałam wymyślać o co mi chodzi. Tym sposobem dziecko szybko kojarzyło, że są obszary, gdzie musi wzmóc czujność.

    Zawsze byłam zwolenniczką bardzo długiej smyczy. Czasami trzeba było pokazać, że uderzenie huśtawką może zaboleć. Eksperymenty przeprowadzałam na pustych huśtawkach. Dziecko dużo lepiej zapamięta doświadczenie niż gadanie.

    Osłaniałam ręką kant i mówiłam: zobacz, nie popatrzyłaś i nabijesz guza jak mama nie zdąży zasłonić. Wielu rzeczy nie przewidziałam. Wytłumaczenie dziecku nie przechodź górą po płocie bo spadniesz zaskutkowało zrobieniem podkopu. A przecież wystarczyło wyjaśnić, że na ulicy jeżdżą auta i można tylko z mamą wychodzić.

    Pamiętając, że jeśli dziecko czegoś będzie chciało spróbować to i tak to zrobi, pozwalałam na wszystko w miarę możliwości czuwając nad tym i zabezpieczając. Za każdym razem pokazując co by było bez zabezpieczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Jestem sobie przedszkolaczek…


Pół roku temu pisałam na blogu o moich doświadczeniach związanych z nianią. A teraz minął ponad miesiąc, odkąd mój niespełna trzylatek został przedszkolakiem! Myślę, że został przez nas – rodziców – dobrze przygotowany do tego nowego etapu swojego życia. Pół roku wcześniej chodził dwa razy w tygodniu na zajęcia z rówieśnikami do domu kultury, został całkowicie odpieluchowany i usamodzielniony w samoobsłudze. Opowiadaliśmy mu też dużo o przedszkolu, wspominaliśmy własne przygody z przedszkolnego okresu, wymienialiśmy wszystkie niezaprzeczalne zalety tego miejsca: koledzy, zabawki, śpiewanie… Aleks nie mógł się już doczekać, kiedy wreszcie tam pójdzie!

Dostanie się do przedszkola w środku roku szkolnego jest rzeczą niesłychanie trudną (i nawet nie myślę tu o placówkach publicznych) – wszędzie jest komplet i po prostu nie ma miejsc. My mieliśmy szczęście, bo niedaleko właśnie powstał nowy punkt przedszkolny.
Gdy poszliśmy zwiedzić przedszkole – Aleks nie chciał wracać do domu, tak bardzo mu się spodobało. Ale mam niesamowite dziecko! – myślałam. Pierwsze dni mijały podobnie – szybki buziak na pożegnanie rano i niewielkie rozczarowanie w oczach, że już po niego przyszedł tatuś. Duma nas rozpierała, gdy z ust pani słyszeliśmy, że nasz synek dobrze sobie radzi i że jest grzeczny!

Sam główny zainteresowany o przedszkolu mówił niewiele, zazwyczaj rzucał lakoniczne „było fajnie”. Rozkręcał się podczas popołudniowych zabaw w domu, kiedy to w najlepsze bawił się w przedszkole. Dzięki tej codziennej zabawie szybko poznaliśmy imiona jego kolegów i koleżanek, dowiadywaliśmy się jak Aleks w przedszkolu spędzał czas, jakie panie przedszkolanki stosują metody pracy, jak się zwracają do dzieci i w jaki sposób karzą i nagradzają. Tak oto pięknie zaczęła się przygoda Aleksa w “Domowym Przedszkolu”.

Ale sielanka trwała krótko – wkroczyliśmy w tzw. etap obniżonej odporności wczesno przedszkolnej – zaczęło się od kataru, potem kaszel, zapalnie spojówek, zapalenie ucha itp. Gdy wreszcie najgorsze mieliśmy za sobą, nastąpił kryzys innego typu – kryzys przedszkolny!
Aleks budził się rano z hasłem, że nie chce iść do przedszkola! Przez 3 dni w szatni rozgrywały się dantejskie sceny. Dziecko z całych sił uczepione mojego ciała i krzyczące „nie chcę, nie zostawiaj mnie!”. Trzymałam się dzielnie, ale zamykając za sobą drzwi, łzy ciekły mi po policzkach. Musiało minąć trochę czasu, zanim mój synek znów poczuł się w nowym miejscu bezpiecznie. Przedszkolny bunt synka powoli ewoluował – poranne awantury zostały zastąpione cichym pochlipywaniem, aż wreszcie Aleks znów zaczął wchodzić do przedszkola z uśmiechem na twarzy. Uff!

