Czym pachnie strach?


Odkryłam niedawno, że strach może mieć zapach. Drażniący, nie do usunięcia. Zapach szpitalnych murów i choroby, która rzuca na szalę życia i śmierci istnienie drogiej sercu osoby. Uwidacznia się na ciemnej plamie sufitu, który niebezpiecznie wisi nad głową, gdy gasną wszystkie światła. To właśnie tam ulatują wszystkie czarne myśli, a wielkie cienie wyłażące zza szafy i ruch firanki wzmagają najgorsze odczucia.

Strach  można poczuć. Może ściskać w dołku, na samą myśl o ostateczności, może powodować gęsią skórkę, gdy w napadzie paniki odsuwam od siebie najczarniejsze myśli.

Strach ma też smak. Smakuje goryczą, gdy pytam, dlaczego zło otula osobę, która na to nie zasłużyła. Smakuje samotnością, gdy dotyk zawisa w pół drogi niepewności. Co powiedzieć, jak pocieszyć?

Strach też słychać. Wybrzmiewa w tykaniu zegara, gdy wskazówki bezlitośnie odmierzają upływ czasu w niewiadomym kierunku życia lub śmierci. Kryje się pod wielkimi słowami, które powinny dawać siłę, a stają się jedynie atrapą bezpieczeństwa. Strach, niczym wierny pies siada tuż obok, zapraszając do towarzystwa smutek i beznadzieję. Z łatwością podsuwa pod zamknięte powieki obrazy rzeczy nieudanych, sytuacji zawinionych, i tych, które już nigdy nie mają się wydarzyć.

I to co najtrudniejsze – zaciera dobre wspomnienia, każąc pamiętać, że nawet najgorętsze łzy nie rozgrzeją struchlałego serca.

Kto go ode mnie zabierze?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Brudne majtki w torebce, kupa na bluzce… – tak się robi zakupy z dziećmi!


Wybrałam się na zakupy z dwojgiem moich młodszych dzieci. Trzecie na szczęście było w tym czasie w szkole, więc o jeden „bagaż” miałam lżej. A tak się składa, że czasami z tym najstarszym bywa najtrudniej – bo wymyśla głupie zabawy, np. w chowanego lub berka, wciągając przy tym do gry młodsze rodzeństwo.

Zakupy miały być szybkie – wziąć to, co na przygotowanej wcześniej liście i w nogi. Piękna pogoda akurat była, to co będziemy marnować czas w centrum handlowym. Dla mnie to było oczywiste, dla moich dzieci niekoniecznie.

Pola na przykład postanowiła wyjątkowo w tym dniu szwędać się między licznymi regałami samodzielnie. Nie, żeby chciała mi celowo uciekać, po prostu interesowały ją różne rzeczy i koniecznie musiała je pooglądać. Nie zważając przy tym, czy jestem w pobliżu, czy nie.

Tak więc ja oglądałam swoje produkty, ona swoje. Niby miałam ją na oku, co chwilę wołałam i przywoływałam do siebie, ale mimo to w pewnym momencie na chwilę gdzieś mi umknęła. Rozglądam się w prawo, w lewo, nie ma jej. Wołam, nie odpowiada. Wołam drugi raz i słyszę – „No co mamo? ”.

Odwracam się więc nerwowo, patrzę… i nigdzie jej nie widzę. Nawołuję ją więc ponownie. A ona ze spokojem odpowiada – „No tu jestem”.

I wtedy ją dostrzegłam!  Wysoko, na schodach – takiej drabinie na kółkach. Na której jak byk jest napisane „NIE WCHODZIĆ!”.

A ona weszła, skubana! Jak ją zobaczyłam na samym szczycie, to aż mi się ciepło zrobiło. Podbiegłam więc prędko, żeby ją stamtąd ściągnąć, z sercem próbującym wyskoczyć mi przez gardło, a ona jeszcze beztrosko pyta – “No co mamuś??”.

Ja Ci dam „co?”! – syczę przez zęby, modląc się jednocześnie w duchu, żebyśmy nie spadły, bo schody były na tyle strome, że łatwo można wywinąć na nich orła.

I wtedy mi się przypomniało, jak kilka lat wcześniej w tym samym centrum handlowym byłam na zakupach z Jasiem. Woziłam go w sklepowym wózku. Zatrzymałam się przy dziale z nabiałem i gdy zgłębiałam tajniki etykiety jakiegoś produktu, ten piernik mały wstał z siedziska – nie wiem, jak mu się to udało?! – i stojąc sobie spokojnie na tym wózku, wołał mnie z uśmiechem od ucha do ucha! Jakby tak runął na ziemię i walnął głową o kafle, to byłby niezły klops!

Oczy dookoła głowy to zdecydowanie za mało dla jednego biednego rodzica, nieprawdaż?

No ale później było już spokojniej – Pola kroczyła grzecznie blisko mnie – tyle że najmłodszy postanowił zrobić mi małego psikusa.

Znudzony bowiem leżeniem w wózku zażądał wyciągnięcia. Tak więc dalszą część zakupów robiłam w mojej „ulubionej” pozycji – z dzieckiem na biodrze, przerzucanym z jednej ręki do  drugiej, tak co by równomiernie rozłożyć ten słodki ciężar. Gdy moje ręce miały mi już odpaść, rzuciłam go z powrotem do wózka, grożąc po cichu, że nic mnie to nie obchodzi, że jemu się nie podoba leżenie plackiem. Mnie bolą ręce i dłużej nosić nie będę!

O jakże się zdziwiłam, gdy w tym momencie poczułam coś mokrego, a zaraz potem dostrzegłam wielką żółto-zieloną plamę na mojej białej bluzce! No nie! Tylko nie to! Taka awaria, teraz?! Wrrrr!

Wyobraźcie sobie moją radość i spojrzenia ludzi, gdy pędem biegłam do kasy, ciągnąc za sobą dwoje dzieci i nieudolnie próbując ukryć kupę na moim t-shircie! A żeby było śmieszniej, stojąc w kolejce i nerwowo przebierając z nogi na nogę, Pola ośmieliła się zapytać  mnie – „Co tak śmieldzi mamo??”!

I ten smród przypomniał mi, jak kiedyś byłam z Jasiem w sklepie odzieżowym. Płaciłam już za nasze zakupy, gdy on kręcąc się koło mnie, stwierdził głośno, że coś śmierdzi. Faktycznie fiołkami nie pachniało, wręcz przeciwnie, można było się przewrócić od tego odoru. I co się okazało – Jasiek miał małą niespodziankę w majtkach! Musiałam więc lecieć z nim prędko ogarnąć tę wpadkę, brudne majty zawinąć w reklamówkę (dobrze, że chwilę wcześniej zrobiłam zakupy ;-)) i wsadzić do swojej torebki!! O zgrozo! Wstyd okrutny! Do dziś pamiętam te dziwne spojrzenia ludzi, jakbym to ja puszczała brzydkie bąki :-D

No i po latach sytuacja się powtórzyła – ludzie się gapią i kręcą nosami od tego smrodu. A ja biegusiem do toalety – na szczęście była! Szkoda tylko, że kupa Stasia okazała się taka rozlazła, że lepiej było ją umyć pod kranem, niż babrać się z chusteczkami. Więc wsadziłam go do umywalki jak do wanny i umyłam… letnią wodą, bo ciepłej jak na złość nie było.

Na to nagle Poli zachciało się siku. I to już tak mocno, że wytrzymać nie mogła. Więc zanim odłożyłam Stasia do wózka, ona zaczęła popuszczać. A żeby było śmieszniej, w pomieszczeniu (w pokoju matki z dzieckiem) nie było klozetu! Co więc zrobić jak już jej cieknie po nogach – zrobić kałużę na podłodze?! No nie, lepiej było wsadzić ją do… umywalki!

O matko, jak ja klęłam w duchu, że chrzanię takie zakupy, że tylko mnie muszą spotykać takie przygody i że już nigdy więcej z berbeciami nigdzie nie jadę! Choć dobrze wiem, że to nie prawda, bo jak Tata jest w pracy, to nie mam wyjścia ;-)

No więc, mimo iż miałam w planach jeszcze spacer i lody, musiałam zawijać się z tą swoją bandą do domu – ja w obsranej bluzce, Pola w obsikanych spodniach. Prezencja pierwsza klasa, czyż nie?! ;-)

 

Macie podobne doświadczenia ze swoimi dzieciakami?? :-D

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Dysleksja – zdiagnozujesz ją już u małego dziecka


Chociaż wydaje się to niemożliwe, już w wieku niemowlęcym można zaobserwować pierwsze symptomy dysleksji. Właśnie dlatego, gdy trafimy z dzieckiem do poradni, usłyszymy garść pytań pozornie bez sensu.

Dysleksja – pierwsze sygnały, które nie muszą, ale mogą być niepokojące

Chociaż dysleksja jest ściśle powiązana z umiejętnością czytania i pisania, już w pierwszych latach, a nawet miesiącach życia dziecka można zaobserwować sygnały świadczące o podwyższonym ryzyku tą przypadłością. Na co powinni zwrócić uwagę rodzice niemowlaków?

– Brak raczkowania. Wbrew pozorom to bardzo ważny i potrzebny etap w rozwoju dziecka, gdyż ćwiczy ruchy naprzemienne. Niepokojące w tym okresie jest także wzmożone napięcie mięśniowe.

– Późny rozwój mowy. Jeśli kilkulatek ma bardzo ubogie słownictwo, przekręca wyrazy, mówi niewyraźnie, nie umie poprawnie budować prostych zdań, rodzice mają powody do niepokoju.

– Niska sprawność motoryczna. Dzieci, które mają problemy z zachowaniem równowagi, nie są chętne do zabaw ruchowych, nie potrafią łapać piłki, są potencjalnie bardziej narażone na dysleksję.

– Niechęć do zabaw wymagających koordynacji wzrokowo-ruchowej. W drugim roku życia dzieci na ogół chętnie układają wieże z klocków, próbują rysować, układać zabawki jedna za drugą. Problemy w tego typu zabawach mogą w przyszłości zaowocować dysleksją.

– Słabo rozwinięta pamięć słuchowa. Już kilkulatek powinien umieć powtórzyć proste zdanie, nauczyć się krótkiego wierszyka lub piosenki, prawidłowo wymienić dni tygodnia. Niepokojące jest, jeśli przedszkolak tego nie potrafi.

– Słabo rozwinięta pamięć wzrokowa. Jeśli dziecko nie umie prawidłowo narysować szlaczka, ma problem z narysowaniem z pamięci prostego rysunku, trzeba liczyć się z tym, że za kilka lat zostanie u niego zdiagnozowana dysleksja.

Powyższe objawy należą do najpowszechniejszych, ale nie są jedyne. Nie zawsze występują razem. Występowanie pojedynczych może, ale nie musi jednoznacznie dowodzić dysleksji.

 

Dysleksja – pierwsze lata nauki

Pierwsze symptomy dysleksji bardzo często są przez rodziców lekceważone. Przyczyną nie jest brak zainteresowania, zaniedbania w wychowaniu, ale po prostu brak wiedzy. Mało kto pomyśli, że brak raczkowania w okresie niemowlęctwa może za kilka lat skutkować problemami z nauką. Dlatego dysleksja ujawnia się w pierwszych klasach szkoły podstawowej, a nawet wtedy nie jest jednoznacznie diagnozowana. Dopiero po ukończeniu przez dziecko trzeciej klasy można jednoznacznie stwierdzić, czy mamy w domu dyslektyka. Niezbędne do tego celu będą badania w poradni pedagogiczno-psychologicznej.

A co powinno zaniepokoić rodziców uczniów klas jeden-trzy?

– Skłonność do odwracania literek i cyferek – tzw. pismo lustrzane.

– Zamienianie liter miejscami.

– Niewyraźne pismo.

– Zbyt mocne lub zbyt słabe przyciskanie długopisu, ołówka, kredki do kartki.

– Problemy z czytaniem. Nie chodzi tu o to, że dziecko nie przeczyta płynnie pierwszy raz widzianego tekstu, ale nie jest w stanie nauczyć się czytać nawet po wielokrotnych próbach.

– Błędy ortograficzne. O ile są czymś normalnym na początku nauki, to w trzeciej klasie szkoły podstawowej powinny zanikać.

 

Dyslektyk nie znaczy niezdolny

Dzieci z dysleksją wbrew pozorom nie zaliczają się do grona przysłowiowych „tumanów”. Na ogół są to bardzo inteligentne i ciekawe świata osoby, niestety problemy z przyswajaniem wiedzy na poziomie podstawowym, brak efektów mimo ciężkiej pracy, w końcu kąśliwe słowa od nauczycieli i notoryczne otrzymywanie słabych ocen, skutecznie zniechęcają je do nauki. Rodzice na ogół dobrze znają swoje dzieci, dlatego, jeśli widzimy, że nasze dziecko ma wyraźne problemy z pisaniem i czytaniem, jednocześnie ma szerokie zainteresowania i jest chłonne wiedzy (lubi, gdy mu się czyta na głos i dużo zapamiętuje, czerpie wiedzę z filmów), warto sprawdzić, czy to nie dysleksja jest ich przyczyną. Często dzieci znają teoretyczne zasady pisowni, ale nie potrafią zastosować ich w praktyce. Co więcej, gdy czytają własny tekst powoli, są zdziwione liczbą błędów. Pośpiech nie jest dobrym doradcą dla dyslektyków. Między innymi dlatego uczniowie posiadający zaświadczenie o stwierdzeniu dysleksji mają prawo do przedłużonego egzaminu pisemnego np. na maturze.

Moje dziecko jest zagrożone dysleksją, co robić?

Teraz będzie prywata. Przed takim dylematem stałam dwa lata temu, kiedy Duśka uparcie odwracała literki i cyferki. Nie miała przy tym problemu z czytaniem, niemniej jednak pani z poradni niewąsko mnie nastraszyła. Zarazem jednak pokazała kilka ciekawych zabaw, które miały pomóc.

  1. Dziecko przerysowuje prosty obrazek patrząc na niego, następnie robi to samo, ale z pamięci.
  2. Dziecko patrzy na półkę z zabawkami. Następnie zamyka oczy, a my przestawiamy dwie zabawki miejscami. Zadaniem dziecka jest powiedzenie, co się zmieniło.
  3. Układanie puzzli – nigdy nie bawiłam się lepiej ;-)
  4. Wszelkie układanki i gry planszowe, które zmuszają do ćwiczenia koordynacji na linii ręka – oko.

Kupiłyśmy też książkę, a raczej ćwiczenia o wszystko mówiącym tytule: „Słówka”. Nie wiem, czy pomogły, ale były fajne. Duśki nauczycielka też często z takich korzystała, rozpoznawałyśmy kserówki.

Pod koniec trzeciej klasy w poradni orzeczono, że dysleksja to to nie jest, niemniej jednak to pismo lustrzane jest zastanawiające (teoretycznie powinno zaniknąć do siódmego roku życia). Padła propozycja przebadania wzroku u ortoptyka. I jak się okazało, to był strzał w dziesiątkę. Minimalny zez i minimalny astygmatyzm. Niby nic, ale jednak coś. Okulary korekcyjne rozwiązały problem pisma lustrzanego. Pozostało pisanie jak przysłowiowa kura pazurem. Ale to geny po linii żeńskiej, tego nie przeskoczymy ;-)

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Dom bez klamek


Pamiętacie? Już Wam kiedyś pisałam, że moje najmłodsze dziecko to urodzony ancymonek. Dziecko petarda, sztandarowy przykład malucha, przy którym rodzice nigdy nie odpoczywają. Nie, nie żeby marudził i ciągle kradł naszą uwagę, bo lubi. On ma inną “wadę” –  nadmiar energii, którą kieruje w najmniej właściwą stronę. Uściślając, Aleksander robi to, czego nie powinien, i pojawia się tam, gdzie na logikę być go nie powinno. Mały ma dwadzieścia miesięcy i niesamowitą koordynację, rzekłabym, że jest potomkiem najprawdziwszej małpy.

W moim mieszkaniu, dla bezpieczeństwa Olka, mam zamontowaną bramkę do kuchni, pozamykane pomieszczenia, w których aktualnie nie przebywa, ale to dopiero początek. Moje mieszkanie bliżej ma do psychiatryka, niż siedliska zwyczajnej rodziny.

  1. Bez klamek w oknach

Złapałam Olka wczoraj na łażeniu po parapecie i szarpaniu za klamki. Wszedł jakimś cudem przez łóżeczko (nadal nie wiem, jak – przefrunął, przeskoczył???) na parapet. Zabezpieczenia na okna mam, ale raczej gówniane, więc widząc, że on już takie cuda odstawia, mąż wykręcił klamki, a łóżeczko przestawił w inny kąt, choć i tak nie wiemy, jak się po nim wdrapał wyżej.

  1. Nie ma drabinki na piętrowe łóżko

Mały miał czternaście miesięcy, gdy obcykał, jak wchodzi się na piętro łóżka po drabinie, na wysokość dwóch metrów. Skurkowaniec “łamał” ciało w pół i trzymając się rękoma, zarzucał nogi bokiem szczebel wyżej, i tak do szczytu. Wykręciliśmy dolny szczebel, ale pomogło na chwilę, bo potrafi podstawić zabawki i wejść po nich na kolejny szczebel i dalej do góry. Przez te sześć miesięcy znacznie poprawił swoje osiągi we wspinaczce. Drabinkę zdejmujemy w ciągu dnia i stoi zamknięta  w kuchni, wstawiamy ją tylko na noc, kiedy najstarszy idzie do siebie spać.

  1. Nie ma dużych zabawek, np. rowerek czy zjeżdżalnia

Tzn. są, ale w kuchni, bo mały wykorzystuje je jako podstawkę i wchodzi na meble – taniec na stole i wdrapywanie się na parapety to klasyka. Musimy go pilnować, gdy się bawi. Kilka samodzielnych chwil na rowerku kosztowało mnie pożegnanie z kwiatami w doniczkach i książkami. Moja ukochana mandarynka stoi, póki ciepło, na balkonie. Boję się też o akwarium, bo Olek ma w zwyczaju walić w nie zabawkami.

  1. Nie mam krzeseł przy stole

To znaczy mam, ale nie stoją normalnie – są ustawione jedno na drugim, bo Olek ciągnął je do drzwi, stawał na nich i otwierał zamek u góry, albo podsuwał do akwarium, by zdjąć pokrywę czy też dosuwał je do stołu i rozwalał mi laptop. Namiętnie zdejmuje talerze i szklanki podczas kolacji, a co gorsze podkrada jedzenie starszym braciom ;) I nie potrzebuje krzesła, wystarczy, że machnie zabawką na pałąku po stole, żeby wszystko zleciało. Co sięgnie, to od razu ściągnie, ale muszę mu oddać to, że zawsze znosi talerze do kuchni, żebym do zmywarki wrzuciła.

  1. Nie mam wody w łazience

To znaczy mam, ale przez jakiś czas zakręconą przy głównym zaworze, bo jak sobie mały otworzy drzwi, albo chłopaki nie zamkną, to funduje mi powódź stulecia, odkręcając krany na full. A jak wyciągnie wąż od prysznica z wanny, to robi sobie kałuże na podłodze.

Nie znam drugiego takiego dziecka. Tam, gdzie ma okazję, wybebesza wszystko z szafek – obojętnie, czy to dokumenty, czy “tylko” poskładane ubrania. Niezamknięta łazienka jest gwarantem wywalonego z kosza prania. Dla świętego spokoju odłączamy pralkę od zasilania, bo młody namiętnie się nią bawił. A najgorsze jest to, że mówię mu “NIE”, a on patrzy z uśmiechem i dalej robi swoje.

W moim domu jest  jak w psychiatryku – bez klamek, ostrych przedmiotów, dużych zabawek, kwiatów, ozdób, niezabezpieczonych kontaktów, krzeseł i z zamkniętymi drzwiami. Ale to dobra zaprawa,  niebawem psychiatryk stanie się moim drugim – bezpiecznym dla mojej psyche – domem ;)

Czy ktoś też ma tak jak ja?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku