W przedszkolu 21 lutego 2018

Jak zadbać o uzębienie maluszków?

Krytycznym problemem z punktu widzenia profilaktyki chorób zębów i przyzębia u dzieci okazuje się próchnica, która to nie tyle ma związek ze specjalnymi predyspozycjami: kserostomią, niedoborami immunoglobulin lub zaburzeniami składu śliny, co z nieprawidłową dietą, brakiem higieny zębów oraz innymi współtowarzyszącymi patologiami w obrębie uzębienia. U dzieci próchnica zaczyna się często rozwijać od pierwszych ząbków, co przejawia się najmocniej w występującej u populacji pediatrycznej próchnicy butelkowej.

Dlaczego warto działać?

Zapewne mało kto wie, jak zadbać o zęby najmłodszych. Po pierwsze, wdrażanie pewnych pozytywnych nawyków odnośnie zdrowia i higieny jamy ustnej na pewno zaprocentuje na przyszłość. Po drugie, należy uwzględnić fakt, iż zachowanie zdrowego uzębienia to nie tylko ekonomiczna oszczędność, redukująca ryzyko konieczności zastosowania kosztownego leczenia stomatologiczne, ale i troska o ogólne zdrowie dziecka i jakość jego aparatu zębowego w przyszłości.

Braki w wiedzy i szkodliwe nawyki?

Jednym z podstawowych czynników przyczyniających się bezpośrednio do występowania natężonej próchnicy u dzieci jest niewiedza rodziców. Rodzice bagatelizują mleko jako jeden z głównych składników predestynujących do powstania próchnicy. Jest to dla rodziców pewna sprzeczność, gdyż wszystkie media „trąbią’ o pozytywnym wpływie wapnia i fosforu (podstawowych składników mleka) na jakość i zdrowie uzębienia.

Problemem w klasycznym mleku nie są tyle elektrolity, co zawarta w nim laktoza, która niezwykle mocno potrafi przylegać do uzębienia dziecka i generuje jeszcze lepsze namnażanie się takich bakterii, jak Fusobacterium, Micrococcus i innych rodzin bakterii beztlenowych. Jakże powszechnym jest widok matek i ich dzieci, które to zasypiają najczęściej z butelką w buzi.

Należy dokładnie uświadamiać społeczeństwo na temat zdrowych nawyków stomatologicznych, w tym uwzględniając szczególne potrzeby najmłodszych pacjentów. Ograniczenie ekspozycji na laktozę, eliminacja słodyczy z diety dziecka oraz wypracowywanie codziennej, samodzielnej higieny to klucz do zdrowych i ładnie wyglądających zębów.

Kontrole i przeglądy

Doroczny przegląd stomatologiczny, lakowanie zębów, wraz z fluoryzacją maja zbawienny wpływ dla zapobieganie rozwojowi próchnicy. Tylko profilaktyka oparta o racjonalne zachowania, kontrole medyczne i codzienną higienę jest w stanie coś zmodyfikować w podejściu społeczeństwa do kwestii chorób zębów i przyzębia.

Codzienne postępowanie przekłada się na aktualny i przyszły stan uzębienia dziecka. Nie można absolutnie wyeliminować konieczności mycia zębów oraz właściwej, ubogiej w cukry proste diety!

Wizyty adaptacyjne

Uwzględniając profilaktykę pierwotną, przeprowadzanie lekcji adaptacyjnych w ramach przedszkoli i szkół ma kolosalne znaczenie. Możliwe jest ograniczenie ewentualnych traumatycznych doznań w trakcie leczenia, co przekłada się niesamowicie korzystnie na dalszą współpracę pomiędzy pacjentem a stomatologiem! Każdy przedszkolak musi obejrzeć gabinet i wiedzieć, jak to tutaj wygląda!

Artykuł powstał przy współpracy z Hippolit

7
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
W roli mamy - wrolimamy.pl Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowo
Gość

U nas też rok minął,i trójki się nie ruszają…. Jedynki i dwójki wszystkie….

Anonimowo
Gość

Czesto najpierw czwórki a potem trójki czy jakoś tak

Anonimowo
Gość

6 latka – wypadł pierwszy ząb stały

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

u Marcinka (6,5 lat) poszły już jedynki na górze i jedna na dole.

Anonimowo
Gość

dużo zależy od tego, kiedy wyszły pierwsze zęby, u nas bardzo późno, rok miała i dopiero ząb wyszedł, dlatego też późno wypadają

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

ale ta roczna przerwa jakoś mnie niepokoi

Anonimowo
Gość

e tam ;)

Emocje 16 lutego 2018

Nie chcę być dzieckiem. Chcę być dorosła!

Tydzień temu pokazałam Wam, czym moje dzieciństwo różni się od dzieciństwa mojej córki. Wniosek jest jeden – dzieli nas epoka lodowcowa. Dziś napiszę Wam, dlaczego nie chciałabym znowu być dzieckiem.

Pamiętam, jak byłam mała i krzyczałam (i to jak krzyczałam!), że chcę już być dorosła, nie raz i nie dwa słyszałam:

– Jeszcze będziesz chciała znowu być dzieckiem, zobaczysz. Niech tylko dopadną cię dorosłe problemy.

Dopadły. Nie raz. Stale dopadają. Życie mnie wcale nie oszczędza i nie rozpieszcza. Przeciwnie. Funduje siniaka za siniakiem, bije, kopie i patrzy, czy równo puchnę. A ja i tak za nic w świecie nie chciałabym znowu mieć dziewięciu lat.

Nienawidziłam tego czasu zależności od dorosłych i mówię to całkiem otwarcie. Byłam kochanym dzieckiem i chwilami nawet rozpieszczanym. Chwilami, bo jednak w tamtych czasach na pierwszy plan wysuwały się baaardzo przyziemne problemy – kupno mleka, chleba i połówki kurczaka na przykład. Nie cierpiałam tego „to rób, tamtego nie rób, to wolno, tego nie wolno, tak się nie robi”. A najbardziej ze wszystkiego nienawidziłam hasła: „za mała jesteś”. No niech to chudy byk strzeli! Takie były czasy i tak się dzieci wychowywało. No więc ja dziękuję bardzo. W dzisiejszych czasach też nie chciałabym być dzieckiem, bo presja, z jaką teraz muszą mierzyć się dzieci, jest ogromna. Dziękuję, postoję.

Nienawidziłam wcześnie chodzić spać i wcześnie wstawać. I tak mi zostało. I błagam niebiosa, Boga i wszystkich Świętych, niech mi pozwolą do końca życia być wolnym strzelcem, to idealny sposób na pracę dla mnie. Nigdy więcej etatu i wstawania z budzikiem! Tego budzika, który drze się co rano, na pobudkę dla Duśki też nie znoszę. Zresztą ona też. Po mnie to ma, genów się nie przeskoczy.

Nie cierpiałam chodzić na głupie przyjęcia, na których nudziłam się jak mops. Pół biedy, jak były tam jakieś dzieciaki, ale nie zawsze były. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. I oczywiście jako dziecko musiałam być grzeczna i nie marudzić. Bo dzieciom w tamtych czasach nie wolno było marudzić. Teraz mają jakoś lepiej, demokracja nastała, czy coś? Mimo to dziękuję bardzo. Cieszę się, że mogę sama się rządzić moim czasem i nie chciałabym wracać do epoki, w której mną dyrygowano.

Wreszcie mogę czytać takie książki, na jakie mam ochotę i nikt mi nie mówi, że to nie dla dzieci. Kiedyś takie sytuacje miały miejsce i… normalnie nie uwierzycie, musiałam wysłać rodziców do biblioteki, żeby mi „Mikołajka” wypożyczyli! A z dziesięć lat wtedy miałam! Przedwojenna bibliotekarka upierała się, że ta książka stoi w czwartym poziomie i to absolutnie nie jest dla mnie. Na szczęście rodzice nie podzielali jej obaw. Za to zabronili mi czytać kryminały. Zakaz wytrzymał całe dwa lata, dopóki nie zwędziłam z biblioteczki domowej książki „Błękitny młoteczek” Rossa McDonalda. To z pewnością nie była książka dla mnie, ale nie uważam, żeby mnie jakoś pokaleczyła emocjonalnie. Najbardziej fascynowała mnie pokręcona historia rodziny, przy której bohaterowie „Mody na sukces” mogą się schować.

Nie muszę się uczyć rzeczy, które mnie kompletnie nie interesują i których nie mam ochoty się uczyć. Wreszcie mam czas (ograniczony, ale jednak) na własne zainteresowania i pasje. Niby dzieciństwo też pozostawiało jakiś margines wolności w tym zakresie, no ale właśnie – tylko margines.

Jakbym się uparła, to pewnie znalazłoby się więcej przykładów. Ale myślę, że tyle wystarczy. Moje dzieciństwo nie było złe, ale było tylko przygotowaniem do dorosłości, niczym więcej. I nie mam zamiaru do niego wracać na żadnej płaszczyźnie. Teraz mi zdecydowanie lepiej. I to mimo tego, że nikt nie rozwiąże za mnie moich problemów. I chociaż wiem, że życie jeszcze nie raz mi dokopie, nic to. Ja też mu dokopię, jak będzie trzeba, a co!

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Emocje 15 lutego 2018

Czyje oczy, czyje usta?

No cóż, chyba jeszcze przed narodzinami dziecka rodzice rozmyślają, do kogo szkrabik będzie podobny. Często spoglądają na zdjęcie USG i zgadują, po kim maleństwo będzie miało nosek, a po kim usteczka.

No cóż…. gdy rodzili się moi synowie, też spoglądałam z ciekawością, do kogo są podobni ;) I dałam się złapać na wytrwałą wyliczankę cech podobieństwa i to nie raz, a trzy razy! Bo szczerze mówiąc, byłoby mi bardzo miło, gdyby moje dzieci były do mnie podobne, skoro córki się nie doczekałam. Taki niewinny przejaw matczynego egoizmu.

Wiecie, mam naprawdę urodziwe dzieci i gdy spotykają nas bliżsi czy dalsi znajomi, gadka jest ta sama – do kogo bardziej podobni? Myślę, że większość ludzi lubuje się w takich zabawach i niespecjalnie mi to przeszkadza. A co osoba, to inna wersja – że do męża, a to po dziadku, a po mnie to wcale. Gdy moje dzieci widzi teściowa to mówi, pokazując zdjęcia, że najstarszy i najmłodszy to ich ojciec. Przyjaciele obstawiają pół na pół nazywając moich synów “braćmi ksero”. Moja mama machając mi zdjęciem przed twarzą wzrusza się, że najmłodszy to wypisz, wymaluj malutka Żaklina.

A jak wygląda to w moich oczach?

  • Kolor włosów – wszyscy blondyni, zdecydowanie nie po mnie, ale o gęstość czupryn już bym się pokłóciła;
  • Kolor oczu – dwa do jednego dla mnie: moje jasnoniebieskie oczyska widać i u najmłodszego i u średniego. Najstarszy mniej więcej do trzeciego roku życia miał jasny błękit, a później poszedł w ojca i ma zielononiebieskie;
  • Kształt uszu – po ojcu;
  • Kształt nosków – cholera wie? Zapytajcie mnie o to za kilka lat;
  • Kształt ust – najstarszy po mnie, młodsi po ojcu;
  • Kształt twarzy – po ojcu;
  • Kształt łuku brwiowego –  zdecydowanie po mnie cała trójka.
  • Od pasa w dół – zdecydowanie po ojcu ;).

Co ciekawe, ich uroda zmienia się to w jedną, to w drugą stronę, pewnie nie raz jeszcze nas zaskoczą. Skoro co dziecko, to inny charakter, to i wygląd mogą mieć inny. Jedno wiem na pewno, wyszła nam fajna mieszanka genów. Ale i tak w tym wszystkim najważniejsze jest jedno – by mimo różnic, byli tak samo szczęśliwi.

Fot. Archiwum prywatne. Ż. Kańczucka

5
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowo
Gość

Wszyscy od zawsze powtarzali, że nawet gdyby moje dzieci były czarne, to mąż się ich nie wyprze
Klony tatusia, chociaż Córa teraz się robi bardzo do mnie podobna (ma 7 lat).
Natomiast Syn (3 lata) długo był niemalże identyczny, jak siostra w jego wieku ;-)
Raz z mężem znaleźliśmy zdjęcie i dobre 15 minut się zastanawialiśmy, które z naszych dzieci na nim jest, dopiero po jednej zabawce w tle doszliśmy do tego

Niepoprawna Optymistka
Gość

U mnie dzieciaki to skóra zdjęta z mamusi ❤

Anonimowo
Gość

Moja to wykapany tatus

Anonimowo
Gość

Sa podobne do nas obojga. Sami wygladamy jak rodzenstwo, niektorzy mowia nawet, ze jak blizniaki. Takze kazda wziela sobie z nas to, co idealnie do niej pasuje i sa po prostu sliczne

Anonimowo
Gość

Często słyszę „synek mamusi, cała Ty”. Jest bardzo do mnie podobny Porównujac zdjęcia z dzieciństwa można nas pomylić

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close