Ciąża 3 listopada 2013

Godzina “W”, czyli kiedy wreszcie urodzę?

Jak wiadomo, donoszona ciąża trwa dziewięć miesięcy, a po tym czasie kobieta wydaje na świat nowego człowieka. Gorzej, jak maluch uparcie pcha się na świat o wiele za wcześnie, lub przeciwnie – gdy wcale mu się nie spieszy. Moja druga ciąża była intensywnie podtrzymywana przez lekarzy, którzy po ukończonym 35 tygodniu ciąży dali zielone światło dla bezpiecznego porodu.

Tyle, że moje ciało nie umiało zdecydować, czy już chce wydać na świat małego, czy może jeszcze z tym poczeka. I tak po odstawieniu leków na podtrzymanie, zaczęły się skurcze, coraz bardziej intensywne, które każdego dnia, a jeszcze dobitniej – każdej nocy – oszukiwały mnie, że to już. Nawet wyspać się nie umiałam, bo gdy pojawiały się mocniejsze skurcze, byłam gotowa budzić męża i jechać na izbę przyjęć. I tak każdego dnia, a mojemu dziecku – na przekór – już się nie spieszyło na świat.

W zniecierpliwieniu i z wątpliwościami doczekałam terminu porodu, który nie przyniósł mi oczekiwanego rozwiązania. Tego samego dnia byłam na wizycie u ginekologa. Doktor wykonał badanie i kontrolne USG, po czym orzekł, że jeśli nic się nie zadzieje, po weekendzie mam się zgłosić na indukcję do szpitala. Jedyną dobrą wiadomością było rozwarcie, z którym tak dzielnie  walczyłam przez pół ciąży, i które ostatecznie stanęło na 3,5 cm. Zresztą to mnie akurat podbudowało, bo miałam nadzieję, że drugi poród będzie z tego względu znacznie krótszy od pierwszego, osiemnasto godzinnego “maratonu” na porodówce.

Wróciłam ze skierowaniem do domu, zdałam relację dziewczynom z bloga, i nie mogłam się opędzić od myśli, że nadszedł już czas, a skurcze jak na złość  ustały. To chyba była przysłowiowa cisza przed burzą. W piątkowy późny wieczór, tchnęło mnie na zrobienie paznokci i ogólne “ogarnięcie” mojej osoby, i cały wieczór poświęciłam przyjemnościom. Nie miałam ochoty patrzeć już w telewizor, dobry humor gdzieś się ulotnił, więc rada nie rada, położyłam się spać. Obudziłam się o czwartej nad ranem, z delikatnymi skurczami, które jednak nie wskazywały, że miały być tymi porodowymi. Mimo to wstałam z łóżka i pokręciłam się trochę po domu. Gdy skurcze nasiliły się nieznacznie, ale były już regularne obudziłam męża, a sama poszłam pod prysznic. Spokojnie, bez pośpiechu poświęciłam ten czas na myślenie o tym, jak ma wyglądać mój poród- że będę oddychać, że wykonam polecenia położnej, że spędzę na porodówce maksymalnie kilka godzin i w asyście męża, urodzę drugiego syna.

Całkiem sensowne i ambitne założenia, nie wzięłam jedynie poprawki na fakt, że akcja tak przyspieszy i w ciągu 15 minut nie będę mogła z powodu bólu zejść po schodach do auta, a z auta wejść do szpitala. Chwała Bogu, że szpital za płotem, bo już było wesoło i cholernie bolało. A jak wreszcie wytoczyłam się z auta, głośnym chlustem odeszły mi wody oraz – mam nadzieję, że nikt delikatny tego nie czyta –  zawartość żołądka. Armagedon! Stać mogłam, iść już nie. Pamiętam, że powiedziałam do męża, żeby mnie zostawił, bo ja się kładę na ziemi i nigdzie nie idę, a on mnie zmobilizował żeby wejść do windy i wjechać na 4 piętro na porodówkę. Ledwie dotłukłam się do drzwi, Marcin – ślubny mój – zadzwonił dzwonkiem na odział, wyjrzała miła pani położna, po czym wyraźnie zrzedła jej mina na mój widok. Udało mi się jeszcze wejść na łóżko. Gdy poprosiłam o znieczulenie, położna krzyknęła “pełne rozwarcie”, a mi opadła szczęka. Nie było już czasu na nic, półtorej godziny po pierwszym skurczu, o 5.30 nad ranem, urodziłam zdrowego, pięknego chłopca. Wojtek wypadł jak z procy, 4120 g i 60 cm długi.

Nigdy nie pomyślałabym, że można tak urodzić. Ba! Takie sceny to widywałam jedynie na amerykańskich filmach, a sama mało pod bramą nie urodziłam, choć nie polecam tego każdej rodzącej ;) Tak czy inaczej, w ten sposób  mogę rodzić, ekspresem i ze znośnymi skurczami, to zdecydowanie lepsza perspktywa, niż wiele godzin spędzonych na oddziale. Tak więc  kończę tym optymistycznym akcentem, oraz życzę przyszłym Mamom porodu, który da satysfakcję i ciepłe wspomnienia na przyszłość.

Źródło zdjęcia: Flickr

Subscribe
Powiadom o
guest
22 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Żaklina Senderek
Żaklina Senderek
6 lat temu

Właśnie zastanawiam się jak to ze mna będzie termin porodu za 6 dni to moj pierwszy raz. Mam nadzieje ze dam rade. Tez mam zalozenia oddychac, wykonywac polecenia poloznej, przy asyscie męża. Mam nadzieje ze nie urodze w domu albo w drodze do szpitala tylko na spokojnie w szpitalu. Pozdrawiam moja imienniczke o Żaklinę!:-)

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
6 lat temu

Oczywiście, że dasz radę :D nie będziesz miała wyboru ;) życzę szczęśliwego rozwiązania :) Pozdrawiam!

Agnieszka Adam Kwiatkowscy

Starszy w pierwszy dzien 38 tyg mlodszy 2 dni po terminie

Agnieszka Adam Kwiatkowscy

A i poerwszy porod 23.5 g drugi 8.5

Patrycja Bzumowska
5 lat temu

Olunia 42 tydz , wygodnie u mamy było . I skończyło się cesarka po pełnym rozwarciu :(

Anna Pasikowska
5 lat temu

Tosia 1 dzień po terminie, od wejścia na izbę przyjęć do tulenia – 3,5 godziny, Ignaś 3 dni przed terminem, od wejścia na izbę przyjęć do tulenia – 4 godziny. Oba porody „wymuszane” przeze mnie ;)

W roli mamy - wrolimamy.pl

A jak się „wymusza” poród?

Anna Pasikowska
5 lat temu

Z Córką od razu pomógł olejek rycynowy, natomiast Syn był zdecydowanie bardziej uparty, przez 2 tygodnie skakałam na piłce, robiłam przysiady, myłam okna i podłogi, latałam po schodach jak głupia, faszerowałam się olejem z wiesiołka i dwa razy piłam olejek rycynowy – wszystko na nic, dopiero jednej nocy podczas wycieczki do WC przy jedenastym przysiadzie poszły wody :D Oczywiście najbardziej naturalny sposób (ten z zaangażowaniem męża ;)) w ogóle nie działał na moje dzieci ;)

W roli mamy - wrolimamy.pl

nieźle :)

Anna Pasikowska
5 lat temu

Na szczęście „plan” zrealizowany i oboje ze stycznia :D

Ala Zielonka
5 lat temu

Starszy 13 dni po terminie CC, mlodszy 10 dni przed terminem tez CC

Nina Bielecka Cłapka

Wiktorek 37t1d cc z powodu zamknięcia się przepływów w pępowinie, Nikodem 32t3d cc z powodu nagłych spadków cukru u mnie :) ps. inteligentnie dzisiaj się zorientowałam od Kogo przywędrował do Nas pewien miętowy przyjaciel ;) Nikoś dziękuje :-* i jak krtań?

Marlena Urbańska
5 lat temu

Też 11 dni po terminie, sn. Za równy miesiąc 6 urodzinki:)

Edyta Skrzydło
5 lat temu

Starszy 4 dni po terminie, a młodszy w dzień terminu poród wywoływany przez cukrzycę obaj SN.

Marta N-k
5 lat temu

5dni przed terminem CC

Michał Magdalena Hałasa

Oby dwoje synow 11dni przed terminem

Malwina Mazur
5 lat temu

Pierwszy prawie 9 lat ma 4 tyg przed terminem przez CC a młodszy 4 miesiące teraz ma 3 tyg i 1 dzień przed terminem SN

Małgorzata Magdalena Karolczak

Starszy syn-Kuba 3 dni po terminie przez CC,młodszy-Brajan 2 miesiące przed terminem również przez CC…

Ewa Gołębiewska
5 lat temu

Zuzka urodziła się naturalnie, w dzień terminu. Maja szczerze mówiąc nie mam pojęcia :P Miałam wyznaczany termin cztery razy, nikt nie wiedział kiedy się urodzi. Chodziłam z rozwarciem na 2 cm przez półtora miesiąca. W papierach mam wpisane że to był 40 tydzień. Ją też rodziłam sn :) Zobaczymy jak teraz będzie z trzecią panienką :)

Kulinaria 2 listopada 2013

Kurczak w cieście francuskim

Mam ostatnio “fazę” na ciasto francuskie ;) Odkryłam je na nowo, bo przez jakiś czas nie używałam i teraz wykorzystuję je w coraz to nowych przepisach. Tym razem proponuję kurczaka w cieście francuskim ze szpinakiem i mozzarellą. Bardzo lubię szpinak, zresztą moja rodzina też, mozzarella świetnie się z nim komponuje, dlatego to połączenie nam wyjątkowo pasuje :)

Składniki:
4 pojedyncze nieduże filety z kurczaka
300g liści szpinaku
opakowanie ciasta francuskiego
kulka mozzarelli
trochę tartego parmezanu (opcjonalnie)
2 ząbki czosnku
2-3 łyżki masła
gałka muszkatołowa
jajko
sól, pieprz

Sposób przygotowania:

1. Dokładnie myję i odsączam liście szpinaku i na niewielkiej ilości masła podsmażam czosnek przeciśnięty przez praskę (tylko tyle by się zeszklił).

2. Następnie wrzucam do tego szpinak i podsmażam aby zmniejszył objętość, dodaję resztę masła, doprawiam solą, pieprzem oraz obficie gałką muszkatałową. Podsmażam jeszcze chwilkę aby się smaki połączyły i odstawiam by lekko przestygło.

3. Mozzarellę kroję w drobną kostkę, ciasto francuskie dzielę na 4 części.

4. Na każdym kawałku ciasta układam na środku filet tak aby dłuższy bok służył nam do zawijania. Lekko doprawiam solą i pieprzem. Na wierzchu układam liście szpinaku, mozzarellę i sypię parmezanem. Następnie nacinam ciasto po obustronach fileta w poprzek i zawijam je na przemian tak aby zachodziło na siebie i utworzyło przeplatankę. Na koniec smaruję rozkłóconym jajkiem.

5. Piekę w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez ok. 40 minut, aż ciasto będzie ładnie zrumienione.

Najlepiej podawać to danie samodzielnie, bez dodatków, ponieważ jest bardzo sycące :)

kurczak 1

kurczak 2

kurczak 3

 Zdjęcia: Paulina Garbień

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Emocje 30 października 2013

Moja fobia, moja zmora!

„Nie cierpię pająków!” – wykrzyknąłby smerf Maruda gdyby stanął w progu mego domu.
A ja bym mu przytaknęła. Nienawidzę tych skurczybyków! Od zawsze! Nie wiem, po co w ogóle zostały stworzone?! Nie mogły wyginąć razem z dinozaurami?! Szwędają się w moim, prywatnym domu, jak u siebie! Cholera, to ja go sobie wybudowałam, czy oni?!  Noo może nie ja, a mój mąż, ale na jedno wychodzi!

Tak sobie czasem myślę, że one to się muszą nieźle puszczać, że się w takim ekspresowym tempie i w takiej ilości rozmnażają, ulicznice jedne! A latem w szczególności! Jakiś okres godowy mają, czy co?!

I nie żebym była wariatką, co to z jednego małego bezbronnego pajączka robi potwora…

Bo one naprawdę są potworami i to okropnymi! Mają dłuugie nogi, żeby machać mi z daleka,  grube, obrzydliwie owłosione tułowie, do brudzenia mi podłogi kiedy je wybebeszę, wystające gały, którymi zawsze  do mnie mrugają, wielkie zębiska do wgryzania się w szyję i jeszcze biegają jakoś tak bezsensownie – niby bezszelestnie, żeby ich nie słyszeć, ale jednak w taki sposób, żeby je zobaczyć. I się przestraszyć. I porzygać.

I ciągle gdzieś na mnie czyhają mendy jedne! A to w kuchni, kiedy zaspana o poranku, idę sobie kawę zrobić, a to w łazience, kiedy chcę się w spokoju wykąpać (lub co innego zrobić.. ;P), w sypialni kiedy kładę się spać, w pokoju dziecka kiedy chcę mu poczytać na dobranoc…. albo w salonie, gdy siedzę w bosych stopach i nie mam czym skubańca chlasnąć!

Ale zamiast kapcia, mam na nie inny sposób – odkurzacz! :D Taki fajny, centralny, więc mam pewność, że gnojki z niego nie wyjdą! I już nawet go nie chowam, leży sobie przygotowany jak na wojnie, w przedpokoju i czeka razem ze mną, na hasło – do ataku!

Tylko ile można walczyć z wrogiem?! Już mi czasem sił brakuje. I mam koszmary, jak żołnierze powracający z misji w Afganistanie. Brakuje jeszcze, żebym zaczęła się moczyć w nocy i chlać, by utopić swe frustracje.

Hmmm, a może powinnam pójść do psychologa? Na leczenie jakieś? Bo inaczej naprawdę zwariuję i stanę się jakąś psychopatką, zacznę mówić sama do siebie… a nie, to już uskuteczniam! ….to co tam się jeszcze robi jak się jest psycholem??

Oooo nieee! Później się zastanowię! Teraz „ojczyzna” mnie wzywa, .… – do ataku!!!!

Źródło zdjęcia: Flickr

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Iza
Iza
6 lat temu

O matko, jak ja nie cierpię tych stworzeń!!!!
:P

Anna Pasikowska
Anna Pasikowska
5 lat temu

A jakie to pająki?
Kątniki czy kosarze?
No i uspokajam – nie masz fobii :)
Fobię mam ja i na widok pająka dostaję paraliżu, zaczynam się trząść i płakać i nie ma najmniejszej szansy na to, żebym sama mogła zabić bydlę, nie dałabym rady.
Na szczęście mieszkam z rodzicami i zawsze znajdzie się ktoś, kto wybawi z opresji, bo w przeciwnym wypadku musiałabym albo spalić dom, albo z niego uciec…

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close