W tym trudnym (w naszym przypadku na szczęście krótkim) kryzysowym okresie dowiedziałam się o czymś – co trochę mi pomogło – ta przerażająca rozpacz dziecka, ten jego głośny szloch, niekoniecznie oznaczają traumę przeżyć, a są jedynie dowodem na to, że przedszkolak nie potrafi jeszcze panować nad swoimi uczuciami. Aleks zresztą na pytanie cioć i innych napotykanych osób – czy podoba Ci się w przedszkolu? mówił – „Tak! Tylko płaczę.” „A dlaczego płaczesz?” , Aleks – „Bo chcę do mamy”… No kurcze, w końcu łączy nas coś szczególnego! Ja też za nim bardzo tęsknię. I choć oboje wolelibyśmy żeby było jak dawniej, etap gdy jesteśmy razem w domku skończył się bezpowrotnie…

Na dzień dzisiejszy kryzys przedszkolny jest zażegnany (żebym tylko nie zapeszyła).
A czy Wasze dzieci chodzą do przedszkola? Jakie były początki? Czy odprowadzanie na zajęcia wiązało się z dużym stresem Waszym i Waszych maluszków?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. U nas nie było żadnego kryzysu na szczęście. Zuzia od samego początku lubiła przedszkole, to ja chyba bardziej to przeżywałam. Byłam nawet pewna że problem pojawi się gdy jej wychowawczyni po półtora roku poszła na zwolnienie lekarskie bo spodziewa się dziecka, ale ona to przyjęła super mówiła że ta nowa pani też jest fajna. Czasami tylko marudzi jak jej przyjaciółka jest chora że nie chce iść, albo rano jak jej się nie chce wstać.

  2. My mamy za każdym razem kryzys, gdy Kuba wraca do przedszkola i myślę, że jest związany z faktem, że od początku roku chodził bardzo rzadko, a także dlatego, że co dzień rano zaprowadza się dzieci ze wszystkich grup do jednej sali. Kuba nie lubi zmian, innej sali, dzieci z niej ani Pań, uwielbia za to swoją grupę i swoje ciocie. Mamy w swoich przeżyciach przedszkolnych kilka pierwszych dni i czekają nas następne, ponieważ po 2 tyg. jak zaczął chodzić załapał “coś” przez co kaszlał i smarkał do stycznia bez przerwy (lekarze nie chcieli mu robić badań tylko ładowali antybiotyki raz za razem jak było gorzej), w końcu udało się zrobić mu wymaz z noska i gardła i okazało się, że Kuba załapał pneumokoka, który powodował ropne, bolesne i długie zapalenia zatok. Przez ten cały zaczynał “chodzenie” od nowa. Gdy w lutym okazało się, że miałam racje iż w jego nosie siedzi bakteria, musiałam go zaszczepić na pneumokoki i odczekać znów jakiś czas by mógł wrócić do dzieci. W końcu, gdy poszedł po 4 dniach zwów wrócił z katarem, jednak przeziębienie okazało się lekkie i już miał iść po świtach wielkanocnych bawić się, gdy go obsypało – okazało się, że ospa, która akurat rozpleniła się w przedszkolu. Teraz jest zdrowy, (za to ja mam ospę!), ale do przedszkola nie poszedł, bo musi nabrać trochę odporności, zwłaszcza, że u niego z nią kiepsko, tak więc kolejny pierwszy dzień czeka nas po weekendzie majowym.
    Pewnie zapytacie mnie dlaczego w takim razie go posyłam – skoro po 1. jest ciągle chory po przedszkolu, po 2. tak strasznie przezywa “pierwsze dni”.
    Po 1. siedząc w domku na pewno nie nabierze odporności, po za tym nie on jeden tak choruje i nie ostatni
    po. 2 gdy już się “rozkręci” przedszkole jest dla niego przyjemnością, ma tam kolegów z którymi zdążył się zżyć, ukochaną ciocię po za którą świata nie widzi. Poza tym dostać się w ogóle do przedszkola było trudno i nie wyobrażam sobie przeżywać tego wszystkiego znowu.
    Kuba przez te krótkie okresy, w których chodzi nauczył się o wiele więcej niż w domu (co jest wręcz zadziwiające!) zwłaszcza, jesli chodzi o mowę – gdy szedł mówił w sumie nie wiele, w porównaniu do teraz. Bawi się ładnie z dziećmi, dogaduje się z nimi. Nauczył się w końcu kolorów i kształtów. Jest innym małym człowiekiem.

    A jeżeli chodzi o start to mamy w domu trochę książek o tematyce przedszkolnej np. “Zuzia idzie do przedszkola”, “Jak zachować się w przedszkolu”, “Co każdy przedszkolak…”. Polecam Wam je serdecznie. My przed każdym kryzysowym, pierwszym dniem chętnie wracamy do tych książek. Kuba wtedy sobie przypomina jak to było ostatnim razem i od razu ma lepszy humor na myśl o rozstaniu ze mną.

    1. Na blogu zamieściłam dwie recenzje książeczek dla przyszłego przedszkolaka, które kupiłam Kubie. http://www.wswieciezabawek.blogspot.com/p/ksiazeczki-dla-przyszego-przedszkolaka.html

  3. DZIEWCZYNY A JA MAM PROBLEM… MOŻE ,KTÓRAŚ MI PORADZI CO ZROBIĆ…. PARĘ DNI TEMU OKAZAŁO SIĘ ,ŻE DOSTALIŚMY SIĘ DO PUBLICZNEGO PRZEDSZKOLA… BYŁAM CAŁA W SKOWRONKACH I NADAL Z TEGO TYTUŁU JESTEM…NATOMIAST JEDNA RZECZ NIE SPĘDZA MI SNU Z POWIEK… CHODZI O ZAŁATWIANIE SIĘ DO NOCNIKA ! MÓJ MICHAŁ MA 2,5 ROKU I NIE CHCE SIĘ DO NIEGO ZAŁATWIAĆ !!! :/ SIKU OWSZEM ZROBI ,ALE DOPIERO JAK GO POSADZĘ…. SAM NIE ZAWOŁA A JAK TRZEBA ZROBIĆ “TO DRUGIE” TO NAWET POTRAFI SIĘ WSTRZYMYWAĆ 5 DNI BYLE BY NIE ZROBIĆ DO NOCNIKA… :/ ON CHCE NA STOJĄCO, KAŻDY MA WYJŚĆ Z POKOJU I KONIEC KROPKA… :/ NIE WIEM JUŻ JAK GO ZACHĘCIĆ… WRZESIEŃ PRZYJDZIE LADA MOMENT A JA NIE WIEM CO ZROBIĆ BY MAŁY W KOŃCU SAM SIĘ ZAŁATWIAŁ I NIE DO PIELUCHY :(

    1. Spokojnie, macie jeszcze sporo czasu, pewnie nie jest gotowy.
      Może pokaż mu swoje majtki (wiem, że to głupie, ale ja tak robiłam), pokaż, że dorośli ludzie noszą takie prawdziwe majty, nie siusiają w nie. Rozmowa wiele może zdziałać. Ja tak tłumaczyłam Kubie, pokazywałam, puszczałam bez pieluchy… sprzątałam i sprzątałam, aż pewnego dnia (gdy używaliśmy jeszcze pieluchomajtek – polecam!) sam zawołał, że chce takie majtki jak mama i tata i zakładałam mu. Raz na trochę, potem na co raz dłużej.
      Za zawołanie i zdążenie dostawał nagrodę (wiem, że niektóre mamy mnie potępią, ale była to jedna kosteczka mamby za każde siusiu i kupkę). Nauczył się b. szybko o mambie potem już dawno zapomniał (albo się przejadł ;) ).
      Poleciłabym Ci także zabranie małego do sklepu by sam wybrał sobie “dorosłe” majtki.
      Co do sikania na stojąco – no cóż… mój akurat nie miał z tym problemu, ale może w takim razie pokażesz mu jak siusiać do wc? tak by było bezpiecznie i czysto. Mój zdziwił się, gdy kiedyś podczas spaceru zawołał siku a ja powiedziałam, że ma siusiać na stojąco pod krzaczek. No, ale wcześniej już robił na nocnik.
      Dzieci dużo uczą się od rodziców. Kuba jak był mniejszy łaził za mną nawet do wc, widział jak siedzę i siusiam. Nie raz sadzałam też misie na nocniczek i jak nie patrzył wlewałam wodę i mówiłam, ze miś nasikał i chwaliłam misia, cieszyłam się itd. itp.
      Po za tym mój młody bardzo lubi muzykę, więc sprawdził się u nas nocnik z pozytywką. Jakie było jego zdziwienie, gdy pewnego razu udało mu się wysiusiać i pod pupą mi zagrało!
      Tymi sposobami nauczył się szybko i w swoje 2 urodziny paradował już majtkach.
      Przede wszystkim nic na siłę. U nas w przedszkolu chodzą dzieci w pieluszkach jeszcze, więc spokojnie, nie jesteś sama.

    2. Do września dużo czasu! I będzie coraz cieplej, więc warto wykorzystać lato i radykalnie pożegnać się z pieluchą (czyli w dzień jej w ogóle nie zakładać). Niech Michałek śmiga w samych majtach. I tak jak pisała Ania – niech sobie sam wybierze jakieś fajne. A Ty uzbrój się w cierpliwość i mopa albo szmatę ;)

      U nas był problem z kupką i motywowaliśmy Małego balonami. Jak się udało to jeden balon, na którym rysowałam (albo mąż) mordkę jakiegoś zwierzątka.

      A może zamiast nocnika nakładka na ubikację?

      I jeszcze mogę polecić bajkę ;) http://www.youtube.com/watch?v=ix0IlU5ryuM

      1. Ale fajny ten filmik! My teraz jesteśmy na etapie porzucania nocniczka na zawsze, ale odbywa się to bez większego problemu, bardziej muszę walczyć o to, by młody pamiętał o myciu rączek bo leci do ubikacji, zrobi co trzeba, cieszy się i zwiewa byleby nie dotknąć mydła… :P
        Jeszcze co do nauki załatwiania sie na nocniczek polecam wszelkiego rodzaju książeczki o tej tematyce. Jest nawet taka seria książeczek “Julka poznaje świat” i jest z tej serii książeczka “Kłopotliwa sprawa z Wc”. Po mimo, że to książeczka o dziewczynce to polecam. (Mój Kubuś też ma książeczki z tej serii). http://ksiazkidladziecka.pl/index.php?p251,klopotliwa-sprawa-z-wc-julka-poznaje-swiat

  4. U nas poszło gładko, bo starszy syn chodził wcześniej do żłobka, więc był w jakiś sposób przyzwyczajony do rozłąki z rodzicami na te parę godzin (choć z perspektywy czasu oceniam, że te 8 godzin poza domem to zbyt długo jak na dwulatka). Moim stresem było odpieluchowanie – zaczęliśmy w czerwcu, pozwalając na bieganie bez pieluchy (byłam w domu ze “świeżo urodzonym” braciszkiem) i do końca sierpnia byłam zrezygnowana – myślałam, że nigdy się to nie uda. Jednak myliłam się – syn jakby się “zmobilizował” w przedszkolu – być może przez obserwację, że inne, nieco starsze dzieci też chodzą do toalety. Oczywiście na początku parokrotnie odbierałam zasiusianą pościel, ale to także zdarzało się starszym dzieciom. Teraz mój syn jest rezolutnym małym 3,5 latkiem, który chętnie biegnie do przedszkola, choć czasem – gdy ma gorszy dzień – zaczyna marudzić, że chce zostać w domu z młodszym bratem i opiekunką, ale to marudzenie jest “bez przekonania”. Chyba podoba mu się codzienny poranny rytuał z tatą, który zawozi go do przedszkola (ja odbieram). Pani chwali, że jest otwarty, chętny do wykonywania zadań, lubi przewodzić i jest odważny. Bardzo mnie to cieszy i jestem dumna z mojego przedszkolaka. Na dodatek nie choruje – ma naprawdę dobrą odporność – więc stresy związane z długotrwałymi przerwami w chodzeniu do przedszkola są mi obce… Mam szczęście, więc na wszelki wypadek odpukuję. :-) Pozdrawiam mamy przedszkolaków.

  5. A moja Julka chociaż ma 4 latka do przedszkola nie chodzi. Uroki wsi – do najbliższego przedszkola ponad 6 km, a zapisują tylko dzieci, których oboje rodzice pracują…

    1. Masakra… współczuję, bo mimo wszystko przedszkole to fajna sprawa!

      1. Dokładnie. Ona miała czas, kiedy bardzo ciągnęło ją do dzieci i płakała widząc przedszkole i przedszkolaków… A teraz… Przeszło… I płacze, kiedy mówię, że wkrótce pójdzie do zerówki.

  6. Pingback: Mam(a) przedszkolaka - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  7. Pingback: Pierwszy dzień w przedszkolu - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Premiera książki „Bitwa o gród Sędziwoja”


Smoki i zamki? Nie tym razem! Lasy, grody i łuki domowej roboty. Z największą przyjemnością polecamy Wam książkę „Bitwa o gród Sędziwoja”, która została wydana pod naszym patronatem – Bloga W Roli Mamy! Jest nam bardzo przyjemnie móc choć w drobnej mierze przyczynić się do tego przedsięwzięcia! A zatem już dziś możecie biec do księgarni i chwycić swój egzemplarz.

Czy jest jeszcze miejsce dla prawdziwych „rycerzy” w naszym świecie? Wierzę, że znajdzie się choć skrawek wolnej przestrzeni w naszych sercach i całkiem sporo miejsca na kartach powieści dla dzieci i młodzieży „Bitwa o gród Sędziwoja” – a tę nadzieję zaszczepił we mnie autor Tomasz Kruczekza co serdecznie mu dziękuję!

Książka jest jak miód na serce spragnione czegoś odmiennego od zielonych kosmitów, szarych robotów i plastikowych superbohaterów świata konsumpcji.

Napisana z sercem i dla serca Czytelnika – lecz nie tylko. Autor nie zapomniał o potrzebach młodego umysłu, ale o tym trochę później…

Musze przyznać Wam, że gdy w grę wchodzą tematy historyczne lub „fantastyka” jestem sceptycznym i wymagającym odbiorcą. Po prostu nie są to moje „koniki” więc książka musi być naprawdę wciągająca  i lekka w lekturze, żeby zachęcić i rozkochać w sobie takiego uparciucha jak ja :)

Chapeau bas! Udało się w 100%, nie mogąc się samej sobie nadziwić książkę „wciągnęłam” prawie na przysłowiowe śniadanie! Czyta się bardzo dobrze. Jednak nie kosztem jakości czy wiarygodności. Ta opowieść w pełni oddaje klimat dawnych dziejów. Można powiedzieć, że jest małym i podręcznym wehikułem czasu.

„Na poważnie” lecz dla rozrywki.

Nudy? Nic podobnego, nawet, a raczej przede wszystkim dla dzieci! Aby cała historia była atrakcyjna dla młodych Czytelników, bohaterami tej opowieści są ich rówieśnicy. Towarzyszymy im w ich życiu, na dobre i na złe, we wspaniałej przygodzie. Losy dzieci z różnych “obozów” niespodziewanie spłatają się  ze sobą. Wyruszają we wspólną i nieznaną “drogę” – pełną przygód i dobrej życiowej nauki, a w ich rękach leżą losy zjazdu gnieźnieńskiego…

Autor zaprasza nas do świata z końca X wieku. Archaizmy i „niecodzienne” dla współczesnego śmiertelnika słowa, w pełni oddają nastrój tamtej epoki – nie przeszkadzając jednak w zrozumieniu treści, są swego rodzaju dopełnieniem całości. Jeżeli nie znacie jakiegoś słowa z pomocą przyjdzie zamieszczony na końcu słowniczek.

„Bitwa o gród Sędziwoja” to bardzo wartościowa i unikatowa perełka. Na swoich kartach prezentuje w bardzo przystępny sposób, poniekąd zaniedbane dziś wartości: miłości do ojczyzny, własnej historii, cnoty i męstwa. Być może ta lektura zaszczepi w Waszych dzieciach lub Was samych pasję do dawnych dziejów, naszych dawnych dziejów. Kiedy rycerze mieli damy swego serca, wielcy wojowie nie zawsze mieli błyszczące zbroje – ale były sprawy najwyższej wagi – nawet dla najmłodszych z rodu!

Serdecznie zapraszamy Was do lektury w imieniu autora Tomasza Kruczka, Wydawnictwa Replika oraz całej naszej Redakcji!

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Wydaje się naprawdę ciekawa – może się skuszę… :)

  2. Jeśli tylko skończę czytać wszystkie książki, które zaczęłam pewnie się skuszę, choć to też nie moje klimaty, ale kto wie, może się przekonam :)

  3. Joanna Fizia

    Moje klimaty także to nie są :P ale po takich pochwałach i zachętach – przełamię się i sprawdzę, a nóż widelec polubię..?! :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku