Dom 31 marca 2012

Jak dobrze mieć sąsiada!?

Jak dobrze mieć sąsiada,
Jak dobrze mieć sąsiada,
On wiosną się uśmiechnie,
Jesienią zagada…… ( fragment tekstu piosenki Alibabek)

Właśnie ta piosenka ciśnie mi się na usta, ilekroć mam przyjemność z owym towarzystwem na resztę kredytowego życia. Nie jednym z resztą, jeśli brać pod uwagę, iż mieszkam w bloku. Generalnie “dobry sąsiad nie jest zły“ jak mawia mój dziadek, a w szczególności dobra sąsiadka, co i na ploty wyciągnie, i jak trzeba to trunek z barku wyciągnie, nie wystawiając rachunku. Sąsiadka na wagę złota, i szklanki cukru, bo akurat zabrakło. Genialna sprawa mieć wokół siebie takich ludzi, bo w razie draki, zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże gdy się wali i pali. Przynajmniej mi daje to poczucie bezpieczeństwa, w co można włączyć również “babcie poduszkowce” czyli monitoring, którego czujnemu oku nie ujdzie żaden szczegół osiedlowego życia.

Mam też sąsiadów “cięższego kalibru”, na których odgłosy zdarza mi się niejednokrotnie zgrzytać zębami. Czasem nawet bywa pięść w górę uniesiona, szczególnie gdy po 22 sąsiadów najdzie nieposkromiona ochota na ostrą wymianę zdań. Wymieniają oni wtedy “poglądy” nie tylko między sobą, ale również z całym pionem, bo po ścianach echo wdzięcznie niesie. Moim ulubionym demotywatorem na pracowite wieczory, są kapcie “łup-łup-łup” walące ponad moją głową – zaręczam, takiego hałasu pułk wojska nie jest wstanie wygenerować. Za to ja w odpowiedzi na dudnienie, potrafię złapać miotłę i rozbijać trzon o sufit podążając krok w krok za dudnieniem. Żeby nie było – próbowałam też grzecznie i z kulturą – że  “…. proszę Sąsiada/ Sąsiadki, mam pewien kłopot….” ale to chyba tylko mój kłopot, wiec tylko ja się tym dudnieniem przejmuję.

Jestem również w posiadaniu sąsiadów “oddolnych”, których czepić się nie mogę, bo i nie ma o co. Uśmiechną się i porozmawiają, jakoś tak dobrze im z oczu patrzy, bo jak ja robiłam swego czasu tornado nad ich głowami, bawiąc się z psem w okolicy północy (przyganiał kocioł garnkowi :D) sąsiad tylko raz zwrócił mi żartem uwagę i jak dla mnie wystarczyło przyjąć za pewnik, że sama tu jednak nie mieszkam.

Podsumowując, słowa piosenki w większości przypadków to szczera prawda, o ile dobro sąsiedzkie stosunki są ogólnie przyjętą dla wszystkich normą, a my sami nie szukamy dziury w całym, oraz od czasu do czasu wspomnimy z przymrużeniem oka maksymę “ szanuj sąsiada swego, możesz mieć gorszego”.

Źródło zdjęcia: sxc.hu

30
Dodaj komentarz

avatar
19 Comment threads
10 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
9 Comment authors
Joanna SzczyglowskaBea WawrzynowiczMagdalena GruszkaMagdalena MarczukMilena Kamińska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Julia Bąk Orczykowska
Gość

Ja mieszkam na wsi. Na przeciwko mieszka ciotka a obok ciotka i babcia;-) Także na sąsiadów narzekać nie mogę;-) W sumię reszty jeszcze za bardzo nie znam, bo jestem tu świeża;)

Anna Haluszczak
Gość

Ja mieszkam w domku jednorodzinnym, gdzie są 2 poziomy i na jednym mieszkają rodzice, na drugim my. Fajni tacy sąsiedzi – mam gwarancję, że nigdy nie zawiodą ;)

Paulina Garbień
Gość

my w Polsce mamy mieszkanie w bloku ogrodzonym i z sasiadami nie ma problemów bo jakby zakłocili ciszę nocna to wzywam ochronę i jest spokój a w dzień to zapracowani ludzie więc nikogo nie ma :) jakoś nie przeszkadza mi, ze prawie nikogo nie znam poza mamusiami z dziećmi :D
tutaj w Dunlinie jest troszkę gorzej bo mało sie tu szanuje innych :/ ale będziemy się przeprowadzać do domu więc już będzie dobrze :) tymbardziej, ze tak gdzie chcemy mieszkać jest cisza i spokój :)

Zaradna Mama
Gość
Zaradna Mama

Moim sąsiadom niestety przeszkadzają moje dzieci :-( To jedyne maluchy w bloku i często muszę wysłuchiwać, że za głośno się bawią, że klocek upał na podłogę… a nawet, że za często robię pranie :-( Niestety wokoło same zgorzkniałe emerytki, które zapomniały jak ich dzieci robiły raban. Co dziwne nie widzą nic złego w paleniu papierosów na klatce i wypuszczaniu dużych psów bez smyczy. Ale nie narzekam, zawsze można trafić gorzej ;-)

Anna Haluszczak
Gość

Dziwne, że tak wszystko wszystkim przeszkadza… Chyba dobrze, że wnosicie powiew świeżości i młodości do bloku!

Sylwia Chojnowska
Gość

My także mieszkamy w bloku na szczęście sąsiadów mam spokojnych i „oswojonych” bo znam ich od małego :) Miło jest jak sami teraz zaczepiają i zagadują synka. Podpytują czy już chodzi, pomogą znieść czy wnieść wózek :) Mały jest jedynym maluchem w klatce więc robi furorę. Wszystkie dzieciaki z klatki to już nastolatki. Nikomu nie przeszkadza płacz czy głośna zabawa synka, wręcz mówią że go w ogóle nie słychać- . Dziwne bo jak nie raz zastrajkuje to słyszę go na paterze :P

Anna Haluszczak
Gość

Super tacy sąsiedzi! Szkoda, że Zaradna Mama takich nie ma…

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Kiedy się mieszka na wsi tak, jak ja i to na uboczu, czasem sąsiadów brakuje:) Ale czasem, kiedy słyszy się różne dziwne historie, człowiek się cieszy, że do najbliższego sąsiada ma 500 metrów;)

Fizinka
Gość
Fizinka

Ja sąsiadów mam spoko, nikt mi nie wadzi :) ale za to moja mama….ona to ma przeboje!!!! Piętro niżej, albo nawet 2 piętra (już teraz nie pamiętam) mieszka taka stara baba z synem i ona się o WSZYSTKO czepia! Że muzyka za głośno, że szpilki głośno stukają po schodach, że rodzina czasem wpadnie na kawę (mi kiedyś mendy spuściły powietrze w kole, w aucie jak byłam w odwiedzinach!!!!! :[ ) …….no nie będę tu wszystkiego wypisywać bo szkoda czasu, ale „najlepsze” z tego wszystkiego jest to że ta stara prukwa wiecznie wydzwania z tymi swoimi „problemami” na POLICJĘ!!!!!! A oni… Czytaj więcej »

Sylwia Chojnowska
Gość

Ma chrapkę na mieszkanie by mieć synka pod ręką :P

Żaklina Kańczucka
Gość
Żaklina Kańczucka

I w takich sytuacjach, nawet mój sąsiad z góry wydaje się być „sensownym” towarzystwem ;p wole walenie jego kapciorów po suficie, niż mundurowych w drzwi, bo za głośno było;)

Mkanczucki
Gość
Mkanczucki

Fajny tekst, aczkolwiek zapomnialas Kochanie dodac ze sasiad potrafi rozwyc sie w srodku nocy do reklamy, u
raczajac nas slynnym tekstem „oreo, oreo”

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

OMG :) To może on do „Must be the music” się powinien zgłosić?:)

Żaklina Kańczucka
Gość
Żaklina Kańczucka

Raczej ” jak oni falszuja” :) albo lepiej”familiada” razem ze swoja rodzinka i nocnymi klotniami ;p

Rachela
Gość
Rachela

Od trzech lat mieszkamy w bloku. Niedawno poznaliśmy bliżej drugą sąsiadkę. Na szczęście pod nami nikt nie mieszka, więc rzucane z rana przez Marcina drewniane piłeczki nikomu nie przeszkadzają :)
Nasi sąsiedzi są spokojni, pomijając tylko rottweilera piętro wyżej :)

Magda Kupis
Gość

Wcześniej gdzie mieszkałam 1,5 roku mogłam razem z sąsiadami tworzyć listę zakupów, „pooglądać” tv o 6 rano, czy posłuchać sekretów- urok blokowisk z wielkiej płyty (nie chciejcie wiedzieć co mogłam usłyszeć w sypialni czy… toalecie ;) Poza tym wszystkim sąsiedzi byli całkiem fajni :)
Teraz mieszkam w nowym budownictwie i sąsiadów nie słychać w ogóle, rzadko też ich widać (jak sami przyznają- uroki kredytów, pracują do oporu :))

hedzia
Gość
hedzia

No u nas sąsiedzi to niezbyt przyjemni byli… Starsznie przeszkadzaly im dzieci. Nawet wzywali policję, że dzieciaki jeżdżą naa hulajnodze i rolka i, że przez to kostka na chodniku popęka! A o graniu w piłkę można było zapomnieć. Sąsiadka co chwilę wychodziła by uciszać dzieci…

Żaklina Kańczucka
Gość
Żaklina Kańczucka

U nas kilka lat temu’ tolerancyjni ‚sąsiedzi zlikwidowali plac zabaw na osiedlu, bo starszym mieszkancom ponoc za głośno było, a teraz syna pakuje w auto i wiozę na drugi koniec miasta do parku japońskiego na plac zabaw :/

hedzia
Gość
hedzia

Ach, szkoda słów…:(

Sylwia Chojnowska
Gość

Aż mnie zatkało…. głupota ludzka nie zna granic. Zapomniały stare zgredy jak dziećmi byli i musieli się gdzieś wyszumieć. Jakby teraz ktoś zwrócił ci uwagę, że dziecko głośne jest w mieszkaniu to powiedz, że gdzieś się musi wyszaleć skoro na podwórku nie ma gdzie bo zlikwidowano plac zabaw. I cierp ciało jak chciało :) a raczej uszy sąsiadów.

Magda Kupis
Gość

a u nas przed blokiem była tabliczka „zakaz gry w piłkę”, a dzieciom siedzącym pod blokiem uprzejme panie robiły zdjęcia i pokazywały w spółdzielni, które dzieci nie bawią się na placu zabaw w 40stopniowym słońcu, tylko siedzą sobie w cieniu i się śmieją.

Katarzyna Jaroszewicz
Gość

W małych blokach i na osiedlach domków jednorodzinnych dużo łatwiej o znajomości sąsiedzkie. Wiekie blokowiska i kilkanaście pięter jakoś tak działają ,że każdy tylko pilnuje swojego i trudno o zaufanego sąsiada:(

sylwiagkap
Gość
sylwiagkap

Ja mam spoko sąsiadów, są starsi ale bardzo wyrozumiali co do mojego zwariowanego i szlonego dwu letniego synka. Umieją zrozumieć płacz, śmiech i zabawę o 5 rano z dzieckiem, taki ranny marek. Nie mamy zadnych problemów z nimi. :)

Maria Ciahotna
Gość

Dwa lata temu przenieśliśmy się z dwóch pokoi z kuchnią do prawdziwego domu (z 1928 r.), na takim starym osiedlu, więc spokój jest, kawałek ogródka, nikt nad głową nie człapie, nie naprzykrza się na klatce, ani nie zagląda z balkonu na balkon. A sąsiedzi? Wspaniali, ten po lewej stronie ma w garażu zainstalowaną beczkę piwa a jak pracujemy w ogródku (doprowadzając go do stanu normalności po poprzednich właścicielach, co lubili w beczce zbierać plastikowe butelki, polać benzyną i spalić, bo do kubłów mieli jakieś 200 m…), to raczy nas złocistym trunkiem :) Tak nas polubił od samego początku, że i… Czytaj więcej »

Milena Kamińska
Gość
Milena Kamińska

sąsiedzi są bardzo ważni, często możemy się z nimi spotkać, poimprezować, pośmiać, szukać u nich pocieszenia, podzielić się z nimi radościami i smutkami, pożyczyć trochę soli ale także często mogą uratować nasze życie. gdy mieszkałam u rodziców (wieżowiec 10 piętrowy) miałam świetnych sąsiadów. Jako dziecko pamiętam ze wszyscy w bloku sie znaliśmy i dzieci i dorośli, wspólnie bawiliśmy, odmalowywaliśmy pomazaną sprayem klatkę, wspólnie dbaliśmy o ogródek przed blokiem naprawdę super czasy. wszyscy byliśmy dla siebie uprzejmi, dzień dobry i do widzenia, rodzice zimą tzn tatusiowie odśnieżali wspolnie parking, nas dzieciaków zbliżył tez pies Puszek, który przybłąkał się pod nasz blok,… Czytaj więcej »

Magdalena Marczuk
Gość

Ja niestety nie trafiłam najlepiej z sąsiadami…:(

Magdalena Gruszka
Gość

Dziś jest też dzień bez stanika…
My mamy super sąsiadów

Bea Wawrzynowicz
Gość

Ja jestem najlepszym sasiadem a reszta to jakas porazka

Joanna Szczyglowska
Gość

Marzy mi się wolno stojący dom z dala od ludzi bez sąsiadów.jacy by nie byli zawsze są za ściana ludzie którzy chcąc nie chcąc maja wgląd w twoje życie…tak jak dzisiaj…nerwy mi puściły nadarlam się na chłopa dziecko…pół godz później babcia piętro niżej pyta czy wszystko ok… bomba…

Ciąża 28 marca 2012

Z pamiętnika ciężarówki

37 TC
Poniedziałek – standardowa wizyta kontrolna, badanie ginekologiczne, USG – maluch ułożony prawidłowo, szyjka gotowa, waga dziecka wg USG ok. 2500g – jeszcze 5 dni mam brać leki a potem odstawić i czekamy na decyzję malucha o wyjściu :) jeśli nie urodzę kolejna wizyta za 2 tyg.

39 TC
Piątek – za 3 dni wizyta, a ja nadal czuję skurcze, które na KTG nie wychodzą…
W akcie desperacji sprzątam całe mieszkanie łącznie z myciem okien i pastowaniem podłogi na kolanach!!! Dwa dni później Chrzciny u znajomych, dodatkowo długi spacer, żeby się rozruszać.

Poniedziałek – wizyta u lekarza. USG, badanie ginekologiczne. Uśmiechnięta mina lekarza mówi wszystko: „Pani Paulino mamy rozwarcie na 1cm”.
Jestem zadowolona, bo moje działania przyniosły efekt- mieszkanie na błysk i jeszcze rozwarcie ;)

Wtorek popołudniu – jedziemy do znajomych, mąż pomaga im skręcić meble dla córki.
Wracamy do domu ok. 23.00 biorę prysznic i kładę się do łóżka.

Środa 1:00 – budzi mnie dość mocny skurcz, sytuacja dość znajoma więc zasypiam, za chwilę kolejny… biorę zegarek i sprawdzam która godzina. Zanim zdążyłam zasnąć kolejny skurcz.
Sprawdzam odstępy, wynoszą mniej więcej 5 minut. Idę do wanny, żeby uspokoić skurcze, bo już to kilka razy przerabiałam.
Po wyjściu z wanny czuję kolejny, tym razem dużo mocniejszy i dłuższy. Biorę zegarek i mierzę czas… odstępy ok. 4 minut. Postanawiam obudzić męża, w między czasie zjadam coś na szybko włączam komputer i piszę koleżankom z forum, że jadę na porodówkę.

2:50 – Dojeżdżamy do szpitala, a ja czuję, że skurcze są coraz mocniejsze…
Przyjmuje nas położna i zaprasza mnie do gabinetu, a mężowi każe czekać na korytarzu. Wykonuje po kolei badania, zadaje mnóstwo pytań, a ja na nie odpowiadam milknąc na chwilę, gdy nadchodzi skurcz. Pojawia się lekarka i robi USG, przewidywana waga synka ok. 3200g rozwarcie na ponad 3 cm.

4:00 – Wreszcie przechodzimy do sali porodowej. Rozkładamy się z całym ekwipunkiem ;) Najważniejsze radio, przecież nie będę rodzić w ciszy ;)
Kolejna położna– bardzo miła– wita się i mówi, że będzie się nami zajmować do 7 rano jeśli tyle tu będziemy. Podpina KTG i proponuje się zdrzemnąć, żeby zebrać siły na poród. Potem zabiera sprzęt, a ja zaczynam przysypiać między skurczami.

7:00 – zmiana położnych. Rozwarcie na 4,5 cm.
Idę pod prysznic, żeby się trochę odświeżyć.
Już wiem, że mojego lekarza nie będzie, bo akurat wyjechał.
Zaczynam odbierać sms od koleżanek z forum, które pytają czy wszystko ok. Skurcze są częstsze i silniejsze, ale mimo to mam dobry humor i świetnie się czuję, bo drzemka bardzo mi pomogła. Podjadam czekoladę i odpisuję na wiadomości.
Położna radzi poskakać na piłce, żeby rozwarcie lepiej postępowało. Korzystam z jej rady i ćwiczę sobie tak jak uczono nas w Szkole Rodzenia.
Znowu idę pod prysznic, żeby rozgrzać brzuch i kręgosłup, podobno to przyspiesza poród.

13:00 – jest 8 cm :) jestem zadowolona z siebie i choć skurcze są już bardzo silne nadal skaczę na piłce.
Kolejne 2 godziny, jestem coraz bardziej zmęczona a rozwarcie utknęło na 8 cm i szyjka nie chce współpracować. Nie zgadzam się na Oxy, chcę jeszcze spróbować sama.

16:30 – staram się spacerować cały czas bo na piłce jest mi już niewygodnie. W końcu zgadzam się na podanie oksytocyny, bo rozwarcie nadal nie postępuje. Najpierw KTG potem kroplówka i nadal KTG. Skurcze zaczynają być nie do zniesienia. Przestaję kontaktować co dzieje się wokół, kojarzę tylko jakieś wycinki sytuacji.
Położna podtyka mi coś szumiącego, odpycham to, ale mąż trzyma nadal a położna każe głęboko oddychać, po chwili orientuję się, że to maska z tlenem, maleństwo reaguje przez chwilę niezbyt dobrze na Oksytocynę i trzeba je dotlenić. Po chwili jest już dobrze.

Jest prawie 18 – przyszedł lekarz, bada mnie, ból potworny, do tego co chwilę skurcze, czasem mam wrażenie, że jak kończy się jeden to zaczyna drugi. Na szczęście wreszcie jest 10 cm i zaczynają się bóle parte.

Jest 19 – nadal staram się przeć, ale maluch nie chce za bardzo współpracować ze mną tak jakby utknął. Kolejna zmiana położnych pytam czy jest Pani Jadzia-  położna, którą poznałam na zajęciach Szkoły Rodzenia. Pani Jadzia przychodzi i śmieje się, że chyba specjalnie na nią czekaliśmy. Zaczyna zwozić jakieś sprzęty do naszej sali i wzywa lekarza położnika oraz neonatologa. Zbiera się niezła grupka i wszyscy oglądają moje krocze… Ciekawe co tam widzą?

Za radą położnej zmieniam pozycję i zaczyna się poważne parcie. Położna pyta czy wyrażam zgodę na nacięcie krocza. Zgadzam się jeśli uważa, że to konieczne. Czuję tylko lekkie uszczypnięcie, bo robi to bardzo sprawnie.

Po następnym skurczu pytam męża i położną czy synek ma włoski, mówią mi żebym sama sprawdziła. Robię to i czuję maleńką, cieplutką, owłosioną główkę. Czuję napływ nowych sił i przy następnym skurczu rodzę synka.

19:50 – po raz pierwszy i na zawsze zostajemy rodzicami !!!!
Następuje cudowna błogość, położna kładzie mi mokre i ciepłe ciałko na brzuch, synek zaczyna płakać, a mąż w tym czasie przecina pępowinę i widzę jak łzy płyną mu po policzku.
Neonatolog bierze małego na stolik obok i bada go dokładnie, a ja w tym czasie rodzę łożysko. Pytam czy wyszło całe, bo ze szkoły rodzenia pamiętam, że to ważne. Wszystko jest ok i dostaję synka z powrotem na brzuch. Lekarz zakłada szwy w miejscu nacięcia krocza.

Mąż robi nam z synkiem zdjęcie a ja widzę, że nadal płacze choć stara się to ukryć. Synek szybko się uspokaja, a Ja próbuję go nieudolnie przystawić do piersi. Położna pomaga mi i po chwili Adi chwyta ładnie pierś i zaczyna łapczywie ssać. Zostajemy w tej sali z mężem jeszcze przez ponad godzinę.

Tuż przed 23 trafiam na zwykłą salę. Mąż jeszcze chwilę jest ze mną żebym mogła się odświeżyć pod prysznicem, a potem jedzie do domu się zdrzemnąć.
Jakaś pielęgniarka przynosi mi coś do jedzenia i herbatę. Zjadam szybko i kładę się z synkiem. Zasypiamy zmęczeni. Po 2 godzinach budzę się i już do rana leżę i obserwuję mojego Adrianka, jak śpi lub ssie moją pierś. Mąż odwiedza nas w czwartek i w piątek a ja marzę już, żeby wrócić do siebie.
Wreszcie w sobotę mąż przyjeżdża i zabiera nas z synkiem do domu.

Zaczynamy nową życiową rolę – rolę Rodzica z Naszym synkiem Adriankiem. Jak wypadniemy w tej roli nie wiem, ale wiem jedno – mąż i synek są moim całym życiem i bardzo ich Kocham.
Mąż był przy mnie cały ten czas i pomagał jak tylko mógł. Razem przywitaliśmy Adiego na świecie i razem będziemy o niego dbać, aby wyrósł na cudownego i wspaniałego mężczyznę jak jego Tata :)

184
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna Haluszczak
Gość

Gratuluję – dzielna dziewczynka :) Poród widzę, że długi i ciężki… Ważne, że był z Tobą mąż. To naprawdę dużo daje. Dla mnie obecność męża przy porodzie była bezcenna. Dlatego wiedzieliśmy, że przy drugim też będzie – i był.
Zresztą drugi poród jest szybszy i łatwiejszy! Tak więc powodzenia w nowej życiowej roli! :)

Ania;)
Gość
Ania;)

Drugi poród szybszy i łatwiejszy..?? Oby to była prawda;)) Okaże się za 3 miesiące:))

Anna Haluszczak
Gość

Napiszę tak:
– pierwszy poród to skurcze od 1,40 w nocy. Urodziłam o 15,05. I do tego przetrzymali nas dodatkowy dzień w szpitalu, bo córeczka miała podwyższoną temperaturkę.
– drugi poród to sączenie się wód od ok. 5 rano, pół godz później skurcze i o 8,15 synek był na świecie :)
To chyba mówi samo za siebie :)

Powodzenia i trzymam kciuki za szybkie i bezproblemowe porody obecnych tu ciężarówek!

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Jeśli to miałaby być reguła, to aż się trochę boję, bo z córką do szpitala dojechałam ok. 10, a o 12: 15 już było po wszystkim:)

Anna Haluszczak
Gość

Reguła to pewnie nie jest, ale w wielu przypadkach tak było. Swoją drogą – Ty to miałaś w takim razie ekspres! :)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Oj tak! I z jednej strony boję się dłuższego porodu, a z drugiej obawiam się, że jak pójdzie szybciej, nie zdążę dojechać do szpitala:)

Anna Haluszczak
Gość

Aż tak szybko to przecież nie idzie, więc zdążysz na pewno ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Nigdy nie wiadomo:) Do szpitala prawie 30 km:)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Aniu, u mnie okaże się za miesiąc, a może wcześniej:)

Anna Haluszczak
Gość

To trzymam kciuki, żeby było wcześniej niż za miesiąc, bo najgorzej jest czekać po terminie (wiem z doświadczenia ;) )

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Aniu, córkę urodziłam 3 tyg. przed terminem, więc nie było mi dane poczuć tego stresu i mam nadzieję, że i teraz tak będzie:)

Anna Haluszczak
Gość

Tylko pozazdrościć! Ja córeczkę urodziłam tydzień po terminie – czekanie było męczarnią…

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Modlę się, żebym nie musiała tak długo czekać…

Paulina Garbień
Gość

no cóż mam nadzieję, że drugi faktycznie będzie łatwiejszy :) okaże sie w październiku :)

Anna Haluszczak
Gość

A na którego masz termin? Moja córeczka jest z października :>

Paulina Garbień
Gość

na 1.10 :) może się okazać, że będzie wrześniowy dzidziuś :)

Anna Haluszczak
Gość

To moja córeczka jest z 24 (termin miałam na 18). Ale październikowe dziewczyny są fajne :)

Paulina Garbień
Gość

ja mam przeczucie, ze to chłopiec, ciekawe czy trafne :)

Anna Haluszczak
Gość

U mnie było tak, ze w ciąży z córką strasznie popsuła mi się cera i włosy, przy synku nic. Może u Ciebie to też będzie jakiś wyznacznik? A czemu czujesz, ze to synek? :)

Paulina Garbień
Gość

takie przeczucie gdzieś w środku :) przy Adim tez czułam, ze to będzie synek :) choc na początku chciałam dziewczynkę

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Ja z córką miałam przeczucie ok. 6 m-ca ciąży. USG nic nie chciało pokazać, dopiero w 32 t.c. lekarz potwierdził, że prawdopodobnie córcia będzie. Teraz jak pierwszy raz zobaczyłam małego na USG, powiedziałam, że wygląda jak chłopiec:) Potem różnie mi się przeczucia zmieniały, ale okazało się, że pierwsza myśl była słuszna:)

Anna Haluszczak
Gość

Fajna taka intuicja :) U mnie przy pierwszym maleńśtwie szybko było wiadomo, że będzie córeczka. Przy drugim mąż stwierdził, że co by nie było- będzie syn. I jest :)

Julia Bąk Orczykowska
Gość

Moja mama 1 dziecko urodziła najłatwiej a czwarte najciężej;-) Tak stopniowo, więc to chyba kwestia indywidualna;-) Ja pojechałam do szpitala we wtorek, urodziłam w czwartek a do domku wróciłam w poniedziałek;-) Więc prawie tydzień w szpitalu;-) Za nim urodziłam to 2 dni męczyłam się ze skurczami, aż płakałam z bólu, a położne na to, że udaje, żeby mi pomogli przyśpieszyć akcje;/ Ehh…

Paulina Garbień
Gość

tak to jest z lekarzami i położnymi… kazdy inaczej odczuwa ból, ma inny próg bólu i nie można tego generalizować
Moja mama każde równie szybko rodziła kazde z trójki dzieci więc to faktycznie kwestia indywidualna :)
w każdym razie zdam relację w październiku :)

Anna Haluszczak
Gość

Pewne cechy są dziedziczne, więc może Tobie też pójdzie gładko – jak mamie :) U nas genetyczne było tycie w ciąży. Zarówno w 1 jak i w 2 przytyłam dokładnie tyle samo, co moja mama :P

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Ja z kolei urodziłam pierwsze dziecko znacznie szybciej niż moja mama którekolwiek z naszej 3 rodzeństwa:)

Paulina Garbień
Gość

u mnie pierwszy poród sie nie sprawdził bo jak widać jakieś 16 godzin a u mamy mimo wywoływania niecałe 8 i waga w ciąży też, mama przytyła ze mną w ciąży 32,5kg a ja 16kg więc połowę mniej, więc u nas ta dziedziczność nie działa ;)

Anna Haluszczak
Gość

To tylko się cieszyć :) Ja pierwsze dziecko też urodziłam łatwiej niż moja mama, bo ona miała poród kleszczowy, a ja naturalny.

Sylwia Chojnowska
Gość

U mnie się nie sprawdziło. Urodziłam szybciej niż mama ( mój poród – 2 godz 15 min) i przytyłam też mniej.

Fizinka
Gość
Fizinka

I się poryczałam :) Twoja historia bardzo przypomina moją :) też długo rodziłam, „obskoczyłam” 3 zmiany położnych!! :) i na koniec też spotkałam położną ze szkoły rodzenia :) co prawda nie przyjmowała mojego porodu ale siedziała z nami (ze mną i mężem) i nas dopingowała :)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Gratuluję:) Kurcze, ale dosyć długo się męczyłaś… U mnie pierwszy poród 4 godziny i 15 minut… Za chwilkę drugi… jak czytam Twoją historię, to mam ciarki – jak będzie tym razem????

Paulina Garbień
Gość

bedzie dobrze :) szybko i mało bolesnie :) trzymam kciuki i czekam na relację jak było :)

Anna Haluszczak
Gość

Ola – na pewno będzie dobrze :) I mamy nadzieję, że jak już wypoczniesz, to zdasz relację z tego, że wszystko poszło jak trzeba :)

Ania;)
Gość
Ania;)

Właśnie, właśnie dziewczyny..:) Mamy się tutaj wspierać, a nie straszyć;P;) Na pewno pójdzie, jak po maśle;P;)

Anna Haluszczak
Gość

Aniu – innej opcji nikt nie bierze pod uwagę ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Aniu, masz rację – musi być dobrze:)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Paulina, Ania – nie dziękuję, żeby nie zapeszyć:) A relację na pewno zdam:)

Zaradna Mama
Gość
Zaradna Mama

Gratulacje dla rodziców i dużo zdrowia dla Adusia :-)

Angelika Ludwicka
Gość

aż sie popłakałam przypomniał mi sie mój poród choć o wiele krótszy bo tylko 2,5 h
Gratuacje dla rodziców

Dom 27 marca 2012

Zabawne gotowanie – recepta na zdrowie i przepis na nudę!

Zdrowe = nudne?
Każdy kto próbował przekonać do zjedzenia czegoś „niejadalnego” swoja mniejszą lub większą pociechę, doskonale wie, że nic nie może być nudne! A już na pewno nie to, co chcemy podstępem wprowadzić do żołądka małych smakoszy!  Nie jeden domowy strażnik diety, stracił w  swojej karierze garść włosów – z powodu marchewki, pół dnia – w intencji szpinaku czy też został dumnym posiadaczem paru nowych siwych włosów i plam na ścianie –  z okazji  „kuchennego dnia: BO NIE!”. Niektóre z forteli rodziców, mające na celu perswazję swoich racji, mogłyby fabułą i poświęconym, na nie czasem, rywalizować z niejednym „wenezuelskim” tasiemcem :). Jednak zapewne wiele z Was odkryło już  magiczny sposób na pomoc w tym trudnym zadaniu, jeśli nie to zapraszamy do próby!

Oczywiście byłybyśmy Optymistkami na krawędzi szaleństwa, twierdząc że jest „niezawodny” sposób na każdego Malucha! Jednak warto udać się na poszukiwanie „swojej recepty” na zdrowe posiłki kierując się kilkoma zasadami.

Cuda – wianki:

Jednym ze sposobów na „zachętę” młodego Smakosza, jest niewątpliwie podanie potrawy w atrakcyjnej wizualnie formie.  Niestety często jest to niepraktyczne rozwiązanie – mało kiedy możemy poświęcić dodatkowy czas na ulepienie klusek w kształcie samolotu i zrobienia łódki z pomidorów… a szkoda! Mimo mankamentu w postaci pożeracza czasu- zachęcam, aby od czasu do czasu w ramach atrakcji skusić się na taką próbę zachęty.  Gwarantuję, że sprawi to nie tylko przyjemność dziecku, ale i Wam – na pewno będziecie z siebie dumne, gdy zaprezentujecie swoje kulinarne arcydzieło!

Nieco prostszym rozwiązaniem jest układanie jedzenia na talerzu w taki sposób , aby za jego pomocą powstał pyszny jadalny obraz.  Na pewno znajdzie się jakaś okazja na takie jadalne arcydzieła!

Razem przy stole… i nie tylko:

Drugim sposobem, moim zdaniem – Zwycięzcą w kategorii, zaangażowania dziecka, jest wspólnie spędzony czas w kuchni.  Bardzo ważne jest budowanie „świadomości jedzenia” u naszych dzieci. Jest idealne połączenie przyjemne z pożytecznym:  Uczmy nasze dzieci, najlepiej własnym przykładem i możliwością uczestnictwa. Własnoręcznie (dosłownie i w przenośni ) posmarowana serkiem kromka ( i ściana :-P ) smakuje nieporównywalnie lepiej od gotowej kanapki na talerzu. Pokażmy dzieciom jak przygotowuje się potrawy i z czego sie je robi. Nawet najmniejsze Szkraby, są zainteresowane takimi nowościami – oczywiście należy  dostosować „kuchenne atrakcje” do wieku Waszych pociech.

Mój Skarb – dobrze znany wam już niejadek-aktywista (choć odpukać, ostatnio nie trzyma się swojego „manifestu”) bardzo interesuje się tym co mama robi w kuchni – wymaga to ode mnie również większego nakładu pracy i uwagi – jednak nie jest „nie do zrobienia”! Wspaniałą zabawą jest poznanie przez dziecko produktu – dotknięcie go, powąchanie – zachęcajcie do tego swoje dzieci! Później można obejrzeć serię dziwnych czynności, które za pomocą naszych rąk zamieniają ten produkt, na przykład w obiad! I znów apeluję, pozwalajcie doświadczać Waszym dzieciom (zawsze pod kontrolą – bezpieczeństwo przede wszystkim! W kuchni nie ma miejsca na ryzyko!) Zwykły ziemniak potrafi być magiczny: najpierw jest brudny i pachnie ziemią, potem czyściutki, po chwili zmienia się nie do poznania – obrany zmienia kolor, jest inny w dotyku, nieco inaczej pachnie –  tylko po to by znaleźć się w garnuszku i niczym królik z kapelusza – powrócić w jeszcze innej formie, smaczny, pachnący, miękki! Czy to nie magia?

A pieczenie ciastek, „samodzielne” przygotowanie posiłku z pomocą rodziców– to dopiero gratka dla starszych dzieci.

Pamiętajcie o Maluchach – obiekty kuchennych doświadczeń wybierajcie starannie i nie spuszczajcie małych kuchcików z oka (obiekt badań najmłodszych milusińskich zawsze może zostać pożarty lub przefrunąć sporą odległość, może też rozpocząć swoje drugie życie wetknięty np. do nosa)!

A wspólnie spędzony czas zawsze jest bezcenny!

Tradycjonaliści krzykną „ Jedzeniem nie wolno się bawić!”– a ja odpowiem „Jedzenie trzeba szanować, ale trzeba je poznać i pokochać!”

Co w duszy gra:

Kolejna ważną wskazówką jest zasada– Dziecko to człowiek– tak jak Wam, może mu coś nie smakować, może nie mieć ochoty na daną potrawę! Jak każdy człowiek – bez względu na to jak wysoko nad stół sięga jego głowa! Starajcie się o tym pamiętać! Słuchajcie i zobaczcie co Wasze dzieci, chcą Wam powiedzieć – zawsze można dojść do kompromisu, już dawno skończyły się czasy, gdy na sklepowym regale stał tylko ocet – na pewno znajdziecie składniki, które zadowolą podniebienie każdego z domowników i nie zrujnują świnki skarbonki! Obie strony muszą wykazać dobrą wolę– a wtedy na pewno wszystko uda się pogodzić!

Zapewne zapytacie teraz– „gdzie można dokupić parę godzin do doby”, albo „i kto to posprząta?” No cóż, sprzątaniem będziecie musieli zająć się sami– może z pomocą małych kucharzy (choć ta pomoc czasem generuje kolejne sprzątanie :-P), a czas? Nie musicie od razu brać się za pieczenie dzika- wystarczy „szybka” kanapka (destrukcja ograniczy się do okruszków i masła w promieniu zasięgu rąk) albo spaghetti – jak pamiętacie z naszej relacji z Warsztatów Pudliszek– większość dzieci uwielbia spaghetti (im dłuższe tym lepsze :-P).

Bieg przez płotki– czyli „Kuchenny sprint”:

„Nowe, lepsze czasy” podsuwają nam pod nasz zapracowany nosek niejedno ułatwienie. W Internecie w mgnieniu oka odnajdziecie pomysły i przepisy, w sklepie raz dwa znajdziecie produkty w kolorach tęczy. Nie bójmy się korzystać z ułatwień, które pukają do naszych kuchennych drzwi– jednak nie zapominajmy o odpowiedzialności i o rozsądku. Wybierajmy produkty, do których mamy zaufanie!

Każdemu kto na swojej głowie ma pół świata, a w załączeniu jeszcze kilka innych spraw, czasem zdarza się skorzystać z przeróżnych kół ratunkowych. Dziennie powinnam ugotować jednego klopsika (bo tylko one ostatnio są jadalne)- jednak uciekam się do tricku w postaci zamrażalnika i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Jeśli ktoś ukradkiem podbiera Wam czas, gdy na chwilę odwrócicie wzrok, skorzystajcie z pomocy.

Fajną propozycją są sosy do spaghetti Pudliszek (znów zaproszę Was do naszego wpisu o Warsztatach). Sosy są przygotowane z myślą o dzieciach (powyżej 4 roku życia), zarówno w doborze delikatnych smaków, jak i jakości (nie zawierają konserwantów, są polecane przez Instytut Matki  i Dziecka– co niewątpliwie wyróżnia je na sklepowej półce). Oczywiście zawsze dobrze jest gotować ze świeżych produktów, jednak życie weryfikuje często nasze szczytne idee.  A czasem po prostu dobrze jest zaszaleć dla odmiany!

Wszystkim, i dużym i małych koneserom smakołyków różnej maści, życzę SMACZNEGO!!!!

Źródło zdjęcia: Flickr

 

12
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna Haluszczak
Gość

Dotrwałam do publikacji tego art ;)
U nas na szczęście nie było nigdy kłopotów z karmieniem i na razie dzieci ładnie jedzą. W ciąży jadłam wszystko, w okresie karmienia też. WIdocznie przyzwyczaiły się moje maluchy do różnych smaków :) Ale uśmiech na twarzy córeczki, gdy daję jej „uśmiechnięte kanapki” jest bezcenny :) Z synkiem na razie „nie cuduję”, bo za mały. Apetyt raczej mu dopisuje. Zresztą jak czasem dziecko na coś nie ma ochoty – nie zmuszam. Niech posiłek będzie przyjemnością, niech kojarzy się z czymś miłym, a nie z ciężkim i smutnym czasem spędzonym przy stole.

Magda Kupis
Gość

my jeszcze nie praktykujemy zabaw na talerzu, ale obiad bez pomocy jest niemożliwy (nie dla mnie oczywiście hihi), pomocnik chętny do wszelkich prac domowych :)

Julia Bąk Orczykowska
Gość

Moja Igusia ma roczek, a apetycik ma za dwóch;-) Zjada wszystko! Nie muszę się głowić co zrobić, aby się najadła. Nawet sama woła mniam mniam;-)

Anna Haluszczak
Gość

Szczęściara! U nas też tak było, ale teraz bywają gorsze dni. Tłumaczę to sobie tym, że ja czasem też nie mam apetytu, więc dziecko też może tak mieć :)

Julia Bąk Orczykowska
Gość

Mnie to ominęło;-) Zobaczymy latem jak nie będzie czasu się najeść bo trzeba będzie się bawić he he-)

Anna Haluszczak
Gość

To naje się owocami i też nie będzie chodziła głodna :) Podobno jeśli dziecko ma możliwość zjeść, to nie da się zagłodzić ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

U nas z jedzeniem bywa różnie. Raz jest super apetyt i Jula wcina wszystko, a innego dnia trzeba ją prosić, namawiać…Takie podejście do karmienia dzieci, jak przedstawione w powyższym wpisie naprawdę pomaga:) Trzeba mieć trochę dystansu, fantazji i umieć nauczyć dziecko czerpania radości z jedzenia!

Anna Haluszczak
Gość

Albo umieć zagadać – u nas czasem się sprawdza ;)

Katarzyna Jaroszewicz
Gość

Takie witaminowe stworki-potworki to same wskakują do buzi:)

Ania Stanczak
Gość

My na szczęście nie mamy problemu z jedzeniem ale nie zawsze tak było kiedyś to był koszmar ale nie wiem co się zmieniło ;) Amelka pokochała jedzonko i namawiać jej nie trzeba sama sie upomina

Milena Kamińska
Gość
Milena Kamińska

My również stosujemy zasadę, ze jedzenie trzeba szanować ale trzeba je poznać wszystkimi zmysłami wzrokiem, dotykiem, węchem,smakiem a także słuchem. My nie mamy problemu z jedzeniem, mimo to stosujemy zabawy wyżej wymienione aby pokochać jedzenie smaczne i zdrowe i czerpać z tego przyjemność

Edyta Skrzydło
Gość
Edyta Skrzydło

U mnie dzieci też się bawiły jrdzeniem,nie marnowalo się bo pochłaniał resztki pies sasiadki, żeby nie wyrzucać. Teraz też nie ma problemów, chlopcy jedzą wszystko,najkepiej idzie szpinak,papryka surowa,makarony i kotlety.

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close