Hu hu ha, zima wcale nie taka zła! Szczególnie gdy otulisz dziecko wyjątkowo ciepłymi dodatkami


Złota polska jesień nie zdążyła nas rozpieścić ciepłymi promieniami słońca i przyjemną aurą. Ba! Zaryzykuję stwierdzenie, że wręcz wcale jej nie było, po równie kiepskim lecie. Zamiast tego niebo zasłoniły ciemne, ciężkie chmury, przynoszące opady deszczu i podmuchy silnego wiatru. Nie mamy szczęścia do pogody w tym roku, więc nie pozostaje nic innego, jak zacisnąć zęby, naciągnąć czapki na uszy i czekać do wiosny.

Zanim to nastąpi, musimy po prostu przetrwać. Ja życzyłabym sobie trwania w ciepłym domu z grami i zabawami, natomiast moje dzieci mają zupełnie odmienne wyobrażenie na temat wspólnych aktywności i jednak wolą ganiać po dworze. Nie wiem, chyba mnie już łamie starość i jest mi ciągle zimno, ale oni tego problemu zdecydowanie nie mają. Energiczni i rozgrzani, jak te małe reaktory jądrowe.

A skoro już muszę wychodzić na to zimno, to koniecznie w ciepłym ubraniu. Jako że mamy połowę listopada i aura robi się coraz mniej sprzyjająca, zamieniamy czapki z jesiennych na zdecydowanie cieplejsze. Chłopaki mają jeszcze czapy i kominy z ubiegłego roku, ale rozglądałam się za nowymi i trafiłam na ręcznie robione czapki od Molito.pl. I wiecie co? Nie mogłam się od nich oderwać!

Po pierwsze podoba mi się to, z czego robione są ich czapki i kominy (ale nie tylko!). Ubrania i dodatki wykonywane są z naturalnej włóczki z merynosów, jedwabiu, kaszmiru i bawełny organicznej. Brzmi dobrze, bo naturalne materiały mają wiele zalet.

  • wełna merino chroni przegrzaniem i pozwala na oddychanie skórze, a zimą grzeje i chroni przed śniegiem i niską temperaturą. Jest także lekka i przyjemna w dotyku, co więcej, nie gniecie się i nie elektryzuje. Szczególnie docenią to alergicy, ponieważ wełna nie uczula oraz posiada właściwości antybakteryjne.
  • bawełna organiczna uprawiana jest bez wykorzystania sztucznych nawozów oraz chemicznych środków. Zbiera się ją ręcznie, co podnosi czystość włókien i sprzyja środowisku. Zebrane włókna barwi się przy użyciu naturalnych barwników. Ubrania szyte z bawełny organicznej są wyjątkowo miękkie i delikatne w dotyku. Są idealne dla dzieci z problemami skórnymi oraz alergików, ponieważ nie zaogniają istniejących zmian i są obojętne dla skóry.

Robi wrażenie, prawda? Pomyślcie – nie tylko miłe dla oka, ale bezpieczne dla zdrowia i utrzymujące ciepło dzieciaczków.

Co ciekawe, Molito.pl proponuje ubrania i dodatki nie z taśmy produkcyjnej, ale ręcznie szyte, wyjątkowe. To nie masówka, ale prawdziwe rękodzieło, wykonane za pomocą szydełka i drutów! Połączenie pracy i pasji, włożenie serca do perfekcyjnego wykonania i materiałów z najwyższej półki, trafi do przekonania wielu rodziców. Bo można kupić/zamówić coś i dla dziecka i dla rodzica. Rzeczy piękne, kolorowe, ciepłe, osobno i do kompletu, które w iście skandynawskim stylu rozprawią się z zimnem i paskudną aurą.

P.S. Pamiętajcie o nadchodzącym Mikołaju! Tym razem zamiast kolejnej zabawki z tej samej serii, zróbcie prezent dziecku i sobie, wybierając czapki, kominy, szaliki, rękawiczki i o wiele, wiele więcej (ufffff, nie uda mi się tego wszystkiego wymienić) na molito.pl.

Zdjęcia: Molito.pl

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Własnie szukam czapki dla siebie, a jestem w tej kwestii mega wybredna.

    1. O, ta mi się podoba: Czapka Ciemnoszara Merynos

    2. Te czapki są rzeczywiście piękne. A jeśli przy tym i miłe w dotyku i ciepłe, to mi nic więcej nie potrzeba :)

  2. Ja jestem praktyczna, czapka ma być ładna, ciepła i przeżyć milion prań i wirowań w pralce ;)

  3. Bardzo ładne!

  4. Fakt, produkty cudne! Ale ceny niestety nie dla każdego…

  5. cudne te czapki. Sama chętnie bym jedną nosiła :)

  6. ceny jak na tą jakość i ręczną robotę wcale nie są wygórowane. Tym bardziej, że np. 80 zł za czapkę na całą zimę, nie dla każdego jest ceną zaporowa

  7. Ja nie twierdzę, że “ceny są wygórowane” i nie wątpię w jakość produktów, ale uważam, że cena czapki 90-120 zł ( w komplecie z szalem/kominem 200 zł), to dużo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Wesoła twórczość mojego dziecka – po co kartki, skoro są ściany?


Macierzyństwo to jedna wielka praca, trening i test – umiejętności, wiedzy, sprawności fizycznej, cierpliwości i tolerancji (na różnych płaszczyznach). Bywa, że matczyne emocje targane są na lewo i prawo, nastrój zmienia się z minuty na minutę, a matka niezależnie od sytuacji zawsze powinna zachować spokój ducha i opanowanie. 

Powinna, hmm… czy to aby na pewno dobre stwierdzenie? No raczej nie, wszak matka jest tylko zwykłym człowiekiem, a nie jakimś „Rambo”, którego niczym nie da się złamać. Każda matula ma w sobie ograniczone pokłady tego wszystkiego co powyżej, logiczne jest więc, że czasem w jej wnętrzu może dojść do przeładowania, a w konsekwencji do wybuchu. I nie zawsze musi to być efekt czegoś poważnego, czasem wystarczy niepozorna iskra, wręcz błaha sprawa, a eksplozja nieunikniona.

I mnie też się to zdarza. Ostatnio na przykład, parę dni temu, myślałam, że pęknę ze złości i wytarmoszę swoje dziecko, które wzięło i zabazgrało mi ściany w domu kredkami – pastelami olejnymi, które oczywiście nie chcą się zmyć!  Wesoła twórczość prawie 2-latki. No brawo!

Choć czekajcie! W pierwszym momencie nawet mnie to tak mocno nie zirytowało – nie pierwszy i zapewne nie ostatni taki obrazek w mojej matczynej karierze – pochwalę się więc, że pozwoliłam sobie nawet na drobny żart, ale… Kiedy chwilę później zorientowałam się, że to nie jest jedyny rysunek, a pojawił się on też u brata w pokoju i u samej autorki – na dużym kawałku ściany – to już mi ciśnienie skoczyło tak dramatycznie, że mało nie wyszłam z siebie!

Nakrzyczałam więc solidnie i zabroniłam do siebie podchodzić – każdemu, bez wyjątku – a potem obróciłam się na pięcie i poszłam w cholerę, bo czułam, że to jedyne rozsądne wyjście, by dać ochłonąć emocjom.

Zła byłam okrutnie, bo przecież całkiem niedawno malowaliśmy całe piętro, bo na tapecie mamy aktualnie inne roboty remontowe, bo trzeba będzie kupić farby i te wszystkie ściany pokolorować na nowo i wreszcie – bo jestem w ciąży, a to chyba wystarczający powód do wybuchu złości.

W każdym razie, tak jak byłam wściekła, tak w kilka minut cała ta złość minęła. Wystarczyło tylko, że zeszłam schodami na dół, schowałam się w jednym z pokoi i usłyszałam, jak ta mała łobuziara płacze, wołając, że chce do mamy.  Nie mogłam tego słuchać, mimo, iż tata usilnie próbował wyjaśnić córce, że teraz do mamy iść nie można i musi zaczekać.   

Musiałam zareagować. Słuchanie jej rozpaczy łamało mi serce, a to było silniejsze i ważniejsze uczucie niż ta cała moja złość.

Ktoś powie, że jestem słaba, bo szybko wymiękłam. Ktoś inny zarzuci, że jestem złą matką, bo przecież to tylko dziecko, a zabazgrane ściany to nie tragedia. Mam to gdzieś. Jestem jaka jestem, miewam chwilę słabości, popełniam błędy i czasami daję zły przykład.

Zresztą nie o ocenę i krytykę mi teraz chodzi, lecz o to, że w całej tej sytuacji, po raz kolejny w swoim kilkuletnim macierzyństwie uświadomiłam sobie, jak bardzo my – mamy – kochamy swoje dzieci! Jak wiele potrafimy z nimi przejść, znieść, wybaczyć…

I jak szybko zapominamy o powodach swojej złości, gdy te małe istotki zrobią minę kota ze Shreka, uronią łezkę czy wyciągną do nas rączki. I to w sumie jest cudne w tym wszystkim.

A, że ściany pobazgrane – no trudno, taki ich los gdy w domu grasują dzieci! ;-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Żeby mi się chciało, tak bardzo, jak mi się nie chce – też tak czujesz?


W listopadzie najbardziej na świecie lubię siedzieć z książką pod kocem. A jest jeszcze milej, gdy nagle w pokoju pojawia się promyk słońca – o tej porze roku to taka rzadkość! Mój spragniony wzrok podąża więc za tą świetlną wiązką i natrafia na coś, czego widzieć jednak nie chciałam. Wrrr…

A mianowicie, gdy słońce zaświeci w szyby, zauważam, że są brudne. Nie jest to bardzo odkrywcze, bo w domu nie mam firanek i chcąc nie chcąc, nie da się tego spostrzeżenia uniknąć. Potem szybko – za każdym razem od nowa – liczę w myślach, ile mam okien. Wychodzi 15 sztuk i nigdy nie chce być inaczej. I myślę sobie, jak Kubuś Puchatek: „Boże spraw, żeby mi się chciało, tak bardzo jak mi się nie chce”.

Dopada mnie więc kolejna refleksja, że przydałby mi się ktoś do pomocy w ogarnięciu tych okien. A najlepiej ktoś taki, powiedzmy sobie wprost — kto zrobi to po prostu za mnie. Jednocześnie — jak obuchem w głowę – pojawia się świadomość, że pracuję w oświacie, a nie w sektorze IT czy finansów i nierozważne byłoby przepuszczać moje zarobki na coś, co potrafię zrobić sama.

Na szczęście przypomina mi się, że od pewnego czasu jestem posiadaczką fajnego urządzenia — ściągaczki, która bardzo ułatwia harówkę z brudnymi szybami. Ta myśl jest całkiem pocieszająca. Już nawet prawie się zrywam, by chwycić za szmatę, ale uświadamiam sobie, że mam tych okien jednak dosyć dużo i tak od razu problemu się nie pozbędę, mimo użycia wyspecjalizowanego sprzętu. Więc może nie ma co tak od razu się zrywać? Czy nie lepiej na spokojnie dokończyć rozdział, a najlepiej książkę i do tematu wrócić w następny weekend?

To brzmi prosto, ale istnieje ryzyko, że za tydzień o tej porze będę robić to, co dziś — czyli leżeć z książką pod kocykiem i odwlekać wykonanie tego zadania. Jest też opcja, że będzie pochmurno i brudne szyby nie będą rzucały się w oczy i postanowienie zostanie znowu przesunięte w czasie. Tyle że za długo nie da się tego odwlekać, bo jeszcze miesiąc i będą święta. A wtedy nawet taki ktoś jak ja, nie akceptuje brudu w domu.

Tak więc wniosek jest jeden – są w życiu czynności, których można nie lubić, ale i tak trzeba je wykonać. Może nie ma ich co tak demonizować, tylko wziąć się za robotę! Nie chce ci się? Znam to, mi też nie! Ale się zmuszam. I nie liczę na to, że przyjdzie lepszy moment i mi się zmieni motywacja. Wychodzę z założenia, że lepiej zrobić dziś i mieć potem święty spokój. I czyste sumienie. I niczym niezmącony widok przez okno ;)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Oj, skąd ja to znam… Też bym wolała z książką posiedzieć, przy czwórce dzieci to czasami marzenie z kosmosu… A słoneczko odkrywające “niedoskonałości” okna też na mnie działa – pobudzająco. Zwykle myję te najbardziej wołające o pomoc, czyli od drogi. Kolejne staram się też ogarnąć, ale nie zawsze od razu. Ogólnie z domowymi zadaniami mam tak jakoś, że może mogą poczekać chwilę, bo lepiej jest się z dziećmi pobawić? A czasami fajnie z dziećmi urządzić zabawę w sprzątanie – w tym najlepiej mój ukochany się sprawdza, potrafi dzieciaki cudownie zmotywować, porozdzielać zadania, doglądać… i wspólnymi siłami wszystko łatwiej ogarniemy :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

My, feministki


Nie mam łatwego charakteru. Nigdy nie twierdziłam, że mam. Potrafię upierać się, bronić swoich racji, walczyć jak lwica, jak mi na czymś zależy. I uważam, że to zaleta, a nie wada. Nie wiem tylko, czy mój mąż zgadza się z tym zdaniem, bo jemu też nie ustępuję.

Za tradycyjnym podziałem obowiązków domowych też nie jestem. Co nie znaczy, że nie tykam się garów i ściery. Tykam, owszem. Ale odkurzacza już niekoniecznie. Nie raz i nie dwa usłyszałam, że mam feministyczne poglądy. To akurat nie jest prawda, do prawdziwej feministki mi daleko, chociaż… te prawdziwe feministki sto lat temu walczyły o prawa wyborcze dla kobiet i powszechny dostęp do nauki. Więc fakt, jestem feministką. Uważam, że kobieta powinna być wykształcona, oczytana, obyta w świecie, świadoma swoich praw.

W moim domu rządziły kobiety, mama tatą, babcia dziadkiem… Druga babcia była dwukrotną wdową, królowała samodzielnie i niepodzielnie.

W domu mojego męża obowiązywał patriarchat. Ostatnie zdanie należało do ojca, mojego teścia. Może dlatego ciężko mi było się z nim dogadać?

W naszym domu… Nooo trenujemy trudną sztukę kompromisu, z różnym skutkiem.

 

A Duśka patrzy, słucha i wyciąga wnioski…

 

Czytałyśmy niedawno „Calineczkę” Andersena. Córkę mam dociekliwą, jak czegoś nie wie, to drąży do upadłego. I bardzo dobrze. Ma to po matce. Bo życie trzeba rozumieć, „tak, bo tak”, to nie jest argument.

– Mamusiu, ale dlaczego Calineczka musiała się pożegnać ze słonkiem i kwiatkami?

– Bo miała wyjść za kreta i mieszkać pod ziemią.

– No to co? Nie mogła sobie wyjść na dwór, jakby chciała?

– No nie, kret nie lubił słonka i kwiatów, nie wychodził z tuneli i jej też by nie pozwolił.

– No weź, jakby mógł jej zabronić?

– Jako mąż mógłby.

– Ale jak to?

– Kiedyś tak było, że żony słuchały się mężów, a to przecież jest stara bajka.

– Mamusiu, ale to jest ABSOSMERFNIE nielogiczne, przecież to mężowie muszą słuchać się żon!

 

Mimo wszystko nie zamierzam wyprowadzać jej z błędu. Diabli wiedzą, na jakich mężczyzn będzie w życiu trafiała.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku